Forum › Fandom › Sesje RPG, PBF i inne › Star Trek: PBF PL › PBF - Podporucznik Armin
- Wachta druga... Thompson.... zajmijcie się odbiorem uzupełnień i skierujcie ich do kajut. Niech się rozpakują, poza inżynierami, którzy mają stawić się u Denevuea na przeszkolenie....
Uzupełnienia przybywały.Gdy 4 prom odleciał to drzwi turbowindy na mostku otworzyły się i usłyszałeś donośny głos:- Chorąży Alfred Scorpus melduje się na służbie!
Kubek... na szczęście już pusty wypadł mi z dłoni i odbił się parę razy od podłogi zanim ostatecznie nie znieruchomiał koło moich stóp. Spojrzałem na przybysza i uśmiechnąłem się mówiąc: - Witamy z powrotem weteranie... - Gdy zająłszybko swoje miejsce zapytałem jeszcze: - Ale swoją drogą należy nam się trochę wyjaśnień...
- A więc... Może zacznę od początku. Gdy mamusia i tatuś poznali się to po pewnym czasie mamusia była w ciązy. Potem... - widząc minę załogi mostka zaśmiał się. - No dobra... Trochę uproszczę. Gdy Sojusz wyszedł z korytarza i zaczął bawić się torpedami to zażądałem przeniesienia na naszą Mirandę. Tylko, że idiota obsługujący teleporter pomylił się i wysłał mnie na inny okręt. USS Minerwa jeśli pamiętam. Ponieważ Sojusz już atakował to nie przenieśli mnie z powrotem tylko zostałem awaryjnym taktycznym. No i byłem nim przez 2 minuty, nim Galory przerobiły Minerwę w kosmiczny złom. Dalej nic nie pamiętałem, ale podobno znaleźli mnie w resztkach mostka i zabrali do jakiegoś szpitala. Potem leczenie, żmudna rehabilitacja i tym podobne... Ale jak widzę to nasz kochaniutki Taurus jest już wspomnieniem?
- Oj nie tylko on... po drodze zaliczyliśmy również jednego Polarisa - podsumowałem z kwaśnym uśmiechem - Mam jednak nadzieję że ten nam posłuży chociaż odrobinę dłużej.... i że przysłali nam dobrych kadetów.... dobra, czas na rozkazy. Scorpius wracasz na swoje graty, Ch'Rak panel operacyjny. Moon, stery.... mam nadzieję że LeBlanc podeślą nam szybko... chociaż w razie czego można kogoś z drugiej wachty ściągnąć....- Poradzę sobie - powiedziała z naciskiem Moon- Tak wiem... zatem do dzieła. Zajmujemy miejsce w szyku i lecimy skopać parę alternatywnych tyłków...
- He he he... - zaśmiał się Scorpus. - Ch'Rak to leży w ambulatorium i nigdzie się nie wybiera, więc będzie potrzebne za niego zastępstwo. A nasza sterniczka to jest w jakimś psychiatryku w Moskwie.- Mamy zgodę na odcumowanie. Miejsce zbiórki koło Saturna.Koło gazowego giganta poczekaliście kilkadziesiąt minut. Gdy juz wszystkie okręty były gotowe to cała grupa wskoczyła w warp.
Sam się roześmiałem... cóż.... mamy szczęście do znacznej rotacji na mostku. Wywołałem Thompsona (kurczę, ten kadet zasługuje na uznanie) i wydałem mu rozkaz zajęcia stanowiska operacyjnego. Cóż... nie oponował zresztą nic dziwnego....Okręt powoli przebijał się przez gwiezdną pustkę wiodąc nas w bój... kolejny... jakoś zaczynaliśmy się do tego przyzwyczajać - takie czasy... od momentu gdy dostaliśmy rozkazy uspokoiłem się również... chociaż rzeczywiście... na ich miejscu zaplanowałbym to lepiej i dbał o to aby każdy miał coś do roboty. Trzeba to jednak odłożyć na dalszy plan. Ten okręt jest w końcu zbyt mały by przejąć władzę na Ziemi.... Roześmiałem się do mwłasnych myśli. Taka forma odreagowanie była w końcu najlepsza. I co najważniejsze nikt nie wiedział że takie bzdury chodzą po głowie... na szczęście nie przypominałem sobie żebyśmy mieli jakiegoś betazoida na pokładzie... chociaż może ktoś z tych nowych. Muszę jak najszybciej dostac ich dane... ale póki co może mała partyjka na strzelnicy.... Nie mogłem spać... w związku z tym tak włóczyłem się po pokładzie w czasie gdy trzecia wachta zajmowała mostek. Rundka strzelnia dobrze mi mzrobiła... ale potem należało się zabrać do żmudnej czynności czyszczenia broni.... w międzyczasie Moon przyniosła paddy i szybko się zmyła... chyba docierało do niej to że należy się wyspać gdyż w bitwie nigdy nic nie wiadomo... przytuliłem ją jeszcze i zabrałem się do czytania... w końcu mieliśmy jeszcze całe dwa dni...
2 dni minęły szybko. Nawet topografii terenu w okolicy planowanej bitwy nie musiałeś sobie przypominać bo juz raz w życiu tu byłeś.Na 12 godzin przed przybyciem do wyznaczonego miejsca grupa liczyła 41 okrętów. Nagle Scorpus krzyknął:- Wykrywam wiele zakuflowanych celów na kursie przechwytującym. Kontakt za 50 sekund! To Romulanie!
Uśmiechnąłem się do siebie. Mam nadzieję że mają raczej pokojowe zamiary. - Utrzymujemy miejsce w szyku. Niech inni zajmą się dyplomacją.
Cała federacyjna grupa wyszła z warp. Nie było jednak rozkazu włączenia czerwonego alarmu.Nagle pojaiwł się jeden Norexan. Przesłał krótką informację, korzystając z przestarzałego radia podprzestrzennego i nawracając włączył kamuflaż. Pozostałe ślady warp zniknęły, zapewnie statki zwolniły poniżej warp 6.
- Sverrir, odczyt na ekran.... Ch'Rak wezwij wszystkich na stanowiska ale bez ogłaszania alarmu, chcę być gotowy....
- Kapitanie, mam część wiadomości. Jest zaszyfrowana, ale kod jest prosty. To są... O jasna cholera! To dokładne dane o ataku Sojuszu! Ilość okrętów, podział na skrzydła, taktyka, cele ataku, położenie baz. Skąd Romulanie to dorwali?- Kapitanie, mamy ponownie wejść w warp i podążać poprzednim kursem na granicę.
- Taaaak.... wykonać. - powiedziałem z wyraźną ulgą. Spojrzałem tylko kątem oka na Moon... nawet bym się nie zdziwił gdyby maczała w tym palce... ale nie pora teraz na takie pytania. Okrętem znów lekko szarpnęło gdy weszliśmy w WARP. Czekała nas bitwa...
Po 21 godzinach znajdowaliście się na miejscu. Apanachi i 67 innych statków. Klingoni też mieli przybyć, ale nie było ich widać. Za to naukowy wykrył ślad zamaskowanego okrętu w warp 7. Był widoczny przez chwilę, ale zapwwne znaczył, że Romulanie są w okolicy.- Według danych podesłanych przez okręt flagowy Sojusz za kilka minut przekroczy granicę.- Mam automatyczne wezwanie pomocy z naszego posterunku na granicy. Komputer informuje o 13 atakujących okrętach. Poza tym wykrywa innych 179 śladów warp. Przekraczają granicę. Będą tu za godzinę i 21 minut. Straciłem sygnał z posterunku. Zapewne został zniszczony.
Spokojnie wygładziłem mundur i powstrzymałem odruchową chęć wzięcia kawy z replikatora. Powinienem i ją ograniczyć bo zupełnie mi nerwy padną. Podszedłem więc do dobrodziejstwa techniki i zamówiłem cicho wielką szklanicę zimnego "pseudosoku". Wystarczyło by uzupełnić płyny. Spojrzałem po załodze i spokojnie stwierdziłem:- Jesteśmy gotowi.... znów moje życie i nasze życie... należy tylko do nas i zależne jest od tego jak wywiążemy się ze swoich obowiązków. Wierzę w was załogo...Zakończyłem wypowiedź i wysłałem jej zapis przez interkom. Każdy moment jest dobry na rozmowę z załogą. To mi przypomniało o tym iż czeka mnie krótkie pogadanie z Denevuem. Lubię go, ale ostatnio wybitnie był nie w humorze. Nic dziwnego, w końcu i na nim się to wszystko odbija.... zarówno stres jak i to co wydarzyło się między mną a Moon. Odwróciłem się do pierwszej i uśmiechnąłem się przez chwilę po czym wróciłem do rozkazów.- Taktykę znacie. Przyklejamy się do naszych wielkich braci i razimy z doskoku. Strzał i unik... Thompson, wierzę w twoje umiejętności i to że poradzisz sobie z zarządzaniem naszymi zasobami ludzkimi. Scorpius, w Ciebie wierzę szczególnie, tym bardziej że zależeć będzie od Ciebie bardzo dużo, Sverrir zadbaj o jaknajdokładniejsze namiary dla naszej broni..... Denevue.... maszynownia... przygotujcie nasze maleństwo na jego chrzest....
