Forum › Fandom › Sesje RPG, PBF i inne › Star Trek: PBF PL › PBF - Podporucznik Armin
- Tu chorąży Moon.... przesyłam wszystkie potrzebne dane. - półromulanka nacisnęła odpowiedni przycisk po upewnieniu się z kim ma do czynienia... - Eskortujemy grupę Breen na ich macierzystą planetę.
- Przyjęłam. Czy w ostatnich dniach spotkaliście jakiś podejrzany okręt?
Moon była ostrożna..... - Co rozumiecie przez podejrzany? Owszem spotkaliśmy i mijaliśmy kilka okrętów Breen.... jak sami wiecie oni zawsze są podejrzani....- Potwierdzam - dodał Scorpius - Jak chcecie możemy przesłać wam dane"Drań... wiedział i był gotowy.... czyżbym go nie doceniła?" - biła się ze swymi myślami aktualna kapitan- Spotkaliśmy jeden z ich okrętów.... bardzo ciekawy.... cały zapis znajdziecie tutaj...."Jest o wiele lepszy.... zadecydowała kapitan. Wymiana logów i informacji z małym okrętem na patrolu? Zmyślne..."- Dokładnie - potwierdziła Moon nie zmieniając nawet wyrazu twarzy.... spojrzała po załodze, aha.... tylko przez twarz Sverrira przemknął uśmieszek... chyba jej załoga zmienia się w nią samą.... trzeba będzie zrewaloryzować ocenę...
Marlete potwierdziła przyjęcie danych i wyłączyła się. Konwój miał wolną drogę i mógł wkroczyć w strefę przygraniczną.Po kilku godzinach minęliście automatyczną sieć czujników taką samą jak przy granicy z Tzenkethi. Jak tamte wydarzenia wydawały się teraz odległe...Zaledwie po 5 minutach po minęciu formalnej granicy przestrzeń w pobliżu, wciąż poruszającego się w warp, konwoju zafalowała i ukazało się kilka breeńskich niszczycieli.- Mają podniesione osłony i celują w nas.
- Grupa silniki stop..... podnieść osłony, przesłać dane dotyczące celu przybycia....- Gotowe - zameldował błyskawicznie Scorpius- Sprawdzam ich..... coś się chyba musiało wydarzyć chociaż.... - zaczął Sverrir- ...chociaż to Breen... od tego zimna mogło im odbić - zakończył Ch'Rak i roześmiał sięodrobinę histerycznie- OK... spokojnie. Czekamy na odpowiedź - ucięła Moon opanowując załogę
- Podajcie swój cel przebywania w naszej przestrzeni. - nadszedł komunikat z jednego z okrętów.
- Przybywamy jako eskorta waszych okrętów.... tu znajdziecie wszelkie dane. - odpowiedziała ponawiając wysyłanie
- Eskorta zakończona. Natychmiast opuście nasze terytorium albo zostaniecie zniszczeni.
- Proszę zatem o potwierdznie odbioru grupy od dowódcy prowadzącego i już nas nie ma....
- Potwierdzamy. A teraz wynoście się stąd.- Mam potwierdzenie. - rzekł Ch'Rak. - Ale mieliśmy zabrać jeszcze naukowca. - uśmiechnął się bezczelnie, przypominając to Moon.
- Jasna cholera..... dzięki Ch'Rak..... przełączyłą znów oficera na ekran... oczekujemy również na naszego naukowca którego mieliśmy podjąć z Breen.... jeżeli nie sprawi to problemu, proszę o podanie namiarów do transportu...
- Czekajcie . - padła odpowiedź.Breeński kapitan wystawił załogę mostka na ciężką próbę. Dopiero po 45 minutach ponownie się połączył.- Naukowiec oczekuje w naszej stacji kosmicznej. Podaje jej położenie. Każde zboczenie z kursu powyżej 0,1 roku świetlnego lub próba skanu naszych planet lub budowli spooduje wasze natychmiastowe zniszczenie. - Breen wyłączył się, a niszczyciele otaczające Apanachi zamskowały się.- Mam namiary. Ale to jest daleko od ich macierzystej planety. Z warp 9 będziemy lecieć 19 godzin i 23 minuty.
- Kawał czasu.... ale rozkaz to rozkaz..... wporowadzam kurs... Denevue i Sverrir. Korygujcie w razie czego. I niech nikogo nie kusi żaden nawet najmniejszy skan. - Tak jest- Jak tylko oddalimy się o 2 godziny.... dwie wachty po 8 godzin. W razie czego niech ściągają mnie na mostek. Jak przyjdzie zmiana naukowy i inżynier wyznaczają swoich zmienników jako naaszych przewodników. Cała naprzód!Okręt ruszył..... sporo drogi.... ale przynajmniej zmiany odsłużą swoje i pozostanie jeszcze godzina na wrócenie do rzeczywistości po odpoczynku. Moon westchnęła... prysznic... lampka koniaku i łóżko.... niestety puste....
Okręt ruszył. Po pewien czas był skanowany przez różnego rodzaju czujniki. Zapewne w okolicy jego przelotu znajdowały się statki Breenów, gotowe do zniszczenia intruza, jeśli złamie którąś z zasad.- Jak się nazywasz? - zapytał glinn, patrząc na pokrwawiona twarz człowieka. - Czy to takie trudne? Zawsze podajecie swoje nazwisko, numer i stopień.Mężczyzna popatrzył jedym okiem na ciemiężce, drugie dawno mu zniknęło pod opuchlizną.- Chcesz znowu posłużyć jako przewodnik prądu elekrtycznego?! Chcesz?! - Kardazjanin juz nie mówił, a krzyczał.- Jak idzie przesłuchanie? - odezwał się nagle ktoś za jego plecami.- Legacie, ja...- Nie pytam się o twoje zdrowie, żołnierzu! Nic nie powiedział. Twoje umiejętności są tu niepotrzebne. Odmaszerować. - mimo usłyszenia rozkazu glinn stał w miejscu. - WYNOŚ SIĘ!!! - wrzasnął legat.Gdy już pozostali sami w namiocie, legat siadł na stołeczku naprzeciwko mężczyzny.- Jesteś twardy, naprawde twardy. Nawet moi ludzie po czymś takim śpiewali o wszystkim, nawet o tym czego nie wiedzą. A ty to wytrzymałeś. Tylko po co chorąży Arminie?Torturowany nie odpowiedział. Nie mógł odpowiedzieć. Juz dawno wyznałby wszystko. Wszystko. Gdyby tylko pamiętał co.
- Wprowadzamy lekką korektę kursu - zameldował Denevue- Przyjęłam - odparła Moon.Została godzina do przylotu. Sen dał im choć trochę wytchnienia... ale Moon nie potrafiła znaleźć spokojnego snu. Miała dziwne przeczucie, że coś się złego dzieje z Arminem. Cholera, mu się zawsze dzieje coś złego. Gdyby tylko wiedziała coś więcej, ale wykorzystała już większość znanych sobie źródeł. Poza sznurkami zbyt oczywiście wiodącymi do przyjaciół tatusia. Był jeden degenerat i łotr.... a raczej... zwykły szary oficer Imperialnej Floty... ale przysługi wyświadczane przez niego zawsze miały gorzką cenę. To nie pora na to. Chociaż chciałaby wiedzieć co z nim. Otrząsnęła się z rozważań. To rzeczywiście nie pora na to. Podjąć naukowca i spadać szybko z tego zbyt zimnego fragmentu kosmosu...
