Forum › Fandom › Sesje RPG, PBF i inne › Star Trek: PBF PL › PBF - kapitan Qumos
Narazi nie przejmowałem się drzwiami przerzuciłem przez ramie Kardaziański karabin za pas włożyłem Andoriański Dezrupr a dopełnieniem był sztylet.Do każdej broni zabrałem trochę ogniw po czym zacząłem sie martwić drzwiami.Postanowiłem złamać kod używając tricordera a w wypadku nie powodzenia użyć siły.
Trikorder wskazywał, że wpisano nowe kody dostępu i bez kontaktu z kapitanem drzwi do zbrojowni zostaną zamknięte.
Kopnąłem ze złości w drzwi które blokowały mi przejście.Nie namyślając się zacząłem wywoływać Kapitana jak ostatnio sprawdzałem system komunikacji działał.Jeśli to nie przyniesie rezultatu próbuję otworzyć drzwi siłą za pomocą disruptora.
Na wezwania Hrientha kapitan nie odpowiadał. Tylko nie wiadomo było czy nie chciał czy łączność już została przerwana.Drzwi do zbrojowni było naprawdę solidne i strzały z dezruptora tylko je okopciły. Przecież ich zadaniem było chronić zaratość przed nieproszonymi goścmi.
Zacząłem skanować tricorderem pomieszczenie z nadzieja znalezienia czegoś co pomogło by mi otworzyć drzwi lub jakiegoś korytarza technicznego.
Zbrojownie było dobrze zabezpieczone przed intruzami, więc żadnych innych wejść oprócz drzwi przed Hrienthem nie było. Nawet powietrze było tłoczone przez malutki otwór wentylacyjny. Gdyby uwięziony był Zmiennym nie byłoby problemu, ale niestety Andorianin nim nie był i nic nie wskazywało na to, że w najbliższym czasie będzie.Również drzwi tak łatwo się nie otworzą. Panel obok nich był tak skontruowany, że trafienie w niego niszczyło cały mechanizm otwierający, więc strzelanie w niego było bezsensowne.
Zostawało tylko grzebanie w konsoli innego wyjścia nie było.Co chwilę waliłem pięścią w konsole ujawniając swoją złość.
Udało się przejść kilka zewnętrznych zabezpieczeń, ale w pewnej chwili konsola zaiskrzyła i przestała odpowiadać na jakikolwiek polecenia.
- Skończył się dzień dobroci dla tego gówna - powiedziałem sam do siebie i wziąłem najcięższą giwerę jaka była na składzie aby pokazać konsoli kto tu jest panem.
Najcięższą giwerą był granatnik plazmowy. Taki to jednym strzałem zmieniał góry w doliny. Tylko czy ktoś kiedyś nie mówił, żeby nie bawić się nim w małych, zamkniętych pomieszczeniach?
Obejrzałem granatnik dokładnie i po chwili namysłu postanowiłem zrobić z tricordera i innych dostępnych części pole siłowe które uchroni mnie przed eksplozją nie będzie działało długo ale przynajmniej przeżyję i wyjdę z tond.
Hrienth rozebrał trikoreder i kilka innych narzędzi na części i zaczął je składać w coś co miało stać się polem siłowym. Dopasowywał kolejne części, gdy włączył się mu kominkator.- Panie Hrienth, czy nikt pana nie uczył, że wystrzał z granatnika zamieni całe pomieszczenie w takie małe dość gorące słoneczko? I żadne domorosłe pole nie pomoże?
- A kim ty jesteś? Zaraz ciebie potraktuje z granatnika? - krzyknąłem ze złością wreszcie ktoś zwrócić na mnie uwagę juz myślałem że naprawdę będę musiał wywalić z tego granatnika w drzwi.
- Tylko bez nerwówki. My mielismy niezły ubaw z pańskich wysiłków. Nawet czekaliśmy ze strzelaniem, patrząc co pan wymysli. Ale z granatnikiem to już była przesada. Nie lubimy ścierać kogoś ze ścian. Żywi jesteście dla nas bardzie przydatni.A nazywać może mnie... Niech będzie Levi.
- To słuchaj Levi albo mnie zaraz z tond wypuścisz i wyniesiesz sie z okrętu albo ci wsadzę ten granatnik tam gdzie słońce nie dochodzi. Rozumiesz? - Granatnik ustawił tak aby wystrzelił wypadku mojego upadku na ziemię lepsza śmierć niż niewola.
- A gdzie nie dochodzi? - Levi zaśmiał się. - Ale dobrze, zaraz cie wypuszczę. Tylko się nie zabij z radości. - drzwi syknęły i otworzyły się.
- Mądra decyzja mam nadzieję że nie ostatnia a teraz wynocha ze statku znajdź sobie do zabawy kogoś innego. Może Klingonuw oni by się nie bawili w granatniki tylko by cię batle'ha poczęstowali. - Granatnik przewiesiłem przez plecy i trzymając w rękach 2 disruptory wyszedłem z pomieszczenia celując w obie strony korytarza.
- Wiesz, tak się przestraszyłem, że az w gacie narobiłem. - w tle usłyszałeś śmiechy. - Widzisz, niestety nie możemy sobie pójść ze statku i to przez pewien czas. Nie trzeba było stawać nad gigantem i tym bardzie nie trzeba było robić skany jego atmosfery. Wtedy grzecznie odlecielibyście i byłby spokój. Ale nie, wy musieliście. To i my musieliśmy...
Korytarze były puste, ale leżący wcześniej obok drzwi załogant zniknął.
- To nie nasza wina że się tam chowaliście. Kim wogóle jesteście? - To mówiąc szedłem powoli w kierunku zapasowego rdzenia głównego komputera który znajdował sie na tym samym poziomie.
- Jesteśmy ci dobrzy co czekają aż pojawią się źli chłopcy, aby skopać im tyłki tak porządnie, że zwieją tam gdzie jest ich miejsce. Ale musimy kończyć tą zabawę. Czy poddajesz się dobrowolnie czy zaczynamy polowanie?
- A z kond mam wiedzieć że wy to naprawdę ci dobrzy? Jaką mam gwarancje? - pomieszczenie z rdzeniem było coraz bliżej ale ostatnie zdanie mojego rozmówcy dało mi do myślenia.
Zacząłem sie bardziej intensywnie zastanawiać kim mogą być osobnicy którzy zajęli okręt.
- Jedyną gwarancją są tylko moje słowa. Ale pomyśl, jak źli chłopcy mogliby ukryc się w układzie gwiezdnym, gdzie stoja dwie stację i kilkadziesiąt okrętów. No i nie zapominajmy o stacji nasłuchowej. - dalsze słowa były cichsze. - No chłopaki, kto go upoluje?- Może ja? - głos był zdecydowanie kobiecy.- To masz i idź polować. Tylko z dala od nas. - teraz Levi mówił do mechanika. - Masz ostatnia szansę. Poddajesz się? Bo łowca juz wyruszył...
