Forum › Fandom › Sesje RPG, PBF i inne › Star Trek: PBF PL › PBF - Podporucznik Armin
- Dziękuję i przyjmuję przeprosiny. W piechocie jednakże staraliśmy się nie ponosić tak emocjom, mimo iż straty często były olbrzymie. Mam też propozycję. Wiem jak nam pomóc gdyż do tej pory utrzymuję kontakt z kilkoma towarzyszami broni, którzy mogą byc pomocni....
- Z miłą chęcią posłucham każdej rady. Tu jest schemat typowej kwatery dla ważnego gościa. - podał ci padda. - Jakie zabezpieczenia zasugerowałby pan?
- Standardowe zabezpieczenia. Poza budynkiem który powinien być chroniony osobno, za pomocą wykrywaczy materiałów wybuchowych, skanery DNA, pola siłowe i drużyny żołnierzy, nie spasionych strażników co powinno wyeliminować większość zagrożeń proponowałbym taki oto zestaw. Wzmocnione drzwi, systemy tłumiące aparaturę podsłuchową. Pola siłowe na równi ze ścianami, osobne wykrywacze materiałów wybuchowych i trucizn. Do tego każdy powinien mieć prawo do własnej ochrony. Na korytarza zespolone drużyny straży - najlepiej przedstawiciele każdego z Imperium tylko fachowcy, którzy nie skoczą sobie do gardeł. Dodatkowo każdy z oficjeli powinien mieć przydzielone cztery pomieszczenia, któe używał by naprzemiennie podczas gdy w pozostałych znajdowałyby się imitujące ich hologramy. Tyle na wstępie...
- Interesujące. Większość tych zabezpieczeń zamontowalismy.Razem przeniesliście się do jednego z pokoi. Od razu broń O'Connora została wykryta i włączył sie alarm.- Cholera. - zaklął porucznik i wpisał kod deaktywujący. - Chciałem zaproponowac panu dośc niecodzienne zadanie. Dziś w nocy włamię się pan tutaj i spróbuje zabic gościa. Mamy kilku odpowiednich ludzi do tej roboty
- Interesująca propozycja. Rozumiem, że wystarczy dotrzeć do pokoju w którym będzie przebywał? I zaproponuję co innego. Jestem w stanie skompletować grupę z moich dawnych podwładnych pozostających aktualnie na Marsie i w okolicy. Lepiej takie zadania prowadzić zgranym zespołem. Będą trochę zaskoczeni po latach, ale podejrzewam, że przystaną na taką formę.... rozrywki.
- Ależ oczywiście. Ma pan wolną rękę. I proszę się nie zdziwić jesli to będą te same osoby co na mojej liście. Ma pan czas do wieczora, aby ich ściągnąć. Symulowany atak rozpoczniemy o 1.00 w nocy.
Nie był to Sheraton. Dziwiłem się, że jak na tyle poważną operację i takie środki stać ich było tylko na tyle. Zdziwienie jednak trwało tylko do momentu gdy uświadomiłem sobie, że jestem zaledwie jedną z grup, które będą testowały tej nocy cały system. Usiadłem w lekko przekrzywionym fotelu i spojrzałem na stary typ pulpitu. Łączność dalekosiężna, dostęp do szybkiego łącza z pobliskim bankiem danych. Rozsiadłem się wygodnie i westchnąłem. Zamówiłem od obsługi podwójną szkocką z lodem i wziąłem sie do pracy. Takich rzeczy na trzeźwo nie robi się nigdy. Potrzebowałem kilku osób, i całe szczęście większość mojego doborowego plutonu została na Marsie. A przynajmniej Ci którzy przeżyli.Nic dziwnego. Mimo dawnej kolonizacji Mars wciąż posiadał aurę dzikości, która działała dostatecznie kojąco dla weteranów piechoty. Zastanowiłem się, kto dokładnie będzie mi potrzebny. Drużyna zwiadu, inżynier/saper, strzelec wyborowy i 2 weteranów bez których bym sie nie ruszył. Na pewno odwdzięczą się zapałem z jakim ruszą w kolejną misję.Wywołałem pierwszy numer.- Scott Carson? - zadałem pytanie, widząc wciąż młodo wyglądającego mężczyznę, ten jednak przyglądał mi się tylko zanim zaczął- Firma Górnicza Carson & Co.? Czym mogę....- Kapral Carson? Jesteś potrzebny znów... jak zawsze....Zatrzymał się i spojrzał z uwagą na swój ekran. W końcu na jego twarzy pojawił się uśmiech.- Yes, sir!Z drugim numerem mogły być większe problemy. Miałem jednak szczęście i po kilkunastu minutach pró nawiązałem kontakt z ferengijskim transportowcem Toblezad.- Kapitan Sephrenson, czym..... poruczniku. Jak tylko skończymy dokować zjawię się u pana. Wezmę Johnstona. I stało się jak powiedział. Nie wiem jak mnie znaleźli, ale nie sprawiło im to problemu. Po około godzinie zapukali do drzwi niosąc podejrzane torby i po butelce Jim Beama każdy. Wiedzieli o co chodzi.- Sprawdzamy system zatem?- Tak, i mamy zrobić to co można.- Demolka? - Carson będzie...Jedyną odpowiedzią był uśmiech w którym odbijał się jeszcze wybuch w wąwozie Shirakha.- Spróbuję też dopaść na którymś z liniowców Feketyehegara.- Wybierasz najlepszych widzę.- Mam okazje odświeżyć parę znajomości i popracować w starym gronie.- Nam też to się uśmiecha. Mamy czas do jutra... i z chęcią pokażemy Gwiezdnej Flocie kto się liczy na lądzie.- Będą tez nasi.- Będzie trudniej, odrobinę... ale nie za bardzo odkąd większość nas weteranów przesunęli na drugi plan.- Dokładnie.Czas minął szybko. Ustaliliśmy wstępny plan, Johnston jak zawsze tylko potakiwał, ale nie znałem drugiej osoby tak pewnej w zwiadzie i walce. Jednak pozostały jeszcze 3 osoby, które jakimś cudem musiałem zachęcić do powrotu na jeden wieczór do służby.Sklep był piękny. Dla kogoś kto znał się na broni palnej był to zaiste raj. Spoglądałem głośno przełykając ślinę na wystawione repliki dawnej broni. Od skałkowych muszkietów, przez drugowojenne eksperymenty do nowoczesnej broni kompozytowej. I ten delikatny aromat prochu w powietrzu - cudowny zapach na każdy dzień. Zbliżyłem sie do kontuaru. Za nim na stanowisku pracy drobny człowiek dokonywał skalpelem poprawki w obwodach XIV wiecznej strzelby szturmowej. Okrutna broń. Chrząknąłem. Zerwał się błyskawicznie, w powietrzu skłądając broń i przeładowaną przystawił mi do skroni usmiechając się. Ten wyraz twarzy musieli pamiętać wszyscy którzy się z nim zetknęli. W tym spojrzeniu czułeś się jak robak nabity na szpilkę i bacznie obserwowany. Trudne do zniesienia uczucie... i trudny charakter w ciele jowialnego czterdziestolatka. - Czym mogę służyć.... poruczniku.... zdegradowali Cię? - zapytał głosem sprzedawcy cukierków - z tym zastrzeżeniem że sprzedawcy cukierków z reguły nie trzymali w ręku 4 lufowej 12tki.- Jesteś mi potrzebny Sergij...- Mam swoje wymagania...- Nie będzie krwi... tylko wyzwanie. Lubisz wyzwania.To będzie nawet budujące. I odetchniesz po tym siedzeniu w tej jaskini rozpusty. Roześmiał się odgłosem spadających na ziemię łusek i wyciągnął z pod lady flaszkę wódki.- Siadaj Arrim.Odetchnąłem z ulgą. Nigdy nie wiedziałem na czym stałem będąc w pobliżu Serhija Anatonowicza Yefimenki.- Zdorowie!- Prost!Zakrzyknęliśmy i golneliśmy po jednym.- Mów...- Zaproponowali mi sprawdzić jako twórca jednej z grup testujących systemów alarmowch i zabezpieczeń przed konferencją. Mamy dostać się i wyeliminować dyplomatę, czyli po prostu dostać się na miejsce w tym wypadku.- Trudna sprawa może być.... plan A i B?- Więcej....- C? - kiwnął z uznaniem głową- I D... biorę Holendra.- Czyli nie może mnie tam zabraknąć...Przypieczętowaliśmy umowę kolejnym kieliszkiem i wyszedłem na ulicę wpadając na Marie. Torby z zakupami posypały się na ziemię, a sterniczka chciała już krzyknąć na mnie gdy zobaczyła z kim ma do czynienia...- Ups, przepraszam kaptanie... ja- Nie ma sprawy Le Blanc. I to ja przepraszam. Widzę, że zakupy działąją na Ciebie budująco?Roześmiała się tylko błyskawicznie podnosząc wszystkie z toreb. - Nic takiego, po prostu stwierdziłam, że na parę sprawunkó później może być za późno.- Oczywiście... zabierzesz się ze mną? Nawet dobrze się składa bo potrzebuję kogoś do pomocy...- To znaczy?- Nie obraź się, ale przynęty...I rzesmiałem się zupełnie szczerze.Marie wyglądałą na zupełnie rozbitą. To nie był dobry wybór kwestii. - Spokojnie, spokojnie... chodzi mi o to, że następna osoba, którą muszę spotkać nie da się namówić na akcję chyba, że zastosuję pewną sztuczkę.I przytuliłem ją po przyjacielsku. Spojrzała na mnie i uderzyłą obitą torbami ręką w splot słoneczny... to było tak niespodziewane, że nie zdążyłem zareagowac i opadłem prawie na ziemię.- Mamo... kiedy się nauczyłaś...?- Niektórzy pielęgniarze w szpitalu byli zbyt natrętni... i pożałowali...- Aha... - zdązyłem tylko wyszeptać, zanim stwierdziła:- To gdzie ten staruszek?Gjallhorn Shuttles Co. Niski rozległy budynek i pas startowy z całą masą lekkich promów o zasięgu nie przekraczającym systemu ziemskiego. Ojczyzna i jedyny dom Johana Albrechta de Keysera. Zatrzymałem się przy wejściu i spojrzałem na Marie. - ...rozumiesz plan?- OK, wchodzę mówiąc, że zostałam umówiona na pierwszą lekcję z panem de Keyserem. Mamy dziś zrobić lot próbny i zobaczyc morza piasków. Mam udawać głupią cywilną idiotkę i zadawać aż za dużo pytań i dać Ci czas byś podszedł i wkradł się na pokład?- Zuch dziewczynka...- OK, a kto popilnuje zakupów?Zupełnie zbiłą mnie z tropu... do momentu gdy roześmiałą się radosnym śmiechem kadetki Le Blanc. Wracała do siebie... - Zaraz je wyślę do pokoju. Ja nie nawalę tylko żeby pan kapitan Armin nie dał ciała...Powiedziała akcentując zdania dźganiem palcem wskazującym w moje ramię. Skorzystała z transportera by wysłać rzeczy do hotelu po czym dzielnie ruszyła z jedną z toreb do środka... skręcając w złą stronę...Syknąłem na moment, ale tylko do chwili gdy wyłoniła się z powrotem a ja pacnąłem się w głowę... jak mogłem pomyśleć, że ktoś nabierze się na sztuczkę gdy będzie rozmawiał z osobą w mundurze GF? Marie migneła na moment za szklanymi drzwiami i pomachała mi. A ta biała garsonka naprawdę ładnie na niej leżała.Odczekałem moment po czym dotarłem bez trudu do pasa startowego. Bo po co go pilnować? Schowałem się w jednym z hangarów i wyjrzałem. Marie w asyście szpakowatego i opalonego postawnego mężczyzny podążała do najszybszego z promów szczebiocząc radośnie. Gdy weszli na pokład zerwałem się do biegu. Dysząc wczołgałem się przez zamykający sie właśnie właz i skryłem za rzędami foteli. Stary podrywacz był zbyt zafrasowany rozmową i skrywanymi dyskretnymi spojrzeniami. Cud, że Marie go jeszcze nie uderzyła....Wystartowaliśmy a prom równo wzniósł się w powietrze. Lekkie szarpnięcie i zaczęliśmy nabierać pędu. Wznosiliśmy się równo i statecznie, jak kiedyś podczas walk niejednokrotnie wracaliśmy z pola bitwy. Niezależnie od siły ostrzału on potrafił nas wyciągnąć. Tylko potem na ziemi nie mógł za wiele wytrzymac bez adrenaliny... czy były to wyścigi, lotnictwo sportowe czy ciągłe zmiany partnerek...Minęło kilkanaście minut gdy Johan zapytał w końcu, to może przejmiesz stery? Zapytał i przełączył na drugi z pulpitów sterowniczy kłądąc dłonie Marie na oznaczeniach kierunku i regulacji mocy. Wtedy ruszyłem. Bezszelestnie dotarłem do fotela pilota i chwyciłem przedramieniem za szyję a drugą ręką przystawiając kompozytowy nóż bojowy do gardła.- Jesteś porwany... Le Blanc, kurs na Medea City. Nie ma na mapie ale znajdziesz. Powinien mieć wpisane w autopilocie, w pobliżu jest miły punkt widokowy. Skała straceń.- Cz... czego chcesz? - wycharczał tylko gdy Marie zanurkowałą przyspieszając do niebezpiecznej prędkości- Puść mnie.... ona nas...- Mówisz do najlepszego pilota okrętowego swojego roku i sternika na USS Apanachi, poruczniku de Keyser...I wtedy go puściłem, a on odetchnął i błyskawicznie odwrócił się...- Nie... tego się... nie no... nie znowu... kur.... ale, jak... że....Po czym roześmiał się błyskawicznie spalając nadmiar nerwów.- Tego się po Tobie nie spodziewałem Armin. Sądziłem, że moczysz swoją dupę gdzieś w tropikach na Risie, a nie, że...- Spokojnie Johan... jest robota, a ja wpadłem tu przy okazji kolejnej rekonwalescencji...- Kolejnej?- Myślę czy nie wrócić do służby na lądzie bo wygląda na to, że skasowałem już 2 okręty...- Nigdy nie umiałeś latać... pamiętam jak mało co nas nie rozwaliłes gdy dostałem pod Sussex Road...- Mniejsza o to.... pogadamy jeszcze o tym. Mamy przetestować systemy zabezpieczeń przed konferencją... plan D.Zagwizdał cicho na wzmiankę. - To co zrobiliśmy na....- Tak...- OK.... a po co teraz lecimy na...- Po kogo...- Cholera... nie... ona mnie....- Aha... ale szybciej byśmy tam nie dotarli niż z Tobą. - Jesteśmy - stwietrdziła Marie, krótko- Dobra, lądujemy....Droga ciągnęła się długim zawijasem prosto do wzgórz i kryjących się na nim plantacji hydroponicznej żywności. Tam musiałem znaleźc jeszcze kogoś. Prom wylądował, podmuchem magnetycznej poduszki podrywając drobne kamyki z podjazdu. Wysiadłem otrzepując kurz ze świeżo wyprasowanego munduru. Zastanawiałem się jak przyjmie to... a raczej jak przyjmnie nas... tyle lat minęło. - Nie wyjdę... ona wpakuje mi... wiesz obiecała, że zrobi coś niemiłego z...- Idziesz... inaczej jej nie wyciągniemy...- Ale chcesz skazać ród de Keyserów na wymarcie...- Nie wierzę, że wymrze.... Stwierdziłem wypychając go do przodu.- Pamiętaj... mam nóż...- Grozisz mi?-Nie, ostrzegam. Wiesz, stary jestem, mogę się potknąć i zrobić Ci krzywdę...Zaklął jedynie i dalej bezgłośnie ruszył ku szerokiemu tarasowi wyznaczającemu wejście do budynku mieszkalnego. Zbliżyłem się do drzwi.- Stój gdzie stoisz... albo nacisnę na spust - usłyszałem dojrzały, kobiecy głos za swoimi plecami i wiedziałem, że nie żartuje- .... jasna.... de Keyser... co Ci mówiłam, że zrobię jeżeli zbliżysz się do mnie na odległość strzału? I jeszcze przyjeżdżasz tu z jakąś swoją nową flamą...- Mówiłem, sir, ale pan mnie nie słuchał, teraz mnie zabije... za co ja....- Zamknij się de Key.... sir? Arrim?- Tak przynajmniej mnie nazywali Ci, którzy mieli okazję posmakowac trochę krwi i prochu. - rzekłem odwracając się.Byłem zupełnie zaskoczony, gdy podbiegła i wzięła mnie w ramiona. Po chwili opanowała się i lekko zarumieniona odsunęła się. W końcu miałem okazję ją zobaczyć... po 10 latach. Stała się tak jak przewidywałem, piękną, dojrzałą kobietą, a jej kruczoczarne włosy nabrały dodatkowego blasku jaki nadać potrafią tylko doświadczenia.- Alice... pozwól, że przedstawię Marie Le Blanc, sterniczkę USS Apanachi....- Miło mi poznać... i przepraszam, że panią tak nazwałam... wciąz nie mogę się....I wtedy Marie uderzyła Holendra w splot słoneczny. Ten syknął i w swoim jasnym garniturze spadł w rdzawy pył.- To wiesz dobrze za co... i ciesz się, że nie pokażę Tobie jak się kopie leżącego... Mi tez miło panią poznać.- To może wejdziemy po takim powitaniu i pogadamy?Siedzieliśmy w ogromnej szklarni. Warunki tu panujące idealnie oddawały pradawną puszczę równikową na ziemi. Straszliwie gorąco i duszno. Jedynie mrożona herbata dawała nam wytchnienie. - Szkoda, że na tak króko...- ...ano szkoda....- Mówisz dwa okręty już?- Aha... tak przynajmniej twierdzą....- I utrata pamięci....- Dokładnie...- Głupia sprawa... i teraz stwierdzili, że i tak sie nadasz?- Aha... jeszcze lepsze, rąk im juz pewnie brakowało, ale postarałem się sklecić grupę jak spod Jervis Point. - Szkoda że nie będzie K'rola, Shinnyego i Mastaby....- Też żal ich... dobrzy z nich byli żołnierze...- Każdy ma swoje miejsce....- Aha... a Twoje jeszcze jest tam?- Chyba tak... ale sam już nie wiem...- Jak wrócisz... to zajrzyj.... czasem tu pusto.... Pozostali nagle okazali się tłem do rozmowy. Spojrzałem na Alice... kurczę... musiało tak się stać....- Czyli znów w bitwę?- Na to wygląda pani major....- Dawno mnie tak nikt nie nazywał- To może pani biolog medyk major?Roześmiała się.-... to najlepszy sposób na kobietę wyrzucić jej lata służby i nauki co?Drużyna została zebrana.Umówiliśmy się na 3 godziny przed misją w sztabie ochrony konferencji. Tak byłoby najlepiej. Po czym wróciliśmy do hotelu. Humor dopisywał mi zupełnie, chociaz Marie była trochę nachmurzona. Wbiegłem po schodach do hotelu i zameldowałem gotowość do misji. I zarezerwowałem jedną z sal by móc spokojnie powtórzyć cały plan. Ale każdy go doskonale pamiętał...
Zebrałeś w sali całą grupę i jeszcze raz powtarzaliście plan. Nagle drzwi się otworzyły i wszedł do środka Volkan.- Komandor-porucznik Tavik. - przedstawił się. - Otrzymałem rozkaz wzięcia udziału w symulowanym ataku na jednego z gości Konferencji Antyborgowej.
- Zapraszam komandorze. Tylko proszę powiedzieć jaka jest pana konkretna specjalnośc i doświadczenie bojowe.
- Moja specjalność to szpiegostwo i zabójstwa na zlecenie. Przebieg służby mam bogaty, ale wymienie tylko najważniejsze:2344-2348 pobyt na jednej z klingońskich kolonii granicznych2351-2363 akcje na pograniczu kardazjańskim, w tym 3 udane zabójstwa gulów2364-2369 praca w kontrwywiadzie, departament antyromulański2371-2375 departament antydominioński, pobyt na terenach kardazjańskich, zabójstwo jagula Dereka oraz udział w nieudanej próbie zlikwidowania Załozycielki2379 pobyt jako doradca w federacyjnej ambasadzie w Hegemonii GornPracuje w Wywiadzie Floty i oczywiście dane, które podałem są tajne.
- Tak więc panie Tavik... wydaje mi się że mam dla pana plan E. Podejrzewam, że nie znajdę lepszej osoby do jego wdrożenia. Powiem tak. Działamy jako zespół. Mamy 5 możliwości ataku i najlepiej by każdy wiedział jak najmniej o wszystkich. Moja grupa skupi się na ataku z powierzchni planety. Natomiast pan razem z obecną tutaj sternik Le Blanc dostanie zadanie, które całej ochronie pójdzie w kości. Waszym zadaniem będzie... - i zacząłem opowiadać cały plan jaki mieli wykonać w tej dwójce.
Le Blanc i Tavik, w mundurach komandorów, z insygniami stoczniowców wkraczają na pokład okrętu orbitującego wokół Marsa w celu przeprowadzenia "rutynowego sprawdzianu technicznego". Przejmują mostek pod dowolnym pozorem - najlepiej by okręt posiadał tylko szkieletową załogę. LeBlanc przejmuje stery i zajmuje pozycję gdy Tavik włamie się do systemów i przejmie całkowitą władzę nad okrętem. Przesyłają do dowództwa informację, że cel zginął w wyniku bombardowania orbitalnego.
Po opisie roześmiałem się patrząc na zdziwione miny zebranych.
- Mówię serio. To będzie coś czego ten świat nie widział.... nie będą w stanie ostatecznie wyeliminować żadnego z zagrożeń. W najgorszym wypadku któryś z nas zaangażuje duże siły ochrony dając możliwość innym.
- It is a good day to ruin! - krzyknął Scott
- Muszę pana zmartwic podporuczniku. - rzekł Volkan. - Pomysł jest dobry, ale na czas Konferencji nie będzie okrętów ze szkieletową załogą. Budowane w dokach zostaną zabezpieczone przed próba przejęcia, a do tego budynki będą chronione planetarnymi polami siłowymi. Tak na oko wytrzymają ostrzał 100 jednostek przez godzinę. Minimum. Zresztą naszym zadaniem jest zabić jednego gościa, a nie zniszczyć Marsa.
- A czy nie sprowadza się to do tego samego? Jeżeli jest pan tak tego pewien to proponuję przejąć okręt w sąsiednim systemie i wpakować go czołowo w miejsce konferencji. Albo spowodować zamieszanie, które da nam czas na wprowadzenie któregoś z planów w życie. Poza tym doskonale wie pan, że ludzie i tak zawodzą i nie wszystko idzie zgodnie z planem.
- Żeby rąbnąć w planetę taki statek musiałby pokonac wiele linii obronnych, statków a także platform orbitalnych zdolnych do niszczenia celów w wysokim warp. Ale to nie są założenia naszej misji. Mamy sie dostać do środka i zabić lidera po to by wywołać galaktyczny kryzys i pokazać, że Gwiezdna Flota do zbiorowisko osób wysoce niekompetentnych.
