Forum › Fandom › Sesje RPG, PBF i inne › Star Trek: PBF PL › PBF - Podporucznik Se'Datha
Zastanawiam się chwilę, potem wzruszam ramionami. Nie mam wyjścia...Przecież nie mogę tego kawałka tak zostawić. To jest ciało obce i pozostawione w jej ciele wywoła infekcję jak nic.Chwytam delikatnie kawałek i zaczynam go powoli wyciagać. Shincar dostała środek przeciwbólowy, więc ten problem mam z głowy. Gorzej, że wychodzący kawalek rozetnie jej skórę.Nic, tylko modlić się, aby środek regenerujacy tkankę działał...W duchu klnę na czym świat stoi.XXIV wiek, a ja ręcznie... Niech to!
Jakby kawałek tylko rozcią skórę to by było całkiem nieźle, niestety jednak jest on dosc poszarpany i trzyma sie nie tylko za skórę ale i za mieśnie twazy, więc wyciągajac je po prostu musisz wyrwac jej kwałek policzka. w koncu jednak ci sie to udaje i oblepiny miesem fragment konsoli lśni zielonkawo w całej okazałości. Przez wyrwe w twazy kobiety bez trudu dostrzegasz odsłoniętą kość, na której pozostała rysa po uderzeniu. Zielona krew płynie wiecej niz obficie.
Oczyszczenie reszty jej twazy nie sprawia juz problemu. Niestety, jednak na załatanie tej najpotezniejszej rany zuzyłes przeszło połowe regeneratora. Może teraz nie starczyc na inne rany
Krzywię się na widok otwartej rany, po czym zaczynam "łatać" ją regeneratorem. Gdy zasklepiam prowizorycznie obrażenie, zabieram się za resztę ran. Staram się wydusić z pojemnika ile tylko można.Gdy lek się kończy, okrywam delikatnie Shincar kocem. Potrzeba jej teraz dużo spokoju. I snu.Podchodzę do włazu promu. Z tego, co pamiętam z odczytów, rozbiliśmy się na planecie klasy M. Tak więc otwarcie włazu niczym nie powinno grozić. Zresztą i tak pewnie mikropęknięcia kadłuba go rozhermetyzowały...Próbuję otworzyc właz. Jeśli się udaje - wychodzę na zewnątrz i rozglądam się chwilę, po czym wracam do środka. Jeśli moja próba się nie powiodła - siadam spokojnie w kącie i zaczynam analizować to, co nas spotkało i rozważać różne pomysły na wydostanie nas stąd. Co pewien czas spoglądam na Shincar - czy nie dzieje się z nią nic złego.Samej jej nie zostawię, więc... Mogę jedynie czekać.
Właz uchyla się lekko lecz zacina po jakichś 15cm. Może jakby go 'poprosic' obcaasem to by zadziałało?
Przez uchylenie do wnętrza wpada jasne słońce i chłodne powietrze mocno przesycone egzotycznym zapachem. Nie jest on nieprzyjemny, tylko...intensywny.
Volkanka puki co śpi otulona kocem. Środków opatrunkowych starczyło na prowizoryczne połatanie jej ran, jednak przy jakichś gwałtownych ruchach czy coś mogą sie one pootwierać i nie bedzie juz wtedy cudownych medykamentów.
Zastanawiam się przez chwilę. Kopanie we właz może obudzić pierwszą. Jeśli zerwie się gwałtownie, to... Nie. Nie będę ryzykował. Poza tym aż tak to mi się nie spieszy.Rezygnuję tymczasowo z siłowego otwierania włazu. Podchodzę do konsol i sprawdzam, czy cokolwiek działa. Może uda się wysłać sygnał, wzywający pomoc... Chciałbym oddać Shincar jak najszybciej w ręce medyków. A jeśli nie wyślę sygnału, to marne szanse, aby nas Renegade odnalazł. Inna sprawa, że nie wiem, czy ten sygnał w ogóle by został przez kogoś odebrany...Po sprawdzeniu stanu konsol siadam w fotelu - o ile jest jakiś niewyrwany - i patrzę przed siebie czekając, aż Volkanka się ocknie.Nie myślę o niczym specjalnym.
Konsola w tylnej częsci okręciku to jedyna jaką udało Ci się uruchomić. Rozpala się na chwilke, poczym zaczyna jażyć, migać i gaśnie z trzaskiem i zgrzytem. To by było chyba na tyle jeśli idzie o elektronikę...
Siedzisz spokojnie czekając aż Volkanka się obudzi. Nudzi Ci sieniemilosiernie czas zaś dłuży jak nie wiadomo co. Kiedy odwracasz sie w bok na chwile dostrzegasz jak coś przelatuje obok promu gdyż rzuca wyraźny choć szybko znikający cień na snopie światła wpadajacym z uchylonego włazu...
Patrzę przez chwilę na konsolę. Wygląda na to, że póki co - jestem zdany na siebie. Ze swoją nikła wiedzą medyczną mam utrzymać Volkankę przy życiu?To będzie trudne... O ile w ogóle mozliwe. Jeśli wda się jakaś infekcja... No cóż...Siedzę spokojnie. Czas się moze i dłuży... Ale cóż. Trudno. Będę czekał tyle, ile trzeba.Gdy widzę cień ...czegoś... podrywam się - by zaraz z powrotem opaść na fotel. Mało mnie interesuje co to jest. Przynajmniej w tej chwili. Moze być groźne - ale skoro ja włazu nie otworzyłem, to owa latajka nie zrobi tego tym bardziej. Zresztą przy przeglądzie wyposażenia nie zauważyłem żadnej broni. Nie, na razie ignoruję owo 'coś'. Skulam się w fotelu i przymykam oczy, słuchając oddechu pierwszej.
Siedzisz więc dalej, w zasadzie sam, jako, że Shincar raczej nie jest w stanie dotrzymać Ci aktywnie toważystwa. Nie nudzisz się już jednak. Nieopuszcza Cie bowiem świadomośc, że coś jest niedaleko. Coś nieznanego a więc coś co w Twojej rasie od zawsze powodowało strach i wbrew temu co wielu lubi szumnie ogłaszać jest tak nadal.
W efekcie czas leci Ci jeszcze wolniej. Masz wrażenie, że minęły już godziny a tu w zasadzie nic się nie zmienia...
Wtem jednak słyszysz coś co nadwyraz przykuwa Twoją uwagę...głosy, ciche odgłosy rozmowy prowadzonej gdzieś niedaleko. Jest jednak za daleko abyś mógł choć wstępnie rozpoznac rodzaj jezyka a co dopiero słowa.
Wsłuchuję się w swój wewnętrzny głos. "Strach ma wielkie oczy" - to prawda. Ale na nieznanej planecie, w pozycji, która bynajmniej do negocjacji się nie nadaje... Tylko głupiec odsuwa od siebie obawy. To one pomogły przetrwać ludzkiemu gatunkowi do tej pory. Cała sztuka polega na tym, by nie dać się przez nie zdominować - a raczej przekuć je na wolę walki.Uśmiecham się lekko do siebie. Zupełnie, jakbym miał zaraz stoczyć bitwę...Odgłos rozmowy zmazuje uśmiech z mojej twarzy. Zsuwam się cicho z fotela i zaczynam przesuwać się w stronę włazu. Szukam po drodze czegokolwiek, co mogłoby posłużyć mi za broń. Choćby zwykłego pręta...Po drodze rzucam przelotne spojrzenie na kobietę. Wygląda na to, że muszę myśleć za dwoje.Przysuwam się do włazu. Może nie zrozumiem słów, ale głośność rozmowy da mi wskazówkę co do tego, w jakim kierunku poruszają się mówiący. I tak nie zgadnę kim są. Ale... Czy to mogą być "współbracia" Shincar? Bardzo mało prawdopodobne, lecz... Możliwe. Odruchowo zaciskam pięści.
Pręta jako takiego nie masz. Nie są standardowym wyposażeniem promów. Znajdujesz jednak za to bardzo ładnie, nieomal jakby z myślą o zabijaniu wyprofilowany odłamek, z gróbsza przypominający jatagan. Niema co prawda ostrych krawędzi ale szpic... jak najbardziej.
Głosy zdają się zbliżać do Twojej pozycji. Zdaje się to być zwykła rozmowa, co jakiś czas przerywana śmiechem. Po chwili jednak dołancza do nich trzeci, wyraźnie kobiecy głos. Język jest gardłowy i chrapliwy, ale ma też szeleszczące dźwieki. Jest wyraźnie obcy.
Oglądam z zainteresowaniem odłamek. Hmmm... Więc będziemy kłuć. Czemu nie... Wolałbym pręt, ale darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby.Rozmowa zbliża się. Jeśli słyszę zwykłą rozmowę, to mówiący nie mogą być daleko. Nie słychać w ich tonie zaniepokojenia ani ciekawości... To oznacza, że chyba nie widzą promu. W co myśmy zaryli, w zarośla?Chyba, że to zarośnięte zagłębienie terenu. Ale wtedy zauważyliby chyba ślad orania kadłuba po ziemi... A może i nie. Jeśli drzewa przysłaniają im widok...Zastanawiam się, czy by ponownie nie spróbować z włazem - ale jednak nie. Nie wiem, kim są tamci. Pojawiający się znienacka kobiecy głos wcale mnie nie uspokaja. Nie wszędzie kobieta oznacza łagodną istotę.Nie rozpoznaję języka... Nawet nie umiałbym się pewnie z nimi dogadać.Nadal tkwię w pobliżu włazu.
Głosy zbliżają się jeszcze przez chwile, poczym zaczynają stopniowo słabnąć...zupełnie jakby się oddalali. Nagle jednak usłyszałes w rozmowie wyraźną, gwałtowną zmianę . Głosy zatrzymały się na jednej odległosci i zaczeły szybciej to znowu wolniej rozmawiać. Potem zaś ucichły. Uczucie podpowiada Ci, że chyba jednak Cie jakoś zauważyli...
No i tyle z pomysłu przeczekania. Zastanawiam się przez chwilkę... A potem kiwam głową.Nie słyszę ich - może się oddalili, a może nie. Jeśli jednak poszli po pomoc... Lub jeśli wpadną na "genialny" pomysł obłożenia maszyny gałęziami i podpalenia ich...Przemyka mi przez głowę wizja szczura w pułapce, zastąpiona przez obraz wędzonej, skwierczącej szynki. Ale perspektywa...Zapieram się i kopię z całej siły we właz promu. Robię to tak długo, aż klapa da za wygraną... Albo tak się zmęczę, że nie dam rady wymierzyć kolejnego ciosu.
W promie zaczynają regularnie rozbrzmiewać dźwieki kopnięć. Właz jednak jest uparty. Drży delikatnie nie bardzo chce się jednak przesunąć... Twój upór jednak, również jest...powiedzmy intensywny. Po jakichś pięciu minutach nogi bolą Cie już dość mocno jednak właz w końcu zaczął się przesuwać. Najpierw niewiele, potem wiecej i więcej i w końcu właz staje otworem. Roztacza się z niego widok na górzystą choć zalesiona okolice późnym wieczorem, w której jednak wyraźnie widzisz wyorany przez prom ślad. Nie widzisz narazie żadnych osób.
Rozglądam się czujnie, mimo zmęczonych mięśni. Wygląda na to, że tamci sobie poszli... Bardzo dobrze.Zmuszam się do ruchu. Zaczynam zbierać najpotrzebniejsze rzeczy, takie jak resztki medykamentów. Zawijam to wszystko w jeden ze znalezionych w schowku kocy, robiąc prowizoryczny tobołek, żałując w duchu, że nie mam ani jednego fazera. Z ogniem mogę się pożegnać... Odruchowo przeczesuję prom jeszcze raz, szukając racji żywnościowych. Jeśli jakieś znajduję - biorę je ze sobą, jeśli nie... Cóż. Do tobołka dorzucam też odłamek metalu. Kiepskie to narzędzie, ale lepsze takie niż żadne.Podchodzę do pierwszej. Otulam ją - jeśli to możliwe - kocem jeszcze dokładniej i biorę ją na ręce. Następnie - dość niezgrabnie - podnoszę tobołek. Zaczynam poruszać się w kierunku włazu. Zamierzam opuścić prom - i zanim się ściemni całkowicie - oddalić się od niego na co najmniej kilometr. Muszę poczekać, aż Volkanka odzyska przytomność. Wtedy będę mógł się zacząć zastanawiać nad nawiązaniem kontaktu z miejscowymi. Na razie muszę pilnować, aby Shincar doszła spokojnie do siebie. Kto wie, może do tego czasu pojawi się Renegade? Nie musimy być przy promie, czujniki fregaty na pewno zlokalizują komunikator pierwszej. O ile oczywiście ta fregata w ogóle się pojawi...
