Forum › Fandom › Sesje RPG, PBF i inne › Sesja RPG › RPG - Kapitan Alex Joseph Moon
Odwróciłem się do niego i odpowiedziałem spokojnie -Kapitan jest zawsze na służbie .... - poczekałem chwilę -Proszę tylko nie mówić tego doktorowi okrętu, bo powie że się przemęczam. Technicznie rzecz biorąc moja służba minęła pół godziny temu- Podszedłem do biurka i włożyłem paddy do odpowiednich przegródek.-Proszę niech pan usiądzie -
Dziennikarz usiadł, błyskawicznie otwierając aktówkę i wyciągając z niej butelkę kubańskiego rumu i dwie kryształowe szklanki.
- Proszę się częstować... sosem... robiłem już wiele reportaży i wiele wywiadów. Rozmawiałem z najlepszymi z Admirałów i kapitanów... ale nigdy nie prowadziłem relacji z pola bitwy. Wiem jednak, że najlepiej kogoś poznać w celu jego opisania, zawierając z nim znajomość. Proszę sie nie martwić zasadą wzbraniającą legalnie posiadania alkoholu. Gdy prowadzę wywiad nikt nie ingeruje gdy poczęstuję go czymś co przełamuje pierwsze lody. Wiem, że sporo mówię, ale może lepiej się przedstawię. Timothy O'Brien, a raczej Timothy Galder Jilgore Quevada O'Brien. Pochodzę z dawnej Kuby, ale moim ojcem jest Irlandczyk. Stąd bywam czasem nadpobudliwy. A teraz może przejdźmy do pana.... i ustalenia o co mogę pytać załogę, a o co nie. Nie jestem tu by oceniać tylko po to by oddać możliwie najbardziej plastyczny opis sytuacji oraz tego co się dzieje na polu bitwy. Odnaleźć tragedie, nadzieje, bohaterów i antybohaterów....
Usiadłem przy stole i przyglądnąłem się butelce. Na Barbadoss był to nasz główny towar eksportowy. Otworzyłem butelkę i nalałem sobie oraz O'Brienowi. Pociągnąłem łyk-Ciekawy zbieg okoliczności. Ja pochodzę z Barbadoss, urodziłem się w Bridgetown - odstawiłem szklankę na stół -Co do zasad, cóż są pewne plusy przebywania lata świetlne od dowództwa floty- chwilę milczałem delektując się rumem -Jeżeli chodzi o pytania zadawane załodze ... żadnych szczegółów technicznych, ani szczegółów misji. Wróg też może odbierać nasze programy, a nie chcemy zagrozić bezpieczeństwu okrętu. Dobrze by było, żeby przed wysłaniem pokazał pan materiał komandor Blaze, powie panu jakie informacje, mogą być potencjalnie niebezpieczne dla misji i okrętu, chociaż wierzę, że pan też to wie. A poza tym? Ma pan wolną rękę, jednakże proszę być "delikatnym". Jeżeli, któryś z załogantów, nie będzie chciał rozmawiać o drażliwym temacie, proszę go nie naciskać - Pociągnąłem kolejny łyk rumu patrząc na dziennikarza. -Powiem panu jedno. USS Lee, nie jest może najlepszym okrętem, ale ma wspaniałą załogę. Bez wahania powierzył bym swoje życie, komukolwiek z nich. Szuka pan bohaterów. Niech się pan przejdzie po okręcie, jest tu ich pełno. Niech pan z nimi porozmawia, odda życie jednostki. Mężczyźni i kobiety na tym i jemu podobnych okrętach, oto nadzieja Federacji. -Napiłem się rumu i ponownie odłożyłem na stół -Powiem panu coś tak szczerze. Wielu kapitanów widziało by to jako szansę pokazania się. Wybicia. A ja panu powiem: jak najmniej mnie. Czy ktoś wysyłający innych na śmierć jest bohaterem, czy raczej ktoś kto wykonuje jego rozkaz i idzie ... tam? Czymże był by kapitan bez swojej załogi? Niczym. W historii bywało często tak, że dowódcy robili coś pod publikę. Nie chcę być kuszony nawet czymś takim. Chcę podejmować trafne decyzje - umilkłem i dopiłem "sos"-Jeżeli chciał by pan mojej opinii o tym, z kim może pan porozmawiać podczas naszego lotu na linię frontu? -Dziennikarz kiwnął głową, więc kontynuowałem -Proszę porozmawiać z oficerami zmiany alfa, wspaniali ludzie ... jedni z najlepszych -
- Tak myślałem by od tego zacząć. I stąd zaproponowałem nasze późniejsze spotkanie. Mam czas was poznać zanim dotrzemy w strefę zagrożenia. Napisać krótki artykuł wstępny i go nadać przy najbliższym przekaźniku. O obostrzeniach będę pamiętał. Tym bardziej, gdy na pokładzie przebywa jednostka wywiadu staje się to niezwykle istotne. A propos naszego spotkania w sklepie, proszę się nie martwić. W pełni to rozumiem. Jak widać sam nie wyobrażam sobie podróży bez pamiątek, które przypominają mi o domu... ale już rozumiem, że cygara powinienem palić rzadko i to w pomieszczeniu z wyłączonymi czujnikami.... - O'Brien Quevada rozparty w fotelu kontynuował wypowiedź pociągając od czasu do czasu rumu - .... gdy wrócimy na Ziemię chciałbym zaproponować panu wizytę na Kubie. Odziedziczyłem całkiem ciekawą zabytkową willę nad morzem. Piękne miejsce, nawet gdy jest sztorm....
Uśmiechnąłem się -Gdy wrócimy na ziemię, czemu nie panie Quevada. Mam w porcie w Bridgetown własną łódź żaglową. Co prawda, dawno nie miałem okazji się nią zając, ale mój ojciec wynajął odpowiednich ludzi. Zamierzałem kiedyś opłynąć całe Karaiby, ale podróż na Kubę w tym momencie starczy.- zamyśliłem się wspominając morze i łódź, która ojciec kupił mi gdy dostałem się do Akademii Gwiezdnej Floty. Spędziłem niejedne wspaniałe wakacje pływając na niej z Ritą, Jimem Evansem i innymi. Uczucie wiatru we włosach, wody pod kilem, białe żagle na panoramie morza. Wróciłem jednak do czasów obecnych. -Cóż mogę panu powiedzieć o dowódcach departamentów. Bo pewnie chciał by pan coś wiedzieć. - zastanowiłem się krótką chwilę -Panią Komandor Linę Blaze zdążył już pan poznać. Moja pierwszy oficer ... Argentynka. Szczerze powiedziawszy, nie wiem jak dał bym sobie radę bez niej. Podwładni ją uwielbiają. Moim skromnym zdaniem, nie wiele jej brakuje do otrzymania dowództwa ... myślę, że za rok, dwa mogę stracić świetnego oficera. -Odchyliłem się na krześle - Komandora porucznika Draxa Inve, trudno ominąć. To ogromny Bolianin i szef sekcji taktycznej. Ma ogromne doświadczenie jeżeli chodzi o walkę, brał udział w niezliczonej ilości potyczek, odznaczony za swoją odwagę. Szczerze powiedziawszy powinien szkolić młodych chłopców, ale sam twierdzi, że to nie dla niego. - przerwałem na chwilę patrząc w sufit mojego biura.-Chorąży Toni Luca i Porucznik Sergiej Antonov, to najmłodsi z moich starszych oficerów. Nigdy nie widziałem dwóch tak różnych osób, które przyjaźniły by się jak ta dwójka. Pan Luca nie ma żadnego doświadczenia, ale jest świetnym pilotem. Pobił wszelkie rekordy za ostatnie 10 lat. Antonov, pochodzi z rodziny z długimi tradycjami w Gwiezdnej Flocie, stracił wuja w ataku na Setlik III. Wcześniej służył jako oficer ochrony na stacji gwiezdnej ... wykazał się i trafił w końcu tutaj na Lee. Nie przeszli jeszcze prawdziwego chrztu ognia, ale dadzą sobie radę - uśmiechnąłem się i kontynuowałem nalewając sobie i dziennikarzowi jeszcze trochę rumu.-Szef Maszynowni I'Hivve, to jedyny Caitanin na okręcie. Prawdziwy pasjonat. Niech pan nie da się wciągnąć w rozmowy techniczne z nim bo będzie pan rozumiał tylko co długie słowo. Może użyję nie skromnego porównania, ale Kapitan Kirk miał Montgomeryego Scotta, a ja mam porucznika I'Hivve, i nie zamienił bym go za 100 Scottow. - wypiłem mały łyk napoju. -Podporucznik Inra Irx. Szczerze powiedziawszy, trudno mi o niej coś mówić. Jest połączonym Trillem. Ma 24 lata i już kilka prac naukowych na swoim koncie. Obawiam się, że obecna misja, nie ukaże jej zdolności w pełni, ale kto wie? A jak mówimy już o Inrze, to trzeba wspomnieć o poruczniku Sarenie, operacyjnym. Vulcanin ... razem pasują do siebie, jedna chce wszystko rozwiązać za pomocą nauki, a drugi za pomocą logiki. Dobrze jest mieć takie osoby na pokładzie, potrafią wpaść na takie rzeczy, o których ani ja ani pan nigdy byśmy nie pomyśleli. - patrzyłem na dziennikarza, który słuchał uważnie każdego mojego słowa. -Na koniec bardzo ważna część okrętu. Ludzie którzy dbają o nasze zdrowie fizyczne i psychiczne. Głównym lekarzem jest James Evans. Chirurg. Najlepszy jakiego spotkałem w mojej karierze. Ma 30 lat a mógł by spokojnie otrzymać stanowisko w głównym szpitalu Gwiezdnej Floty na Ziemi, ale on woli leczyć na froncie, ratować życie. Gdyby wszyscy byli tacy jak on .... no i doradczyni Amanda Novan, świetny psycholog, ale radzę przy niej uważać, to pół - betazoidka, empatka. Nie dość, że oceni pana osobowość to jeszcze odczyta pana uczucia. A potem będzie się pan dowiadywał o sobie rzeczy, których nigdy nie podejrzewał - zaśmiałem się głośno z tego małego żartu. Potrzebowałem takiej rozmowy na rozładowanie nerwów.
Odchylił się w fotelu słuchając uważnie i delektując się rumem.
- Przypomina mi plażę wysuszoną słońcem i bryzę wiejącą od Ameryki Południowej... - powiedział mimowolnie - .... widzę, że jest pan naprawdę pasjonatem swojej załogi. I powiem, że cieszę się, że mamy jeszcze takich oficerów. Z wami ta wojna powinna okazać się prostsza gdyż prosta nigdy nie jest. Widzę też, że nasza współpraca będzie udana. Znalazłoby się wolne miejsce na mostku dla mnie? Obiecuję, że nie będę przeszkadzał...
Zastanowiłem się nad tą prośbą. Właściwie nie był by to precedens. Dziennikarze byli obecni na mostku, chociażby podczas odpalania USS Enterprise - B. Skoro dwójka kontrolerów, poręczyła za pana O'Briena, nie było się czego obawiać. Zresztą tego co zobaczy na mostku mógł by się równie dobrze dowiedzieć, od załogi. Skinąłem powoli głową -Miejsce się znajdzie. Podczas pracy zmiany Alfa, powiedzmy przez godzinę - dwie dzienne i podczas czerwonego alarmu. Oczywiście dla niektórych rzeczy obejmie pana tajemnica państwowa, chociaż skoro został pan tutaj przydzielony, to na pewno już obejmuje - uśmiechnąłem się dobrotliwie. -Tak jestem pewien, że nasza współpraca będzie dobra. Musi pan jeszcze porozmawiać z Komandor Blaze, skoro nie mam w załodze nikogo do kontaktów z prasą ona będzie musiała się tym zająć. Pokaże panu chociażby skąd będzie pan mógł nadawać swój materiał- Po chwili ciszy powiedziałem spokojnym głosem -Więc niech pan lepiej uważa co o niej pisze, jest zupełnie jak morze, lepiej jej nie denerwować. - uśmiechnąłem się jeszcze szczerze -I wychodzi, że ja będę musiał ją traktować jak królową, bo inaczej przeczytam, że jestem despotycznym tyranem z manią boskości - oboje wybuchnęliśmy śmiechem. Linda miała rację pan Quevada był niesamowity. Zupełnie inny od osoby, której się spodziewałem.
W końcu Timothy wzniósł toast:
- Za USS Lee...
Wypiliście obaj za pomyślność okrętu po czym dziennikarz oddalił się do swojej kajuty ostatecznie się rozpakować i spisać materiał. Zamyślał również odwiedzić pierwszą oficer, a ich spotkania byłeś niezwykle ciekawy. Umówiliście się również na konkretną godzinę spotkania z oficerami, aczkolwiek O'Brien zaproponował zebrać sie nie w pokoju narad, ale w kantynie gdzie jak stwierdził "atmosfera do zawierania znajomości będzie lepsza". Zastanawiałeś się co miał na myśli... pozostało Tobie 2 godziny na uporządkowanie myśli i wspominanie smaku trunku. Rzeczywiście przypominało to Tobie odrobinę Barbados a Quevada wniósł trochę więcej luzu i południowego charakteru na pokład Exelsiora. Dobry znak...
Ciekawe jak poszło jemu spotkanie z Lindą. Będę musiał ją o to spytać. Ale właściwie dlaczego mnie to tak obchodzi? Jest w końcu moją podwładną ... ta baju - baju, będziesz w raju. Nie jestem o nią zazdrosny, nasza współpraca jest ściśle profesjonalna. Jasne, widziałem jak czasami na nią patrzyłeś. Nie przeczę, jest ładną kobietą, ale to moja podwładna a takie relacje mogły by wszystko popsuć. Oczywiście, a byłeś na jakiejś randce odkąd rozstałeś się z Ritą? To nie ma nic do rzeczy, Lindę traktuję jak przyjaciółkę, to wszystko, a teraz mówisz przez alkohol. Cóż moja podświadomość w końcu zamknęła się i mogłem powrócić do czytania raportów. Skoro moi oficerowie wiedzieli już o spotkaniu, to mi pozostawało się tylko na nim pojawić. Niecałe półtorej godziny później podniosłem się ze swojego fotela, powinienem jeszcze zajrzeć do swojej kwatery. Kiwnąłem obsłudze mostka głową, idąc do turbowidny. W swojej kwaterze przebrałem się w mundurową kurtkę - bombadierkę. Na takie okazje była wygodniejsza. Wolnym krokiem ruszyłem do kantyny, nie chciałem się spóźnić na spotkanie, ale nie znaczyło to też, że mam być pierwszy.
Coś Ciebie zaniepokoiło... coś było nie tak. Gdy tylko wyszedłeś ponownie z turbowindy czaiło się to gdzieś na granicy. I w końcu sobie uświadomiłeś. To była muzyka? Grana na żywo? Dźwięk fortepianu dobiegał od strony kantyny. Nie mogłeś się powstrzymać i przyspieszyłeś kroku. Gdy dotarłeś zajrzałeś do środka by zobaczyć oficerów mostka i zwykłych załogantów skupionych wokół prawdziwego fortepianu. Skąd się to wzięło do licha? I kto grał? Gdy tłumek zelżał po chwili zobaczyłeś, że to Timothy grał wespół z Lindą. No nie... jeszcze tego brakowało... Wtedy Ciebie zobaczyli i muzyka zatrzymała się na chwilę.
- Wracamy do obowiązków - zakomenderował Quevada, a oficerowie roześmiali się wracając do największego ze stołów...
Przez chwilę nie mogłem powiedzieć żadnego słowa, nie mogłem wyartykułować swoich myśli. Co było dość niezwykłe, nigdy nie zaniemówiłem gdy klingońskie renegackie okręty opuszczały maskowanie blisko nas i otwierały ogień. Nigdy nie straciłem głowy w ogniu walki i wiedziałem, że mi się to nie zdarzy. Popatrzyłem na fortepian potem jeszcze raz na "parę" siedzącą przy nim .... dobry Boże, już zaczynam o nich myśleć jak para. Odchrząknąłem aby "przegrupować" swoje myśli. -Panie Queveda nie mogę mieszać się w prywatne sprawy załogantów. Co więcej cieszy mnie, że znalazł pan rozrywkę dla załogi po służbie, jednakże pewnych żartów proszę się wystrzegać. Nie chciał by pan, żeby załoga wybuchła śmiechem na jakiś mój rozkaz. - rozejrzałem się po kantynie. Chyba wszyscy z załogantów byli po służbie, to dobrze, bo nie będzie trzeba nikogo karać.-Kapitanie to tylko niewinna zabawa - powiedziała Blaze, a ja odwróciłem się patrząc na nią. -Pani komandor ja tylko zwracam uwagę na pewne szczegóły - powiedziałem spokojnie.-Cóż chyba najwyższy czas rozpocząć ten wywiad - powiedziałem spokojnie do Timothy'ego, sam poszedłem i zająłem miejsce u szczytu stołu, które tradycyjnie w takich wypadkach zostało zachowane kapitanoiwe Może nie powinienem zwracać się do Lindy pani komandor, szczególnie po służbie .... a trudno, czasami mi się to zdarzało. Zresztą właściwie to nie moja sprawa, co robi moja załoga po godzinach, o ile nie wpływa to na efektywność ich pracy. Muzyka, jest była i będzie na każdym okręcie, a na morale załogi może wpłynąć tylko pozytywnie. Ten żart na końcu, niby nic ale o takie rzeczy trzeba dbać, no chyba się już nigdy więcej nie powtórzy. "Kiedyś było prościej wiatr i żadnych kobiet na pokładzie ... wielki minus, chociaż czasami ten minus może wydawać się plusem, ale tylko czasami". Nie był to czas ani miejsce na takie rozmyślanie, szczególnie w obecności doradczyni, prowadzącej krucjatę o lepsze zdrowie psychiczne załogi i będącej empatką. Jej raporty o morale często okazywały się niezastąpione, ale nie chciałem, żeby zaczęła analizować mnie. Chociaż pewnie to robiła nie mówiąc o tym mi. To w pewnym sensie był też jej obowiązek. Kiedy tylko Linda i O'Brien doszli do stolika podniosłem się-To jest pan Timothy Galder Jilgore Quevada O'Brien - powiedziałem bez zająknięcia -Jest korespondentem wojennym i będzie nam towarzyszył podczas tego "rejsu". Pan O'Brien prosił o to spotkanie, gdyż chciał lepiej poznać starszych oficerów Lee. - skończyłem mówić i popatrzyłem na niego -Ma pan głos- Usiadłem na swoim miejscu. Po chwili nachylił się doktor i wyszeptał -Alex coś nie tak? Dawno cię takim nie widziałem. --Wszystko w porządku Jim- odpowiedziałem również szeptem-Jeżeli to coś z płucem, to przyjdź do ambulatorium, zresztą dawno nie byłeś na badaniach --Daj spokój Jim, nie bądź przez chwilę doktorem, nic mi nie jest. No może zjadłem coś niedobrego i dlatego--Jak mogę przestać być doktorem, a kim będę restauratorem? - uśmiechnęliśmy się oboje.-Naprawdę możesz przestać się o mnie martwić. Znamy się tak długo, że jak by coś było nie tak, to był byś pierwszą osobą której bym o tym powiedział--Czasami mi się wydaje, że Alex by powiedział Jimowi, ale że kapitan nie powiedział by głównemu lekarzowi na jego okręcie - machnąłem ręka dając znać, że przesadza i jednocześnie, że to nie najlepszy czas na taką rozmowę. Popatrzyłem na dziennikarza zastanawiając się jakie jeszcze niespodzianki mnie czekają.
.....i takie są moje obowiązki w ramach działań korespondenta wojennego. W skrócie mam za zadanie zbieranie danych, a następnie opisywanie sytuacji na okręcie i nie tylko walki, ale przede wszystkim dobrych, zwykłych ludzi, może trochę bardziej bohaterskich, ale wciąż ludzi. Nie mogę robić z nikogo mesjasza jak to robi strona przeciwna, każdego z wybijających się dowódców chrzcząc wybawicielem i cudotwórcą. Przykładałem zawsze wagę do realizmu opisywanego świata i zamierzam to zachować i teraz. Dzięki kapitanowi mam również zgodę na przebywanie w ograniczonym czasie na mostku za co jestem niezmiernie wdzięczny. - zakończył i ukłonił się O'Brien. Trzeba przyznać, że ledwo go słyszałeś przez myśli kłębiące się w Twojej głowie. Całe szczęście twa uwaga była dostatecznie podzielna, poza tym część tego znałeś już wcześniej. Jednakże myślenie wydało Cię... w pewnym momencie gdy Timothy skończył zapadła cisza i zanim się zorientowałeś wszyscy patrzyli na Ciebie. Czy coś wiedzieli? O co chodziło? Chyba popadasz w paranoję... albo to przez rum... albo przez wspomnienia o chwilach razem z Ritą tak Ciebie rozbiły.
Nie była to idealna sytuacja, mówiąc inaczej była to okropna sytuacja. Ktoś kiedyś porównał załogę do gąbki i im dłużej byłem dowódcą tym bardziej przekonywałem się o słuszności tego porównania. Załoga była gąbką, jeśli chodzi o uczucia kadry dowódczej, wchłaniali je, a potem zwracali ... czasami spotęgowane. Dlatego nigdy nie okazywałem zmartwienia przed załogą, było by to zabójcze dla morale. Z tego samego powodu starałem się zawsze uśmiechać i być zadowolonym, kiedy ja byłem spokojny taki był też okręt. Oczywiście była to lekka przesada, ale dawało ogólny obraz sytuacji.Teraz moi oficerowie patrzyli na mnie, chyba się kompletnie wyłączyłem. Uśmiechnąłem się szeroko, starając odrzucić od siebie wszystkie poprzednie myśli. Przejechałem wzrokiem po twarzach wszystkich obecnych ... w końcu popatrzyłem na doktora, miałem nadzieję, że wyczyta w moich oczach prośbę o pomoc i jak to robił kiedyś, jeszcze kiedy mieszkaliśmy razem w San Francisco naprowadzi mnie ponownie na temat. Ta cisza stawała się naprawdę nieznośna.
Cisza przeciągała się.... wydawało się Tobie, że trwa stanowczo za długo gdy przerwał ją Robinson, jeden z kucharzy opiekujących się załogą. Wnosząc nucąc pod nosem fanfary tort ustylizowany na Exelsiora. Załoga wydała się zachwycona. Odpłynęła gdzieś nienaturalność ciszy, a zmartwienie przez chwilę wiszące gdzieś w powietrzu poszło w niepamięć. Prawie nie zwróciłeś uwagi na spuchniętą z bólu twarz mechanika i zagryzane z wściekłości wargi... hmm ktoś chyba chciał też rozładować sytuację pomyślałeś, patrząc na starającą się wyglądać niewinnie doradcę. Ha! Jednak wiedziała. Chwilę później na stole znalazły się kieliszki z bezalkoholowym szampanem i rozpoczęły się luźne pogawędki, jak to wśród dobrze zgranej załogi...
"Cóż pewnie mnie czeka z nią rozmowa. Nie był to mój ideał spędzania popołudnia, ale cóż, jeżeli będzie nalegać, nie będę miał innego wyboru. Faktycznie wyłączyłem się na chwilę, ale to wszystko przez ten list. Popatrzyłem na swoją załogę z zadowoleniem, w końcu podniosłem się z kieliszkiem szampana. Ponownie zapadła cisza. -Już w czasach pierwszych drewnianych okrętów jednym z przywilejów kapitana było zasiadanie na honorowym miejscu, oraz wznoszenie toastów. W późniejszych czasach, gdy żaglowce miesiącami pokonywały ocean, a kapitanowie zasiadali wraz ze swoimi oficerami, owe toasty zostały w końcu utrwalone przez tradycje. Na każdy dzień wznoszony był odpowiedni. Mieliśmy więc takie perełki jak "Za żony i kochanki oby się nigdy nie spotkały - poczekałem aż śmiech ucichnie - Czy bardziej poważne "Za wojnę i burzliwe morze". Dzisiaj nie obowiązuje nas już ta tradycja. Jednakże, nadal uważam za przywilej wzniesienie toasty. - podniosłem kieliszek i poczekałem aż inni to zrobią -Wypijmy za to aby nigdy nam nie zabrakło siły ani woli walki do obrony tych, którzy sami nie mogą siebie obronić- pociągnąłem łyk szampana i usiadłem z powrotem na miejscu. Ponownie zaczęły się luźne rozmowy.
