Forum › Fandom › Sesje RPG, PBF i inne › Star Trek: PBF PL › PBF - Podporucznik Armin
Okręt nie odbiegał od standartów swej klasy. Wygladał normalnie, tak samo załoga sprawiała wrażenie spokojnej i zrównoważonej. Dopiero w okolicy ambulatorium był większy ruch. Jednak rannych było niewielu. Piraci nie lubili zostawiac świadków. Przewżały rany cięte od kartakinów i oparzenia od dezruptorów. Było łącznie 15 rannych bo niestety jeden ciężko ranny zmarł.
Nie miała co robić... stwierdziła iż w oczekiwaniu na jakiekolwiek wieś powinna zaszyć się w przydzielonej kajucie i poczytać jakąś dobrą książkę. Odwróciła się na pięcie powiewając przy tym włosamii... wpadła na idącego za nią Denevue....- ...co! To ty!?- Ehm... erm... stwierdziłem, że musisz to zobaczyć....- powiedział podając paddaPo chwili czytania krzyknęła niemalże:- Nie żartuj! Oni... oni go....- Tak... wysłali przypadkiem gdzie indziej...a raczej nasz sygnał w dziwny sposób zbiegł się z innym pochodzącym z innej rzeczywistości....- Myślisz, że są jakieś szanse by go sprowadzić z powrtoem...- Są... ale trzeba go najpierw znaleźć....- Dobra... a gdzie reszta?- LeBlanc u psychologa, twierdzi, że wyjdzie z tego... Ch'Rak wyżywa się na holodeku biorąc odwet na wyimaginowanych wrogach... a Sverrirr.... najwidoczniej na coś wpadł ale nie chwali się za bardzo....- Dobra... niformuj mnie na bieżąco... ja... już coś zrobiłam... rozpętałam małe piekło by chociaż zainteresować kogoś tą sprawą... ale chyba przegięłam...- Nie martw się będzie dobrze, powiedział inżyniera patrząc na zasmuconą Moon, przytulił ją odruchowo i odszedł....Pierwsza stała jeszcze przez moment zdziwiona po czym uśmiechnęła się i ruszyła do kajuty.....
Po 2 godzinach kapitan wezwał Moon do pokoju kapitańskiego.
Moon wstała przeciągając się. Miała czas. Zresztą wiedziałą co kapitan zechce jej powiedzieć i nie podobało jej się to. Chciała już wziąć ze sobą phaser aby dalej grać nieobliczalną ale wstrzymała się. Równie dobrze mogła temu patałachowi skręcić kark. Uśmiechnęła się sama do siebie i ruszyła na spotkanie odkładając czytanego właśnie "Lorda Jima"...
Kapitan poprosił, aby usiadła.- Odkryliśmy to samo co pani cudowny mechanik. Armin na wskutek jakiegoś zakłócenia został przeniesiony, najprawdopodobniej do wszechświata równoległego. Oficjalnie w dalszym ciągu pozostaje uznany za zaginionego, ale prawdę mówiąc na 99% nie żyje. Tak więc do chwili nadejścia nowych rozkazów jest pani dowódcą USS Taurus.
- Dziękuję... pozwolę sobie zebrać załogę w mesie, a przynajmniej to co z niej zostało i porozmawiam z nimi. Chciałabym jednak aby poszukiwania chociaż w najmniejszym stopniu były kontynuowane. Flota nie może gubić ot tak swoich dowódców. - po tych słowach skinęła głową, zasalutowała i pró?owała wyjść starając się nie parsknąć śmiechem. Wiedziała, że Armin "gdzieś tam" jest i znając jego przeszłość poradzi z tym sobie choćby nie wiem co, ale zawsze istniała jakaś możliwość...
- Jeszcze nie skończyłem. Porozmawiałem sobie z pewnym admirałem. Miał całkiem ciekawe informację. Nie wiem jak wychowywali panią rodzice, ale to nie Galae i TU nie podkłada się świń przełożonym. ZROZUMIANO?! Skargę mozna napisać, ale nie jawnie oskarżać dowódcę o niekompetencję. Jeśli pani nie zrozumie to jeszcze trochę i nie będzie kapitan Moon tylko cywil Moon. Możecie odejść.
- Tak jest! - zasalutowała ironicznie i wyszła. Gdy tylko drzwi zamknęły się za nią podniosła do oczu wcześniej ukryty we włosach mały przedmiot i nacisnęła go. - ....to nie Galae i TU nie podkłada się świń przełożonym. ZROZUMIANO?! - zabrzmiał idealnie odtworzony głos przełożonego- A o nietolerancji i szykanach na tle rasowym słyszaeś? - po swoich cichych słowach poszła w stronę mesy... Moon stała w mesie spoglądając na wymęczone twarze tam zebranych. Każdy wiedział co teraz nastąpi. Musieli jakoś przeczuwać, że do listy ofiar flota dopisze również ich dowódcę.- Uszy do góry... stało się... - powiedziała dziwnie wesoła LeBlanc, wciąż pozostająca pod wpływem antydepresantówCh'Rak wybuchł histerycznym śmiechem i wbił nóż w syntetyczny stół. - Dobra... a coś konkretniej? Wiecie... zostawić tego tak nie można....- Razem z Denevue zrobiliśmy kilka symulacji i analiz. Zdawało nam się nawet, że wychwyciliśmy jakąś cienką nić która świadczy o tym iż kapitan żyje... tyle, że przemieszczała się w stronę DS9- Nam po drodze... - powiedział cicho operacyjny- LeBlanc? - zapytała pełniąca funkcję kapitana- Hmmm? Ah tak... nie mamy innego wyjścia,. rozkazy to rozkazy... przecież nie będziemy od razu porywać USS Lutzow i lecieć na....- Myślałam już o tym - przerwała jej wywód Moon - Ale nie ma szans... przynajmniej na razie musimy sprawiać wrażenie spokojnych, zrozpaczonych odrobinę itp. itd. dadzą nam przynajmniej odrobinę spokoju by poszukac jeszcze jakiegoś rozwiązania. Tym bardziej, że nie mamy okrętu... zgoda?- Tak jest! - odpowiedzieli wszyscy po czym mesa w błyskawicznym tempie opustoszała.....A Lutzow dalej leciał w stronę Deep Space 9.... Moon znowu siedziała w miękkim fotelu czytając książkę. Mieli czas. I to dużo. Mogli spokojnie udawać, że nic się nie stało... ale nie ukryją tego. Postara się o to... by pogrążyć co najmniej kilka osób....
Grupa okrętów leciała w kierunku DS9 z prędkością warp 6. Na Taurusie mechanicy oceniali zniszczenia, zaś 3 oddziały ochrony sprawdzały czy dolne pokłady były zaminowane i przenosiły zwłoki do ładowni. Ciała członków GF miały być pochowane z honorami na cmentarzu GF na Betazed, zaś piratów w beimiennym, masowym grobie.Czas mijał, po kilku godzinach do Moon zgłosił się Denevue, chcąc poinformować o uszkodzeniach Taurusa.
Aktualna kapitan uważnie studiowała podstawionego jej padda.- Nie jest tak źle mówisz?- Aha...- Mamy nawet miejsce na basen i kort do tenisa. O tu gdzie wyburzyli ściany... - ironizowała Moon- Najważniejsze, że lata... - odpowiedział zrezygnowany Denevue- Najchętniej dobiłabym to truchło i wymieniła... - stwierdziła dobijając inżyniera- Ale.. ale....- Wiem... nie chciałabym być we własnej skórze gdy Armin jednak nagle wróci i okaże się, że zamiast radosnej Mirandy ma okręt klasy Sabre... - Aha....- No nic... mam wiadomość z DS9, że na nas czekają. Mieli ponoć jakieś kłopoty, ale załatają nas na tyle byśmy dotarli do stoczni z prawdziwego zdarzenia. Możecie odejść...- Tak jest... - zasalutował mechanik, ale dalej stał w miejscu....- Słucham? - spytała odrobinę poirytowana Moon- ..raczej... to znaczy.... my z oficerami mamy jedno pytanie....- Tak?- Dołączy pani do partii brydża?- Kusząca propozycja Denevue, rozważę ją...- Dziękuję Gdy już wyszedł Moon odetchnęła z ulgą. Brydż? Rzeczywiście, może się pojawi. W końcu musi dbać o dobre stosunki na pokładzie, ale Denevue zaczyna ją trochę przerażać, ale kiedyś... jego "oddanie" może się przydać...Posiedziała jeszcze odrobinę z kubkiem gorącej herbaty po czym zeszła do mesy na partyjkę... wygrała.... (razem z Ch'Rakiem)....
Wreszcie okręty dotarły do DS9. Rzeczywiście stacja miała problemy. Ale raczej nie małe. Kilka dni temu sześcian taktyczny przeszedł przez korytarz i zniszczył parę statków oraz większość platform obronnych. Potem uciekł w kierunku Badlands. Za nim ruszyl pościg, co osłabiło ochronę stacji. Ponieważ zagrożenie ponowną inwazją Dominium było duże, Gwiezdna Flota przysłała 3 floty w celu ochrony stacji. Ponad 300 okrętów stacjonowało koło korytarza, czekając na atak Dominium, który jednak nie następował. Zamaskowane klingońskie okręty po drugiej stronie informowały tylko o zgrupowaniu Dominium 15 lat swietlnych od korytarza. Zapewne Dominium bało sie inwazji Federacji na gammę.
Moon z niedowierzanie spoglądała na zgromadzone siły, a potem na wleczony promieniem trakcyjnym kadłub Taurus. Zestawienie było ciekawe. Westchnęła tylko i udała się do kajuty. Weszła cicho... rozejrzała się... coś było nie tak..... ten... zapach... na stole leżały kwiaty. Wzruszyła ramionami zrezygnowana. Tak to jest. Stres, trauma i mechanicy z ich romansami... nic nie mogła poradzić. Zerknęła na odrobinę osobistych rzeczy i spakowała się szykując do zejścia na stację, a następnie powrót na Taurusa....
Lutzow zwolnił promień trakcyjny i puścił Taurusa, który z dużą prędkością zaczął zbliżać się do stacji. Stacyjny promień powstrzymał Mirandę od kolizji, hamując jej lot i przycumowując do jednego z pylonow. Lutzow nie zacumował i kadeci musili być transportowani na stację promami.Po kilku minutowym oczekiwaniu Moon stała na lądowisku C. Obok niej tłoczyli sie kadeci.- Co mamy robić, kapitanie? - zapytał jeden z nich.
Spojrzała na to co zostało z dawnej załogi szukając jakiejś bardziej znajomej twarzy. Jest! Musiał mieć piekielne szczęście, że nie zginął. - Thomson... jesteś odpowiedzialny za załogę. Zostaniesz przeze mnie podany do awansu za bohaterstwo na polu bitwy. Jak na razie jesteście wolni, ale trzymajcie się blisko Taurusa. I nie zadawajcie się z załogą Lutzowa, albo raczej bądźcie ostrożni, ten kapitan to podejrzany typ. Jak tylko zameldują mi, że Taurus jest zdatny do użytku wracamy na pokład. Aha... dobrze by było gdyby sekcja żółta pomogła przy naprawach... nie chcę niespodzianek... - po tych słowach ruszyła w stronę promenady. Gdzieś tu musiała być... ktoś złapał ją jednak za ramię.- Ch'Rak?- Lepiej trzymać się razem. Po tym co zobaczyłem w przestrzeni wolę mieć sojusznika w pobliżu.- Byłeś tu już?- Parę razy. Znam jedną dobrą, klingońską knajpę.- Rracht?- Aha... potem umówiłem się już z LeBlanc i Denevue. Będą asystować przy naprawach... a Sverrirr obiecał nie oddalać się od laboratorium. Potrzebuje mocnego komputera bo... twierdzi, że wie gdzie jest kapitan...- Tak więc chodźmy....
