Forum Fandom Sesje RPG, PBF i inne Star Trek: PBF PL PBF - Podporucznik Armin

PBF - Podporucznik Armin

Wyświetlanie 15 wpisów - od 796 do 810 (z 1,343 w sumie)
  • Autor
    Wpisy
  • Kaleh
    Uczestnik
    #44110

    - Zatem Moon... kurs na Ziemię.... wracamy na zasłużony odpoczynek - o dziwo dopisywał mi po części humor, co kontrastowało z grobowymi nastrojami reszty. Spojrzałem po nich i wydałem rozkaz: - Cała załoga po dokonaniu czynności umożliwiających lot ma stawić się na mostku. - mogłem tak powiedzieć wiedząc ile liczy aktualnie nasza grupka. Minęło parę chwil podczas których wypełniłem raporty i rozesłałem do swych kontaktów informacje, że żyję. Nawet wywiad wojskowy odpowiedział. W tym czasie mostek powoli zapełnił się tymi młodymi kadetami... nie, tak ich nazwac już nie możnabyło. Rdzeń, który rozpoczął służbę na Taurusie pozostał i już teraz był zbiorem doświadczonych w walkach weteranów. W końcu odchrząknąłem, poprawiłem mundur i wstałem.- Załogo... moja droga załogo... - zacząłem poważnie - ...chciałem wam wszystkim podziękować. To co nas spotkało od momentu gdy wyszliśmy całkiem niedawno ze stoczni remontowej zniszczyłoby wielu... ale nie nas. Daliście się poznac jako świetni marynarze, nie bojący się spojrzeć śmierci w oczy i działający jak zgrana maszyneria, lub talia kart w rękach szulera.... Moon, Sverrirson, Ch'Rak, Denevue, Archer, McDonell, Thomson, Travis, Brooks, Liu, Wahaparong, Savitskiy, Garas, Szwed, Stromberg, Denilsson, McLaughlan, Muirhead, Georgievitch, Svirkov, Turan, Lajos, Cortez, da Silva, Rimbaud, Tsartsev, Evyssev, Nakin, T'Ral, Born, Gadji, Sulaimani, Evokhs, G'Ral, Andrews, LeBlanc... chylę czoła przed wami jako zwycięzcami... i jeszcze raz dziękuję...Na początku zapanowała cisza. Ale już po chwili rozległy się pierwsze oklaski które przeszły w nieprzerwany ich strumień wymieszany ze słowami podziękowania. Postarałem się podejść do każdego i uścisnąć mu dłoń. Należało się im to. Wybitnie zasłużyli. Gwar jednakże ścichł wstrzymany przez półklingona. Ch'Rak wyprostował swe postawne ciało i powiedział z przekąsem: - To dobry dzień by żyć! - I odpowiedziało mu kilkadziesiąt głosów. Przerwałem jednak tą wrzawę.- Spokojnie moi drodzy. Teraz czeka nas lot powrotny do kolebki Federacji. Gdy dotrzemy nasza staruszka ma błyszczeć! Postarajcie się o to! Do roboty!- Tak jest, sir! - odpowiedziało kilkadziesiąt ludzkich i nieludzkich gardeł.....Lot upływał spokojnie. Załoga ożywiła się jednakże nawet ich gorączkowa krzątanina nie wypełniła korytarzy które wciąż sprawiały wrażenie pustych. Wymieniłem dziś wszystkie nazwiska żyjących... ale wielu nie doczekało. Ich nazwiska bądź miana tez znałem. Sam podpisywałem szereg listów kondolencyjnych i rozmawiałem z rodzinami poległych. To nie było miłe. Scorpius, Deneb, Slaghon, Xorsh, Silverberg, Triesenberg, Vargashk, Lor'An..... za dużo. Mostek przejęła Moon, a ja przemierzałem przestrzenie okrętu starając się wyciszyć. Krok za krokiem. Ich odgłos tonął w miękkiej wykładzinie wyściełającej pokład. Sam nie wiem jak trafiłem do ambulatorium. Wszedłem. Poza standardowym EMH nie było nikogo. W końcu przydziału nie otrzymaliśmjy, ale być może mógłbym na Ziemi poruszyć odpowiednie sznurki by dostac kogoś dobrego.... Była też i LeBlanc. Wyglądała strasznie z zapadłymi policzkami i sińcami pod oczyma, które wcześniej świetnie maskowała kosmetykami.- A to PAN - mruknął EMH, najwidoczniej wgraliśmy stary program- Aha.. i co z nią?- Jak mówiłem, pamięć szwankuje? Może miłorząb...- To było pytanie retoryczne...- Hmmm.... więc jest tak jak widać. Ostro się szprycowała... mało co a by się przekręciła...- To nie jej wina...- A czyja? A wiem... magicznej Federacji! Wysyłanie młodej kobiety do służby o wysokim obciążeniu i szereg "wypadków"...- Tak wiem.... gdybyśmy mieli tylko...- Doradcę.... tak mogłoby pomóc. Podobnie jak lekkie psychotropy, a nie to co sama brała...- Też fakt... mogła coś powiedzieć- Przy waszych obciążeniach i zadaniach? Pewnie nawet gdyby chciała, nie pozwalała jej na to wasza zwykłą ludzka duma... ale ja wolę to nazwac głupotą.- I tu masz racę EMH- Serio...? - zareagował z zaskoczeniem hologram i spojrzał na mnie - Zmienił się pan...- Tylko nikomu nie mów - odpowiedziałem i uśmiechnąłem się kwaśno- Ehhh ludzie...- Informuj mnie na bieżąco...- Oczywiście....Podziękowałem jeszcze doktorowi i wyszedłem, za drzwiami wpadając niemal na młodego kadeta Thomsona, któremu walki z piratami zostawiły kilka pokaźnych blizn...- O przepraszam sir... - niemal krzyknął zaskoczony- Nic nie szkodzi kadecie... nic nie szkodzi - i ruszyłem korytarzem. Starając się udawać że nie dostrzegłem łez młodego człowieka. Cóż... każdy ma prawo do uczuć...Wróciłem na mostek i usiadłem w fotelu tylko po to by powiedzieć:- Zmywajcie się... no już! - popędziłem zaskoczonych oficerów - Należy nam się. Wezwijcie 3 wachtę i niech zaopiekują się naszą staruszką.... a wy. Macie odpocząć. Powinniście uważać na siebie. I doprowadzić się do porządku przed dotarciem na Ziemię....Na chwilę zostałem sam.... może niezupełnie gdyż w pewnym momencie wyczułem czyjąś obecność za swoimi plecami.- Zgubiłas coś Moon? - zadałem pytanie w pustkęOdpowiedziało zduszone chrząknięcie. Odwróciłem się więc i spojrzałem na najlepszą pierwszą oficer o jakiej dowódca mógł marzyć.- Tobie należą się największe podziękowania. Uratowałaś ten okręt nie raz.... i raczej odkupiłaś swą brawurę...Zorientowałem się za późno... gdy w jej oczach zabłysły łzy. Odrobinę zażenowany spojrzałem na półromulankę i nieporadnie przytuliłem ją.- Spokojnie Moon.... spokojnie...- ...to...to mogłam być ja... szczerze, myślałam o tym.... o tym co Marie...- Nic nie mów....- Słaba i głupia....- Nie, nie... po prostu jesteście podobne mimo tego iż glina z której zostałyście zbudowane jest zupełnie inna... jesteście dumne....Próbowała jeszcze coś powiedzieć ale przytknąłem jej palec do ust i powiedziałem:- No już, nie rozklejaj się bo wachta gamma zobaczy. Pozwolisz zaprosić się na drinka?Skinęła jedynie głową.Po chwili siedzieliśmy w kwaterze a ja walczyłem z replikatorem o szklankę przyzwoitego soku. W końcu zrezygnowałem i wziąłem mętną ciecz udająca jakieś niezidentyfikowane cytrusy. Podszedłem również do zasobników na mundury i nachyliłem się do jednego z nich wyciągając stamtąd średniej wielkości piersiówkę.- Wydawało mi się że Ch'Rak zniszczył wszystko? - zapytała Moon wyraźnie wracając do siebie- Uwierz mi, nie wszystko. Armia lądowa jest szkołą życia. Między innymi ucza tam jak skrzętnie chowac kontrabandę...- Ale sir... pan nie pi....- Tak Moon.... wyszedłem już z tego... - W takim razie za....- ...nas wszystkich - zakończyłem toast i uderzyłem szklanką o szklankę Cichy dźwięk wypełnił pomieszczenie, a po chwili spróbowaliśmy specyfiku uzyskanego z połączenia soku i całkiem niezłej whiskey z Sarthong.- Nawet niezłe... - podsumowała pierwszaSpokojnie zaczęliśmy rozmawiać, a alkohol powoli rozwiązywał języki na obojgu. Śmialiśmy się ze śmiesznych zdarzeń i przeżywaliśmy ponownie bitwy. Może nie było to zdrowe, ale potrzebne. Otworzyć się przed kimś. Nawet przed półromulanką. Czy była jej to gra? Własciwie przestało mnie to obchodzić. Są takie chwile gdy ludzie zdają się sobie bliscy... i tak było teraz. Szkoda, że nie była to zaciszna kawiarenka gdzieś w Paryżu, albo stary pub w odnowionym Graudenz. Ale ta ciasna kwatera musiała wystarczyć za cały świat.Kolejki mijały. Podobnie jak wydarzenia. W końcu stolik zapełnił się brudnymi szklankami, talerzami półzjedzonych syntetycznych zakąsek oraz butelkami powyciąganymi gdzieś z zakamarków kajuty. Szaleństwo. W pewnym momencie przymknąłem na chilę oczy... i wtedy poczułem pocałunek. Oddałem go z delikatnością jakiej nie należy się spodziewać po weteranie piechoty. To było tak dawno... rodzina, dom, wojna... w tej chwili wszystko odpłynęło w niepamięć. Moon powiedziała jeszcze tylko: - Komputer. Wyłącz światło.... - i zapadł przytulny mrok. Może to była jej gra.... a niech jej!Ranek... była to najprzyjemniejsza rzecz jaka od dawna mnie spotkała. Obudziłęm się wcześnie, nawykły do porannych pobudek. Odruchowo chciałem wstać, ale wówczas zorientowałem się, że coś jest nie tak. Spojrzałem w dół i ujrzałem Moon. No tak... - powiedziałem w umyśle i uśmiechnąłem się. Tak to był dobry poranek. Pogładziłem oficer po jej czarnych włosach i usłyszałem w podzięce cichy pomruk aprobaty. Tak to był dobry poranek.- Kapitan na mostku! - zameldował McLauglan ze zmiany delta- Spocznijcie! - powiedziałem z szerokim uśmiechem - Wasza kolej na odrobinę odpoczynku. Tylko nie sprawcie zbyt wiele kłopotu ochronie i nie przesadźcie z alkoholem. Ale każdemu należy się odrobina grogu.Odopowedziały zduszone śmiechy i pomruki świadczące o pełnym poparciu. Ulotnili się też zdecydowanie szybciej niż zazwyczaj. Chwilkę później wparował zdecydowanie skacowany Ch'Rak i rozsiadł się za swoją konsolą.- Za dużo krwawego wina...- Tak sir... - zdołał jedynie wymamrotaćUśmiechnąłem się i przyniosłem mu kubek mocnej lury nazywanej tu kawą, która dzisiaj smakowała mi zdecydowanie lepiej. Chwilkę później dotarł Sverrir i rozejrzał się zaskoczony nie widząc Moon. Ale szybko zajął swoje stanowisko sprawdzając wiadomości i uśmiechając się półgębkiem. Cóż... tez miał dobry dzień, a przynajmniej tyle wyłowiłem z wypełniających dziś mesę chichotów. Chwilkę póżniej wkroczyła z gracją i dumnie Moon. Starając się tłumić uśmiech co chwila wypełzający jej na twarz i zdradzając ją bezkarnie.Chrząknąłem niby to z naganą, a ona odpowiedziała:- Przepraszam sier. Ale jak pan powiedział, po walce potrzebna jest odrobina szaleństwa. Sverrir nie wytrzymał i parsknął śmiechem, a Ch'Rak mało co zadławił się kawą. Pierwsza rozejrzała si ostrożnie i gdy pozostali zajęli się swoimi sprawami mrugnęła zalotnie...Tak, to był dobry dzień....- Moon. Korekta kursu. Zawiadom sztab że będziemy już niedługo.

    I. Thorne
    Uczestnik
    #44115

    USS Apgaru wyskoczył z warp na granicy układu słonecznego i z prędkością impulsową podążył ku Ziemi. Nadeszły rozkazy. Zadokować mieli w doku nr 68 stoczni Utopia Planitia. Polaris miał tam zostać złomowany. Załoga miała zostać przetransferowana na nowy okręt.

    Kaleh
    Uczestnik
    #44148

    Moon sprawnie kierowała okrętem prowadząc go w stronę wyznaczonej oribty parkingowej. Chcieliśmy wszyscy spojrzec starą matkę ziemskiej cywilizacji. W końcu wzruszyłem ramionami i zadecydowałem: - Dobra dosyć tego dobrego. Pierwsza kierunek Utopia Planitia. Denevue... prosiłbym Ciebie o raport dotyczący naszej staruszki. Muszę przedstawić im wszystkie dane.- Tak jest sir...- I co teraz...sir? - zapytał Sverrir- Sam nie wiem... Taurus, Apgaru... ciekawe co teraz. Może odszykowali nam coś nowego... jeszcze bez nazwy....- Ma pan pomysł sir? - zapytała Moon z uśmiechem- A owszem, ale to tajemnica... - odpowiedziałem- Ambulatorium? Raport proszę...- Tu ambulatorium, sanitariusz Tsartsev... rannych już doprowadziliśmy do siebie, natomiast jeśli chodzi o panią LeBlanc... razem z emh zdecydowaliśmy, że potrzebuje jeszcze co najmniej tygodnia w ośrodku Floty. Jakiś spokojny szpital z grupą psychologów.- Zrozumiałem, dzięki.Przyjąłem meldunek i spojrzałem na ekran i rosnącą wciąż na nim stocznię. Była wielka... zdecydowanie. A przy jej pylonach i w dokach dało się zauważyć nowo powstające okręty.- Sporo ich - powiedział jakby do siebie Ch'Rak- Takie czasy. Widać, że znowu zwiększyli produkcję.- Według najnowszych danych tak. I co da się zauważyć na przykładzie Polarisa złomują najstarsze klasy. - podsumowała Moon- Ciekawe co wyślą teraz na dzikie patrole na pogranicze...- Wolę nie wiedzieć, bo może nas to spotkać - stwierdził półklingon i roześmiał się szczerze.Potężna i wspaniała zarazem Utopia Planitia rosła w oczach.- Mam namiar na dok, sir. - zameldowała Moon- OK, mamy zgodę. Podchodzimy.Może nie szło jej tak jak LeBlanc, ale równiez pewnie wprowadziła Apgaru do doku. Gdy tylko okręt zacumował, a magnetyczne uchwyty unieruchomiły go połączyłem się z załoga i wydałem rozkazy:- Droga załogo. Wędrówki już kres. Rozkaz kapitana, przygotować się do opuszczenia okrętu.Następnie odwróciłem się do obsady mostku mówiąc: - To również do was - i uśmiechnąłem się - Jakby co będę w kapitanacie. Spróbuję zdobyć rozkazy i przydział. Spieszyć się nie musimy. Po tych słowach wstałem i mrugnąwszy do Moon. Wyszedłem z mostku. Szybko szedłem korytarzami Polarisa dążąc do swojej kwatery. Warto też byłoby się spakować. Szybko wyjąłem zasobnik na mundury i zapakowałem go ubraniami i drobiazgami. Następnie przyszła kolej na torbę marynarską. Reszta drobnostek, parę paddów, ostatnia butelka.... odwróciłem się i już chiałem wyjść gdy niemal wpadłem na stojącą za plecami Moon- Erm... - zareagowałem nieporadnie zaskoczony -...ale wydobrzałem po pierwszym pocałunku - Wiesz co... wydaje mi się, że nigdy nie przyzwyczaję się do tego jak cicho się poruszasz- Tak... mam to w genach.... - Spakowałaś się?- Wiele tego nie było. W sumie to cieszę się, że opuszczamy Apgaru.- Tak, nie ma tu basenu...Pierwsza roześmiała się serdecznie zanim powiedziała:- Słyszał pan?- Tak... naprawdę wprowadziłas piopłoch w szeregach stoczniowców.- W tym tez jestem dobra...- I nie tylko maleństwo - zakończyłem wypowiedź tuląc ją do siebie. Odpowiedział mi ściszony pomruk.Pożegnałem się i wyszedłem razem z półromulanką z kajuty. Skinęliśmy sobie głowami i rozeszliśmy się. Równym krokiem powoli zacząłem iść korytarzem. Gdy zostałem sam dotknąłem ściany okrętu. Fakt... zasłużył się niewiarygodnie. Dał nam szansę... i chwała mu za to. W końcu wzruszyłem ramionami i przez śluzę zszedłem na pokład Utopia Planitia. Jej zarys mniej więcej znałem i dlatego skierowałem się od razu w stronę dowódcy...Dotarłem do kapitanatu i umówiłem się zasiadając od razu w poczekalni. Fotele były wygodne i nawet nie zauważyłem gdy zaczęły mi się kleić oczy. Cóż, ostatnie noce nie przynosiły zbyt wiele snu. Uśmiechnaeł się i znów przysnąłem gdy nagle usłyszałem głos: - Chorąży Armin... chorąży Armin! - Zerwałem się omal się nie przewracając i podniosłem rękę w geście salutowania ale powstrzymałem się w porę... Rozejrzałem sie po pomieszczeniu i spojrzałem na młoda pracownicę w stopniu chorążego pytająco: - Może pan już wejść...- Dziękuję - odpowiedziałem z uśmiechem i ruszyłem do drzwi...

    I. Thorne
    Uczestnik
    #44151

    W środku przy wielkim oknie stał siwowłosy admirał. Popatrzył na ciebie, potem na padda i ściągnął brwi.- Dlaczego nosi pan dystynkcje chorążego jeśli ma pan stopień porucznika? Dostał pan go przed akcją na węźle transwarp... Ale nie ważne. Jest pan promowany do stopnia podporucznika i skierowany na nowy okręt. Będzie USS Apanachi klasy New Orleans. Proszę się na niego złosić wraz z podwładnymi jutro o 8.00. Z racji zagrożenia ze strony Borg niestety nie możemy na razie udzielać żadnych urlopów. To wszystko. Odmaszerować.

    Kaleh
    Uczestnik
    #44153

    Tak sir, ale był to przydział tymczasowy, a sytuacja jaka się wydarzyła spowodowała to iż nie zdążono na czas wykonac dla mnie munduru. - powiedziałem i ukłoniłem się z szacunkiem. Ten człowiek był kwintesencją dowódcy sztabowego dla mnie. Dojrzały, spkojny i stonowany. Człowiek który wie co robi. - To wszystko sir? - a gdy skinął głową zasalutowałem i wyszedłem, po drodze uśmiechając się do mijanej chorąży. Wyszedłem z kapitanatu i zatrzymałem się na moment. Mundur, mundur... w sumie to mam chwilę czasu. Ruszyłem więc i zachaczyłem o najbliższego krawaca zamawiając dwa zwykłe i jeden galowy. Tak na wszelki wypadek. Gdy odebrałem już potwierdzenie, za pomocą którego za 4 godziny miał być już gotowy ruszyłem z powrotem na Apgaru. Jakoś lżej zrobiło mi się na duszy gdy wiedziałem już czym będę dowodził. Orleansy znane były jako lekkie i bardzo użyteczne okręty. No i wykonane były w częściowo starym stylu. Nic lepszego teraz nie mogłem dostać... chyba, że puszkę sardynek zwaną Sabre. Chociaż i on zły by nie był. Pomyślałem jeszcze nad czymś. Kłopoty kadrowe i zamieszanie? Wygląda na to iż pozostaniemy wciąż szkieletową załogą. I co gorsza ze sterniczką która nie jest w pełni sprawna. Zatrzymałem się przy oknie wychodzącym na dok 68 i uderzyłem o ścianę pięściami. Cholera... Marie co z Tobą zrobć!? Niech mi ktoś powie. Gdyby załoga była pełna mógłbym spokojnie przenieść ją na inną mniej obciążoną wachtę, ale łatwo poczytać to jako naganę.... ale dam jej tydzień wolnego. Zwolnię z obowiązkó i póki co jej rolę przejmie Denevue. Taka rotacja jest jeszcze do przyjęcia. Z zam,yślenia wyrwał mnie czyjść dotyk... nie byłem zaskoczony tym iż była to Moon opierająca własnie swoją głowę na moim ramieniu:- Hmmm...? - mruknąłem pytająco- Nic, nic tylko tak... mój kapitanie - odpowiedziała i uśmiechnęła się z przekąsem- Tak, wiem wszyscy czekają na wieści... ale usłyszysz je ze wszystkimi. Nazwij to niespodzianką.... będzie tylko kłopot. Nie dostaniemy zwolnień ani uzupełniej. Już jutro mamy się stawić na USS Apanachi i czekać na rozkazy....- Apanachi? New...- Odrobiłaś więc zadanie domowe ze znajomości okrętów?- Aha... chodźmy to ogłosić....- Fakt... pewnie mają już dosyć czekania....Mostek był cichy w oczekiwaniu. Przełączyłem interkom by było mnie słychać na całym pokładzie.- Załoga... tu mówi kapitan. Przykro mi was poinformowac iż w wyniku zamieszania które targa aktualnie naszymi okolicami nikt z nas nie dostanie urlopu. To zła wiadomość. Druga to taka iż możemy się pożegnać z USS Apgaru i powitać USS Apanachi klasy New Orleans...Odgłos wiwatów można było usłyszeć nawet tutaj.-... oczekuję was w komplecie jutro o godzinie 6tej na pokładzie naszego nowego domu. Będziemy musieli przyzwyczaić się trochę do tej klasy. Ale wierzę, że pójdzie nam to błyskawicznie.Rozłączyłem połączenie i spojrzałem po załodze mostka.- Ch'Rak, Sverrir, Marie..... weźcie Denevuea i stawcie się za dwie godzinki w stoczniowym barze. Mamy coś do uczczenia...- To rozkaz? - zapytał Sverrir z rzadkim u niego uśmiechem- Możecie tak to traktować - zakończyłem i ruszyłem po bagażeWszystko było spakowane. Zdążyłem jeszcze pościelic łóżko i zebrałem się do wyjścia. Gotowe. Trochę zrobiło mi się smutno. Kolejny okręt. Ehhhh... ostatnie miesiące były zdecydowanie zbyt wypełnione wydarzeniami.... ale okazały się również bardzo... budujące. Wyglądało na to, że trauma odeszła w niepamięć, a złe nawyki schowały się gdzieś by przegrupowac siły. Przeciągnąłem się i spojrzałem na swoje oblicze w lustrze. Nie jest źle... chociaż możnaby pozbyć się tego 4 dniowego zarostu, ale będzie na to czas.Rozejrzałem się po obszernym, lekko przydymionym pomieszczeniu wypełnionym przez gwar powodowany obecnością dużej ilość korzystających z mwolnej chwili techników i marynarzy. Bar nazywał się "Arcona". Ciekawa nazwa. Zastanawiało mnie kto wpadł na ten pomysł, ale wystarczyło mi spojrzenia na barmana by uśmiech pojawił się na mej twarzy, a nogi same ruszyły do kontuaru. Usiadłem z nonszalancją na wysokim stołku i wyprostowałem się eksponując świeżo odebrany mundur podporucznika. Długowłosy człowiek przygotowujący drinki spojrzał na mnie przelotnie a następnie niemalże gubiąc shaker podbiegł w moją stronę krzycząc: - Arrim!- Kopę lat Vasilij! - powitałem najlepszego pilota wsparcia lądowego jakiego w życiu znałem silnym uściskiem dłoni- Widzę, że i tu Ciebie docenili...- A ja widzę że odechciało się już Tobie latać z ładunkiem bomb pod fotelem...Towarzysz z dawnych lat roześmiał się serdecznie- Mam coś dla Ciebie.... - powiedział błyskawicznie przygotowując małego drinka i podpalając go zapalniczkąSkinąłem z uznaniem głową szybko wypijając Płonącego Zeppelina- Tak więc teraz bar?- Wiesz... gdy dostałem taką możliwość po wyliczeniu mego wkładu.....- Ja bym raczej stwierdził, że spokojnie mógłbyś kupić małą planetę znając twoją smykałkę do interesów- Właściwie to to zrobiłem - powiedział z rozbrajającym uśmiechem - A to to takie małe hobby- Cóż... - chciałem odpowiedzieć gdy poczułem dłoń Moon na ramieniu i usłyszałem jej słowa- Może przedstawisz mnie swojemu przyjacielowi?Vasilij złożył usta do gwizdu ale mrugnął tylko do mnie porozumiewawczo i powiedział bezgłośnie "w końcu"- Chorąży Moon, Major Vasilij Mor- Miło mi - powiedział pilot i szarmancko ucałował Moon w dłoń. Rzeczywiście się zmieniła... nie uderzyła go....- Wzajemnie... o czym rozmawiacie?- Stare czasy... ale idzie nowe.... - powiedział major- Tak... ale nie ma czym się martwić... tak się urodziliśmy i nic tego nie zmieni- Może chcecie stolik? Albo przytulną alkowę? - zapytał z wciąż rozbrajającym uśmiechem długowłosy- Erm... a może być stolik w alkowie?- Mała impreza?- Owszem... jak znajdziesz chwilę czasu... dołącz...- DziękiWskazał nam całkiem duży stół w odizolowanym od reszty baru kącie gdzie nie docierało już tak dużo odgłosów. Zdążyłem tylko zamówić Campari dla nas oboje gdy Moon pocałowała mnie z pełną intensywnością a następnie dotykając nowego munduru mówiąc: - Gratuluję....Szybko mijał czas. Spokojnie siedzieliśmy gratulując sobie nowego okrętu i awansu jego dowódcy. Alkohol był ale nie za dużo i najwidoczniej wszyscy nieźle się bawili. Chociaż Denevue rzucał odrobinę zbite spojrzenie na tulącą się do mego ramienia Moon. Chyba tak nie mogło być.... będę musiał porozmawiać z inżynierem, ale nie z punktu dowódcy tylko mężczyzny....Impreza szła nieźle. Nie zdziwiło nas również iż w głównej sali rozłożyła się garstka naszej załogi i całkiem niexle radzili sobie z serwowanym alkoholem. Wszyscy jednak sprawiali wrażenia jakby pili ostatni raz w tym gronie. Wyglądało to trochę jak uczta pożegnalna zanim nie wyruszy się w bój o własne życie. Przerażające? Nie dla żołnierza w trakcie wojny. Możnaby to nazwać chlebem powszednim. Mam tylko nadzieję że jutro wszyscy będą w normie. Zamyśliłem się i z tego stanu wyrwała mnie Moon wstając i szepcząc mi na ucho, że idzie. Miała jeszcze trochę do zrobienia. Chociaż wyglądało to na to iż chciała spotkać się z rodzicami, którzy mieli przylecieć lada chwila. Ciekawe czy powie o nas? Wątpię... bo w sumie sam związek był specyficzny.... przynajmniej na razie.... spojrzałem na siebie w lustrze które mijałem w drodze do toalety. Nieźle się jeszcze trzymałem... ale zaczynało brakować mi w życiu kogoś... fakt, tęskniłem za swoją rodziną... ale nikt mi jej już nie zwróci.... ale czy tym razem nie skończy się tak samo? Ruszyłem dalej i wówczas wpadł na mnie Denevue który chwiejnym krokiem wytoczył się właśnie ze znajdujących się zaraz obok drzwi. Tej nocy był zdecydowanie zbyt milkliwy i do tego pił co mu wpadło w ręce. Burknął coś i spojrzał na mnie.....- Kkkkapitan.... salutuję - powiedział i roześmiał się ohydnie - ....mnie pan nie zmyli... ppppanu też zawróciła w głowie iiii nie wiiinię pana... ale tttrzeba to teżżżż rrroswiąsssać... - i zamachnął się pięścią. Szybko zchwyciłem jego rękę i przeniosłem pęd jego ciała na ścianę. Wpadł na nią na tyle mocno że usłyszałem chrupnięcie żeber. Inżynier upadł na podłogę. Odechciało mi się zdecydowanie świętowania. Przerzuciłem go sobie przez ramię i ruszyłem przez cały bar po drodze pytając Ch'Raka czy pomoże. Sverrir stwierdził iż chce mieć więcej czasu na zapoznanie z systemami nowego okrętu i po wypiciu wielkiej czarnej wyszedł już chwilę wcześniej. Gdy mijaliśmy załogę życzyłem im jeszcze miłej zabawy i wskazawszy na inżyniera powiedziałem: - I nie wypijcie tyle co on... - nie chciałem żadnych oskarżeń dla tego szalenie zdolnego technika. Gdy wyszliśmy przed bar Ch'Rak momentalnie otrzeźwiał i spytał: - Kobiety?- Aha... żal mi go.....- Nie musiał tyle pić....- Wiesz... wydaje mi się, że już tak ludzie mają. Może go też weźmiesz pod swe skrzydłaPółklingon roześmiał się zanim odpowiedział- Wydaje mi się, że przewody padły mu na mózg i parę lekcji walki na batlethy wytrząśnie z niego złość.... poza tym zauważyłem jak patrzy na niego kadetka Brooks. - Tak.... zdecydowanie z tego wyjdzie.Szybko dotarliśmy do doku w którym stał już Apanachi. Spojrzeliśmy przez przeszkloną ścianę.- Ładny - zdawkowo stwierdził taktyczny- Aha... chociaż myślałem, że zobaczę go jutro i będę miał niespodziankę- Ha... nigdy nie bądź pewien wszystkiego. Gdzie z nim idziemy?- Ambulatorium...Technicy zrobili niezłą robotę przenosząc osobowość naszego starego dobrego EMH z Taurusa. W związku z czym jego opryskliwość powinna podziałać trzeźwiąco następnego dnia dla naszego inżyniera. W końcu życzyliśmy sobie dobrej nocy i rozeszliśmy się w poszukiwaniu naszych kajut. Nie chciało się nam już zdecydowanie szukać miejsca w sektorze mieszkalnym stoczni. Rzuciłem się po prostu na pościelone łóżko w pustej kapitańskiej kajucie i usnąłem....Obudził mnie wredny odgłos wywoałania. Ranek nie był zły, ale dokuczał mi lekki ból głowy. Podszedłem do replikatora i zamówiłem dużą czarną. Ze zdziwieniem stwierdziłem iż była naprawdę niezła. Widać było od razu różnicę między starymi a nowymi replikatorami. Włożyłem na siebie drugi mundur i ruszyłem po resztę bagaży. Zajęło mi to chwilkę gdyż po drodze wstąpiłem pożegnać się z Vasilijem. Kto wie kiedy znów się spotkamy? Wróciłem na okręt i miałęm już tylko tyle czasu by rzucić bagaż i ruszyć szybko na mostek. Przed wejściem na niego stał jednak Denevue. Byłem zaskoczony i dlatego on zaczął:- Chciałem przeprosić kapitanie.... i podziękować- Nie ma za co.... wiesz... rozumiem Ciebie i to chyba ja powinienem...- Nie, nie... nie doniósł pan na mnie, a ja nie byłem w związku z chorąży i dlatego....- Nie ma sprawy... zrób coś dla mnie..... wykonuj jak najlepiej rozkazy. Jest nas na tyle mało, że musimy jak najbardziej się starać. Tym bardziej przez ten tydzień gdy LeBlanc nie dojdzie do siebie.- Tak jest! - odpowiedział o weszliśmy.. Wszyscy już byli. Moon wyprostowana przy fotelu pierwszego oficera, Sverrir który poderwał się od swojej konsoli i pogrążony w zadumie Ch'Rak mierzący wzrokiem swego nowego sparringpartnera w walce.- Kapitan na mostku - powiedziała półromulanka- Spocznijcie... wszyscy są?- Tak....- Dobra... roześlijcie im listę do przeglądu i ćwiczeń, musimy być gotowi... i Moon- Tak?- Daj znać do kapitanatu że będziemy gotowi na czas... pokażmy im że zasłużyliśmy na ten okręt...Mówiąc to uśmiechnąłem się i zerknąłem na swój mundur.... tak.... zasłużyliśmy....Czas upłynął błyskawicznie, a raporty były optymistyczne. Całkiem nieźle. Chociaż wszyscy wyglądali na lekko zaniedbanych po nocy. Na szczęście nie było tak źle by odbiło się to na wydajności. W końcu gdy przejrzałem wszystki otrzymane wiadomości spojrzałem na zegar. 7:59:30 Odwróciłem się do Moon i rozkazałem: - Przekaż do dowództwa, że jesteśmy gotowi...

    I. Thorne
    Uczestnik
    #44155

    - Mamy czekać na nowego załoganta. Zaraz się teleportuje.Rzeczywiście na mostku pojawiła się młoda czrnowłosa, krótko ostrzyżona piękność.- Porucznik Anette van der Brink. Od tej chwili jestem kapitanem tego okrętu. Oto rozkazy. - pokazała na padd trzymany w ręku.

    Kaleh
    Uczestnik
    #44157

    Stałem wyprostowany i wciąż się uśmiechałem, ale w środku czułem jakby ktoś mi solidnie przywalił w twarz. Dobrze, że się nie zatoczyłem. Van der Brink.... niedoświadczony oficer i absolkutnie noeodporny. Tak ją odbierałem od samego początku. Tylko teraz jest jeden problem. Kto jest kiim? Jeżeli ja jestem pierwszym oficerem... to kim jest reszta z nas? Spojrzałem z niepokojem na rozkazy w głowie wciąż rzucając przekleństwa. Nie mogli jej dac gdzie indziej?

    I. Thorne
    Uczestnik
    #44158

    - No, wreszcie na właściwym miejscu. - uśmiechnęła się bezczelnie. - Panie Armin, będzie pan Pierwszym. Chorąży Moon, Drugim oraz tymczasowym sternikiem. Nasz podstawowy, Marie LeBlanc za kilka godzin obejmie stanowisko. Jest na okręcie i rozpakowuje się. A wspominałam już, że moja kwatera powinna być wolna?

    Kaleh
    Uczestnik
    #44170

    - Tak jest... - powiedziałem ponownie starając się nienie zgrzytać zębami. Odruchowo również przygryzałem język. O dziwo, uśmiech z mej twarzy wciąż nie zszedł. Fakt ma kobieta styl. Tylko ją przesyłają i przesyłają, założę się, że nawet do kibla żąda transportu - złorzeczyłem w myślach. Słowa jednak przeczyły temu: - ...ma'am. Na szczęście nie zdążyłem się jeszcze rozpakować. - Zasalutowałem jak mnie nauczono i równym krokiem wyszedłem z mostka. Nie był to jednak dobry dzień. Zbliżałem się do kapitańskiej kajuty czując wzbierające we mnie gorąco. Mam nadzieję, że wypieków nikt nie zauważył. Wszedłem do środka i rzuciłem okiem co wziąć. Zgarnąłem obie torby i mundury, a następnie szybko zaścieliłem łóżko. Następnie odwróciłem się i z całej siły uderzyłem w ścianę... raz... drugi... trzeci.... powtarzając sobie w duchu: - Spokojnie, spokojnie... ale ona kradnie mi okręt... ta podła larwa bez doświadczenia i pewnie z tatuśkiem wysoko tam, kradnie mi moje życie... czwart... piąty... szósty... w końcu złość ustąpiła rezygnacji. Otworzyłem torbę.... tak, mała butelka mogła by mi.... zamknąłem ją. Nie, tego by było za dużo. Muszę to przetrwać. I przetrwam. W końcu byłem żołnierzem wykonującym rozkazy. I udowodnię, że dobrym. Poprawiłem mundur i wyszedłem wzruszając ramionami. Kwatera pierwszego była blisko. Wkroczyłem i zobaczyłem przygarbioną Moon siedzącą na łóżku.- Ciebie też już ustawiła? - powiedziałem ale zamilkłem widząc jej skwaszoną i zbolałą minę. Usiadłem więc jedynie i ją przytuliłem. Odczekałem półminuty zanim ponownie nawiązałem kontakt: - Jak chcesz możesz tu zostać... ale nie wiem co na to nasza nowa stara kapitanWestchnęła cicho i odrzekła:- Chwilowo nie wiem czy to dobry pomysł, ale nie martw się będę wiedzieć gdzie jesteś - starała się obrócić to w żart- Wiesz jedno mnie intryguje? Jakim cudem przydzielili ją tu znowu, przecież to zupełnie inny okręt do jasnej cholery....- Tak wiem... sprawdzam to....- Jesteś niezastąpiona wiesz? - stwierdziłem- Wiem - odpowiedziała, zgarnęła rzeczy i wyszłaJa wstałem i przełożyłem torby na łóżko. Z moim szczęściem lada moment będę się znów przenosił. Podniosłem wzrok na pulpit i wpisałem się na listę na strzelnicę. Przyda mi się to.... w końcu wstałem i poprawiwszy jeszcze raz mundur wyszedłem kierując się błyskawicznie na mostek.Po drodze spotkałem wybitnie zdezorientowanego Denevuea oraz zmartwionego czymś Ch'Raka który ruszył razem ze mną na mostek nic nie mówiąc. Odwrócił się tylko do mnie posyłając mi zniesmaczone spojrzenie- Tak wiem... - podsumowałem jego czarne myśliNa mostek wkroczyliśmy równocześnie. Moje stopy podświadomie chciały już kierować się od strony fotela kapitańskiego, ale takiej demonstracji der Brink by chyba nie zniosła a nie miałem ochoty na celę. Bezbłędnie podszedłem do stanowiska pierwszego oficera i usiadłem czekając na resztę obsady.... a umysł zagłębił się w ciekawych rozważaniach na temat pani kapitan, noży do rzutów i podmuchów wiatru... ale nie było to obietnicą...

    I. Thorne
    Uczestnik
    #44202

    - Sternik, kurs na Ziemię. Odbieramy uzupełnienia. - rozkazała kapitan. - Przecież tych kilku szczęśliwców co przetrwało pod poprzednim dowódcą nie starczy na taki okręt. Panie Armin, chwilowo nie jest pan potrzebny na mostku. Proszę spotkać się z panną LeBlanc. Podobno to przez pana musiała brać ten koktajl.Ch'Rak cicho warknął.- Panie Rogers. To Gwiezdna Flota, więc proszę się zachowywać przyzwoicie. Inaczej będę musiała pana wyprosić z mostka. Zrozumiano?- Tak jest. - odpowiedział cicho Ch'Rak.

    Kaleh
    Uczestnik
    #44212

    Van der Brink nie wiedziała chyba na jak cienkiej strunie grała. Nie było jej tu z nami i skąd nagle jej wywyższająca się poza. Jasna cholera, ta kobieta na sam dźwięk słowa kłopoty zwiała do rządowego ośrodka wygrzewać swoje bezwartościowe dupsko. Jeżeli jednak jeszcze trochę poszarpie te struny może ją spotkać coś przykrego. Ale raczej nie z mojej strony. Westchnąłem w myślach i powiedziałem jedynie: - Tak jest ma'am.... jak pani twierdzi... - po czym wyszedłem. Poza mostkiem mogłem w końcu wyraźniej odetchnąć. Wykończy nas... ta.... larwa nas wykończy. I przy pierwszej okazji da nam poznać co to znaczy tchórzostwo w obliczu wroga. Cóż...była pierwszę osobą która w stosunkach ze mną startowała z poziomu poniżej zera. Stała nawet niżej niż Kardazjanie. Szkoda, że to już nie Polaris. Przy pierwszym wstrząsie na jej głowę spadła by belka stropowa, przy odrobinie szczęścia dekapitując ją na miejscu. Docierając do przesyłowni kopnąłem jeszcze energicznie ścianę po czym stwierdziłem:- Dobra mina do złej gry... Touche! Marie już tam była rozglądając się z odrobiną dezorientacji. Skinąłem jej głową i odebrałem bagaże nic nie mówiąc. Gdy znaleźliśmy się jednak w korytarzu powiedziałem:- Przepraszam.... naprawdę Ciebie przepraszam... ale mogłas powiedzieć... ale i tak to ja nie zauważyłem tego obciążenia.... ale masz szczęście... z nową kapitan będzie nam o niebo lepiej - starałem się to mówić powstrzymując kapanie jadu na podłogę- Nie szkodzi... to ja trochę przesadziłam... ale...- Spisałaś się wzorowo. Gdybym był kapitanem podałbym was wszystkich do odznaczenia....Odprowadziłem ją do jej kwatery po czym postawiłem bagaż i wyszedłem. Zatrzymałem się za drzwiami i otarłem pot z czoła. Powoli rzeczywiście zaczynałem być coraz bardziej zagmatwany w tej sytuacji. Ale poradzę sobie i z tym. Wróciłem do swojej kwatery. Jeżeli będzie czegoś ode mnie chciała to mnie wywoła jędza jedna. Wypakowałem część rzeczy i spojrzałem na zawartość trugiej torby. Mundur polowy.... tak, kto wie może jeszcze kiedyś tam wrócę. Nic tak nie robi na ludzkie zmartwienia jak bomba kasetowa na linie wroga. Uśmiechnąłem się i podniosłem padd. Tak, miałem tu coś co pomogłoby mi zapomniec o problemach. Wybrałem program inżynieryjny i sprawdziłem wymiary. Dam Denevueowi do wykonania jak będzie miał chwilkę. Klasyczny karabin PPSz.... westchnąłem i stwierdziłem, że jednak nie zostawię jej samej sobie.

    I. Thorne
    Uczestnik
    #44214

    Nagle zadzwonił dzwonek przy drzwiach. Lekko zdziwiony zezwoliłeś na wejście. Weszła Marie i uśmiechęła się czarująco.- A teraz... - zaczęła.- Tak? - zapytałeś podchodząc do niej.- ... sobie porozmawiamy, ojcu moich dzieci! - szybki cios ręką w przeponę pozbawił cię tchu. Gdy leżałeś u jej stóp, usiłując zwciągnąć powietrze do płuc, dodała. - Jak ci się podoba nasza wersja Brink?

    Kaleh
    Uczestnik
    #44217

    - Jasna cholera LeBlanc to TY!!!! Ale wydawało mi się iż wyjaśniliśmy to juz sobie... tam... po tamtej stronie. Pamiętasz? Wtedy co postraszyłaś mnie razem z drugą wersją Moon lekko poturbowanym Ch'Rakiem... bogowie... ale co tu się dzieje? Przeciez dowodziłaś siłami... ale... ale jak!? Rety.... - cóż to mnie już zupełnie zaskoczyło. Na szcześćie już jedną taką pogadankę z drugą wersją Marie odbyłem. W końcu zrezygnowany usiadłem. Nie interesował mnie już mostek na który chciałem iść: - Serio? To wasza wersja der Brink> - roześmiałem się - Miła niespodzianka. Tylko dlaczego my? I jaki jest w tym wasz cel? Jakoś wątpię w to że potrzebujecie New Orleansa....

    I. Thorne
    Uczestnik
    #44218

    - Masz rację, New Orleansa nie potrzebujemy. Ale właśnie połowa IV Floty przechodzi pod naszą kontrolę. Cóż, wasze szefostwo nie wywiązało się z umowy, więc sami ją dokańczamy. Potrzebujemy posiłków, aby ostatecznie rozwiązać sprawę Sojuszu. Ten złom będzie robił za demostracje. Weźmiemy tylko naszych ludzi z Ziemi i zaczynamy.

    Kaleh
    Uczestnik
    #44221

    - Złom, demonstrację, ludzie! Tylko po co ta kobyła na MOIM mostku!? Ale wiesz co? Pomogę wam... - powiedziałem dźgając ją palcem w ramię i unikając gwałtownego ciosu - ....ale obiecaj mi coś... jeśli tylko ta krowa zrobi coś MOJEJ załodze.... pozwolisz mi skręcić jej tą wredną giętką szyjkę.... albo przynajmniej solidnie poobijać. Nie lubię gdy ktoś włazi z butami i wyniszcza morale załogi. Szczerze. Wolałbym Ciebie za dowódcę... przynajmniej się na tym znasz.... a tak w ogóle... co u drugiej Moon? - błyskawicznie zmieniałem tematy i nastroje. Taaaa... ale znając ją nie pogubi się... - I jeszcze jedno.... jakiś konkretnych ludzi?

Wyświetlanie 15 wpisów - od 796 do 810 (z 1,343 w sumie)
  • Musisz się zalogować by odpowiedzieć w tym temacie.
searchclosebars linkedin facebook pinterest youtube rss twitter instagram facebook-blank rss-blank linkedin-blank pinterest youtube twitter instagram