Forum › Fandom › Sesje RPG, PBF i inne › Star Trek: PBF PL › PBF - kapitan O'Connor
To nie musiał być taki głupi pomysł, zdobyć pewien szacunek Klingonów. Niech szepną słówko tu, słówko tam. Może uda się dostać na stanowisko z dostępem do informacji albo więźniów. Kiwnąłem powoli głową-Czemu nie. Nie jestem ekspertem od walki wręcz, ale chętnie się posparuję -
Klingon uśmiechnął się, a inni popatrzyli na ciebie z podziwem.Weszliście na ring. Raczej nie wyglądało, że masz szanse w uczciwej walce, ale Klingoni cenili odwage i honor, a wynik pojedynku zbytnio się nie liczył.- Zaczynaj. - rzekł gladiator.
Zacząłem wykonywać powolne ruchy rąk, jak przy sztukach walki. Oczywiście nie znałem się za bardzo na tym, co nie przeszkadzało mi udawać. Klingon uważnie obserwował moje dłonie -Obserwujesz moje ręce? - zapytałem jego spokojnie. Chciałem żeby skupił na nich jak największą uwagę, żeby udał się mój plan. Klingoni lubili takie rzeczy ... a plan był prosty odwrócić wzrok od moich nóg, podciąć przeciwnika a kiedy wyląduje jak długi na ringu, rzucić się na niego tak żeby się nie mógł ruszyć.
Klingon nie był głupi, również krążył i czekał. Wreszcie jego pięśc wystrzeliła i otarła ci ucho. Tylko milimetry dzieliły się od centralnej plomby.
"No chyba, że tak" pomyślałem, kiedy to zobaczyłem. Cóż trzeba będzie zadziałać inaczej. Postanowiłem skrócić dystans, i posłać mu kilka bomb prosto na twarz: prawy sierpowy, lewy sierpowy, lewy prosty, prawy sierpowy i lewy prosty.
Ciosy dosięgły celu - Klingon wcale się nie bronił. Po chwili wyjaśniło się dlaczego, gdy po ciosie w przeponę padłeś na ziemię. Na szczęście kardazjańska przepona byłas w innym miejscu, inaczej byłoby po walce.Klingon odskoczył i zaczął czekać aż wstaniesz.
Udałem, że łapię oddech po czym skoczyłem na równe nogi. Ruszyłem na Klingona, chcąc ponowić serię ciosów, a jednocześnie spróbować przewalić go na ziemię. Może i wynik był przesądzony, ale mogłem się dobrze zaprezentować.
Kolejne ciosy trafiły w korpus i twarz Klingona, a on nawet się nie skrzywił. Nagle złapał cię za ramiona i dał z byka, rozwalając nos i odrzucając na parę metrów.Cała sala oglądała pojedynek w milczeniu. Widocznie zaimponowałeś im swoja walecznością i odpornością.
Nie przejąłem się tym nosem, bywało lepiej, a ja walczyłem być może o okazję do zbliżenia się do więźniów. Przecież to Klingoni się nimi zajmowali, a plotki rozchodziły się szybko. Cóż zadaniu nie może to zaszkodzić, a wypracowanie sobie szacunku na stacji, jest pomocne ...Podniosłem się szybko i ponownie ruszyłem na Klingona. Udałem, że wykonuję lewy prosty w nos, tak naprawdę chcąc uderzyć go łokciem w szczękę przy jednoczesnym podłożeniu mu nogi.
Łokiec mocno zabolał, gdy trafiłeś go w kącik ust, a krew rozprysła się na wszystkie strony. Klingon przechylił się i dzieki twej nodze rozłożył się jak długi na ziemi.Upadkowi towarzyszył wybuch śmiechu wśród widowni.
Obserwowałem chwilę Klingona oddychając lekko i zastanawiając się czy wstanie. Popatrzyłem również na publiczność i uśmiechnąłem się -Ktoś liczy punkty?-
Twoja uwaga jeszcze bardziej rozśmieszyła Klingonów. Jednocześnie do sali weszło paru kolejnych, widocznie ktoś ich powiadomił o międzyrasowej walce.Twój przeciwnik sprawnie powstał, a krew na jego twarzy nadała mu złowieszczy wyraz. Zaciął ręce w szpony i ruszył jak byk.
Był wściekły, to mogło okazać się dla mnie zbawienne. W tym stanie nie powinien za bardzo myśleć, a walka wręcz podobnie jak inne wymagała myślenia. Wściekłość czasami mogła pomagać, ale najczęściej wpędzała w kłopoty. Mój plan był prosty, poczekać aż zbliży się, wykonać unik i cios na wątrobę z jednoczesnym podłożeniem mu nogi ... jeżeli wszystko się uda wyląduje na ziemi próbując łapać oddech.
Wszystko potoczyło się zgodnie z planem. Klingon przewrócił się po podstawieniu nogi i wyturlał się z ringu, waląc łbem w ścianę. Po tym juz nie wstał.Widzowie zakrzykneli radośnie. Od dawien dawna nikt nie pokonał stacyjnego osiłka. A teraz taki zwykły żółtodziób z uzupełnien pokazał mu, że nie liczy się siła, a taktyka.Do ciebie podeszła Klingonka i szepnęła:- Gratuluje, teraz pójdziesz do ambulatorium i tam wykryją kim jesteś. Jesteś głupi. - to była Eve po swej kolejnej zmianie dostosowawczej.
-Nie, bo nie pójdę do ambulatorium - odpowiedziałem spokojnie i również szeptem -Widzisz liczy się wrażenie ... siłą mnie tam, nie zawloką. - Przerwałem na chwilę uśmiechając się szeroko, po chwili cały czas mówiąc szeptem kontynuowałem -Zamierzam odegrać rolę, za którą dostał bym Oskara ... jeżeli znasz się trochę na medycynie to załatwi mi coś na nos. Ja poradzę sobie tutaj ... - Uśmiechnąłem się do niej przyjacielsko i odsunąłem lekko patrząc na publiczność. Przyjąłem pozycję, która mogła tylko powiedzieć, że jestem niewinny i rozpocząłem najbardziej spokojnym tonem na jaki było mnie stać -To było naprawdę pouczające przeżycie ... dziękuje. Muszę przyznać, że już dawno nie miałem okazji wziąć udziału w takiej pięknej rozrywce - cały czas uśmiechając się przekroczyłem ring i zszedłem z niego, chcąc udać się do wyjścia. Liczyło się wrażenie ... dobre wrażenie, a ja miałem odegrać rolę swojego życia ... nic im nie mówiąc, niech mają wątpliwości w końcu Obsydianowa Kasta jest wszędzie. Niech wygląda, na to, że nie jestem tym za kogo się podaje, mogą mnie wtedy uznać za jednego z nich ... to by znacznie ułatwiło mi pracę.
