Forum › Fandom › Sesje RPG, PBF i inne › Star Trek: PBF PL › PBF - Podporucznik Armin
- Jak poważny jest stan okrętu? Jeśli jest mocno uszkodzony surerowałbym częściową ewakuację i powrót do stocznii. Ferengi przekazali, że sami polecą do domu.
- Ja bym raczej sugerował wysłanie przynajmniej części eskorty razem z nimi... nikt nie wie czy gdzieś po drodze nie będzie jakiejś zasadzki. Wydaje mi się, że jak tylko przyrócimy zasilanie i grawitację to możemy lecieć. Silniki w normie.... z tego co wiem. Będę mógł powiedzieć więcej jak spłyną wszystkie raporty...
- Jest mały problem. Odlecieli jakieś 20 minut temu wraz z tym transportowcem.Dalszą rozmowę przerwał jeden z Marines informując głośno, że podstawowe systemy będą naprawione za parę godzin.- Naprawdę radzę opuścić okręt. Weźmiemy go na hol i odstawimy do najbliższego doku.
- Kilka godzin...? Cholera.... aż tak źle... nie podoba mi się opuszczanie własnego okrętu... ale jeżeli taki jest rozkaz to go przyjmę. Muszę tylko poinformować całą załogę,a to będzie możliwe jak przywrócimy łączność. Dam wam wtedy znać. Armin OutOdwróciłem się w prawą stronę i spojrzałem na słabo oświetlony mostek. Westchnienie wyrwało mi się z piersi. Skopali nam tyłek... następnym razem powinienem wytargać za uszy cały wywiad. Załoga nabrała doświadczenia przynajmniej... ale za dużo nas zginęło. Jak to na wojnie. Ale nigdy nie lubiłem wysyłania listów do matek, żon, córek, rodzin poległych. Spojrzałem na Moon. Nieźle się trzyma jak na żółtodzioba. Ostrożnie przemieściłem się na środek i zaintonowałem starą klingońską pieśń ku czci poległych.... chwilka później dołączył Ch'rak i wypełniliśmy swym głosem okręt.... melodia wymagała wielu sił, dlatego gdy już zakończyliśmy pot powoli spływał mi z czoła. Spojrzałem na Moon i wydałem rozkaz: - Jak tylko przywrócimy łączność poinformuj załogę, że... opuszczamy okręt...
Nim przywrócono łączność zaczęły spływać raporty o stratach. Zginęło 41` załogantów Taurusa, 52 Marines i 38 piratów. Było też 16 rannych członków GF, w tym 5 ciężko. Żaden pirat nie został wzięty żywcem.
Siedziałem na mostku przyjmując w milczeniu spływające raporty. Nikt mi nie przerywał gdyż najwyraźniej wszyscy widzieli, że jestem na granicy wybuchu. Szybko pisałem wiadomości, które po przyjęciu oficjalnego raportu miałem rozesłać do rodzin poległych. Przykra sprawa. Żyjesz, masz rodzinę, dzieci, swoje smutki i radości. I nagle przychodzi koniec, zostaje po tobie krótka notatka i złożona w kwadrat flaga Federacji... nie pierwszy raz zastanawiałem się nad tą flagą... czy jest sens za nią walczyć? Umierać na polu chwały? Na szczęście te myśli przechodziły dosyć szbko. Parę lat służby naziemnej i człowiek staje się prawie wypruty z emocji. Wystarczy tylko przypomnieć sobie setki ludzi ginących w jednym momencie w ogniu nieprzyjaciela. Okrutny losie... Przez moment przeszył mnie dreszcz, a potem... nie zostało nic. Po raz kolejny okrutna rzeczywistość została zepchnięta wgłąb podświadomości by potem powracać jedynie jako krwawe wspomnienie w snach.... Odwróciłem się do Moon: - Pierwszy... daj sygnał do opuszczenia okrętu. Niech pozostałe okręty przygotują się na przyjęcie ocalałych. Scorpius... sprawdź przed odlotem czy nasi znajomi nie zostawili jakiejś niespodzianki dla ekip naprawczych, weź ze sobą Ch'Raka i Denevue.... Chcę was widzieć całych! Jak tylko nas prześlą robię odprawę. Zajmiemy mesę i niech nikt nam nie przeszkadza.- W czymś jeszcze pomóc? - zapytała Moon zmęczonym głosem. Dopiero teraz zauważyłem jak się zmieniła. Widać było po niej zmęczenie i ból przeszywający twarz.- Tak... zajmij się tym co są w szoku....- Chodzi o LeBlanc?- Co?! - spytałem zaskoczony- Nic, nic... - odpowiedziała cicho pierwsza i powoli ruszyła w stronę ambulatorium...
Załoga zbierała sie w grupy i była przesyłana głównie na pokład Lutzowa. Nim ewakuowano mostek doszły kolejne informacje. Na raiderze w chwili wybuchu były 2 drużyny Marines - 12 ludzi. Zaś na staranowanym Sabre'u - 4 mechaników. Kolejne ofiary dopisane do długiej listy.Wreszcie rozkazałeś, by wszyscy z mostka natychmiast go opuścili. Pozostać miał na nim tylko Denevue, aby zabezpieczyć sprawne jeszcze systemy. Podleciał do sprawnej konsoli naukowej i zaczął sprawdzać uszkodzenia czujników.Nacisnąłeś komunikator:- Lutzow. Czterech do transportu.- Cholera co się... - zdążyłeś usłyszeć słowa Denevue nim zniknąłeś w blasku teleportera.Teleportacja trwała długo. Za długo. Czułeś się dziwnie w tym stanie zawieszenia. Wreszcie pojawiłeś się. Tylko to miejsce nie wyglądało na pokój transportera na Lutzowie. Rozejrzałeś się zdziwony.Pokój wyglądał znajomo. Jednak niektóre elementy różniły go od federacyjnego.- Pani kapitan! - usłyszałeś za sobą.Natychmiast sie odwróciłeś. Za toba stał człowiek mierzący do ciebie z karabinu. Za jego pleców wyszła Moon. Była ubrana w krótką, seksowną spódniczkę.- Spokojnie Ralf. Znam go. - podeszła do ciebie i mocno cie pocałowała. Gdy oderwała swe usta od twoich stanąłeś jak wryty. Dzięki temu nie zauważyłeś jej pięści, która wylądowała na twej twarzy. Jak długi wyłożyłeś się na ziemi.- Ty bydlaku! - krzyknęła. - Myślałem, że zginąłeś w tej akcji!
Zdecydowanie mogło to zdezorientować człowieka. Nie dość, że po transporcie nie uspokoił mi się żołądek to nagłe zestawienie pocałunku i ciosu pięścią bardzo mi się nie podobało. Błyskawicznie w moim umyśle zaskoczyło kilka trybików i nim się zorientowałem o co chodzi ruszyło podświadome działanie. Rozcierając sobie brodę dłonią uśmiechnąłem się półgębkiem i podniosłem na nogi. Zginąłem? Bydlaku? Wcześniej byłem już wzięty jako zakładnik więc....- Nie jest łatwo mnie zabić... - powiedziałem więc tylko i uśmiechnąłem się szerzej...
- Mogłeś chociaż jakoś mnie powiadomić, ale nie zabawiać się z kolejna dziwką! - potok jej oskarżeń, przerwał głos z komunikatora:- Pani kapitan, za minutę wchodzimy do akcji.Moon spojrzała na ciebie:- Wiesz gdzie jest mostek. W końcu to był twój okręt. - pobiegła w kierunku drzwi, po drodze wydając rozkazy. - Na początku rozwalać Vor'Chy, a B'Rele później.
Cholera w co ja się wpakowałem? Vor'Che? B'Rele.... zaraz, zaraz... co było z tą kwestią Sojuszu? Aha.... niepokoje na granicy, walka z kardazjańskimi siłami SOJUSZU? Cholera, cholera i jeszcze raz cholera. Kląłem w myślach zdążając w stronę centrum. Po kilku krokach przyspieszyłem do biegu... więcej pytań zadam sobie pewnie na mostku.....
Po drodze poznałeś klasę okrętu, na którym byłeś. To był Defiant. Na mostku Moon siedziała w fotelu kapitańskim. Na ekranie widać było pobliskiego Raidera lecącego w warp.- Kontakt z konwojem za 20 sekund. - zameldował taktyczny.
Zrzuciłem z siebie wszelkie oznaki niepokoju i szkolonym krokiem wszedłem na mostek. Zbliżyłem się do fotela kapitańskiego i stanąłem za nim wspierając się na oparciu, patrząc równocześnie na reakcję Moon jak i ekran taktyczny. - Status. - zażądałem tonem nie znającym sprzeciwu... chyba powoli zaczynała podobać mi się ta rzeczywistość...
Taktyczny popatrzył na Moon i zaczął raportować:- Za chwilę zaatakujemy konwój Sojuszu. Prawdopodbnie ochrona konwoju to 1 Vor'Cha, 2 B'Rele i 3 Galory. Osłaniają 5 transportowców. Juz o nas wiedzą. Nasz skład: 2 Defianty i 3 Raidery.Nie zdążyłeś odpoweidzieć, gdy okręty wyskoczyły z warp. Statki Sojuszu już na nie czekały. Jendka tylko jedna torpeda z salwy dosięgła bliźniaczego Defianta. Okręt na którym przebywałeś zaczął szybko zbliżać się do Vor'Chy.
- Pokażcie co potraficie... - powiedziałem tylko spoglądając na zbliżający się coraz bardziej okręt, a następnie pozowliłem sobie na małą dygresję zwracając się do Moon z jadem w głosie: - To co maleńka, umiesz jeszcze odpalać torpedy?
Sternik wykonał ostry manewr i nagle znaleźliście się pod Vor'Chą. Defiant odpalił dwie torpedy i dokończył serią z dział. Tak samo uczynił drugi. Tymczasem Raidery zajęły się B'Relami. Szybko obrót wokół własnej osi i kolejna seria z dział przebiła się przez osłabione osłony rufowe Vor'Chy. Drugi Defiant ostrzelał to samo miejsce i krążownik zniknął w blasku wybuchającej maszynowni.- Zdejmijcie tego Galora! - rozkazała Moon patrząc na kardazjański okręt bezlitośnie ostrzeliwujący jeden z Raiderów.
