Forum › Fandom › Sesje RPG, PBF i inne › Star Trek: PBF PL › PBF - Podporucznik Armin
Moon podniosła broń mierząc w szturmowców: - Stać! - krzyknęła, a na jej słowa cały oddział przygotował się do oddania strzału....
- Ha ha ha! Kolejne wymoczki! - zakrzyknął szturmowiec i wcale się nie kryjąc zaczął do was strzelać. Odpowiedzieliście ogniem. Niestety po chwili wiedzieliście czemu się nie kryje. Przed nim było postawione pole siłowe, o które zaczęły rozbijać się wasze strzały. On miał dostosowaną broń i od razu trafił w nogę jednego z Marines.
- Ustawić phasery jak na Borg - krzyknęła Moon. Marines od razu załapali o co chodzi i rozpoczęli ogień ciągły na różnych modulacjach....
Pociski wciąż rozbijały się na polu siłowym. Wreszcie jeden przeleciał i prawie trafił w głowę szturmowca. Ten odskoczył za róg i krzyknął:- Kończyć robotę i zbierać się!Dwaj pozostali przestali majstrować przy panelu i wyciągnęli broń. Otworzyli ogień zaporowy w kierunku waszej grupy. Później zniknęli w kanale Jefriesa.
Moon natychmiast zarządziła: - Korytarzem w bok, nie będą przemiszczać się zbyt szybko więc dopadniemy ich w środku i zmiażdżymy ogniem, choćbyśmy mieli rozwalić całą ścianę i natychmiast pomknęła korytarzem.... w końcu dotarła do miejsca gdzie na pewno za cienką ścianą przebiegał kanał i zaczęła rozcinać go ogniem z phasera.... to musiało ich przypiec... co najmniej na rumiano....
Moon przebiła się do kanału, ale w środku nikogo nie było. Oddała dwa prewencyjne strzały w lewo i prawo. Nie usłyszała ani okrzyków bólu, ani odpowiedzi. Szturmowcy po prostu rozpłynęli się w powietrzu.W tym czasie z innego kanału wypełz mechanik. To z niego naśmiewał się szturmowiec. Jego mundur był osmalony, a na łokciach i kolanach miał wydarte dziury od długiego poruszania się na kolanach.Dwaj pozostali Marines zajęli się rannym kolegą. Jego rana nie była poważna, ale nie dawało się zatamować krwi.
Moon wciąż obserwowała otwór. - Gdzie oni są do cholery? - myślała. Miała nadzieję, że nie przedarli się gdzieś indziej. - Scorpius, zajmij się rannym, wiem, że wiesz co zrobić. - rzuciła jeszcze przez ramię. Taktyczny podszedł do mechanika podnosząc broń. Ten próbował się cofnąć, ale weteran piechoty przytrzymał go i przystawił karabin do rany przestawiając go na słaby promień. - Będzie trochę szczypać. - powiedział ze złowieszczym uśmiechem i nacisnął spust. Marynarz zawył z bólu i zemdlał, ale rana zasklepiła się.- Możemy iść dalej? Jakieś plany? - spytała Moon marines wciąż ze zdziwieniem graniczącym z podziwem patrzących na taktycznego...
- Chorąży Moon? - zapytał brudny kadet. - Mam wiadomości o kapitanie. Jest 3 pokłady niżej w magazynie deuteru. Jak przedzierałem sie na wyższe pokłady to spotkałem kadetów, którzy byli wcześniej z nim. później wypadli szturmowcy Jem'Hadar. Zaczęła się strzelanina. Ja... uciekłem.- Dobrze zrobiłeś. - rzekł jeden z Marines. - To nie jest zadanie dla was. Pani Moon ktoś musi odtransportować rannego. Nie bedziemy przeciez go ze sobą tachać.
- A właśnie, że będziemy... dobry dowódca nie zostawia towarzyszy broni na polu walki... - powiedziała Moon, a jej twarz wykrzywiła się w uśmiechu - Ch'Rak, jeśli możesz to przerzuć go sobie przez ramię, nie powinno być problemu. A teraz... migiem do magazynu.... trzeba zabezpieczyć poziomy techniczne.... i zobaczyć później co z maszynownią... wciąż nie ma znaku od Denevuea....
- A może pani sama go będzie nieść? I przy okazji tego mechanika? - zapytał wściekły porucznik. - Tak to jest jak kadeci zostają dowódcami...Moon już zamierzała mu odpowiedzić gdy odezwał się komunikator:- ...stek Taurusa do por... dersa. Przywra... czność.- Tu porucznik Anders. Podajcie raport o walkach.- Pi... na niższe pokła... duże straty wśród Mar... będą Klingo... moc.- Co? Proszę o powtórzenie ostatniego zdania.- To chyba niepotrzebne. - mruknął drugi Marines wskazując na 6 Klingonów, którzy nagle zmaterializowali się obok grupy.
Moon wzniosła phasery, a potem opuściła gdy przypomniała sobie, że w eskorcie był i klingoński okręt.... - Stój... kto u was dowodzi... - powiedziała głośno do grupki....
- Ja. - rzekł Klingon. - Zabezpieczyć teren. - rozkazał podwładnym. - Jaki jest status?
Powoli ich spychamy na dolne pokłady. Teraz kierujemy się do magazynu trylitu gdzie wybitnie próbowali się dostać. Sytuację jednak chyba kontroluje nasz kapitan. Uwięziliśmy ich też wewnątrz okrętu i nie mogą się już bezkarnie przesyłać. Niestety straty są duże. Mają dobrą broń i są... godnymi... wojownikami... - zakończyła Moon - Ruszacie z nami? Mamy problem z rannymi ale po drodze spróbujemy minąć jakąś pustą kajutę to ich odstawimy i będziemy mogli zacząć... małe porządki.... - zakończyłą Moon z błyskiem w oku.
- A ten to też jest w grupie szturmowej? - Klingon wskazał na brudnego i przestraszonego mechanika. - Winszuję, winszuję...Ruszyliście znowu na dół. O dziwo wystrzały umilkły. Napotykaliście tylko ciała. Zniszczenia pokładów były dośc duże. Piraci używali bomb, aby wysadzać drzwi i niszcyć magazyny i laboratoria.Dostaliście się na pokład z magazynem okupowanym przez kapitana.- Magazyn jest na końcu korytarza za rogiem. - rzekł brudny mechanik, nerwowo ściskając fazer.Przed grupą był względnie czysty korytarz. Na środku pod ścianami leżały 2 ciała piratów. Jeden był Jem'Hadar, a drugi Oriończykiem.
Moon spojrzała na ciała. Ręką dała znać Ch'Rakowi by położył rannego i razem ze Scorpiusem wysunęli się do przodu. Kawałek za nimi ruszyli Klingonie i Marines trzymając w rękach wciąż gotową do strzału broń. Po chwili wszyscy przywarli do ściany i ruszyli dalej. Bez kłopotów dotarli do rogu. Pierwsza wciąż nerwowo zaciskając dłonie na phaserach kazałą Scorpiusowi sprawdzić korytarz. Na te słowa marines przeskoczyli pod drugą ścianę osłaniając go...
