Forum › Fandom › Sesje RPG, PBF i inne › Star Trek: PBF PL › PBF - kapitan O'Connor
Popatrzyłem na to zdziwiony -Czy ktoś może mi powiedzieć co to do cholery jasnej jest?-
Dowiedziałeś się kiedy karnistry zamieniły się w morze płomieni, które ogarnęły wszystko, w tym również twoją druzynę.Ponieważ w symulacji zginąłeś to program automatycznie sie wyłączył. Stałeś w holodeku, a obok Estelle.- Jak ci sie podobał atak z uzyciem napalmu? - zapytała.
-No ładnie. Skutecznie, efektywnie i zabójczo. Przegrałem. Co teraz?- zapytałem opierając się o ścianę holodecku.
- Nie narzekaj. Pułki z północy miasta dostały bronia paliwo-powietrzna, a zaplecze twej brygady zostało ostrzelane przez krążowniki w porcie. Anglicy mogli bez problemu się wycofac z miasta i przy okazji was rozbić, ale działali nieskoordynowanie i nie mieli planu. Dlatego wtedy IRA wygrała. Co chcę robić? Pytanie brzmi co ty chcesz?
-Szczerze powiedziawszy nie mam już żadnego pomysłu. Może ty coś wymyślisz. Ja od dawna nie miałem tyle wolnego czasu- mówiąc to uśmiechnąłem się -Robota "na froncie" jest na pełen etat i o dziwo wakacji też nam nie zapewniają-
- ja tam ide na kolację i spać. Rozbicie IRA zajęło mi aż 4 godziny. - uśmiechnęła się.
Uśmiechnąłem się - Tylu O'Connorów zginęło w Irlandii, że jeden więcej czy mniej nie zrobił by różnicy. Pokonany przez kobietę. Kiedyś gdy moi przodkowie się poddawali, przekazywali swój miecz osobie, przed którą klękali. Dobrze, że to była symulacje, wiesz jaki ten miecz jest ciężki- uśmiechnąłem się -A jeżeli nie masz nic przeciwko, to chętnie zjem kolację z tobą-
Wyszedłem razem z nią z holodecku -Kompozytowy miecz. Gdyby mój dziadek wiedział, że straciłem swój to by się chyba w grobie przewrócił- powiedziałem spokojnie -wybuchł jak reszta rzeczy na Belfaście- Drogę do mesy znałem na pamięć, dlatego przez prawię cała drogą zabawiałem Estelle opowieścią, o mieczu.-Mój dziadek dostał go od swojego dziadka, a miecz był w rodzinie od pokoleń. Wychuchany i strasznie zadbany. Jeżeli jest coś co O'Connorowie lubią bardziej od kobiet to miecze, jak mawiał dziadek. Chociaż ja tej opinii nie podzielam. No ale kiedy okręt wylatywał w powietrze, to rzuciłem go w cholerę i tak zawsze plątał mi się pomiędzy nogami. Kto ucieka dziś żyje by walczyć następny dzień. We flocie Imperium, miał bym zapewne załatwioną ciepłą posadkę, ale gdybym zgubił miecz ojoj, a tak to pozbyłem się kawałka starego żelastwa. Nawet miało imię "Świt", ale ja go przezwałem "magnes"- Zawiesiłem na chwilę głos, a kiedy tylko popatrzyła na mnie pytająco to uśmiechnąłem się szeroko -Bo mogłem podrywać kobiety na tekst "hej, chcesz zobaczyć mój miecz"- wybuchnąłem śmiechem. -Z pewnością- odpowiedziała. Cóż, po chwili byliśmy już w mesie. Z radością zauważyłem, że jest pusta. "Szturm na umocnione pozycje jest bardzo trudny" pomyślałem. Estelle znikła mi na chwilę z oczu. Był to idealny czas aby przygotować moją zasadzkę. Odsunąłem jeden stół z dala od innych i postawiłem przy nim dwa krzesła. Na stole pojawiły się wyreplikowane kwiaty oraz świece. Estelle wróciła niosąc swoja kolację. Ukłoniłem się nisko, po dworsku i odsunąłem jej krzesło. -Dziękuję- Pokłoniłem się jeszcze raz i poszedłem po swoją kolację. Zamówiłem boxty z replikatora, a spod lady wziąłem butelkę wina i dwa kieliszki. Postawiłem kieliszek Estelle i nalałem jej trochę wina, potem taką samą ilość nalałem sobie. Usiadłem przed nią.-Cóż O'Connor nie wiedziałam, że jesteś romantykiem- powiedziała-Wielu rzeczy o mnie nie wiesz. Chociaż myślałem, że usłyszysz jakieś plotki od H'Kress-Rozmawiałem z nią popijając wino i zjadając swoją kolację. Było mi naprawdę przyjemnie, a rozmowy toczyły się na wszystkie możliwe tematy, ot tak o wszystkim i o niczym. Mimo, że nasze talerze były puste, siedzieliśmy dalej przy stoliku. Ja znów miałem gitarę śpiewając między innymi:"Black is the colour of my true love's hairHer lips are like some roses fairShe's the sweetest face and the gentlest handsI love the ground wheron she stands[...]"Nie zauważyłem gdy minęła kolejna godzinka. Byłem zmęczony, ale zadowolony. Nawet sam posprzątałem ze stołu i siedziałem przy Estelle. Zauważyłem, że nie piła dużo, może się czegoś obawiała?Cóż wstając od stołu popatrzyłem jej w oczy-Nie mam powodu aby być wdzięcznym sojuszowi. Chociaż teraz myślę, że jeden się pojawił. Gdyby nie ta wojna, nigdy bym ciebie nie spotkał ... -
- Przestań. - usmiechnęła się Estelle.W tej samej chwili do masy wpadli Ilana i Treneth namiętnie się całując i obmacując. Andorianin chciał ściągnąć z partnerki bluzkę, ale mu to niezbyt dobrze wychodziło. Nagle Betazoidka obróciła głowę i zobaczyła ciebie.- Cholera. - warknęła. - Przestań! - syknęła na doktora, który nie był telepatą i nie wyczuł obecności innych w mesie.- Co jest? Przecież chciałaś...- Nie gap się tylko zajmij się swoją! - temu przekazowi towarzyszyło mentalne uderzenie w potylicę. Wing złapała Trenetha za rękę i wypchęła go z mesy. Potem podążyła za nim.
-Czuje się głupi, kiedy wchodzą mi do głowy jak by był to cholerny pub na rynku w Belfaście- rzuciłem kiedy doktor i betazoidka zniknęli.Uśmiechnąłem się lekko do Estelle. Ukłoniłem się , po czym wyciągnąłem miecz kładąc go na swoich rękach. Wbiłem wzrok w ziemię, przybierając pozycję, pod jaką każdy przywódca mojego klanu poddawał się i powiedziałem -Pani czy zechce pani przyjąć bezwarunkową kapitulację najważniejszej fortecy przywódcy klanu O'Connor, Duncana. A forteca ta zwie się ... serce -Podniosłem wzrok i popatrzyłem na nią.
- Przyjmuję. - odpowiedziała i odebrała miecz. Potem pocałowała cię w czoło i wyszła z mesy.
Wyprostowałem się i uśmiechnąłem szeroko. Cóż chyba zbliża się dzień zwycięstwa, powiedziałem do siebie w myślach. Po chwili sam wyszedłem z mesy, ale nie skierowałem się do kajuty. Z dwóch powodów, jedna to była Estelle, chciałem jej dać trochę czasu, a druga to był możliwy sen. Nie chciałem śnić nie teraz, nie w ten dzień. Skierowałem swoje kroki do holodecku -Kościół pod wezwaniem św. Patryka, Belfast- powiedziałem i wszedłem do środka. Przeżegnałem się i podszedłem do świeć stojących przy mniejszym ołtarzu. Zacząłem zapalać kolejne świece: za rodziców, za wszystkich O'Connorów. Zapalając kolejną uśmiechnąłem się lekko-Za ciebie Adrianie Hall stary draniu ...-Po chwili zasiadłem w jednej z ławek modląc się. Siedziałem jeszcze tak z pół godziny. W końcu wyszedłem kończąc program. W najbliższym replikatorze wziąłem kawę, usiadłem na pokładzie obserwacyjnym patrząc na planetę.
Noc upływała spokojnie. Praktycznie nie było ruchu na statku, ale spotkałeś dwie członkinie załogi. Naprawdę Tavik miał gust - na jego statku pracowały najpiękniejsze przedstawicielki praktycznie wszystkich gatunków. Jesli kazda była kiedyś niewolnicą to kosztowały go majątek. I to spory.
