Forum › Fandom › Sesje RPG, PBF i inne › Star Trek: PBF PL › PBF - Chorąży MacLeod
Odbierasz tylko ogólne wrażenia. Tak, jakby dziewczyna postawiła mentalną osłonę wokół siebie...Nagle osłona puszcza. Twój umysł zalewa potok nagłych wspomnień.Wieczór. Zajęcia do późna w Akademii. Pośpiech. Obawa przed spóźnieniem. Przecież on czeka...Trzech mężczyzn o wojskowej fryzurze.Ból. Ból łamanych kości, miażdżonych chrząstek...Głos:- Uszkodzenia ciała są zbyt poważne. Ona nie przeżyje.- Jeśli ona nie przeżyje doktorze... Pan również - Sean.Ból. Kolejne daty na wyświetlaczu ściennego zegara. Zaciemniony pokój...- Teraz pan wie - słyszysz cichy głos kadetki. - Wkrótce po procesie zostałam zaatakowana. Sean na mnie czekał. Kiedy nie przychodziłam, poszedł w stronę Akademii drogą, którą zawsze wybierałam. Znalazł mnie na chodniku. Z tego co opisywał, wyglądałam, jakby wylądował na mnie Intrepid. Zabrał mnie do dyżurnego lekarza. Byłam w krytycznym stanie. Nie rokowałam nadziei na przeżycie. Sean zmusił doktora - nie wiem jak i nie chcę wiedzieć - do użycia wszelkich znanych sobie metod. Pozbierał mnie jakoś... Ale wracałam do sprawności fizycznej przez ponad pół roku. Przez cały ten czas Sean ukrywał mnie, nie wierząc nikomu z Akademii. Przeprowadził również własne śledztwo. Z czasów stażu na placówce Federacji wyniósł kilka pożytecznych znajomości. Dowiedział się, ze w dniu, kiedy mnie zaatakowano, w San Francisko przebywało trzech ludzi z kompanii pułkownika Reeves'a. Oczywiście o niczym to nie świadczy, prawda? Gdy odzyskałam zdrowie, Sean postarał się o usprawiedliwienie mojej nieobecności. Dwa miesiące później oboje dostaliśmy transfer na USS Skye. Moze mi pan wierzyć, mam powody do nienawiści. Za Sheana... I za siebie.Kadetka milknie.
Dziewczyna milczała. Cofnąłem dłoń, obawiając się, czy jej nie uraziłem tak bezpośrednim podejściem. Nagle pokój wokół zawirował i zacisnąłem zęby, trzymając się oburącz za głowę. Z chaosu wrażeń, wyłoniła się jedna czytelna wizja.Wszechogarniający ból.Wszystko skończyło się równie szybko jak się zaczęło. Czułem się jakby ktoś zbił sporym młotkiem każdy milimetr mojego ciała.Nie odezwałem się jeszcze długo po tym jak Eva przestała mówić.Wstałem powoli i westchąłem głęboko. Bezwiednie położyłem dłoń na ramieniu dziewczyny, jakby łącząc się z nią w bólu.Wolną dłonią musnąłem komunikator.- Shean, jeżeli załatwiłeć co trzeba, wracaj, Im szybciej tym lepiej. Wygląda na to, że mamy mały problem.
Gdy nachylasz się nad kobietą, widzisz w jej oczach łzy. Nic dziwnego. Ona przecież ponownie czuła, widziała wszystko co ją spotkało.- Jestem tuż za drzwiami, kapitanie... - odpowiada Connor. Rzeczywiście, sekundę później drzwi rozsuwają się i do środka wchodzi pierwszy, niosąc niewielką skrzyneczkę.- Czym jest ten.. - urywa nagle. Podchodzi pospiesznie do kadetki, kładąc skrzynkę jakby mimochodem na stole. - Eva? Co... - klęka przy niej. DeVirian zarzuca mu ręce na szyję i ukrywa twarz w jego ramieniu. Jej ciałem wstrząsa szloch.Shean odruchowo ją do siebie tuli. Patrzy na Ciebie pytająco.
- Obawiam się, że wasze problemy z akademii się nie skończyły - rozłożyłem ręce - Wydaje mi się, że młody Reeves już wie, że tu jesteście. A jeżeli tak, to grozi wam śmiertelne niebezpieczeństwo. To co usłyszałem od Evy, nasuwa jedną myśl.Podszedłem do okna i stanąłem plecami do kadetów.- Sposób postępowania Kyle'a i próby usunięcia was z życia publicznego i nie tylko - nie byłem pewien czy użyłem właściwego sformułowania - sugerują, że chodzi tu o coś więcej niż zwykły wypadek przy pilotowaniu promu.Trzymając dłonie splecione za plecami, zacząłem przechadzać się wzdłuż ściany.- Po wypadku, nie usuwa się świadków zdarzenia, czy tych, którzy pomagają im dociec prawdy. Są inne, łagodniejsze sposoby na ich uciszenie, ot, choćby "zesłanie" w odległe krańce galaktyki - przerwałem chodzenie w kółko - Mam też wątpliwości co do mojej obecności tutaj.
- Co pan ma na myśli? - pyta pierwszy. Eva jest jak na razie zbyt roztrzęsiona, by pytać o cokolwiek. Sean patrzy na Ciebie z niepokojem. Ale chyba nie boi się o siebie...
Ponownie oparłem dłonie o blat stołu i zacząłem z wzrokiem utkwionym w lśniącą powierzchnię:- Za dużo zbiegów okoliczności Shean - mruknąłem - to mam na myśli. Czekałem na objęcie jakiejkolwiek krypy blisko dwa lata, było ciężko, bo z racji przeszłości mojego ojca miałem problemy z dostępem do sprzętu poważniejszego niż replikator. Kilka dni temu dowiedziałem się o Novie. Moje podanie zostało z miejsca przyjęte, co było co najmniej zaskakujące. A teraz jesteśmy wszyscy razem - uniosłem ramiona w przesadnym geście radości - jak szczęśliwa rodzina!- Ja, chorąży mający nadzorować posunięcia pułkownika, co samo w sobie, według standardów etycznych marines, kwalifikuje mnie do natychmiastowego skręcenia karku.- Ty Shean, oskarżony o handel narkotykami, zadający za dużo pytań świadek wypadku, w którym nieomal zginęła twoja siostra.- Eva, twoja wierna przyjaciółka i powierniczka, pokiereszowana jakby buldożer po niej przejechał, przez tajemniczych osobników, całkiem przypadkowo wyglądających jak wojskowi.- A z drugiej strony mamy sprawcę wypadku, i najprawdopodobniej pomysłodawcę takiego, a nie innego potraktowania Evy i jego ojca. Konserwatystę dowodzącego manewrami kompanii marines na jednej z zapomnianych przez wszystkich planet.Opadłem ciężko na fotel.- Nie obawiajcie się, nie odbiło mi - machnąłem ręką w jakimś nieskoordynowanym geście - Co mi się nie podoba, to fakt, że wszyscy zebrani tutaj, tworzymy mieszankę, które prędzej czy później musi wybuchnąć. A ja nie zamierzam na to pozwolić.
Eva uspokaja się trochę. Wyciera oczy. Patrzy na Ciebie.Sean podnosi się i siada obok DeVirian. Trzyma ją za rękę.- Jeśli odmówimy, będziemy winni niewykonania rozkazu wydanego przez sztab Floty - zauważa. - Możemy zabrać na dół pełne wyposażenie... Ale nawet nasze mundury polowe nie wytrzymają bezpośredniego strzału z działka fazerowego. Musimy podjąć to ryzyko... Ale za pańskim pozwoleniem chciałbym wyłączyć z tego Evę. Pana też. Pańska obecność nie jest bezwzględnie konieczna. Może pan bronić się tym, iż nowa załoga wymagała pańskiego nadzoru.- Co takiego? - rudowłosa patrzy na Connora z niedowierzaniem. - Mowy nie ma! Jestem szefem ochrony, nigdzie Cię samego nie puszczę. A z moich ludzi posiadam największe umiejętności. Kapitanie - mówi do Ciebie - zwracam się z oficjalną prośbą o zezwolenie na towarzyszenie kadetowi Connorowi w misji na powierzchni planety.- Evie...- Zamknij się! - eksploduje kobieta.Wygląda na to, że będziesz miał ciężki orzech do zgryzienia. Chcą chronic Ciebie... I siebie wzajemnie. A to będzie co najmniej...Trudne.
Delikatnie, acz stanowczo uderzyłem w blat stołu pięścią. Na tyle, żeby zwrócić na siebie ich uwagę i przerwać narastającą kłótnię.- Przepraszam Państwa, czy kapitan tego okrętu ma jeszcze cokolwiek do powiedzenia?- oboje zamarli z otwartymi ustami- To świetnie! Shean, to jasne, że nie odmówimy wykonania rozkazu, i nie mam zamiaru narażać was na niepotrzebne ryzyko. Wprowadzamy Plan B.
- Mamy jakis plan 'B'? - zaciekawia się taktyczna. Wiadomo, kobieta... One zawsze są ciekawskie.Connor ma wściekłą minę. Tak, ta para ma przed sobą... interesującą... przyszłość.
- Tak, Eva. Trochę niesprecyzowany, ale już mam jego zarysy a na dopracowanie szczegółów mamy pełne 70 minut - widziałem, że Connor się gotuje z wściekłości, ale nie zamierzałem na razie go przed tym powstrzymywać - A wiąże się on bezpośrednio z tym co powiedziałaś przed chwilą o swoim wyszkoleniu.- Wszystko co powiem od tej pory, nie ma prawa wyjść poza te ściany, zrozumiano? - nie odzywali się, więc ciągnąłem dalej - Jest kilka rzeczy, których o mnie nie wiecie i nie znajdziecie ich w oficjalnych aktach.- Jest na tym okręcie ktoś, kto przewyższa panią umiejętnościami o kilka klas, bez urazy - uśmiechnąłem się, podwijając prawy rękaw kurtki mundurowej.Wyciągnąłem ramię przed siebie. Na ciemnej skórze widniała obnażająca kły, czarna kobra owinięta dokoła miecza. I numer.- Poznajesz ten tatuaż? Pewnie jako młoda kadetka szperałaś w bazie danych w poszukiwaniu takich ciekawostek...
Eva patrzy na tatuaż.- Sekcja 31 - szepcze cicho. - Myślałam, ze to tylko przekłamania w plikach, coś jak kiedyś Latający Holender... Ale nawet pan nie da rady oddziałowi komandosów... Connor nie odzywa się. Po jego minie widzisz, że tak naprawdę mało go obchodzi, kim jesteś naprawdę. Jego obchodzi tylko bezpieczeństwo rudowłosej. Po zdeterminowanej minie pierwszego poznajesz, ze jest gotów nawet zginąć... Aby tylko kupić jej bezpieczeństwo.
- Oddziałowi? Nawet nie zamierzam! - roześmiałem się na głos - To byłoby samobójstwo i wyrok na was. Musicie wiedzieć jedno. Mimo, iż przeszedłem pełne szkolenie Sekcji, nigdy nie byłem jej operatorem. Nie zgodziłem się na współpracę.Eva wpatrywała się we mnie wciąż, rozszerzonymi ze zdumienia źrenicami... Nie dziwię się. Nagle skromny wykładowca taktyki, typowy gryzipiórek, okazał się uosobieniem wszystkiego, co najgorsze w federacji.- Sekcja jest jak bagno - nie byłem pewien, czy mogę to powiedzieć, ale skoro już się przed nimi obnażyłem, nie miałem większego wyboru - Gdy raz w nie wejdziesz, wciąga cię coraz mocniej im bardziej starasz się wydostać.- W każdym razie ta formacja ma swoje zalety - starałem się uśmiechnąć uspokajająco ale wnioskując z efektu, wyszedł mi grymas jak w wykonaniu głodnego rekina - Za każdym przeszkolonym kandydatem, podąża przynajmniej jeden zakonspirowany agent. Na ogół zaś jest ich dwóch. Obserwują go oraz siebie nawzajem i w momencie kryzysowym, starają się mimo wszystko nakłonić do współpracy.Z zadowoleniem rejestrowałem coraz większe zaskoczenie malujące się na ich obliczach. Czegoś takiego się nie spodziewali. A ja nie wywlekałbym swojej mrocznej przeszłości, gdyby nie obecność Reevesów.- Teraz wiecie już prawie wszystko - zakończyłem swoje wyjaśnienia- Na pokładzie mamy co najmniej jednego czynnego operatora Sekcji. Kolejnych mogę wezwać na pomoc. Stawią się w najkrótszym możliwym czasie. Biorąc pod uwagę, że stacjonują na ogół na najszybszych okrętach floty, wsparcie, jeżeli go zażądam, powinno stawić się najdalej za 35 minut.Przerwałem na chwilę i zwróciłem się wprost do kipiącego wściekłością Sheana.- Pohamuj swoje emocje. Nie tylko tobie zależy na Evie - syknąłem w jego kierunku - I zapamiętaj jedno KADECIE, chcę cię chronić tak mocno jak ty Evę. Samobójcze wypady i modercze zapędy na nic się tu nie zdadzą. Tą potyczkę wygramy tylko, jeżeli będziemy ściśle współpracować.Nie odzywał się, stojąc niewzruszenie jak buhający żarem posąg.- Shean!
DeVirian próbuje cały czas dojść do siebie. Nie co dzień słyszy się, że coś, co ma się tylko za legendę... Istnieje.Pierwszy milczy, na przemian zaciskając i rozluźniając pięści. W końcu zdobywa się na jedno, jedynie zdanie:- Tak jest.Jego spojrzenie mówi wszystko. Nie będzie z Tobą współpracował dlatego, że mu zależy na swoim życiu. Nie będzie z Tobą współpracował dlatego, że jesteś jego dowódcą. Nie będzie z Tobą współpracował dlatego, że zależy mu na karierze.Jedyny powód jego współpracy siedzi niecały metr od niego.Jedyny - i być może... Najlepszy...
- Jak dla mnie wystarczy - mruknąłem w kierunku Connora i wcisnąłem szybko kilka przycisków na panelu systemu komunikacyjnego, otwierając ogólnodostępny kanał, tak żeby mogła słyszeć mnie cała załoga - MacLeod do wszystkich operatorów na pokładzie. Natychmiast zgłosić się w pokoju odpraw. Zagrożenie misji, kod 37, czerwony.Zamknąłem kanał rejestrując zaskoczenie Evy i wciąż obojętność Sheana.- Zagrożenie życia agenta - wyjaśniłem szybko - W takich sytuacjach nawet my się wspieramy nawzajem.
Przez chwilę nie dzieje się nic. Widzisz, że Connor powoli się uspokaja. Spogląda na taktyczną z poczuciem winy. Może mu głupio, że się tak do niej odezwał...Eva wbija wzrok w blat stołu. Ona również czuje się chyba niewyraźnie.Drzwi rozsuwają się z sykiem i do pokoju odpraw wchodzi sterniczka.Shree zgubiła gdzieś swój uśmiech, którym tak często Cię obdarzała. Ma poważną minę. Patrzy na Ciebie chłodno.- O co ten cały rejwach? - pyta.
