Forum › Fandom › Sesje RPG, PBF i inne › Star Trek: PBF PL › PBF - kapitan O'Connor
-Skoro tu jest to dlaczego nie strzelił wcześniej co panie Vulcanie. I tak mnie w końcu wyeliminujecie więc co to ma za znaczenie. Mów co chciałaś powiedzieć Estelle, chyba, że chcecie się napawać ze zwycięstwa wtedy strzelajcie od razu. Oczywiście pośmiertny skurcz spowoduje, że zginie też Estelle, ale przecież logika pozwala na poświęcenie ludzi. Chyba, że wy zawsze działacie w białych rękawiczkach- patrzyłem na Estelle i teraz mało mnie obchodziło kto gdzie jest i kto co myśli, czy strzelą czy nie strzelą.
- Widzę, że nie rozumiesz tych ćwiczeń. To nie jest śmiertelny pojedynek, ani osobista rozgrywka. Macie się nauczyć taktyki i walki w zespole. Robicie kardynalne błędy, dajecie wciągnąć się w pułapki, nie wykorzystujecie swoich przewag. Z takimi wynikami to nie macie żadnych szans w akcji.
-Każda misja jest śmiertelną rozgrywką Estelle widzę, że nie rozumiesz im więcej Cardachów poślę do piekła tym lepiej, a jeżeli zginę to trudno- popatrzyłem jej prosto w oczy, po czym dodałem spokojniejszym głosem -Komputer wyjście- po chwili pojawiło się wyjście a ja wstałem i ciągle zły wyszedłem. Nie miałem zamiaru spotykać się z nikim. Niech sobie robią co chcą, niech sobie mówią co chcą. Niech mnie zostawią w spokoju. Postanowiłem pójść do jednego z magazynów gdzie nikt nie powinien mnie znaleźć.
Wyszedłeś przez drzwi i zlądowałeś w ambulatorium. Siedzieli w nim wszyscy i byli w doskonałych nastojach. Na twój widok Skiff zaśmiał się głośno.- Cześć szefie. Ale dałeś się zrobić. W skrócie to każdy z nas dał się zrobić. Ale popatrz na ekran. H'kress właśnie zaczyna.Miał rację. Caitanka toczyła pojedynek z Gornyjką na broń biała. H'kress nie musiała miec broni, walczyła pazurami, zaś jej przeciwniczka niesamowicie wyglądającymi sztyletami naręcznymi. Ciosy padały błyskawicznie, markowane ataki i uniki stanowiły preludium brutalnym pchnięciom i zamachom. Obie miały juz po parę ran, ale nadal nie wykazywały zmęczenia. Wreszcie Caitanka zamarkowała podcięcie, ale w ostatniej chwili podniosła nogę i trafiła Gornyjkę w brzuch. Cios był tak mocny, że tamat odleciała o parę metrów i uderzyła w ścianę. Kocica dysząc podeszła do ogłuszonej i fachowo poderżnęła jej gardło.Teleporter błysnął i Gornyjka pojawiła się w pokoju.- Niech to jasna cholera. Dobra jest. - rzekła i siadła na wolnym stoliku.
-Skiff jak to się skończy dokończysz ćwiczenia - po tych słowach wyszedłem z ambulatorium, nie miałem zamiaru siedzieć tutaj. Nie lubiłem przegrywać to prawda, mogło to urazić moją dumę to prawda, ale było jeszcze parę rzeczy, które chciałem sobie przemyśleć. Poszukałem najbliższego kanału technicznego i wszedłem do środka. Po dłuższych chwilach krążenia udało mi się odnaleźć kontrolę stabilizatorów burtowych. Tutaj nikt nie zaglądał, dlatego jak miałem rzeczy do przemyślenia zaszywałem się w takich miejscach.Siedziałem wpatrując się w pustkę. Śmierć nie była mi obca, jakkolwiek dziwnie mogło to zabrzmieć śmierć była moja towarzyszką, nie bałem się jej, zabierała moich przyjaciół i rodzinę, zabierała moich wrogów, a na końcu przyjdzie do mnie. Był kiedyś taki wiersz, co ona powiedziała? "Czas nadszedł, ale przynajmniej zachowałam twoje imię". Tak z pewnością, tylko że może nie być nikogo, kto będzie mógł wspomnieć moje imię. "Tylko martwi widzieli koniec wojny", ktoś w historii ziemi powiedział to kiedyś, kto to był? Nie pamiętam, ale miał całkowitą rację, oni niczym się już nie przejmują. To ja muszę żyć w ciągłej wojnie, ciągle pamiętać twarze poległych towarzyszy. Zawsze iść naprzód, "Maszeruj lub giń" tak brzmiało motto Legii Cudzoziemskiej i oto jestem ja, czasami wydaje mi się, że niedługo nie będę miał siły na maszerowanie, ale coś zawsze pcha mnie naprzód. Ciągle do przodu, dalej, wyżej ... ciągle walcząc. Jak to się wszystko skończy. Jeśli to wszystko się skończy. Kiedy to wszystko się skończy nastanie pokój. A co wtedy z ludźmi takimi jak ja? Z ludźmi, którzy znają tylko wojnę? Wyruszę na kolejną jako najemnik? Bo walkę mam we krwi. Może nie dotrwam pokoju, no cóż pewnie szczęście się kiedyś skończy. "Ci co zginęli pójdą w bohatery, ci co przeżyli muszą walczyć dalej" taki los czeka tych, którzy przeżyją w tą wojnę. Tavik, Estelle cholera nawet Skiff tego nie rozumieją, grupa Tavika ma inne zadanie, moja grupa nigdy nie była odpowiedzialna za ludzi. Nie musiała mówić rodzinie, że mąż, syn, brat, żona, córka, ojciec czy matka nie żyją. Zginęli bo nie było się w stanie ich uratować. Oddali życie za większą sprawę, to prawda ... ale było ich tyle. "Boże daj mi to czego inni nie chcą, ale daj mi również odwagę, siłę i wiarę" Nie poddam się, kiedyś zginę, ale z bronią w ręku i krwią na ustach, zginę za to, żeby inni mieli lepiej niż ja. Znów trzeba iść dalej, znów walczyć ... Nawet nie zauważyłem jak minęły 2 godziny
- Michael McPerson proszony jest na pokład pierwszy do pokoju odpraw. - poinformował cię miły kobiecy głos. Ciekawe kim była jego właścicielka?
"Ciekawe o co chodzi" przemknęło mi przez myśl. Jednak nie było czasu dłużej tego rozważać. Podniosłem się i podszedłem do najbliższej drabinki, zacząłem się wspinać. Po chwili byłem już na zwykłym pokładzie, strzepałem z kurtki trochę kurzu i nie spiesznie ruszyłem na pierwszy pokład. Chwilkę mi zajęło dotarcie do pokoju odpraw. Wszedłem do środka, rozglądając się dookoła -O co chodzi?-
W pokoju znajowali się wszyscy uczestnicy gry.- O pan obrażalski. - uśmiechnęła się H'kress.- Po każdych ćwiczeniach przeprowadzamy odprawę, na którj opisujemy swoje błędy. - wyjaśnił krótko Tavik. - Jako, że był pan dowódcą to powinien pan wystąpić jako przedstawiciel grupy oraz znaleźć i zrozumieć błędy. Proszę zaczynać. Wcześniej zajmę się swoimi podwładnymi. - wyjął padda oraz podręczny pilot. Gdy go nacisnął pojawiły się zapisy z gry.- Arana Bronk. Dałaś się otoczył Kardazjanom. Błędy?- Nie zabezpieczyłam sobie odwrotu. Nie współpracowałam z Lira, mimo że była w parze.- Dobrze. Lira Frama. Wejście w pułapkę przygotowaną przez przeciwnika.- Przed posłuchaniem wezwania o pomoc należy się upewnić czy rzeczywiście to on.- Tanreth. Zabity w maszynowni przez Skiffa.- Najpierw strzelać do najgroźniejszych, a nie do bezczelnych. Mogłem poczekać i zastrzelić Skiffa. pozostali nie mieliby szans.- Weenedth. Śmierć z ręki, a raczej pazurów H'kress.- Jest naprawdę dobra. Niewielu przeżywa pojedynek ze mną. Chciałam tylko sprawdzić jej umiejętności.- Wiem o tym, ale jak zwykle przeczeniasz swoje. Panie McPerson. Czekam na pańską opinie o podwładnych.
A więc to taka zabawa, no cóż na tym się znałem, niestety ale niektórzy kapitanowie, lubili najbardziej niewdzięczną robotę zwalać na swoich pierwszych. Jedną z takich robót było wytykanie błędów. Odkaszlnąłem.-Iliana postrzelona przez doktora, jak myślisz co było nie tak?--Za bardzo wyszłam do przodu, powinnam być ostrożniejsza i sprawdzić ten korytarz- kiwnąłem tylko głową. I przeniosłem wzrok na kolejną osobę-Jennifer zabita przy uciecze z odcinanej sekcji--Za wolno biegłam? Może powinniśmy wcześniej zmienić miejsce- też skwitowałem to kiwnięciem, właściwie czułem, że odgrywam przedstawienie, ale miałem to gdzieś, niech sobie mają przedstawienie. Byłem pewien, że Iliana musi czuć, że jestem zdenerwowany, zastanawiałem się chwilę, czy zalewają ją silne emocje. Najgorszy był właśnie ten czas kiedy zbliżała się rocznica śmierci rodziców a ja nawet nie mogłem odwiedzić ich grobu. Więc niech sobie mają te swoje przedstawienie-Sam zastrzelona przez doktora--Nie wiem nie odwracać się plecami?--Napawanie się zwycięstwem odkładamy do chwili kiedy będzie bezpiecznie- dodałem -Skiff--Oczy dookoła głowy--Jasne-Popatrzyłem na swoją była ukochaną -H'Kress gratuluję byłaś ostatnia -Po tym jeszcze raz popatrzyłem po sali, milcząc
Na sali zapadła cisza. Długa cisza. Wreszcie odezwał się Tavik:- Robicie sobie jaja? Co to do cholery ma być? Teatrzyk? Nic nie zrozumieliście? Nic? Szczególnie ty, wielki błogosławiony kapitanku rebelii. Masz większe ego niż to między nogami. W takim wypadku koniec. Odwołuje akcję. Nie nadajecie się do tej roboty i widać, że rebeliantom brakuje porządnych ludzi bo przysyłają takich nieudaczników. Koniec odprawy. Sternik! - nacisnął komunikator.- Tak, kapitanie?- Obierz kurs powrotny na bazę MacArthur. Okazało się, że z naszych gości tylko jedna ma umiejętności, o których mówiła. A teraz wynocha stąd! Tylko proszę panią H'kress o pozostanie.
Patrząc cały czas na Tavika wyciągnąłem fazer, który szybko wycelowałem w Tavika. Nikt nie zorientował się o co chodzi, wszyscy otworzyli usta i popatrzyli na mnie. Zauważyłem, że dwie kobiety od Tavika próbowały się ruszyć.-Wyjść wszyscy! Skiff dopilnuj, żeby nikt tu nie przeszkadzał. Pogadamy sobie Tavik.
Tavik popatrzył na ciebie kpiąco.- I co teraz?- Każ wyjść swoim ludziom.- Wyjdźcie.- Ale... - zaprotestował lekarz.- Chcę posłuchać co ma do powiedzenia pan McPerson. I utrzymajcie kurs na bazę.Gdy już wszyscy wyszli to Tavik znów na ciebie popatrzył.- O czym mamy rozmawiać?
-Dobra wyciągnąłem fazer ponieważ chciałem mieć pewność, że mnie posłuchasz - starałem się mówić spokojnie, ale broń pozostała w mojej ręce. -Teraz porozmawiajmy spokojnie. Zawracasz statek kiedy mamy do wykonania misję, szczerze powiedziawszy nie obchodzi mnie co myślisz o mnie i o moich ludziach, nasze zadanie wykonamy. Teraz to ty narażasz misję, w czasie kiedy wrócimy do bazy, zostanie przygotowana nowa legenda, którą nie łatwo będzie zmienić, może nie zostaniesz wysłany ty ... ale jednak powoduje to zagrożenie dla misji. Jeżeli napotkamy patrol, może uda się ci przekonać, dlaczego zmieniłeś kurs. Ale przeniknięcie na planetę będzie trudniejsze a do tego, ruch oporu może zostać zdławiony. Moja propozycja współpracujmy, przynajmniej na czas zadania ... posłucham nawet twoich rad, chociaż sam wiem co powinienem robić a po misji ... zrób ze mną co chcesz opowiedz rebeliantom co tu się wydarzyło, pewnie mnie ukażą. Po misji oddam się w twoje ręce. Zapewniam cię, że ci ludzie są dobrzy. Więc jak Tavik ... twoja decyzja
- Raczej to pan naraża misję. Jeśli się nie uda to nie tylko ucierpią Macetczycy, ale i moi podwładni, ich rodziny i znajomi. To ma być sprawnie przeprowadzona akcja, a okazało się, że nie potraficie ze sobą współpracować, ani wykorzystywać przewag. Szczególnie pan. Za kogo chce się pan zemścić? Kobietę, brata, rodziców? Ta wojna to nie vendetta. Ci co chcą się zemścić ten popełniają błędy. I dlatego nie wykona pan tej akcji. Nie nadaje się pan. Koniec krop...- Kapitanie. - włączył się komunikator Tavika.- Mieliście nie przeszkadzać. O co chodzi?- Przed chwila otrzymaliśmy informację. Baza MacArthur została zniszczona przez siły Sojuszu 3 godziny temu.
W oczah błysnęło mi światło-Ta rozmowa zrobiła się teraz cholernie ciekawe. Chcesz wiedzieć za kogo się mszczę ... za wszystkich, którzy polegli. Może niektórzy są dla mnie ważniejsi od innych ale misję wykonam. A teraz wytłumacz mi proszę jak to się stało, że sojusz odkrył bazę. Widzę, że jest to dla ciebie takie same zaskoczenie jak dla mnie, ale wątpie żeby szczur był wśród ludzi w bazie ... więc może ty masz gryzonia na pokładzie ... koniec końców utknęliśmy razem i musimy współpracować. - ja napewno nie mam zamiaru temu Vulcanowi zdradzać położenia innych baz. -Co do zemsty, może się zdziwisz zielonokrwisty przyjacielu, ale ludzi czasami ona napędza ,,, zawrócisz statek czy będziemy dywagowali długo na różne mało ważne obecnie tematy?- starałem się mówić spokojnie, ale w mojej głowie tłoczyły się myśli o wszystkich ludziach, których znałem a którzy tam zostali ... miałem nadzieję, że przynajmniej część mogła się uratować. Boże zmiłuj się nad ich duszami.
