Forum › Fandom › Sesje RPG, PBF i inne › Star Trek: PBF PL › PBF - kapitan O'Connor
- Jedlin była moją córką. Pracowała jako pielęgniarka w szpitalu wojskowym na Anthos IV. Rebelianci zaatakowali transportowiec, który wiózł ją na urlop na Kardaz i wymordowali wszystkich Kardazjan i Klingonów, wojskowych i cywili. Od kolegi z kasty Obsydianowej poznałem nazwisko ich dowódcy.- Warunki pracy może są trudne, ale przynajmniej rzucają nas na różne planety przeciwko rebeliantom i jest szansa, że Armina kiedyś się napatoczy pod mą lufę. Tordek jest dobrym dowódcą, choć jeszcze jest zbyt młody na ważniejsze stanowiska.- Widzę, że się zgadzamy odnośnie Armina. - usmiechnął się żołnierz. - Cóż, wykończymy to coś, potem gdzieś nas odstawicie i mogę znów rozpocząć poszukiwania.Szliście tak przez coraz bardziej ciemniejący korytarz, tak że na końcu trzeba było zapalić latarki. Po drodze napotkaliście wnękę z kilkoma kościotrupami. Ubrani byli w jakieś dziwne, granatowe mundury z czerwonymi i żółtymi wstawkami i z zasady wyglądali na ludzi.
Przyjrzałem się tym mundurom, jednak nie zastanawiałem się dłużej nad nimi. Uznałem, że będzie jeszcze czas sprawdzić to wszystko później. Teraz dużo ważniejsza była inna sprawa, a mianowicie ten potworek. Uaktywniłem swój wszczep na tryb nocny i przybliżanie i ruszyłem do przodu.
Szliście jeszcze kilkanaście metrów, gdy nagle usłyszałeś donosny głos.- Odważni głupcy, więc zamierzacie się ze mną zmierzyć? To będzie naprawdę dobra rozrywka na tym martwym świecie. Chodźcie, chodźcie!
Popatrzyłem po trójce "towarzyszy" -Lubi gadać, to działa na naszą korzyść - wyjąłem swoją broń i ruszyłem do przodu pogwizdując cicho "Hiszpański Harlem"
Kolejne kilkadziesiąt metrów mrocznego korytarza i weszliście do sporej groty, która o dziwo była oświetlona. Przy ścianie siedziała młoda, ładna Kardazjanka i patrzyła na was tępo.Na środku groty było coś o wiele bardziej interesującego. Wyglądało jak jezioro dzienwgo płynu, którego kolor wciąż zmieniał się, od białego do prawie czarnego i odwrotnie.
-Ktoś z twojej załogi Tordek?- zapytałem Cardassianina i jednocześnie zacząłem rozglądać się po sali -Halo! Poczta Imperialna, mam przesyłkę dla właściciela tej jaskini! - krzyknąłem uśmiechając się lekko. Zapowiadała się niezła "rzeźnia".
- Nie, nigdy jej nie widziałem. Nie służą u mnie kobiety.Twe wołanie wywołało skutek w bajorku. Te zaczęło bulgotać i wyłoniała się z niego karykatura humanoida.- Tutaj jestem człowieku. Jestem właścicielem nie tylko tej jaskini, ale też całej planety. Ha ha ha! - jego smiech bardziej przypominał skrzek.
Uśmiechnąłem się szeroko - Gratuluję władztwa nad pustą kupą gruzu - podniosłem oba pistolety i wycelowałem w niego -Chcesz coś powiedzieć, za nim wyślemy cię na wycieczkę krajoznawczą? -
- Dziękuje. -odparł. - Mam cos do powiedzenia. Jak wy to mówicie... Ach tak! Bujaj się koleś!
Uśmiechnąłem się drapieżnie. -Pozdrowienia od O'Connora - powiedziałem i odpaliłem swój ulepszony rewolwer celując w głowę stworzenia. Jednocześnie powiedziałem do reszty kompanów -Ognia!-
Zaczeliście strzelać, a stwór tylko się śmiał gdy wchłaniał energie, zaś pociski z twego antycznego rewolweru wyrywały kawałki żelu, który po chwili łączył się z ciałem.- Coś jeszcze O'Connorze, wielki kapitanie rebelii? - zapytał gdy skończyliście strzelać.
-Jasna cholera! - rzuciłem głośno i zacząłem przeładowywać rewolwer. Jeszcze raz popatrzyłem na to stworzenie. -Może i nasza broń jest bezużyteczna, ale właśnie coś pomyślałem ... wiem czego pragniesz. Władzy, nie możesz żyć samotnie. Jak to mówił mój dziadek, jeżeli nie możesz zniszczyć wroga, zniszcz to co kocha! - po tych słowach wycelowałem w Cardassiankę i nacisnąłem dwa razy spust -Miłego życia w samotności!!-
Kardazjanka dostała centralnie w pierś i padła na ziemię bez słowa skargi.- Coś jeszcze, człowieczku? Ta kobieta nic dla mnie nie znaczyła. Przejmę kolejną osobę, która mi się spodoba. Może nawet ciebie?
Zacząłem rozglądać się za możliwością zawalenia jakiegoś kamienia na tę istotę, może to by go zabiło. Zaczynały mi się kończyć pomysły, a jak dotychczas stwór nie robił sobie z tego nic. -Jesteś taki pewien? Jeżeli spróbujesz kogoś przejąć z tych, którzy zostali na planecie reszta szybko ich zabije. Jesteś w patowej sytuacji, bo zostaniesz sam na tym pustym kawałku skały. Twoimi jedynymi towarzyszami będą kamienie i jaszczurki, a one nie są za bardzo rozmowne. Zresztą twoi "poddani", za bardzo komunikatywni nie byli. Próbujesz rządzić barankami bo nie dał byś sobie rady z wilkami? - zacząłem wykonywać plan C, spróbować wyprowadzić go z równowagi, może uda się w tym czasie znaleźć jakiś jego słaby punkt -Historia zna wiele przykładów takiego przywództwa ... chociaż czy można to nazwać władzą? Ty nimi nie rządzisz, ty jesteś nimi. Nigdy nie miałeś prawdziwiej władzy, tylko komedię. Co ja mówię komedię? Farsę. Oto czym jesteś! Farsą. Uważasz się za władcę tej planety, a boisz się stawić nam czoła bez żadnych swoich sztuczek ... nieśmiertelny co? Uważasz się za takiego? A zobacz to z innej strony, ten układ zostanie otoczony kwarantanną. I nikt już więcej tutaj nie przybędzie. Zostaniesz tutaj sam, na wieki, wieków. I będziesz miała całą wieczność na zastanawianie się nad tym, czy jeszcze żyjesz czy już nie? Nikt nie będzie o tobie wiedział. Nikt. Powoli umrzesz ... - mówiąc uważnie obserwowałem stwora, słaby punkt ... jakiś słaby punkt.
- Ja umerę? Ha ha ha ha! Wiesz ile mam lat? 50 tysięcy lat temu ci co kiedyś mieszkali na tej planecie odnaleźli sposób by porzucić swe ciała i przenieść się na wyższy wymiar egzystencji. Byli okrutni i bezlitości, choć nie wszyscy. Ale tylko "czyści" mogli spotkać się ze swoim Bogiem. Tylko ci co nie przejawiali żadnych dobrych uczuć. I dlatego stworzyli mnie. Przekazali mi dobroć, współczucie, empatie i sporo innych cech, które do nich nie pasowały. Stworzyli mnie i zostawili. Samego, na prawie martwej planecie bo ich eksperyment zniszczył ekosystem. Od tamtej pory tu siedzę. I raczej umierz mi. Nie umrę ze starości.
