Forum › Fantastyka › Star Trek › TOS, TNG, DS9 i VOY - plusy i minusy serii ST
'r_ADM' post='70615' date='25.07.2008, 15:24']Romulanie podstepnie atakujacy instalacje federacji oczywiscie byli przedstawieni jako zli
Q
Zwłaszcza ten który wybiera śmierć zamiast stania się przyczyną wojny. I ta na której uczuciach zagrał Spock. Widzisz co chcesz widzieć, a mi to zarzucasz...
Spock zrobił to, co musiał. Pani komandor również chciała go wykorzystać dla własnych ambicji - dzięki uczuciom, które miała nadzieje w nim wzbudzić, chciała zawładnąć Enterprise i zyskać chwałę. A kapitan, który wybrał śmierć, nie zrobił tego po to, by nie stać się przyczyną wojny, tylko dlatego, że przegrał, a według kodeksu honorowego przegrać nie mógł. Wolał śmierć niż hańbę, i to mu sie chwali, ale nie zrobił tego po to, by , jak napisałeś, nie stac się przyczyną wojny. Wojna wg Romulan to nic złego, przeciwnie, okazja do wykazania się dla prawdziwych żołnierzy, rzecz szczytna.
Spock zrobił to, co musiał.
Oczywiście, że tak, co jednak nie umniejsza paskudności koniecznych środków. Ten odcinek to jedno wielkie oskarżenie Zimnej Wojny i podziałów politycznych, które zmuszają obie strony do podłości.
A kapitan, który wybrał śmierć, nie zrobił tego po to, by nie stać się przyczyną wojny, tylko dlatego, że przegrał, a według kodeksu honorowego przegrać nie mógł. Wolał śmierć niż hańbę, i to mu sie chwali, ale nie zrobił tego po to, by , jak napisałeś, nie stac się przyczyną wojny. Wojna wg Romulan to nic złego, przeciwnie, okazja do wykazania się dla prawdziwych żołnierzy, rzecz szczytna.
Pomijasz wszystkie jego wcześniejsze wątpliwości co do sensu misji którą wykonuje i obawy związane z wojną, która może stąd wyniknąć. Pozbawiając postać dwuznaczności spłaszczasz wymowę jednego z najlepszych odcinków TOS.
Pomijasz wszystkie jego wcześniejsze wątpliwości co do sensu misji którą wykonuje i obawy związane z wojną, która może stąd wyniknąć. Pozbawiając postać dwuznaczności spłaszczasz wymowę jednego z najlepszych odcinków TOS.
Wątpliwości on miał prywatnie. Natomiast to, co zrobił, zrobił, gdyż miał taki obowiazek i niczemu w ten sposób nie zapobiegał, jedynie temu, żeby wzięto go do niewoli, co spowodowałoby uznanie go przez własne dowództwo za tchórza.
Spock zrobił to, co musiał.
Oczywiście, że tak, co jednak nie umniejsza paskudności koniecznych środków. Ten odcinek to jedno wielkie oskarżenie Zimnej Wojny i podziałów politycznych, które zmuszają obie strony do podłości.
Tak. To było paskudne i widać było, że sam Spock czuje się z tym niekomfortowo. Możnaby zatem postawić mu pytanie, czy uważa, że cel uświęca środki - czy dobrym w imię dobrej sprawy wolno oszukiwać, kraść i ranić cudze uczucia. Chętnie bym popatrzyła, jak mój ukochany spiczastouszek gimnastykuje się z tym problemem.
Tak, czy owak dowiodłem chyba, że rzekoma czarno-białość przedstawienia stosunków UFP z Romulanami za czasów Roddenberry'ego to zarzut niesłuszny.
WIĘKSZOŚĆ zarzutów przeciw temu, co stworzył Roddenberry jest niesłuszna i tendencyjna. Na tym świecie nie ma ideałów, na upartego można się przyczepić do wszystkiego. Nie wiem, ile entuzjastycznych recenzji przeczytałam o filmach "Obywatel Kane" i "Dwunastu gniewnych ludzi", ze o nagrodach nie wspomnę. I co? I dwukrotnie zanudziłam się na śmierć. A przecież mało kto odważy się napisać, że to po prostu gnioty. Przeczytałam otoczone kultem "Imię róży". Pozostał mi potężny niesmak i ponury nastrój, niebezpiecznie zahaczający o depresję. Gdybym mogła cofnąć czas, na pewno bym tego nie przeczytała. Nigdy nie miałam czegoś takiego po obejrzeniu któregoś z odcinków Star Treku, nawet najmarniejszego i najgłupszego. Według mnie już samo to stanowi wielki plus. Czemu jednak Star Trek tak mi się podoba? Głównie ze względu na jego optymizm. Cokolwiek myślimy o Romulanach czy Borgach, ogólna wymowa serii pozwala mieć nadzieję, że konflikty to stan przejściowy. Nawet pożegnalna scena Spocka i pani komandor niesie takie przesłanie - mimo wszystko.
Dzisiaj obejrzałem TOS 2x25 "Bread i Circuses" (czy jakoś tam) i zaczynają mnie wkurzać odcinki ze scenariuszem Roddenberry'ego. Ile w kosmosie jest tych odpowiedników Ziemi, gdzie pojawiły się język angielski, USA czy Jezus Chrystys? Wiem, że za pomoca tych odcinków przemycano wartości jak równość czy demokracja, ale nie lepiej było stwożyć trochę inne planety?
Na szczęście w TNG jeszcze nie dotarłem do kolejnej kopii Ziemi, a to jedyny serial spod znaku ST (oczywiście poza TOS) co nie widziałem do końca.
A czy to nie w tym odcinku nawet pada nazwa jakiegoś socjologicznego prawa, uzasadniającego fakt, że w podobnych okolicznościach przyrody podobnie od strony biologicznej zbudowane gatunki rozwijają się podobnie, per analogia do znanej z lekcji biologii konwergencji? Oczywiście z miejsca pojawia się pytanie, czemu ta zasada nie obowiązuje na Ziemii (różnice między cywilizacjami, które rozwijały się w różnym czasie w Europie, Chinach czy na terenie Iraku itd.)
W czasach, gdy powstawał TOS, nawet pies z kulawą nogą nie oglądałby wielce mądrego serialu z prawdopodobnymi scenariuszami rozwoju życia na innych planetach. To odpowiedź na pytanie, zadane powyżej. Roddenberry nie kręcił sobie a muzom - ktoś to musiał oglądać. Te seryjnie znajdowane alternatywne Ziemie mogą wkurzać dziś, ale w latach 60-tych były jedynym modelem do zaakceptowania przez ówczesną widownię. Ja biorę na to poprawkę i oglądam z zadowoleniem. Że to bzdura? Owszem, ale i tak to lubię.Poza tym, ten serial głównie opowiada o nas, o naszych problemach, a elementy SF są tylko dekoracją, mającą uatrakcyjnić wykład. Nie należy o tym zapominać.
Kor budzi pewien szacunek. Typowy szwarccharakter nie jest do tego zdolny. Dla mnie to istotne (zwłaszcza wtedy, w czasach Zimnej Wojny) - Roddenberry pokazuje, że wróg to "też człowiek" i lepiej się dogadać niż wojować. W DS9 to przesłanie gdzieś znika.
Ale o czym ty mowisz ? Jak nie jest zdolny ? Szacunek dla wroga to nie jest wymysl Roddenberry'ego. Nie trzeba byc wielce oswiecona jednostka, zeby szanowac swoich wrogow.
Trzy rasy na tyle odcinków. No paradny argument.
Alez wbrew twojemu zyczeniowemu mysleniu ras, ktore zostaly ukazane w czarno bialy sposob w tng jest mnostwo. Problem w tym, ze tng ma formule planet/alien of the week i rozsadni ludzie nie podaja przykladow ras, ktore na ekranie mignely przez 15 minut. Za punkt odniesienia mozna podac rasy, ktore byly pokazywane wielokrotnie bo jest sie do czego odnosic.
Co kryje się pod fabułą DS9? Zgoła nic. Trochę (powtarzalnych) historyjek o żołnierskim poświeceniu.
Natomiast pod fabula tng kryje sie wyewoluowalismy ponad wszelkie zlo, zawsze mamy racje i inni zawsze sie myla.
Nie, czym chciał Roddenberry by były.
Fajnie by bylo jakbysmy gadali o tym co znalazlo sie na ekranie, a nie o tym co Roddenberry chcial zeby tam bylo.
Co kryje się pod fabułą DS9? Zgoła nic. Trochę (powtarzalnych) historyjek o żołnierskim poświeceniu.
Natomiast pod fabula tng kryje sie wyewoluowalismy ponad wszelkie zlo, zawsze mamy racje i inni zawsze sie myla.
Widać, że bardzo płytko oglądałeś TNG, skoro tylko to zauważyłeś.
Dzisiaj obejrzałem TOS 2x25 "Bread i Circuses" (czy jakoś tam) i zaczynają mnie wkurzać odcinki ze scenariuszem Roddenberry'ego. Ile w kosmosie jest tych odpowiedników Ziemi, gdzie pojawiły się język angielski, USA czy Jezus Chrystys?
Faktem jest, że jest to jeden z największych minusów TOS-a.
A czy to nie w tym odcinku nawet pada nazwa jakiegoś socjologicznego prawa, uzasadniającego fakt, że w podobnych okolicznościach przyrody podobnie od strony biologicznej zbudowane gatunki rozwijają się podobnie, per analogia do znanej z lekcji biologii konwergencji? Oczywiście z miejsca pojawia się pytanie, czemu ta zasada nie obowiązuje na Ziemii
Chyba rzeczywiście padło tam coś takiego, choć oczywiście żadnego takiego prawa nie ma. Koncepcje ewolucjonizmu, które próbowały dowodzić, że wszystkie kultury i społeczeństwa rozwijają się według podobnego schematu, spoczywają od dawna na cmentarzu idei, aczkolwiek w czasach, gdy kręcono TOS-a, były jeszcze popularne; stąd mogło się tam wziąć takie przekonanie.
W czasach, gdy powstawał TOS, nawet pies z kulawą nogą nie oglądałby wielce mądrego serialu z prawdopodobnymi scenariuszami rozwoju życia na innych planetach.
Poza tym, ten serial głównie opowiada o nas, o naszych problemach, a elementy SF są tylko dekoracją, mającą uatrakcyjnić wykład. Nie należy o tym zapominać.
Wiem, ale IMO ta "ziemskość" i powtarzanie konkretnych sytuacji z ziemskiej historii są jednak zbyt ostentacyjne: przesłanie pałą w łeb. Wolę i w TOS-ie i później odcinki, w których te ziemskie problemy są poruszane w sposób bardziej zawoalowany czy metaforyczny. Bardzo lubię z tego względu np. "Let that be Your Last Battlefield" albo wspomniane wyżej odcinki z Romulanami czy Klingonami.
Ja tam lubię wszystko. Akceptuje TOS razem z jego plusami i minusami, naiwnościami i niedociągnięciami, io wspaniałościami, które tutaj widzę chyba tylko ja. Kiedy czytam niektóre wypowiedzi, zawsze przypomina mi się moja koleżanka, piękna i wybitnie inteligentna dziewczyna, której jedynym mankamentem było to, że miała krzywy nos. I cała szkoła, gdy się o niej zgadało, mówiła tylko o jej nosie, pomijając resztę.
Ale ja lubię TOS-a 🙂 To obok YOY-a moja ulubiona seria! Ba, uważam, że różne drobne potknięcia i zabytkowe efekty stanowią część jego uroku. Tym niemniej nie podoba mi się w tym serialu parę rzeczy, w tym rzeczona "ziemskość" planet (i różne inne scenariuszowe głupoty). Ale te minusy nie przesłaniają mi plusów :).
Ale ja lubię TOS-a 🙂 To obok YOY-a moja ulubiona seria! Ba, uważam, że różne drobne potknięcia i zabytkowe efekty stanowią część jego uroku. Tym niemniej nie podoba mi się w tym serialu parę rzeczy, w tym rzeczona "ziemskość" planet (i różne inne scenariuszowe głupoty). Ale te minusy nie przesłaniają mi plusów :).
I chwała Ci za to! A czy widziałaś "Space 1999"? To nieudolna kopia TOSa, choć również ma pewien urok. Ale gdzie jednemu do drugiego... choć maja na tamtejszym pokładzie (chyba raczej na stacji) taką panienke (sandra), co świetnie dalaby się zrobić na Wiolkankę. Tylko jej uszy dokleić i gotowe.
Jednak skłonna jestem przyznać Ci trochę racji. Fabuła wielu odcinków byłaby łatwiejsza do przełknięcia, gdyby, na przykład, nie były to swiaty dopiero odkrywane, a kolonie ziemskie, odwiedzane po raz pierwszy od powiedzmy dwustu lat. Wtedy rózne wynaturzenia - mafijne, starorzymskie itd - byłyby bardziej zrozumiałe, i, co ważniejsze, logiczne.
Kręcą TOSowy filmik, będziemy mieli okazję się przekonać, czy producenci i scenarzyści podeszli do różnych trekowych wpadek bardziej "dojrzale". Ja osobiście stawiam na to, że wpadki scenariuszowe zostaną usunięte razem z całą resztą scenariusza, a powstałe dziury zalane rzeką efektów specjalnych.
