Forum › Fandom › Sesje RPG, PBF i inne › Star Trek: PBF PL › PBF - kapitan O'Connor
"Głupi plan, ale może się udać. Tylko pewnie sporo z nich pójdzie gryźć piach. Trudno tak bywa, przynajmniej pociągną za sobą trochę tych dupków z Sojuszu. Ważne będzie wysadzenie tych okrętów. Będzie trzeba podłożyć bomby gdzieś blisko reaktorów, wtedy wszystkie powinny ładnie wybuchnąć w jednym momencie. W tym czasie uszkodzi się wszystkie systemy na stacji. W ciemności będzie szansa na ucieczkę za nim zorientują się co się dzieje". Myślałem tak przeglądając podane nam paddy.
Plany mało odbiegały o tych standartowych stacji typu Nor. Widocznie Klingoni zbytnio się nie zajmowali planowanie. Jedynie zamieniono częśc kwater w cele, a magazyny w sale przesłuchań.
Właściwie, jeżeli coś takiego by się udało ... wtedy moje notowania mogłyby nieźle podskoczyć. Uśmiechnąłem się szeroko. -Odbijamy więźniów w starym dobrym irlandzkim stylu - powiedziałem spokojnie -Jak dobrze pójdzie to zostawię im nawet podpis, żeby wiedzieli, że z nami nie wypada zaczynać - może i misja była szalona, ale cóż ... przynajmniej w porównaniu z szukaniem Armusa zabawna.
- Właśnie taki entuzjazm jest potrzebny. Macie teraz wolne. Zbiórka na godzine przed rozpoczęciem misji.
Wzruszyłem ramionami i wyszedłem na zewnątrz. Postanowiłem pójść do holodecku, trochę poćwiczyć w dobywaniu broni i strzelaniu. Program był prosty, najbardziej znani rewolwerowcy dzikiego zachodu kontra ja w pojedynku. To "przebranie" będzie dla mnie dodatkowym utrudnieniem, zobaczymy kogo uda mi się przejść ... i ilu ich załatwić.
Na początku atakowali cię "prawdziwi mistrzowie" typu Pimpuś Sadełko czy Wesoły Bronek, ale po kilku takich słabeuszach do gry weszli mocniejsi garcze. Zwykli żołnierze padali szybko, aż wreszcxie doszło do galerii sław.Pierwszy wystapił niejaki Stanley O'Riley. Nie znałeś takiego gościa, ale wyglądał dosyć poważnie, nie miał zadnych zajęczych wąsów czy lisich uszu. Ustawił się na końcu ulicy w rozkroku z ręką tuż obok kabury.
Przyglądałem się mu bardzo uważnie, a ręka automatycznie powędrowała do kabury. Poczekać na początek, szybko wyrwać broń i wystrzelić pozbawiając holograficznego przeciwnika, jego holograficznego życia ...
Stanley ruszył pierwszy, ale nim zdołał odciągnąć kurek w jego czole pojawiła się dziurka. Zdziwiony jęknął i padł na twarz.Następni rewolwerowcy byli coraz szybsi. Aż wreszcie pokazał się ekran wyboru sław. Mogłeś sobie wybrać Hickoka, Billy'ego Kida, Wyata Earpa i Doca Holiday'a.
Wybrałem Doca. Podobno był najgroźniejszym rewolwerowcem na zachodzie. Razem z Earpem posłali trochę ludzi do piachu. Wiedziałem, że to będzie niesamowity pojedynek. Musiałem być cholernie szybki ... jeżeli będzie trzeba darować sobie dokładne celowanie i strzelić "z biodra".
Pojawił się Doc. Najpierw pociągnął z butelki, wyzwał cię, a potem przyszykował.Szybki ruch i dostałeś postrzał w rękę, która zaledwie zdołała zacząć wyciągać broń z kabury.- Spróbuj drugą ręką. - zakpił rewolwerowiec.
Cholera był szybszy niż myślałem. Powinienem częściej ćwiczyć a będę taki jak on. Cóż będzie trzeba spróbować inaczej ... postanowiłem rzucić się na ziemię, przeturlać i wyciągnąć wtedy broń i oddać strzał.
Nim skończyłeś się turlać dostałeś dwa postrzały, a na końcu w dłoń, którą zamierzałeś wyjąć broń. Komputer zakomunikował twoją śmierć od trafienia w brew nad lewym okiem.
Postanowiłem powtarzać tą symulację do momentu, w którym uda mi się coś zrobić ... Doc był cholernie szybki, gra z nim może okazać się wielkim doświadczeniem.
Sytuacja jednak wciąż się powtarzała.Doc w każdej próbie był o wiele za szybki dla ciebie. Nawet strzelanie z kabury nic nie dawało bo nim nacisnąłeś spust dostawałeś kulkę.Bez długich ćwiczeń koordynacji ręka-oko nie miałeś z nim szans.
