Forum › Fandom › Sesje RPG, PBF i inne › Star Trek: PBF PL › PBF - Podporucznik Armin
Kapitan była nieprzytomna. Poszukałeś AHM-a. Krzątał sie wokół rannych, którzy mieli byc przeniesieni na stację.- Jak stan kapitan?- Raczej byłej kapitan. - zuważył sarkastycznie. - Poważny, ale stabilny. Powiem w skrócie: przeżyje, ale złożyła nieoczekiwany wniosek urlopowy. Powiedzmy na 2 miesiące, kapitanie.Chciałeś opuścić ambulatorium, ale AHM jeszcze cię zatrzymał.- Jak nie jestem obecnie potrzebny to wychodząc proszę mnie wyłączyć. I tym razem to zrobić...
AHM, mój drogi AHM. Zbyt Cię lubię by ot tak wyłączać... - powiedziałem z nutką złośliwości. - ... a z resztą jak chcesz... komputer, wyłącz AHM. Zostałem sam w wysprzątanym ambulatorium. Większość rannych została przeniesiona do wolnych kajut, więc nie było nikogo kto mógłby ujrzeć wyraz mej twarzy. Czy to była satysfakcja? Tak... nierdzewna stal zawsze pokona tych nieopierzonych młokosów. Wniosek o urlop? Przez kilka lat odrzucali moje, w czasach służby na lądzie i jakoś przeżyłem. Podszedłem do replikatora i poprosiłem o kawę z kardamonem... no i dużo cukru po czym ruszyłem na mostek. Wszedłem i bez słowa zbliżyłem się do fotela kapitańskiego. To miało być moje miejsce, przynajmniej... na jakiś czas. Po centrum kręcił się jakiś kadet od czasu do czasu spoglądając na wskazania przyrządów lub na mnie. Skinąłem mu głową i wyszedłem bez słowa. Poraz zobaczyć się z dowództwem, ciekawe czy mają coś dla mnie.... a potem, może mała partyjka antycznego, ziemskiego bilarda....
Po wypiciu kawy powoli udałeś się w kierunku śluzy. Na stacji był spokój, żadnych biegających podoficerów czy krzyczących rannych. Przynajmniej jeszcze ich nie było. Ale zapewne niedługo sie pojawią, gdy Sojusz zaatakuje. Tylko jak do cholery udało im sie stworzyć tak duże przejście do naszego wszechświata, ze przenieśli Galory? Na szczęście nadal nie mieli urządzeń maskujących.Wszedłeś na Wieże i od razu skierowałes sie do gabinetu dowódcy stacji.- Chorąży Armin melduje się.Komandor popatrzył na ciebie ze zdziwieniem.- Armin? Skąd? Aaa... pierwszy pod van der Brik... Czyli obecnie kapitan.- Tak jest! Czy ma pan dla nas jakieś rozkazy?- Obecnie nie. Ale za 2 dni przybędą na stację negocjatorzy. Przyda się pan jako ich ochrona w trakcie lotu na Ferenginar. Więc na razie nic nie mam. Aha... Ma pan wolny wieczór? Jeśli tak zapraszam do mej kwatery. Organizuje oficjalną kolację na wyższego personelu stacji oraz podległych mi okrętów. Może pan przyprowadzic jedną załogantkę. I jeszcze jedno. Obowiązuja stroje wieczorowe.
Tak... jeszcze z tej strony poprawić... i dobrze. - mamrotałem pod nosem przymierzając świeżo skrojony frak. Super. Naprawdę najwyższa klasa. Kolacja z oficerami? Zaczyna mi się to podobać. Przynajmniej nie będę myślał o aktualnej sytuacji politycznej. Ferenginar? Po jakiego grzyba? No dobra, ważne żeby tylko nas nie sprzedali. Poprawiłem jeszcze muchę i odwróciłem się słysząc prośbę o wejście. Do kajuty weszła LeBlanc, trochę zaskoczona moim wyglądem. - Kapitanie? - powiedziała zupełnie nieświadomie - Erm... kapitanie? - spytałem trochę zapeszony - Tak, dobrze że tutaj wpadłaś Marie. Czy zechciałabyś pójść na przyjęcie dla oficerów, które odbędzie się na stacji? - zapytałem po opanowaniu początkowego zmieszania - Czy to rozkaz? - zapytała uśmiechając się - Po jej słowach uśmiechnąłem się jeszcze szerzej i powiedziałem: - Tak.
- Ale ja nie mam żadnej sukni wieczorowej. - próbowała oponować.- To nie jest żaden problem. Podaj swe wymiary komputerowi. Zawsze znajdzie jakąś kreację do replikacji.Po dwóch godzinach wchodziliście do dużej sali. Było już w niej kilkanaście osób.- Państwo? - zapytał chorąży przebrany za kamerdynera.- Kapitan Armin i kadetka LeBlanc. - odpowiedziałeś z uśmiechem.Gdy podeszliście do stolików z jedzeniem sterniczka zapytała:- Dlaczego wziął pan mnie, a nie nową pierwszą? Ona bardziej pasowałaby na to przyjęcie niż ja.
Mam nadzieję, że pierwsza się o to nie obrazi - powiedziałem uśmiechając się, w myśląc dodając, że wysłałem jej też kwiaty i zaproszenie na drinka i partyjkę w bilard. Pierwszy to ważny element okrętu i nie można było go zaniedbywać. Krążyliśmy sporo czasu po sali chwile umilając sobie rozmowami z poszczególnymi osobami. Miło było w końcu odreagować. Spędzić czas w towarzystwie pięknej kobiety, z lampką szampana w ręku, otoczony przez ludzi, z którymi znajomość mogła kiedyś zaowocować... Nagle, zatrzymałem się. Wydawało mi się, że gdzies w tym całym tłumie mignęła mi jakaś znajoma twarz. Niemożliwe! Pomyślałem, nie on...! - Witaj Arrim... - powiedział postawny komandor zbliżając się do mnie- Pułkowniku, a raczej może komandorze- powiedziałem salutując- Daj spokój, nie jesteśmy już w armii. - przerwał ten gest - Widzę, że jesteś w końcu kapitanem? Dobrze wiedzieć, że dostałeś to na co zasługiwałeś już dawno. Szkoda, że w tak trudnych czasach....Po tych słowach przeprosił i oddalił się- Kto to był? - spytała Marie- Dowódca i przyjaciel w jednym. Osobiście widziałem jak w trakcie walk w tym co teraz jest strefą zdemilitaryzowaną wybuch granatu urwał mu obie nogi. - odpowiedziałem cierpko - Na szczęście mieliśmy dobre zaplecze medyczne. Zmienił się odrobinę od tego czasu... - ściszyłem głos, po czym uśmiechąłem się bezwolnie - Może zatańczymy? - zapytałem jeszcze...
- Czemu nie? - odpowiedziała. Jak wypiła trochę szampana to straciła swoją fałszywą skromność.Musiałes przyznać, że ze sterniczki był dobry tancerz. Nawet lepszy od ciebie. I wytrzymalszy. Po kolejnym tańcu podszedłeś do stolika po kolejne drinki.- Dobrze sie pan bawi kapitanie? - usłyszałeś za plecami. Odwróciłeś sie szybko. Za tobą stał dowódca stacji.- Oczywiście komandorze.- Jeszcze się nie przedstawiłem. - rzekł komandor pobierając z replikatora jakieś egzotyczne danie. - Jestem Noah Lyall, dowódca tej pięknej stacji o numerze 116. - zaczął powoli zjadać swój posiłek, który wyglądał na jakąś dziwna rybę. - To pan pierwszy napotkał te Galory?- Tak. Podobno pochodzą z lustrzanego wszechświata.- Pochodziły. Tharsis przemielił je, aż miło. Szkoda że mamy tak mało okrętów z nowymi technologiami Janeway. Inaczej nawet Romulanie by nam nie podskoczyli ze Scimitarami...- Tak. - popatrzyłeś na komandora, który nagle zbladł, a po chwili zrobił sie czerwony. - Nic panu nie jest?- Ja... hhh... - komador zaczał strasznie kaszleć. Zgiął się w pół jak gdyby ktoś uderzył go w brzuch. - ehhh... - przewrócił się na ziemię.- Komandorze?Lyall nie odpowiedział. Zaczął kaszleć krwią. Po chwili sie wyprężył i stracił przytomność. Za sobą usłyszałeś głos replikowania kolejnej potrawy. Dziwme, przeciez nikt nic po komandorze nie zamawiał...
Podbiegłem jak najszybciej do komandora, krzycząc na ludzi by ktoś mi do jasnej cholery pomógł. Krzyknąłem nawet na komputer by dawał mi tutaj jakiś medyków, jak najszybciej, a samemu próbowałem zidentyfikować zagrożenie i uratować oficera, w końcu czegoś mnie uczyli w armii.....
Podbuegł do ciebie jeden z oficerów. Nacisnał komunikator.- Burke do pokoju transportera numer 2. Natychmiastowa teleportacja mnie i komandora Lyalla do ambulatorium. - oboje znikneli.- Kto to był? - zapytałeś jakiegoś porucznika, który stał najbliżej ciebie.- Nasz główny lekarz. Cholera co się stało staremu?- Zjadł cos i zaczął się tarzać. - odpowiedziałeś.Zjadł coś! Z replikatora! A tam coś się pojawiło! Natychmiast sie odwróciłeś. W replikatorze leżał mały padd.
Coś mi tu brzydko pachniało i raczej niebył to Boeff Strogonoff. Pobyt na tej stacji zdecydowanie przestał mi się podobać. Podszedłem do replikatora i przyjrzałem się paddowi. Chyba można podnieść. Wziąłem go ostrożnie i spojrzałem....
Był na nim wyświetlony krótki napis:"NOAH LYALL 2/8"
- Cholera, ktoś wie co to może znaczyć? - spytałem rozglądając się po zebranych, ale ich twarze nie zdradzały zbyt wiele. Jeśli to był ktoś z nich musiał być piekielnie dobrym pokerzystą... i zmyślnym mordercą... - Jest tu oficer ochrony stacji? W końcu to nie moja działka prowadzenie dochodzeń więc... jeśli panie i panowie pozwolą.... wiecie gdzie mnie znaleźć - na zakończenie rzuciłem padda najbliższemu, mocno zdezorientowanemu oficerowi i ujmując Marie pod rękę ruszyłem na okręt...
Nikt cię nie zatrzymał. Wróciłeś na okręt, odprowadziłeś sterniczkę do jej kajuty, poszedłeś do swojej. Przed drzwiami juz na ciebie czekali.- Kapitan Armin? Śledczy Burke i Kaley. Pan pozwoli z nami.
- Panowie pozwolą na moment - powiedziałem ignorując ich nakaz i wskazując na frak - Muszę zdjąć frak zanim go zupełnie pogniotę, poza tym... nie będę paradował po stacji bez munduru. Chyba mnie rozumiecie? - Szybko przebrałem się w mundur i spojrzałem w lustro. Ok, nic mi nie jest. Dobrze, że nic nie jadłem w trakcie tej imprezy. Swoją drogą, ciekawe o co w tym wszystkim chodzi i dlaczego teraz? Wyszedłem do swoich "opiekunów" i powiedziałem: - Przepraszam za tę zwłokę, możemy iść? - I nie czekając na nich ponownie, wyszedłem przed kajutę.
Zaprowadzili ciebie do aresztu, gdzie miescił sie pokój przesłuchań. Tam zaczęli ciebie wypytywać o Lyalla, przyjęcie, służbę na Taurusie. Nawet zapytali się o to dlaczego poszedłeś na przyjęcie ze sterniczka, a nie pierwszą. Odpowiadałeś jak umiałeś. Po 3 godzinach zwolnili ciebie, z zastrzeżeniem abyś nie opuszczał stacji.
