Forum › Fandom › Sesje RPG, PBF i inne › Sesja RPG › RPG - Kapitan Alex Joseph Moon
-Dziękuje - odpowiedziałem biorąc od niej kubek i pociągając łyk kawy. Była dobra a przede wszystkim pozwalała jasno myśleć. Zastanawiali się nad zmianą kursu, nie należałem do ludzi, którzy zatrzymywali by prawdę przed załogą. Oczywiście pewne tajemnice istniały, ale to nie była jedna z nich. W końcu dowiedzieli by się o tym. Westchnąłem i wypiłem kolejny łyk kawy patrząc po obecnych na mostku. Zacznę od poinformowania ich, dzięki tej reakcji będę wiedział co powiedzieć reszcie załogi. Podniosłem się z fotela i równym krokiem przeszedłem patrząc na każdą stację, potem odwróciłem się do Lindy -Zebranie starszych oficerów za 10 minut, niech doktor i pan I'Hivve do nas dołączą-Podniosłem swoja kawą i poszedłem do pokoju narad. Usiadłem i czekałem. Niecałe 10 minut później byli już wszyscy, milczący. Cała ta tajemniczość. -Jak zapewne wiecie w nocy zmieniliśmy kurs. Domyślam się, że zaczęły krążyć już o tym plotki. Są pewne informacje, które wolał bym zachować dla siebie, gdyby możliwe było stworzenie klosza ochronnego wokół tego okręt, wokół tej załogi. Na okręcie jest z nami kilkuset załogantów i wszyscy liczą na mnie, że doprowadzę ich do domu. - zamilkłem chwilę -Nie mogę stworzyć takiego klosza, tak jak wszyscy wiedzą, że na wojnie są straty. Przegraliśmy kolejną bitwę, dlatego zmieniliśmy kurs. Obecnie naszym celem jest system Yuhraya, gdzie zbiera się 1 flota ... która straciła 50% zdolności bojowej. - popatrzyłem po twarzach oficerów, starając wyczytać ich uczucia -Jesteśmy w odwrocie i mocno potrzebujemy zwycięstwa. Teraz jak nigdy przedtem musimy zadbać o morale. Teraz bardziej jak nigdy wcześniej musicie być dzielni. Załoga jest jak gąbką, wchłania uczucia i zwraca je spotęgowane. Nie możecie się bać. Winston Churchill kiedyś powiedział, że: "Sukces nigdy nie jest ostateczny. Porażka nigdy nie jest totalna. Liczy się tylko odwaga." Pamiętajcie o tym.- Podszedłem do okna patrząc ... gdzieś tam było setki światów -Jeżeli nikt, nie ma nic do powiedzenia. To wszystko. Wracajcie do pracy-
Rozeszli się do swoich spraw, wracając na mostek i powtórnie go przejmując. Zachowywali ciszę spokojnie analizując to co usłyszeli. Sytuacja musiała być ciężka jeżeli skracali trasę do systemu. Oby tylko dotrzeć na czas....
Wpatrywałem się w kosmos, moje przeczucia jak zwykle mnie nie zawiodły. Chociaż raz wolał bym, żeby tak się stało. Dopiłem kawę i wróciłem na mostek. Tam byłem teraz najbardziej potrzebny. Musiałem być z załogą. Zająłem swój fotel, papierami mogę się równie dobrze zajmować na mostku. Wiedziałem, że czeka mnie ciężka praca, 4 zmiany a chciałem być z każdą przynajmniej przez 2 godziny. Pokazać się i porozmawiać z młodymi oficerami. Udzielić kilku rad dowódcom poszczególnych zmian. Dodać otuchy załogantom, którzy byli bliscy jej utraty i obserwować. To ostatnie było szczególnie ważne dla mnie, mogłem dzięki temu zareagować w którymś momencie. "Tak będą wyglądać moje najbliższe 4 dni" pomyślałem i uśmiechnąłem się.Niestety w takich wypadkach jest aż za dużo czasu na myślenie. Czego ja właściwie chciałem i czego mi właściwie brakowało? Czy to chodziło o Linde, czy może raczej o Ritę? Miałem wielki mętlik w głowie i nie wiedziałem jak to rozwiązać. Może to dlatego, że Linda mi tak pomagała? A może się tylko oszukiwałem, może po prostu dlatego, że była wspaniałą kobietą. Tylko co ja właściwie czułem? Podobała mi się to oczywiste, ale Komandor Blaze podobała się wielu mężczyzną, zresztą to nic nie znaczyło. Lubiłem ją to prawda, ale czy to była jeszcze przyjaźń czy może coś więcej? Nie umiałem na to odpowiedzieć, chociaż zdecydowanie wolał bym aby było to pierwsze, ułatwiło by to mi wiele rzeczy. Uświadomiłem sobie, że Kapitan Kirk z pewnością nie miał takich problemów, jego pierwszym oficerem był Vulcanin. Dusiłem w sobie emocję, a co innego mogłem z nimi zrobić? Szczególnie przed załogą. Nie chciał bym aby zostały ujawnione, dlatego zakopałem je głęboko, a przynajmniej chciałem tak zrobić. O dziwo zawsze znalazło się coś do podpisania przez kapitana. Zawsze mnie to dziwiło ... można sobie zwichnąć rękę, ciekawe czy dostał bym za to purpurowe serce, a gdybym zmarł nad papierkami, czy na nagrobku napisali by mi: "Zginął na posterunku". Uśmiechnąłem się. Pamiętałem jedną rozmowę, którą odbyłem z Ritą. To było po uciecze przed Oriońskimi piratami, po wypadku na polu minowym. Niewiele zabrakło wtedy do śmierci. Rozmawialiśmy wtedy o pogrzebach. W końcu prowadzimy niebezpieczny tryb życia. Ja chciałem zostać pochowany w kosmosie. Już zawsze być wśród gwiazd. Miałem nadzieję, że umrę ratując innych. Chociaż jak zawsze podkreślałem, chcę żyć wiecznie ... lub umrzeć próbując. Minęła zmiana alfa, minęły dwie godziny zmiany beta. Podniosłem się w końcu pozostawały mi takie prozaiczne rzeczy jak jedzenie. Resztę czasu poświęcałem na czytanie raportów wywiadu, specyfikacji Cardassiańskich okrętów i planowaniu. Może nie była to moja rola, ale nigdy nie wiadomo co się może wydarzyć. Lepiej być przygotowanym na wszystko. Oczywiście jedną z moich zalet, była improwizacja. Miałem to nawet napisane w moich aktach, które kiedyś widziałem. Cóż zawsze lubiłem improwizować, ba wolałem improwizować gdyż żaden plan nigdy nie wytrzymał pierwszego starcia z wrogiem, ale jednak zawsze jakiś lepiej mieć przygotowany. Nawet tylko teoretycznie, zawsze to jakieś ćwiczenie umysłowe. Krążyłem między swoją kwaterą, mostkiem i holodeckiem. W końcu trochę rozrywki też potrzebowałem. Co ciekawe pan O'Brien zachowywał się raczej spokojnie. Przeprowadzał dużo wywiadów i notował. Widziałem go rozmawiającego nie tylko z oficerami ale również z kadetami, których mieliśmy paru na praktykach. Ha praktykach ... mieliśmy trafić na front, a oni nawet nie ukończyli jeszcze akademii. Jak wrócą do San Francisco będą mieli o czym opowiadać swoim kolegom. Mocno mnie zastanawiało o co dziennikarz pyta moich ludzi, ale musiałem powstrzymać moją ciekawość. Dowiem się gdy opublikuje swój artykuł, czy przeprowadzi pierwszą relację. Będę musiał to zobaczyć ... przekonam się jak dobrym dziennikarzem jest. Dwa dni upłynęły bez większych problemów. Załoga działała świetnie, a okręt zawsze żył swoim życiem. Siedziałem w mesie czytając o wielkiej armadzie, nie wiedziałem dlaczego to właściwie robiłem, ale przynajmniej miałem jakieś oderwanie od "monotonii". -No proszę, proszę nadrabiasz lektury?- Podniosłem głowę aby zobaczyć Evansa stojącego nade mną z herbatą. Usiadł przy stole nie czekając na żadną odpowiedź. -A ty jak zwykle wchodzisz nie pukając--No daj spokój raz mi się zdarzyło --Tak, wiesz co dobrze że Rita pojechała wtedy do rodziców, a jak byśmy coś robili?--Znając was to pewnie byś robił Ritcie obiad--Ej nigdy nie narzekała --Hmm wiesz jak by ci to powiedzieć ... lepiej zostań przy byciu kapitanem okrętu, bo jako kucharz to daleko nie zajdziesz - uśmiechnąłem się szeroko. Rozmowy Jimem zawsze były odprężające. Poza tym dobrze było powspominać stare dobre czasy. No i pogadać o tych, podczas których nasz kontakt na chwilę się urwał.Właściwie chciałem go zapytać o Lindę, ale wiem co by mi odpowiedział. Żebym to zostawił w spokoju ... moich wątpliwości by nie rozwiał, więc nie było sensu go obciążać. A potem znów stała trasa kwatera-mostek-holodeck. Muszę przyznać, że urządzenie wciągnęło mnie. Nie było to co prawda prawdziwe ... wolał bym zagrać w piłkę, ale po dużym wysiłku fizycznym był bym za bardzo zmęczony żeby pójść na mostek. Przynajmniej nie miałem więcej koszmarów. Obudziłem się dwie godziny przed swoją wachtą i poszedłem pod prysznic. Szybkie śniadanie. Wiedziałem, że jest to ważny dzień. 24 godziny do celu, oby zdążyć. Wszedłem na mostek i zająłem swój fotel obserwując młodych oficerów przy pracy. Wiedziałem, że muszę coś powiedzieć załodze, nie wiedziałem jeszcze dokładnie co to będzie ... wyjdzie w praniu. Poczekam przynajmniej na zmianę alfa, nie będę ich wcześniej budził niepotrzebnie.
Wachta gamma. Znów najmłodsi. Spojrzałeś po ich twarzach. Wciąż pewni swego i z wiarą w siłę okrętu. To dobrze wróży na przyszłość im. Byleby zachowali taki spokój w ogniu walki. Zerknąłeś na padda z ich danymi.
Anthon Felix Galherad - pół betazoid - oficer dyżurny (młodszy chorąży)
Thijn - Benzite - operacyjny
Andrew John Harris - człowiek - sternik
Neela Teris - bajoranka (uciekinierka) - taktyczna
Jan Zalewski - człowiek - naukowy
Dodatkowo w maszynowni rządził niepodzielnie kierownik 4 zmiany mat Thorvaldssen, a w ambulatorium Kai'lin będąca lekarzem w trakcie kursu, a zarazem półklingonką która była w stanie poradzić sobie z najbardziej odpornymi lekarzami.
Wszystkich oczekiwała jakaś przyszłość... i twój umysł zasnuły szare chmury zwątpienia. Ile ich przeżyje wojnę? Nie można jednak zaprzątać sobie tym głowy.
Thijn obrócił się i zameldował:
- Kapitanie, mamy kontakt z dowódcą grupy. Żąda rozmowy. Na osobności.
Skinąłem głową -Dobrze, przenieście rozmowę do mojego gabinetu. Porozmawiam z nim tam - podniosłem się z fotela i udałem się do swojego gabinetu. Ciekawe co chciał? Rozmowa na osobności. Jeżeli chciał przekazać jakieś rozkazy, mógł to zrobić normalnie. W końcu oficerowie i tak się o nich dowiedzą. Nie spodziewałem się, też żadnej rozmowy prywatnej. Nie znałem go na tyle, aby chciał ze mną rozmawiać prywatnie. Włączyłem ekran czekając na połączenie. "Za chwilę się przekonam" pomyślałem. Kiedy pojawiła się twarz kapitana przedstawiłem się -Kapitan Alexander J. Moon. Słucham kapitanie-
- Witam kapitanie. Musiałem się w końcu skontaktować z panem osobiście gdyż dostałem parę niepokojących informacji rozchodzących się pośród mojej załogi. Po pierwsze, to że dowodził pan grupą podczas przelotu z Plutona nic nie znaczy. Wiem, że jest pan młodym i obiecującym oficerem, ale chcę się upewnić, że będzie pan wykonywał moje rozkazy. Przepraszam, za to zwątpienie, ale najmłodszy oficer w grupie okrętów, i to dowodzący potrafi zasiać ferment wśród pozostałych i spowodować kwestie w rodzaju "stary jest na wylocie". Czy mogę na pana zatem liczyć, że będzie trzymał się rozkazów jakie otrzyma. - rozmowa nie była miła, a dowódca sprawiał wrażenie, że pozostaje pod wpływem. Zacząłeś poważnie się zastanawiać nad przyczyną jego wcześniejszej niedyspozycji...
-Kapitanie jestem oficerem Gwiezdnej Floty- powiedziałem i była to prawda. Mogłem wypełniać rozkazy, ale miałem też możliwości odrzucenia, niektórych z nich. Kapitan zrobił na mnie bardzo złe wrażenie. -Ale pozwoli pan, że go o coś zapytam. Czy pił pan?- pytanie zawisło w powietrzu a ja patrzyłem na starszego oficera. Jeżeli pije teraz to jak będzie podczas walki? Czy można mu zaufać, że doprowadzi nas do domu?
- Nie wiem o co panu chodzi... - powiedział zmieszany, po czym odzyskawszy pewność siebie kontynuował - ..ale wydaje mi się, że podważa pan autorytet dowódcy grupy i znajdzie się to na pewno w moim raporcie... rozumiem zatem również iż tak "udany" oficer znajdzie dla siebie prawo do odrzucenia bitwy i ucieczki z pola walki w wybranym przez siebie momencie? Też się znajdzie to w moim raporcie... i gdybym był władny już straciłby pan swoją pozycję na rzecz pierwszego oficera.
Po tych słowach się rozłączył.
Popatrzyłem na pociemniały ekran. Galloway okazał się zupełnie inną osobą jakiej się spodziewałem. Niech pisze swoje raporty. Dla mnie najważniejsza była załoga, nasza śmierć gdzieś na pograniczu nic nie zmieni. Takie myślenie spowodowało wysokie straty. Vulcanie by powiedzieli, że ucieczka czasami jest logiczna. Jeżeli fanatyk nie dba o swoje życie, nie będzie dbał o życie swojej załogi. Wiedziałem, że czasami trzeba wydać najtrudniejsze rozkazy. Poświęcić kogoś, ale jeżeli ktoś ma pójść na śmierć, musi wiedzieć dlaczego. Jego ofiara musi mieć jakieś znaczenie. Prawdziwy dowódca musi ograniczać straty. Kapitan Kirk od dawna był moim idolem, pobiłem jego rekord otrzymania stopnia kapitana o całe 4 lata, ale czułem się pyłkiem przy tym wielkim człowieku. Mogłem się jednak wiele nauczyć. Jego nazywali niepokornym, mnie czasami też. Nie poślę swoich ludzi na bezsensowną śmierć. Poza tym Federacja potrzebuje zwycięstwa, a przy takim człowieku może być to trudne. Będę musiał uważać, jeżeli zacznie popełniać głupie błędy przejmę dowództwo i do cholery z konsekwencjami. Moja kariera, ba moje życie jest mniej ważne od Federacji. Dobro wielu przewyższa dobro kilku, lub jednego. Koniec kropka. Postanowiłem uważnie obserwować dowódcę eskadry, nawet jeżeli miał bym sobie zrobić wroga. Niech jego raporty gdzieś trafią ... wszystko rozstrzygnie się tam wśród gwiazd.
Niedługo na mostek miała wrócić Twoja wachta. Znowu siedzenie w fotelu i czekanie na wydarzenia. 24 godziny... nie za dużo. Czułeś narastające napięcie i adrenalinę krążącą w żyłach. Zew bitwy... tak to chyba nazywali od wieków. Tylko co ona przyniesie? Niestety Savik od momentu wyjścia z zasięgu przekaźnika nie miał prawie żadnych nowych informacji i miałeś w związku z tym naprawdę złe przeczucia. Całe szczęście przed wejściem do systemu wejdziecie w strefę obsługiwaną przez kolejny i wtedy może coś się wyjaśni...
Było za dużo nie wiadomych. Brak informacji mógł oznaczać, że wpakujemy się prosto w zgrupowanie wroga. Jak można było dowodzić nie mając informacji? Potrzebny był by zwiad. Nie możemy wejść do systemu nie wiedząc co się w nim dzieje. Najlepiej było by wysłać jakiegoś runboata przodem. Szybki i zwrotny, zobaczył by co się dzieje w systemie i wrócił z meldunkiem. Jeżeli nasza flota dalej tam jest to krótkie opóźnienie nic nie zmieni. Natomiast jeżeli jest tam wróg ... jeżeli jest tam wróg a my wpadniemy na nich mogą nas zniszczyć. Czy Galoway to rozumiał? Impertynencki typ. Nie zadbał o takie podstawowe rzeczy. Gdybym miał chociażby możliwość oparcia się na czymś. Wywołałem na swojej konsoli informacje o promach i runboatach przewożonych przez USS Lee. Potrzebował bym jakiegoś szybkiego i zwrotnego, mogę go wysłać przodem, tak żeby nikt się nie zorientował. Ważne żeby zdążył wrócić zanim dolecimy do systemu. Będziemy coś przynajmniej wiedzieć.
Miałeś szczęście. Podczas ostatniego postoju otrzymaliście w końcu nowe promy, zamiast starych, które rozpoczęły służbę wespół z Exelsiorem. Były dostatecznie szybkie na małym dystansie by zebrać dostatecznie wiele informacji z terenu. Albo co najmniej dotrzeć szybciej do przekaźnika i zdobyć to co udało mu się nagromadzić...
Nie mogłem poświęcić nikogo ze starszych oficerów, ale na szczęście, każdy prom miał przypisaną odpowiednią załogę. Przeglądałem dane, aż natrafiłem na znane mi nazwiska. Co prawda nie wszystkie, ale byli to starzy wyjadacze. Dla pewności sprawdziłem ich dane. Służyli już długo i znali się dobrze na tym co robili. Mieli dobrego pilota, a ich dowódca był rozważny i spokojny. Człowiek, którego potrzebowałem, w końcu mój zwiad nie mógł ryzykować. Mieli zobaczyć co się dzieje w systemie, ewentualnie zebrać dane z przekaźnika i powrócić. Nacisnąłem interkom -Załoga promu nr. 7 do gabinetu kapitana, powtarzam jeszcze raz, załoga promu nr.7 do gabinetu kapitana- Podniosłem się patrząc przez okno. Zazwyczaj widok gwiazd mnie uspokajał. Jednakże nie przynosiło mi to ukojenia. Było za dużo spraw, za dużo problemów. Każdy miał jakieś swoje problemy, Toni, doktor. Ja nie dość, że miałem swoje, byłem obciążony problemami każdego załoganta. A kto wie, czy nie całej eskadry. W końcu usłyszałem dzwonek do drzwi. -Wejść - zazwyczaj promy miały po jednym - dwóch załogantów. Ten był wyjątkiem. Było ich trzech. Dowodził nimi bosman Eric Braker z Dallas. Popatrzyłem na nich-Za ile prom może być gotowy do lotu zwiadowczego?--Za godzinę, może mniej panie kapitanie--Dobrze, chcę abyście zaczęli go przygotowywać. Bosmanie niech pan zostanie- poczekałem aż dwóch jego załogantów, wyszło przygotowując prom.-Bosmanie, nie posiadam żadnych informacji z systemu Yuhraya, do którego się udajemy. Chcę aby wziął pan prom, poleciał i sprawdził co się dzieje. Proszę zeskanować system i odebrać informacje z przekaźnika. Cokolwiek tam pan znajdzie proszę powrócić. Mam złe przeczucia, gdyby zdarzyło się, że napotka pan wroga, proszę jak najszybciej opuścić system. Najważniejsze jest dla pana życie załogi, zebranie danych jest drugim priorytetem i proszę je wykonać o ile nie będzie dużego zagrożenia--Rozumiem sir ... czy spodziewa się pan tam obecności Cardassian --Nie wiem, dlatego chcę się o tym przekonać. Żaden dowódca nie powinien wlatywać w nieznane. Czy pana rozkazy są jasne?--Tak sir--Świetnie, proszę zgłosić się po odpowiednie zapasy i pamiętać, że szybkość jest tutaj najważniejsza. Muszę mieć te informacje, za nim dotrzemy do systemu--Oczywiście zrobię to- poddałem mu padda z zapisanym rozkazem, on odwrócił się do wyjścia -Bosmanie, jeszcze jedno ... powodzenia - skinął mi głową a ja usiadłem na fotelu. Złapałem się za głowę, to wszystko było męczące, jeszcze mój przełożony ... wolał bym mieć dwa okręty wroga z przodu, niż jednego Gallowaya zabezpieczającego moje tyły. Będą z nimi problemy. Ciekawe co z tym jego raportem.
- Kapitanie. Siódemka wyleciała. Idą do przodu. - zameldował Saren szybko, a ty skinąłeś głową na znak, że zrozumiałeś. Pozostało teraz tylko czekać, aż wrócą z informacjami. W tym tempie spotkacie się pewnie za jakieś 12 godzin czyli w połowie wachty beta. Cóż, odległości robią swoje. Spojrzałeś po mostku. Dobrze, że nie znali zapisu twojej rozmowy z Gallowayem... lot upływał spokojnie do momentu gdy po kilkunastu wywołał Ciebie okręt dowodzenia.
- Tu Galloway. Moon, do jasnej cholery, co to za nieautoryzowane wysłanie promu! Myślałem, że znasz już swoje miejsce w szeregu. Chcesz wydać nasze pozycje wrogowi? Wydaj im rozkaz powrotu i to natychmiast! - zażądał kategorycznie dowódca i rozłączył się.
-Panie Saren, rozumiem, że kiedy połączy się pan z promem zakłócenia uniemożliwią przekazanie rozkazu ... poinformuje pan o tym załogę promu ... - powiedziałem spokojnie. Miałem nadzieję, że porucznik zrozumie i nie będzie robił żadnych problemów. Ryzykowałem, to fakt, ale byłem oficerem Gwiezdnej Floty, ryzyko to część tej pracy. Poza tym dobry oficer powinien myśleć o wszystkim. Galloway okazał się głupszy niż myślałem. Jeżeli w systemie nie ma wroga, nikt nas nie wykryje, jeżeli jest będziemy o nim coś wiedzieli i przygotujemy się, a nie wpadniemy na nich nie przygotowani. Popatrzyłem na Lindę, była wyraźnie zdziwiona, miałem nadzieję, że mnie poprze, Bóg jeden wiedział, że będę tego potrzebował, jednakże te informacje była bardzo ważne. Ważniejsze niż jakaś wzmianka w aktach.
