Kwestia dyskusyjna, ja się nie kłócę tylko tak sobie przemyśliwuję 😉 Poza tym zasadniczo myślę tak jak Ty, dopuszczam jednak inne możliwości. Dlatego tak niemiłosiernie długi był mój wcześniejszy post 😀 A książkę Hawkinga na pewno kupię. Dzięki za cynk, będę miała za czym buszować po księgarniach 🙂
Te czarne dziury są piekielnie ciekawym "zjawiskiem" astronomicznym. Generują więcej pytań niż odpowiedzi. Zasadniczo niewiele o nich wiadomo, a to, czego zdążono się dowiedzieć, jest (że tak się wyrażę) równie tajemnicze. Bo, co na przykład dzieje się z tym wszystkim, co czarna dziura "pożera"? Czy istnieje swoista wartość graniczna takiego hiper masywnego ciała, jakim jest czarna dziura? I co dzieje się po tym jak wartość ta zostanie przekroczona? Usłyszałam gdzieś (zabijcie, nie pamiętam źródła), że teoretycznie to, co zostało wchłonięte przez czarną dziurę, może zostać wyplute przez jej przeciwieństwo tzw. "białą dziurę"(biała dziura na wiki). Chociaż te "białe" (w przeciwieństwie do czarnych) są tylko hipotetyczne, bo do tej pory nie udało się ich zaobserwować. W każdym razie jest to ciekawy pomysł, sugerujący, że w samej strukturze kosmosu może istnieć coś na wzór "wormhole'a", który owszem może prowadzić do innego Wszechświata, ale nie musi.
Odkąd pamiętam zawsze byłam zwolenniczką torii wielości wszechświatów (zmieniały się tylko jej warianty), a co za tym idzie zwolenniczką "meta-przestrzeni", w której te wszystkie wszechświaty miały się znajdować. Jeśli przyjmie się taką tezę wyjściową, to owszem, można dojść do wniosku, że czarna dziura jest przejściem do innego kosmosu. Z drugiej strony, teoria multiversum (wielości wszechświatów) jest tylko jedną z koncepcji, gdy założy się, że istnieje tylko jeden wszechświat, to te "drzwi" mogą prowadzić po prostu w inny obszar naszego kosmosu. Istnieje też inne, bardziej "wypośrodkowane", rozwiązanie. Mianowicie, że (przy założeniu, że czarna dziura faktycznie jest "portalem") owe drzwi mogą prowadzić zarówno w odległe obszary naszego, jak i kompletnie obcego wszechświata. Ale jak już wspomniałam wszystko to jest tylko hipotetyczne i na stan dzisiejszej wiedzy nie można tego udowodnić.
Innymi słowy, co chciałam powiedzieć? Teza o tym, że czarna dziura jest bramą do innego wszechświata nie jest bazą, a raczej rozwinięciem teorii multiversum. Wszystko zależy od tego, jakie założenia przyjmie się na samym początku.
Barusz, owszem tak, w ten sposób dzieciak chciał okazać swój bunt. Młodzieńcza rebelia, młodzieńczą rebelią, ale bez kontaktu z obcą cywilizacją skończyłoby się na.. hmmm... zadawaniu się z osiedlowymi "ziomkami". I w zasadzie na tym się skończyło, gdyby nie mały fakt, że osiedlowi chuligani pochodzili nie z tego układu słonecznego. I właśnie o taki mechanizm mi chodziło. Jeżeli dzieciaki buntują się teraz słuchając jakiegoś bliżej nieokreślonego łomotu, lub paląc jointa na jakiejś imprezie, to, co się stanie, jak skontaktujemy się z kimś, kto może wyznawać kompletnie inny system wartości? Co więcej trzeba pamiętać, że na naszej Mateczce Ziemi jest mnóstwo ludzi poważnie pokręconych. Wyobrażam sobie czasem jaki byłby wówczas boom na te wszystkie "ufo-nowinki", od których trzęsie się internet. Przecież na tym tle powstają nie tylko ugrupowania pseudonaukowe, ale wręcz sekty religijne. Jeżeli dzieje się tak, bo ktoś pomylił samolot/Wenus ze statkiem matką, to, co by się stało, gdybyśmy faktycznie dowiedzieli się, że nie jesteśmy sami we Wszechświecie? Innymi słowy, wymiana kulturowa jest fajna, przydatna, interesująca, ale również ma swoją ciemniejszą stronę.Zgodzę się z Tobą, że w Treku fakt faktem jest wyrażony pewnego rodzaju lęk prze asymilacją (nie przypadkowo kojarzy się tutaj Borg), taka kulturowa bańka, którą można podziwiać, ale tylko z daleka (ech, ta Pierwsza Dyrektywa;) ). Ale chyba później zaczęto się do tej koncepcji nieco dystansować, no bo jednak kultura bajorańska wpłynęła chociażby na Sisco. Choć faktycznie jest to jeden z tematów potraktowanych nieco po macoszemu.
A widzisz, o tym nie pomyślałam 😀 Swoją drogą, jeżeli będą stali technologicznie wyżej od nas (co jest bardzo prawdopodobne), to prawie na pewno wraz z technologicznymi rozwiązaniami będziemy zapożyczać elementy z ich kultury. Tak na przykład było ze Stanami. Stany mają dość ekspansywną kulturę (a przynajmniej miały), wszędzie panoszy się amerykanizacja (popatrzmy chociaż na Japonię, która pomimo faktu, że sama ma bogatą i złożoną kulturę zachłystuje się fastfoodami i modą na "zachód"), gdzie się nie spojrzy tam McDonald lub KFC... dlaczego? Prawdopodobnie dlatego, że jako gospodarcza potęga światowa miały ogromny wpływ na rynek. Wydaje mi się, że podobna sytuacja wynikłaby, gdybyśmy skontaktowali się z obcą cywilizacją. Po pierwszym szoku (Ło-Matko-Boska-Nie-Jesteśmy-Sami-We-Wszechświecie-Co-Z-Nami-Będzie!!!!!) nastąpiłaby fala fascynacji, moda na to, co "kosmiczne". Nie wiem czy pamiętacie ten odcinek Voya, gdzie Doktorek miał własną holo-rodzinkę. A pamiętacie jak synek Doktora miał jazdę na Klingonów? No, to dobrze ilustruje to, co chciałam powiedzieć. Z drugiej strony to wszystko przy założeniu, że obca cywilizacja będzie miała ochotę w ogóle się z nami porozumieć i będzie raczej pokojowo nastawiona 😉 Oczywiście póki co to czysta spekulacja 🙂
Ha, masz mnie 🙂 Filozofia pełną gębą 😀 Więc proszę nie dziwcie się czasem, że jestem... hm... że mam dość dziwaczne przemyślenia 😀 Jak już człowiek raz w to zabrnie nie ma odwrotu, po wsze czasy zostanie dziwakiem 😀 A tak na marginesie, Romku, kosmologia, a przynajmniej jej znaczna część, wciąż jest uznawana za gatunek filozoficzny, więc styczność z nią też miałam 🙂 Reasumując: nie dziwcie się moimi zawiłymi niekiedy wywodami, weszły mi w krew i chyba już nigdy nie opuszczą krwiobiegu 😉
W sumie macie rację, ja jak zwykle dałam się ponieść 😉 Lubię roztrząsać mało ważne tematy. Zboczenie zawodowe 😀
Tak, tak zgadzam się, chodziło mi tylko o to, że "nasza" moralność nie jest "ich" moralnością, ale jak zwykle się poplątałam 😀 A co do sprawy z kościołem, to wszystko byłoby pięknie, gdyby naprawdę okazali odrobinę szacunku w stosunku do innych. Generalizuję, to prawda, ale w swoim, bądź co bądź, krótkim życiu rzadko spotkałam się z szacunkiem chrześcijan do innych religii, kultur, czy odmiennego postrzegania pewnych spraw (np. in vitro). Nie chodzi tu w zasadzie o kler (bo spotkałam się z księżmi, którzy chcieli rozmawiać i nie wkurzali się na moją odmienną opinię, wręcz przeciwnie, prowadzili pełną zrozumienia dyskusję), tylko o wyznawców. Ogólnie odbieram wiadomość o chrzczeniu kosmitów, jako informację medialną przeznaczoną do co bardziej konserwatywnych wierzących, bo tacy trudniej rozumieją inność, a w tym przypadku chodzi raczej o inność absolutną, przynajmniej na tle kulturowym. Innymi słowy, żeby Watykan mógł wyjść z tzw. twarzą z "nagłą" zmianą zdania w sprawie istnienia inteligencji poza Ziemią, musiał stwierdzić, że będzie ich nawracał. Wiem, zdaję sobie sprawę, że jestem cięta na ten temat i faktycznie mogę przez to nieco wyolbrzymiać ten problem (bo w zasadzie, czy jest to w ogóle jakikolwiek problem, czysta hipoteza), tylko naprawdę irytuje mnie ograniczenie naszej wyobraźni. Przypomina mi się książka Mary Dorii Russel "Dzieci Boga", w którym kwestia sensowności nawracania "obcych" jako jeden z motywów przewodnich powieści.Osobiście również podzielam Twoje zdanie, że inteligentne formy życia istnieją we Wszechświecie, czego najlepszym dowodem jesteśmy my. Ale ten dowód staje naprawdę pod wielkim znakiem zapytania, gdy ktoś, kto teoretycznie powinien myśleć wygłasza takie stwierdzenie. Nawet jeśli myślałoby się poważnie o chrzczeniu kosmitów, to przecież należy przede wszystkim brać pod uwagę ich kulturę i jej kompatybilność z naukami chrześcijańskimi, bo w przeciwnym razie powstanie coś na miarę kosmicznego Voo Doo.Niestety ja tak mogę długo, więc się wyłączam. Philosopher mode off. 😉 Wracam do normalnej siebie 🙂
Heh.. dawno tu nie zaglądałam 😉 Chciałam się odnieść do starszego postu, bo wkurzył mnie niesamowicie. Chodzi mi mianowicie o pomyśle duchownego o chrzczeniu "kosmitów", przyjmując oczywiście, że oni w ogóle istnieją. Ok, obcy istnieją (takie założenie jest chyba konieczne, żeby wyrazić mój "bulwers" ;))
a skoro istnieją to są tym czym są, a więc obcymi. Religia natomiast, jakby na to nie spojrzeć, jest tworem nie tylko tworzącym kulturę, ale przede wszystkim jest przez nią (kulturę) tworzona. Innymi słowy dla kogoś, kto jest niezaznajomiony z naszym kręgiem kulturowym religia może (i raczej na pewno tak się stanie) wydawać się bełkotliwym majaczeniem szaleńca (zasadniczo wydaje się taka nawet ludziom, którzy żyją w tymże kręgu kulturowym, więc można tylko sobie wyobrazić jak będzie ją odbierał ktoś całkowicie spoza naszej radosnej Mateczki Ziemi). To tylko jeden powód.
Powód numer dwa. Prawa fizyki to prawa fizyki, naukowcy zakładają, że są one stałe w całym Wszechświecie, inaczej jest z tworami kultury, a raczej z samą kulturą. Kulturą rozumianą bardzo szeroko. Chodzi mi zwłaszcza o to, że kultura ma wpływ na niemal każdy element naszego życia, od sztuki przez potrawy jakie jemy, przez to jakim językiem się komunikujemy, jak reagujemy na rzeczywistość, po moralność i kodeks karny. Może wychodzę z błędnego założenia, ale wydaje mi się, że od zjawiska kultury (czy to w sensie regionalnym, czy szerszym) nie możemy uciec. Jest w nas tak głęboko zakorzeniona, że często nie zdajemy sobie sprawy z tego, że wychowując się gdzie indziej reagowalibyśmy zupełnie inaczej. Co chcę powiedzieć? Mianowicie to, że pojęcia takie jak "sprawiedliwość", "dobro", "zło", "szlachetność", "miłość" itp. są różnie definiowane w zależności od kręgu kulturowego w jakim się znajdujemy. Co więcej kultura podlega swoistemu "prawu ewolucji". Zmienia się, kształtuje, zapożycza z innych kultur itd. W kontekście chrzczenia "naszych braci z kosmosu" to "nawracanie" nie tylko mija się z celem, ale jest po prostu... bo ja wiem... niesmaczne, egoistyczne, megalomańskie i... zupełnie, ale to zupełnie, pozbawione jakiejkolwiek logiki! Nie ma żadnej przesłanki po temu, żeby obce cywilizacje posiadały w ogóle coś takiego jak "moralność" (i nie chodzi tu nawet o to, że nie ma jakichkolwiek dowodów na to, że kosmici w ogóle istnieją). Ech... znowu się rozpisałam, ale po prostu wrze we mnie, kiedy słyszę takie teksty. Wszystko byłoby dobrze, gdyby religia nie pchała się drzwiami i oknami wszędzie, gdzie tylko jej się wydaje, że jej nie ma :/. A w tym wypadku prym wiodą chrześcijanie i sekty satelickie.
Przepraszam, że wyciągam taki stary post, ale wkurzyłam się (nie po raz pierwszy zresztą) na kościół (specjalnie pisane z małej litery).
Dziękować, dziękować, Ciociu 🙂
Manul, dzięki! Właśnie o to mi chodziło. 🙂 Co do gadżetu, to jest on tym czym jest, właśnie gadżetem. Taką ciekawostką z pogranicza gastronomii i nowoczesnej technologii. I to właśnie jest w nim interesujące, przynajmniej dla mnie 😉 W światku gadżetowym dominują wymyślne budziki, apple-podobne telefony i tysiące modeli otwieraczy do butelek z wbudowanym licznikiem (choć te ostatnie czasem naprawdę mogą się przydać na imprezie ;P ).
Podobnie działają chyba normalne (tj. nie spożywcze) drukarki 3D, prawda? Warstwa po warstwie itd. Ale mnie chodziło o to z jakich produktów powstają rzeczone potrawy. W jaki sposób uzyskiwałoby się gamę smakową i tym pdobne. Bo całość szalenie mnie zaintrygowała 🙂
Wszystko pięknie, ale na jakiej zasadzie to działa? Bo tego nigdzie nie mogłam doczytać. Może po prostu nie zauważyłam 😉
Witamy 🙂
Opowiadanie może być rozpowszechniane bez zgody autora tak długo jak nie pobiera się za to żadnych opłat ani nie ponosi innych korzyści materialnych.
STAR TREK SOLARIS - STELLA MATUTINA
cz. IV
- Czy pan w ogóle zdaje sobie sprawę z tego, co pan zamierza? – Głos komandora Beraka nie wyrażał żadnych emocji.
- Nie chcę konstruować bomby masowej zagłady, a jedynie przeprowadzić proste badanie! – zaoponował Campbell – Pytam tylko, czy jest to wykonalne?
Wolkanin zastanowił się chwilę. Jego wzrok padł na resztki bio-łóżka.
- Owszem – odparł. – Istnieje taka możliwość. Jednakże…
- „Jednakże”, co? To jest niby tak „niebezpieczne”, tak? – Głos lekarza wrzał gniewem. – Albo nie jest pan z Wolkana, albo jest pan kiepskim oficerem naukowym. Nie będę panu robił wykładu o prymitywnych technikach medycznych sprzed 300 lat, ale powiem panu jedno. Potrzebne natężenie promieniowania X jest bardzo małe. Powiem więcej, codziennie jesteśmy wystawiani na dużo bardziej „niebezpieczne” radiacje! W tym wypadku rentgen jest jedyną możliwością…
- Możliwością czego, doktorze?
- Dowiedzenia się kim, albo czym jest ta dziewczyna!
- Przesadza pan.
- Proszę mi wybaczyć, ale jest pan oficerem naukowym, prawda? – Nie czekając na odpowiedź ciągnął dalej. – Prawda. I jako oficer naukowy chce mi pan wmówić, że dowiedzenie się czegokolwiek o potencjalnie nowym gatunku jest przesadą?
- Przesadą jest pański źle pojęty entuzjazm. – wyjaśnił Berak. – Nie powiedziałem nic o hipotetycznym zagrożeniu ze strony promieniowania. Temu można zaradzić. Jednakże pańskie zachowanie jest wysoce nierozsądne i to z dwóch powodów. Po pierwsze: istnieje szereg badań, które może pan wykonać, a które nie angażuje reliktu sprzed trzech stuleci. Po drugie: opracowanie i wprowadzenie modyfikacji do urządzeń, którymi dysponujemy obecnie, zajmie czas, którego nasi mechanicy nie mają. Zapewne rozumie pan priorytet, jakim jest uruchomienie silników warp.
Campbell jęknął. Oczywiście, że rozumiał. Solaris poruszał się teraz z prędkością impulsową, a Romulański War-Bird mógł w każdej chwili ponowić atak.
- Wiem, wiem. – przytaknął lekarz. – Ale są też inne priorytety, których jakimś cudem pański Wolkański umysł nie wziął pod uwagę. Weźmy na przykład ambulatorium. Na chwilę obecną sprzęt, który w założeniu ma ratować życie załogi, jest w opłakanym stanie. Rozmawiałem już z pierwszym oficerem o naprawie bio-łóżka. Fakt, w tym momencie nie dysponujemy rentgenem, ale co szkodzi nieco ulepszyć to, co już mamy?
- Ulepszyć? – Komandor wskazał bio-łóżko – Pan chce je uwstecznić o całe 300 lat.
- Jesteśmy w głębokim kosmosie – odparł Campbell. – Od najbliżej stacji dzieli nas kilkanaście lat świetlnych. Jak pan myśli, w jakim czasie dolecimy tam w impulsowej?
- Co pan sugeruje?
- A to, że powinniśmy być elastyczni. Owszem, mogę zrobić tej małej badanie krwi, ale to nic nie da.
- Zmienił pan temat.
- Nie, nie zmieniłem. Dobrze wiem, co za cholerstwo rozwaliło mi bio-łóżko. Wiem mniej-więcej, gdzie to ścierwo się znajduje. Wiem też, że pewność będę miał dopiero po prześwietleniu pacjentki.
- Proszę wyrażać się jaśniej, doktorze.
- Mówi panu coś pierwiastek 201?
- Pan sobie kpi? Pierwiastek 201 jest jedynie hipotezą. Teorią wyjaśniającą awarię niektórych urządzeń elektronicznych.
- Awarie, których być nie powinno – dodał lekarz. – Wszystko funkcjonuje tak, jak powinno. Żadnych anomalii, zakłóceń, niczego, co wskazywałoby na usterkę. W pewnym momencie całe urządzenie po prostu przestaje działać, lub, jak w naszym przypadku, wylatuje w powietrze. Konsultowałem się Waymouthem. Pokazałem mu ostatni zapis, jaki udało mi uzyskać z bio-łóżka. – Z jednej kieszeni wyjął pada i podał go Berakowi. – Ja nie przesadzam, komandorze. Musimy się tym zająć. Należy jak najszybciej powiadomić kapitana.
- To nie będzie konieczne. – Głos Karsky’ego idealnie wkomponował się w ciszę, jaka zapadła między dwoma oficerami. – Proszę mi to wyjaśnić.
***
Została mu jedna śrubka. Niewielka, o ośmiokątnej główce. Zaklął pod nosem i jeszcze raz zabrał się za rozkręcanie jednego z głównych modułów zasilających bio-łóżko. Była to już piąta próba i podporucznik Waymouth miał dość. Raz doszło do spięcia i musiał sięgnąć po gaśnicę, bo wszystkie obwody nie tyle się przepaliły, co rozżarzyły do takiej temperatury, że całe urządzenie stanęło w ogniu. Podczas innego podejścia nie zadziałał bloker promieniowania i Waymouth biegał przez piętnaście minut z trykoderem w jednej i niwelatorem w drugiej ręce, chcąc uniknąć jakiegokolwiek skażenia. Teraz – po złożeniu wszystkiego, sprawdzeniu, czy wszystkie moduły są autonomiczne (co było gwarantem szybkiego powrotu bio-łóżka z 300-letniej podróży w czasie) i czy systemy chłodzenia oraz absorpcji promieniowania działają tak, jak zostały do tego zaprojektowane – w plastikowej kuwecie smętnie obracała się pojedyncza śrubka. Podporucznik domyślał się, że jak zna swoje szczęście, to bio-łóżko nawali akurat wtedy, gdy będzie najbardziej potrzebne. A to wszystko przez tę cholerną śrubkę.
Problem polegał na tym, że i on był zaintrygowany odkryciem doktora. Pierwiastek 201., potocznie nazywany „diabelskim”, był tematem sporów na niemal wszystkich katedrach inżynierii i chemii na uczelniach całej Federacji. Oczywiście za wyjątkiem Wolkana. Tam tę hipotezę odrzucano i w ogóle się nią nie interesowano. Ale Wolkanie byli, są i nic nie wskazywało na to, by kiedykolwiek przestali być, dziwni. Tak to przynajmniej postrzegał Waymouth. Jeśli uda mu się dowieść, że się mylą. Jemu – jąkającemu się rudemu „kretynowi” z planety Ziemia – to będzie miał podwójną satysfakcję. Po pierwsze dowiedzie – pośrednio, ale zawsze – istnienia „diabelskiego” pierwiastka, a po drugie utrze nosa chodzącym komputerom z Wolkana.
Zdziwiło go jedynie nastawienie kapitana. Ledwie Waymouth zagwarantował, że gondola i silniki wytrzymają czwarty faktor warp, mechanik musiał zaprojektować i skonstruować bio-łóżko praktycznie od nowa. Korzystając ze schematów dostępnych w bazie danych, opracował najdogodniejsze – jego zdaniem – poprawki w mechanizmie. Zminiaturyzował starego rentgena, obniżył ilość energii zużywaną przez niego, a jednocześnie podniósł wydajność. Wmontował blokery promieniowania X, zamontował również (na wszelki wypadek) niwelatory. Zrezygnował z kliszy – obraz pojawiał się najpierw na bardzo czułym ekranie, by potem – drogą cyfrową – zostać przeniesionym na monitor medyczny. Koncepcja, choć dość prymitywna, sprawdziła się doskonale i Waymouth był szczerze z siebie zadowolony. Problemem nie był projekt, nie było nim nawet wykonanie. Tym, co najbardziej denerwowało podporucznika był czas. Karsky najchętniej chciałby, żeby wszystko było gotowe na wczoraj. A tu została ta pieprzona śrubka.
Gdy udało mu się wszystko dopasować z ulgą przyjął, że nowy mechanizm bio-łóżka działa bez zarzutu.
***
Karsky stał oparty o jedną z koji w ambulatorium. Ręce skrzyżował na piersi i wpatrywał się nieufnie w dziewczynę, którą Schneider przywiózł na pokładzie Syriusza.
Odkąd wsiadł na pokład USS Solaris wszystko szło nie tak. Nie dość, że przez trzy dni wlekli się impulsową, po tym jak Romulanie uszkodzili im jedną gondolę, to jeszcze musieli sprawdzić jakąś idiotyczną teorię naukową. Owszem, spodziewał się pewnych komplikacji, ale działy się one zbyt szybko. Na takie tempo nie był przygotowany. Choć ludzie wyobrażali sobie, że kapitanowie przeżywają niezliczone przygody, to większość dowódców skarżyła się na to, że w kosmosie nic się nie dzieje, że jest to wielka pusta przestrzeń i trzeba mieć prawdziwego pecha by natknąć się na wrogą jednostkę. Innymi słowy prawda była inna od tego, co wyobrażała sobie opinia publiczna. Kosmos, za wyjątkiem niewielu znanych Federacji sektorów, był pustym i niegościnnym miejscem. Patrolowanie tej domeny było żmudnym i nudnym zajęciem. To była pustynia. Nie było wprawdzie ani piasku, ani skał, tylko… właściwie nic tu nie było. Człowiek wyglądał przez wizjer, widział odległe gwiazdy i to wszystko. W zasadzie nie wiele różniło się to od patrzenia w niebo w bezksiężycową noc. Dużo częściej, o ile można było w ten sposób to ująć, natrafiało się na anomalie, ale tym zajmował się personel naukowy. Do obowiązków kapitana należało jedynie wydać odpowiedni rozkaz. Tak widział to Karsky. Gdy jeszcze służył na pokładzie Pathfindera narzekał na to, że kapitan zbytnio spoufalał się z załogą. Karsky tego nie pochwalał. Podwładni mieli go słuchać. Wykonywać jego rozkazy. To wszystko. Nie musieli go lubić. Z takim podejściem trudno było mu dotrzeć do kogokolwiek na statku. Każde zdanie, jakie wypowiadał wydawało się być wymuszone. Tak też było w tym przypadku:
- Skoro to nie pani odpowiada za zniszczenia w ambulatorium, to dlaczego pani uciekła? – zapytał w końcu, przenosząc ciężar ciała z lewej na prawą nogę.
- Widząc strach w oczach dowódcy, każdy by uciekł – odpowiedziała zimno.
- Strach? O czy pani, do diabła, mówi?
Dziewczyna rozejrzała się i widząc, że nikt nie słucha ich rozmowy zaczęła wyjaśniać cichym, spokojnym głosem:
- Strach nie jest dobrym doradcą, kapitanie. – Głęboko westchnęła. – Gdy po raz pierwszy wszedł pan do ambulatorium, był pan przerażony. Nie wiem, czego dokładnie się pan boi, ale to źle wpływa na załogę.
- Skąd pani to może wiedzieć? – syknął nie patrząc nawet w jej stronę.
W tym momencie do ambulatorium wszedł doktor Campbell i podporucznik Waymouth.
- Jesteśmy gotowi – powiedział lekarz i z zaniepokojeniem wpatrywał się w kapitana, który był teraz bardzo blady. – Czy wszystko w porządku?
- Tak. Proszę, kontynuujcie.
Waymouth w naprawionym wcześniej bio-łóżku zamontował rentgena. Urządzenie wpasowało się idealnie w lukę, którą podporucznik przygotował specjalnie do tego celu.
- Świetnie – stwierdził Campbell i zwrócił się do pacjentki: – Proszę się położyć.
Nowe bio-łóżko nie wyróżniało się zbytnio od innych mechanizmów tego typu. Podłużne, przywodzące na myśl przyciętą tubę, w której badany leżał jak w sarkofagu. Ale to urządzenie było inne. Waymouth postarał się o to na rozkaz kapitana. Miało dwa niezależne źródła zasilania. W zaistniałych okolicznościach, kiedy nikt nie wiedział jak zareaguje naprędce stworzony rentgen, obecność podporucznika była nieoceniona. Miał nadzieję, że tym razem wszystko pójdzie zgodnie z planem, że bio-łóżko nie wybuchnie i nie będzie potrzeby ponownej naprawy przyrządu. Do tej pory nie doszedł do tego, w jaki sposób poprzednia eksplozja nie zabiła ani dziewczyny, ani lekarza. Wolał jednak o to nie pytać.
Do ambulatorium wszedł komandor-porucznik Berak, wraz z dwoma laborantami, którzy chcieli być obecni przy pierwszej udokumentowanej obserwacji pierwiastka 201. Sam Wolkanin pozostawał jednak sceptyczny i towarzyszył podwładnym jedynie w roli nadzorcy. Karsky powymyślał, że do kompletu brakuje jedynie komandor Weston i porucznika Schneidera. Powstrzymał się jednak przed wypowiedzeniem tej kwestii na głos. Był zbyt pochłonięty tym, co przed chwilą powiedziała mu dziewczyna. W pewnym momencie zdał sobie sprawę z tego, że myśli o niej per „ta”. Doktor wspominał mu o dziwnej przypadłości pacjentki. Trzeba było znaleźć dla niej jakieś imię, bo na zwracanie się do niej: „hej ty” była stanowczo za ładna.
- Możemy rozpocząć badanie. – Campbell zwrócił się do wszystkich, po czym odwrócił się do kobiety, która nie zdążyła się jeszcze położyć: – Gdy już się pani położy, przez pani ciało przeniknie słaba wiązka promieniowania X, która ostatecznie zatrzyma się na ekranie wbudowanym w podstawę bio-łóżka. Obraz, wychwycony przez super-czuły odbiornik, zostanie skierowany na monitor i będzie pani mogła obejrzeć budowę własnego szkieletu. Proszę się nie obawiać, zabieg jest zupełnie bezbolesny. Jeśli badanie powiedzie się i dojdziemy do wniosku, że potrzebna jest dalsza analiza, wstrzykniemy pani specjalnie przygotowany kontrast, który umożliwi obserwacje pani narządów wewnętrznych. Proszę się nie bać – dodał po chwili. – Fakt, nie robiono tego od blisko 300 lat, ale podporucznik i ja zadbaliśmy o to, by nic nie zakłóciło prześwietlenia. Wiemy, że to jest bezpieczne. A ponadto zajmie nam tylko chwilkę.
Campbell pomógł dziewczynie wygodnie ułożyć się na łóżku. Poinstruował ją, by się nie ruszała. Wkrótce ruchomy pierścień aparatury poruszył się. W ambulatorium dało się się słyszeć ciche, niskie buczenia. Potem coś trzasnęło. Raz, drugi, trzeci. Lekarz wyjaśnił, że to poprawne działanie maszyny i spokojnie przyglądał się jak pierścień powoli przesuwa się w stronę głowy leżącej. Wszyscy zgromadzeni nerwowo zerkali na medyczny monitor, gdy ukazał się na nim zwykły, ludzki szkielet, z piersi zebranych wyrwał się cichy jęk rozczarowania. Szybko jednak ustąpił on miejsca rozentuzjazmowanemu szeptowi, gdyż w momencie, w którym pierścień zdołał uchwycić czaszkę dziewczyny na monitorze rozbłysnął jaskrawo prostokątny przedmiot.
- Cóż to za paskudztwo? – wyrwało się kapitanowi.
- To, proszę pana, powód wszystkich zniszczeń w ambulatorium – westchnął lekarz. – Musimy usunąć tę płytkę, żeby laboranci mogli ją zbadać. Komandorze Berak, proszę się dobrze przyjrzeć. Patrzy pan właśnie na coś, co najprawdopodobniej zawiera pierwiastek 201.
- Mam jedno pytanie doktorze. – Wolkanin wyciągnął swój trykoder. – Dlaczego nie udało się wcześniej ustalić, że w mózgu pacjentki znajduje się ciało obce?
- To pro… pro… proste panie Be… Be… Berak – wtrącił Waymouth. – Pa…pa… pański trykoder działa naj… naj… najpewniej w innej często… częstotliwości.
- Czyli mam rozumieć, że wszelkiego typu trykodery nie wykrywają go?
- Ża… żadne.
- Dlaczego jednak nie uległy zniszczeniu, jak bio-łóżko?
- Dział… działanie tego pier… pier… pierwiastka dalej po… po…pozostaje ta…tajemnicą.
- Ponadto, i z tym pewnie pan, podporuczniku, się ze mną zgodzi – zaczął Campbell. – nasz eksperyment powiódł się tylko dzięki promieniowaniu X. Roentgen swój wynalazek opatentował w XIX wieku. Jest to archaiczna aparatura, a przez to niesamowicie prosta. Dzięki temu o wiele odporniejsza na uszkodzenia niż to, czym dysponujemy dzisiaj. W XIX, a później w XX wieku nie wiedziano, ba! nie podejrzewano nawet, istnienia pierwiastka 201.
- Co teraz? – zapytała się dziewczyna, która do tej pory przysłuchiwała się niezrozumiałemu bełkotowi lekarza.
- Ta płytka w pani głowie. – Campbell wskazał monitor. – Prawdopodobnie to właśnie ona powoduje u pani amnezję, bo naciska na odpowiedzialny za pamięć ośrodek w mózgu.
- Możecie to usunąć?
- Tak. To znaczy tak mi się wydaje. Problem polega na tym, że według naszych przypuszczeń, to ciało obce stoi za wcześniejszą awarią bio-łóżka. Nie możemy ryzykować kolejnej próby. To byłoby niebezpieczne zarówno dla pani, jak i dla reszty załogi – wyjaśnił lekarz. – Poprzednim razem obeszło się bez ofiar. Nie mogę pani zagwarantować, że teraz też nam się poszczęści. Nie. Tego zrobić nie możemy.
- Co pan zatem proponuje?
- Zrobimy to w tradycyjny sposób – odparł mężczyzna. – Otworzymy pani czaszkę, znajdziemy ciało obce i spróbujemy je usunąć. To jedyna opcja, jaką mogę pani zaproponować – dodał widząc, że dziewczyna pobladła. – Proszę się nie obawiać, to jedynie brzmi bardzo poważnie, a tak naprawdę ten zabieg jest bardzo prosty. Najpierw panią uśpimy, ogolimy pani głowę, zrobimy niewielkie nacięcie dokładnie w miejscu, gdzie znajduje się płytka. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, jeszcze tego wieczoru zje pani kolację w mesie. Potrzebuję jedynie pani zgody.
- W porządku.
Campbell uśmiechał się do siebie. Taka okazja zdarzała się bardzo rzadko. Miał teraz w rękach świetny materiał na artykuł i nie zamierzał tak łatwo odpuścić. Żałował jedynie, że dziewczyna nie okazała się być obcym gatunkiem. Ale może to nawet lepiej. Kto by pomyślał, że ludzki organizm jest zdolny do takich rzeczy?! Szybko wyprosił wszystkich zgromadzonych w ambulatorium obserwatorów i rozpoczął przygotowania do operacji.
- Proszę się odprężyć – powiedział do dziewczyny. – Niedługo pani zaśnie.
Kazał pielęgniarkom przygotować pacjentkę do operacji, a sam poszedł się przebrać, do przyległej sali operacyjnej, szatni. Układał już w głowie pierwszy akapit swojej pracy, jednocześnie ubierając jaskrawo-pomarańczowy strój operacyjny. Gdy był niemal gotowy, do szatni wbiegła jedna z sióstr.
- Proszę pana! Niech pan to lepiej zobaczy!
- O co chodzi? – powiedział stając w drzwiach sali operacyjnej. – Co się stało?
- Niech pan spojrzy!
Pielęgniarka wskazała na ogoloną głowę kobiety. Na ten widok Campbell zbladł.
- Kapitanie! - Lekarz klepnął komunikator na piersi. - Proszę natychmiaść przyjść do ambulatorium!
Można więc założyć, że gdyby nie dopuszczono do podróży w czasie kuli Borga w FC, Kolektyw nigdy by nie zakłócił spokoju Federacji.
Zgadzam się 100% i mniej więcej o to mi chodziło we wcześniejszej wypowiedzi. Tylko, że jak zwykle, musiałam wszystko niepotrzebnie skomplikować 😉
