Forum › Fantastyka › Inne sci-fi i pozostałe gatunki › Inne filmy fantastyczne
Zbliża się Nowy Rok 2015 a więc zobaczmy co nas w tym roku w kinach czeka 🙂
[color=#0000ff;]Najbardziej wyczekiwane filmy 2015 roku[/color] 😉
http://www.geekweek.pl/galerie/4181/najbardziej-wyczekiwane-filmy-2015-roku
These final hours - piękna i realistyczna apokalipsa, stężenie korby u ludzi na niespodziewanej mecie życia nie budzi zastrzeżeń. Film niezależny, warto.
Obejrzałem wczoraj Marsjanina. Piękne animacje powierzchni Marsa. Ładna muzyka i całkiem wartka akcja wbrew temu co głosiły wcześniej niektóre komentarze bo akcja przenosi się co chwilę z powierzchni Marsa do bazy NASA lub do statku lecącego na Marsa. Realnie przedstawione działanie człowieka i technologii. Ogólnie film mi się podobał choć może bez wielkiej rewelacji bo w sumie bieg zdarzeń od początku był ogólnie do przewidzenia nie uwzględniając szczegółów oczywiście.
ARQ - temat dość znany, pętla w czasie. Wykonanie strawne 🙂
Nie jestem entuzjastą produkcji Netflixa, ale odnotuję... Na 22 kwietnia zapowiadana jest premiera filmu (SF) "Stowaway" bazującego - jak sam tytuł wskazuje - na (starym jak "Bezduszne równania" Godwina) motywie pasażera na gapę na statku kosmicznym.
@MarcinK
Powtórzyłem sobie właśnie jednym okiem - dość z przypadku - "Edge of Tomorrow" i muszę przyznać, że masz rację zachwalając. Tzn. jest to, oczywiście, męczący współczesny blockbuster przeładowany akcją i efektami, ale jest w nim pewien nerw, pewien emocjonalny autentyzm, który czyni go oglądalnym, a nawet - z czasem - wciągającym i angażującym (ba, może i robiącym apetyt na jakieś kolejne, byle nie za wczesne 😉 , powtórki). Znaczy: mamy tu raczej do czynienia z niezobowiązującym czasoumilaczem, niż ze stratą czasu, co jak na dzisiejszą ekranową SF sporo.
Powtórzyłem też sobie - również jednym okiem 😉 - aktorską wersję "Ghost in the Shell". Całe głębie oryginału poszły się... przejść, zastąpione b. prostym morałem o wartości człowieczeństwa (podanym w sosie z bieda-bourne'owskiego poszukiwania utraconej tożsamości oraz standardowego potępienia złych korporacji i niemoralnych eksperymentów), a i fabuła - znacząco zmieniona w stosunku do pierwowzoru - stała się nudna, choć niby sensacyjna, i dość chaotyczna. Jednak - mimo, że i pomniejsze zarzuty można stawiać (whitewashing i dość śmieszne zabiegi służące wykręcaniu się od pokazania nagości głównej bohaterki) - jest to film zasługujący na uwagę dla swojej wyszukanej strony wizualnej, prezentowanej w tradycyjnym (oko nadąża 😉 ) tempie. Nawet jeśli widoczki czasem ocierają się o kicz (co może zresztą być celowe), a dążenie do malowniczości wygrywa miejscami z dbałością o sens wprowadzanych rozwiązań.
Resident Evil
Obejrzałem chyba wszystkie części. Co za dno.
Co za dno
Jak na ekranizację gry nie taki zły 😉 . (Ba, jedna z lepszych pozycji w tej kategorii.) Pamiętaj, że materiałem źródłowym jest survival horror na silniku Quake'a. Trudno by w takich warunkach film na podstawie wyglądał jak nieprawe dziecko Shakespeare'a z Kubrickiem.
Jak się chce to można.
Chyba jedyną znaną mi ekranizacją gry o walorach +/- artystycznych jest "Silent Hill", ale tam jednak materiał wyjściowy był znacząco odmienny (choć niby też survivalowo-horrorowy).
Zresztą RE i tak łapie się na podium w swojej klasie (z pierwszym "MK" na drugim miejscu)*.
* Można podobne rzeczy schrzanić znacznie bardziej, dowodem "DOOM".
Rowan J Coleman wychwala film "The Last Starfighter":
https://www.youtube.com/watch?v=Zu-WgnWWqxI
ps. Też zawsze myśleliście o w/w produkcji jako o starwarsowo-arcade'owym* odpowiedniku Galaxy Questu?**
* Pamiętajmy o...
https://www.youtube.com/watch?v=PzGWEYCRA0w
** Przy czym antycypacyjne podobieństwa 😉 do BTTF, "Critters", "Terminatora 2" i... ST IV z TNG (i pola minowego z DS9) również zasługują na odnotowanie.
Częściowo inspirując się colemanową polecanką, częściowo - kolejną esensyjną listą:
https://esensja.pl/film/publicystyka/tekst.html?id=26880
Machnąłem sobie powtórkę aż czterech filmów SF, głównie nowych. Wrażenia streszczę po kolei.
"The Last Starfighter" - kino czysto rozrywkowe, z obecnej perspektywy sprawiające wrażenie niskobudżetowego (Obcy tandetni, a oszczędne CGI strasznie się postarzały), ale - powtórzę wzmacniając tezę z poprzedniego posta - zdumiewa skala nie tylko jego epigoństwa względem SW, ale i prekursorstwa - Centauri ze swoim pojazdem zdaje się nie tylko naśladowcą Doctora (Who), ale i protoplastą "Doc'a" Browna z jego DeLoreanem, Grig ze swymi manierami - trochę Daty, trochę Saru, trochę Kilowoga, Beta - szybkich klonów z M.I.B., Zando-Zan poczynają sobie nieco jak beztwarzowi łowcy z "Critters", przy czym jeden z nich podszywa się pod policjanta jak T-1000, pole chroniące Rylos zostało znów - jak wspomniałem - prawie na żywca skopiowane w DS9, Gunstary mają formę nieco podobną do późniejszych Starfury z B5, a barwna zbieranina, wśród której dorasta protagonista, b. przypomina tę z "*batteries not included", zaś strategia finalnej bitwy przywodzi na myśl AND "Angel Dark, Demon Bright". Wygląda więc na to jakby ta pozornie prosta eskapistyczna przygodówka była sandboxem w którym bardziej rozrywkowe kino SF ćwiczyło rozwiązania na lata. I choćby dlatego wypada ją znać.
"Ex Machina" to jedna z tych produkcji, której streszczenie nie odda sprawiedliwości. Dużo robi tam bowiem klimat - wyraźnie nawiązujące do Kubricka z Tarkowskim zdjęcia i dekoracje (co ciekawe wnętrza autentycznego hotelu, który chętni mogą odwiedzić*), klaustrofobiczna atmosfera, niemniej - włożone w usta bohaterów rozważania z zakresu kognitywistyki i zwykłe filozofowanie 😉 , którego jest naprawdę sporo. Ba, nawet zakończenie, które za pierwszym podejściem mnie wkurzało (czy science fiction musi zaraz zbaczać w thriller?!) ma - jak się zastanowić - uszlachetniający całość sens (ratuje Avę przed wpadnięciem w kliszę mentalnej humanoidalności, bowiem kiedy już się zdaje, że fabuła wykoleiła się w łzawą, harlequinowatą, opowiastką o maszynie zakochanej w człowieku, okazuje się, iż była to mimikra, przedstawienie grane na użytek naiwnego Caleba przez trudny do rozszyfrowania sztuczny umysł).
Jednym słowem: dobry, traktujący widza (i poruszaną tematykę) serio, film, w którym przyczepić się można chyba tylko wątku spięć 😉 .
Nawiasem: dałoby się z tego w sumie zrobić kolejną opowiastkę o Ijonie Tichym odwiedzającym jeszcze jednego szalonego wynalazcę.
* https://www.businessinsider.com/ex-machina-juvet-hotel-2016-9
"WALL-E" - piękna bajeczka w spielbergowskiej tradycji, zawierająca - owszem - elementy, w czasie oglądania których nóż się w kieszeni otwiera (ale zaraz zamyka, bo produkcji w takiej konwencji, w dodatku animacji, więcej się wybacza) - choćby cudowna odporność tytułowego robocika na podgrzanie silnikami rakiety i warunki związane z wejściem - na zewnątrz tejże - na orbitę, bezsensowna konstrukcja EVE - przypominająca DISCO-statki z oddzielonymi gondolami, a zarazem gryząca się z mniejszym futuryzmem tego, co wewnątrz Axioma oglądamy, czy wzmianka, że ludziom przyszłości kości pozanikały, pozostająca w sprzeczności z faktem, że gdy trzeba - są jednak w stanie chodzić - ale przeważa nad nimi nie tylko urok bohaterów i opowiadanej historii, lecz i wątki - wbrew pozorom - poważne - malownicze obrazy zasypanej śmieciami Ziemi, groteskowa wizja rozleniwiającej post scarcity (to są dopiero jagódki cieplarniane 😉 ) stanowiąca swoistą konkurencję dla TNG (bo gdy u Roddenberry'ego dobrobyt pozwala ludziom wydobyć z siebie co najlepsze, u Stantona zmienia ich w leniwe, oderwane od życia kluchy, z których trójka jednak zdobywa się w chwili próby na minimum okruchy heroizmu, więc nie wszystko stracone), tu zresztą - jak w "Powrocie z gwiazd" - gdy ludzie zawodzą - brzemię człowieczeństwa przyjmują na siebie maszyny (które może i zbyt są uczłowieczone jak na poważną fantastykę naukową - bo i do zakochań typowo disney'owskich zdolne, i do rozkoszowania się starymi musicalami - czyżby stąd ORV kopiowało? - ale, jako się rzekło, tu akurat wszystko to ujdzie). A żartobliwe nawiązania (głównie) do "Odysei..." robią za wisienkę na torcie.
Świeża to jeszcze produkcja, ale tezę zaryzykuję, że - wraz z omówioną już "Machiną" (i "Moonem") - miejsce w historii kina SF sobie zapewniła, i za dekady wszystkie trzy będą pamiętane.
"The Martian", czyli "Marsjanin" - tu mam problem, bo jest to film dobry i zły zarazem. Zły, albowiem zawiera liczne naukowe błędy - od niesławnych zmyślonych straszliwych burz marsjańskich, przez brak należytego ukazania niższego - na Czerwonej Planecie - ciążenia (Maetzigowi czy Jonesowi można to wybaczyć - jeden nie miał środków techn., drugi - budżetu, zresztą może do czasu gdy klony na Księżyc poślą ktoś sztuczną grawitację wymyśli 😉 , Scottowi przy kwotach, którymi dysponował - ciężej), i opóźnienia łączności, co to niby są, wspomniane, ale faktycznie nigdy ich nie ma, po macgyveryzm daleko posunięty, tym samym mało prawdopodobny. Szerzej:
https://wyborcza.pl/7,75400,18965968,marsjanin-ile-w-nim-science-a-ile-fiction.html
https://the-martian.fandom.com/wiki/Scientific_Inaccuracies
https://www.filmweb.pl/film/Marsjanin-2015-715533/discussion/to+jedna+wielka+naukowa+bzdura+pochwała+myślenia+jakiego+myślenia,2692677
https://www.filmweb.pl/film/Marsjanin-2015-715533/discussion/Wpisujcie+tutaj+błędy+naukowe+logiczne,2693462
A i artyzmu szczególnego trudno tam szukać (niezłe widoczki i okazjonalne refleksyjne pozy bohatera to "trochę" za mało). Dobry - bo unosi się nad nim duch Defoe'go, Wyssa, Verne'a, Clarke'a, nawet E.R. Burroughsa z Heinleinem - chwali niezłomność, pomysłowość, naukową kompetencję (nawet jeśli pochwała ta zbliża się niebezpiecznie do poziomu kurtzmanowo-spockowego "I like science!"). A w wątku użycia kodu ASCII pobrzmiewa jakby echo lemowskiego nadawania Morse'm. Znaczy: papka dla oczu, wybrednym nie polecam, ale czegoś sympatyczna...
(Byłbym zapomniał: Pleiades, zawsze możesz mówić, że tamtejszy nasowski superkomputer po Twoim nicku nazwali, lub vice versa 😉 .)
I jeszcze jeden zbiorczy wniosek się nasuwa - mimo sporego rozstrzału stylistyk i poziomów - dwie rzeczy kinowej SF służą, pozornie sprzeczne - kameralizm i wizualny rozmach. Bo z jednej strony lepiej się jakoś ogląda historie rozpisane na dwu facetów i dwie człekokształtne robótki, samotnego marsjańskiego rozbitka, czy dwoje robotów z okazjonalnym użyciem trojga ludzkich pulpetów w roli tła, gęściej się wtedy robi od myśli i emocji, z drugiej jednak nie zaszkodzi włożyć ową garstkę w odpowiednio okazałe dekoracje - wszystko jedno - wystawnie ascetycznych apartamentów, "zdobnej" wieżami złomu i rdzą przysypanej - ongiś zielonej - planety, czy przypominającego aquaparko-supermarketo-hotel kosmolotu.
Przy czym nie muszą ci bohaterowie być nawet szczególnie oryginalni, ni głębocy, byle byli dobrze napisani i zagrani. Wystarczy standardowy nie budzący zaufania arogancki geniusz-miliarder ukarany na koniec za swe winy, niegłupi przeciętniak-naiwniak o dobrym sercu, enigmatyczna maszynowa famme fatale, wzbogacona o życie uczuciowe kopia Johnny'ego 5 (zmartwychwstająca w kluczowym momencie jak on i E.T.), kosmonauta-dowcipniś czy ziemski klon Luke'a Skywalkera.
Dobrze jest też o współczesność zahaczyć - a to nad rolą przegładarek int. i smartfonów się nachylić, to znów konsumpcjonizm bezmyślny wychłostać, albo NASA ukłon złożyć, czy choć zauważyć istnienie zdolnej młodzieży chcącej się z biedy wyrwać w (Wszech)świat daleki, i zaraz widz czuje, że i jego opowiadana historia dotyczy.
Niby niewiele, a mało komu się udaje.
Pamiętacie zapewne "The Boys from Brazil"? Trochę o prawdopodobnej genezie tej historii:
https://www.newsweek.pl/wiedza/tajemnica-candido-godoi/mbjdf1d
końcu udało mi się obejrzeć film Sayonara Jupiter, będący adaptacją książki o tym samym tytule.
Cała afera kręci się wokół projektu przemiany Jowisza w gwiazdę, przeciwstawia się temu grupa fanatyków religijnych, poza tym przewija się wątek obcych żyjących w atmosferze planety ale popada w zapomnienie gdy zostaje wykryta czarna dziura zagrażająca układowi słonecznemu.
Widać wyraźne inspiracje obiema Odysejami, acz z tego co wiem powieść zaczęła ukazywać się z w1980 roku więc motyw Jowisza-Gwiazdy obaj autorzy wymyślili niezależnie. Z 2001 skopiowano scenę dokowania, tylko że zamiast promu mamy pasażerki element wirówki statku kosmicznego, w sumie ciekawy pomysł.
Występujące w filmie jednostki są jakby formą pośrednią między tym co widzimy w Odysejach i Alienie. Jest ich sporo i sprawiają wrażenie technicznie prawdopodobnych.
Podoba mi się również z założenia powolny rozwój wydarzeń np. czarna dziura zacznie zagrażać dopiero za kilka lat nie od razu po jej wykryciu.
Efekty specjalne trzymają wysoki poziom, Dane jest nam zobaczyć chyba nigdy wcześniej nie prezentowane nurkowanie w atmosferze Jowisza czy piuropusze na IO.
Z minusów, przede wszystkim urywanie się niektórych wątków, koślawy romans głównego bohatera i przerywnikowe sekwencje tylko wydłużające film np. psychodeliczna scena seksu w nieważkości czy zabawy starego gościa z delfinem.
