Forum › Fandom › Opowiadania › Cykle opowiadań › ORP
Jezeli jeszcze cos napisze w ORP, to wyjasnie ten ... incydent 😀 Eiranne to moja ulubiona postac w cyklu i nie chcialbym jej oczerniac 😀
Nie dałbyś rady, ona i tak jest hebanowa...:DAle dobrze wiedzieć.
Niezłe, całkiem niezłe.Zdrada, szpiedzy, nóż w plecy - to to co romulanie lubia najbardziej.Podoba mi sie ta Akiko, ale niech bardzo uważa na pewnego romulanina. Bo nie pozna dnia, ani godziny... 😈 😈 😈 😈
Niestety Corv, musze cie rozczarowac. Z powodu roznicy pogladow z Coenem (chyba nie chcial miec kogos kto bedzie dobrze o Federacji pisal :D) nie bede juz pisal opowiadan do ORP. Prosilbym takze, zeby nikt nie wykorzystywal postaci Akiko. Mam zamiar uzyc jej w cyklu ktory wlasnie rozpoczynam i nie chcialbym, zeby mi sie ona jeszcze gdzies szwedala 😀
A o to akurat prosić nie musisz. Nikt z nas nie wykorzystuje cudzych postaci bez uprzedniego zapytania "właściciela" o zgodę. Możesz być więc spokojny... Uszanujemy Twoją "własność" 😉
Na prosbe Coena podmienilem tekst ORP Rebelia. Teraz na forum jest dostepna wersja z odpowiednio wyroznionymi dialogami. Duzo lepiej sie czyta. 😉
Zeal, jak zwykle wspaniale. Czekam na nastepne opowiadanie. I az zaluje, ze sam nie pisze ORP, ale mam zbyt... federacyjne podejscie do sprawy zeby sie Coen zgodzil na przyjecie mnie w poczet tworcow. Jeszcze raz gratuluje i naklaniam do jak najszybszego umieszczenia kolejnego opowiadania.
...naklaniam do jak najszybszego umieszczenia kolejnego opowiadania.
Pewnie kiedyś powstanie... Na razie jednak muszę się zająć innym cyklem...
Zeal, nikt nie ma prawa zabraniać ci pisać albo ingerować w twój cykl ORP. Jeśli chcesz możesz z Borga zrobic bandę przyjacielskich krasnoludków, a z Federacji gniazdo zdrajców i szpiegów. To jest twoja wizja ST i wszystkim wara od tego. A jak komu to się nie podoba to niech tego nie czyta.
To nie jest mój cykl... Ale Coena. Ja tu tylko towarzysko grafomanię. I jakoś nikt mi niczego nie zabrania... Póki co. Ale..Dzięki 🙂
To mnie sie czepiaja. I pisanie nie bardzo ma wtedy sens - bo nie bedzie pasowac do reszty cyklu 😀
Sorki dla Coena za usuniecie go z aurtorstwa.Ale cykl jest bardzo fajny.
Kosmos... Bezlitosna pustka...
Ciemność...
Czuła tylko zimno... Serce biło coraz wolniej, wolniej i wolniej... W głowie kołatała się tylko jedna myśl...
"Na marne, tyle poświęconych istnień i wszystko przepadło... Nikt się nie dowie..."
Zemdlała...
Postać leżała na twardej podłodze czegoś, co jeszcze nie tak dawno było klingońskim wahadłowcem. Teraz jednak przypominał on kupę poskręcanego ręką szalonego artysty metalu.
Snop iskier z rozbiej konsoli rozjaśnił na moment mrok, ukazując porozbijane wnętrze kabiny... Leżący człowiek poruszył się i zamarł w nowej pozycji. Znowu zapadła niczym niezmącona cisza.
Śmiertelnie ugodzony pojazd dryfował w czarnej odchłani kosmosu.
***
"U Pirxa" jak zwykle było gwarno i tłoczno. Głosy nieustannie wydostawały się na prowadzący do kantyny korytarz. Śmiechy mieszały się z okrzykami zdziwienia i pomrukami. Ktoś postronny mógłby usłyszeć tu wiele historii z pola walki. W końcu trwała wojna - nowopowstałe Państwo Polskie musiało wyrąbać sobie szablą drogę do istnienia.
W kącie, w półmroku samotnie przy stoliku siedział człowiek. Z wyglądu dość niepozorny. Brunet, o twarzy naznaczonej zmarszczkami, zupełnie nie pasującymi do młodego wieku. Krótko i nienagannie przystrzyżona broda oraz wąsy sugerowały, iż jest on - na swój sposób - pedantyczny. Ubrany był w mundur Federacji, co świadczyło, iż przybył tu niedawno, lub jest gościem Fortecy. Na kołnierzyku połyskiwały trzy złote nity przyciągając wzrok siedzących w pobliżu niczym magnes przyciąga opiłki żelaza. Na stoliku stała szklanka, zawierająca nieokreślony bliżej płyn, z której obcy popijał, obserwując salę spod przymkniętych powiek.
Nagle w gwar głosów wdarł się bezlitośnie obcy dźwięk, jakże nie pasujący do atmosfery. Pisk komunikatora zabrzmiał aż nadto wyraźnie.
- Komandor Weber zamelduje się u dowódcy bazy.
Obcy klepnął mały, połyskliwy znaczek Gwiezdnej Floty na piersi i wyszeptał:
- Zrozumiałem - po czym wstał, podszedł do baru, uregulował należność i wyszedł odprowadzany spojrzeniami gości siedzących w pobliżu. Ten i ów rzucił sąsiadowi pytanie
– Kim on jest i co tu robi?
Jednak odpowiedzi na to pytanie nie znał nikt...
***
Obudziła się nagle. Stwierdziła, że leży na podłodze ciemnej kabiny. Spróbowała podnieść się, lecz straszliwy ból skutecznie ten wysiłek udaremnił. Opadła bez sił na podłogę. Przez chwilę leżała bez ruchu wciągając łapczywie do płuc lodowate powietrze.
Utkwiła wzrok w niewielkiej poświacie - jedna z tablic sterowniczych świeciła blado w ciemnościach. Ostatkiem sił doczołgała się do niej. Jeden rzut okiem wystarczył, by pojąć grozę sytuacji. Wahadłowiec już dawno powinien rozlecieć się. Jednak wbrew wszelkim naprężeniom w jakiś cudowny sposób był ciągle cały, tylko jak długo?
Uniosła się na łokciach z podłogi. Każdemu ruchowi towarzyszył ogromny ból w klatce piersiowej.
"Pewnie mam połamane żebra" - pomyślała - "zresztą to i tak nie ma znaczenia...".
Jej drobne drżące palce sięgnęły do konsoli i wykonały kilka ruchów. Po chwili blask przygasł.
Kobieta opadła na podłogę bez sił. Oddychała z trudem. Wsłuchiwała się w rytm swego serca. Zastanawiała się czy to, co zrobiła, jeszcze jedno poświęcenie, wystarczy by wszystkich uratować. Zamknęła oczy i uśmiechnęła się. W sumie i tak nie lubiła życia... To całe okrucieństwo, z jakim spotykała się od dziecka, ten brak litości, zrozumienia u innych... Decyzja była łatwa. Przed chwilą wyłączyła układy podtrzymywania życia, w cudowny i niezrozumiały sposób ocalałe podczas ataku. Cała moc została przekierowana do nadajnika podprzestrzennego.
"Może odnajdą wrak i dane.... Może..." – myśl sprowadziła uśmiech na kształtne usta, uśmiech ulgi. Tylko to liczyło się dla niej... Życie nie miało znaczenia...
***
- Nie no to już przesada... - o głosie dobiegającym z otwartego tunelu Jeffrisa można było powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że był spokojny - ... żeby zarządzić kontrolę systemów w niedzielę?!! I to, gdy wszystko działa!!! Auuu..... Cholera jasna - moja głowa!!!!!!
Ostatnim słowom towarzyszył dźwięk głuchego uderzenia. Po chwili w wylocie tunelu okazały się buty, nogi i w końcu cała sylwetka technika ubranego w roboczy kombinezon, jak to w zwyczaju u techników, strasznie poplamiony smarem. Na końcu światło ujrzała głowa. Technik miał przekrwioną twarz i włosy sterczące we wszystkich możliwych kierunkach. Co do ich koloru - ktoś kto określiłby go, kwalifikowałby się do nagrody Noble'a.
- Mam już dość tego wszystkiego! - technik skarżył się chyba otaczającemu go powietrzu - Wiecznie tylko: "Sprawdź to...", "Popraw tamto...", "Napraw to..." i nigdy żadnego, najmniejszego "Dziękuję..."
Idąc w stronę mostka cały czas wypluwał z siebie niekończący się potok skarg i przekleństw... Dotarł w końcu do drzwi, które rozsunęły się z sykiem.
- Sprawdziłem Pani Kapitan - wszystko jest w jak najlepszym porządku. A teraz, jeśli Pani pozwoli pójdę się troszkę umyć, przebiorę się i zdrzemnę ze dwie godzinki... zanim mnie Pani znowu zawoła - dodał po cichutku, po czym rozbrajająco się uśmiechnął.
- Dziękuję chorąży Koszk. Niech to będą cztery godzinki... - wyraz twarzy kapitan Carter nie pozostawiał żadnych wątpliwości. Została obdarzona przez rodziców znakomitym słuchem - ...gdybyś tylko mógł wcześniej zerknąć jeszcze na konsolę taktyczną byłoby super - jadowity uśmieszek pojawił się i zniknął, jakby go wcale nie było.
- Oczywiście...
Koszk podszedł do konsoli. Siedzący przy niej oficer taktyczny uczynnie zrobił mu miejsce.
- Uruchamiam diagnostykę..... - palce chorążego szybko i wprawnie przeskakiwały między przyciskami - Wszystko sprawne.... Działa jak w zegarku... w dodatku szwajcarskim.... - pełen znudzenia głos informował na bieżąco.
- O cholera! Co jest?! - zdziwienie pojawiło się w głosie Koszka.
- Chorąży! Proszę się wyrażać!
- Przepraszam Panią, ale mam tu coś dziwnego: czujniki pokazują metalowy obiekt na granicy zasięgu. Co pewien czas obiekt emituje serie impulsów podprzestrzennych o niezrozumiałej konfiguracji. Pewnie się znowu któryś system rozregulował.... Da mi Pani troszkę czasu i zaraz wszystko wróci do normy.
- Proszę dokładnie przeskanować źródło sygnału!
Oficer taktyczny bez ceregieli odsunął Koszka od konsoli.
- Skanuję... - do głosu wkradło się lekkie napięcie - Obiekt dryfuje, brak aktywności energetycznej... Czujniki wykryły słabe oznaki życia - jedna osoba...
- Sternik - kurs na obiekt, prędkość maksymalna. Koszk - możesz zapomnieć o tej drzemce, będziesz mi potrzebny.
- Tak jest - odpowiedział służbiście Koszk
"W co my się znowu pakujemy?" - pomyślał - "Przecież to transportowiec, a nie okręt wojenny. To miał być zwykły, rutynowy fracht do Fortecy. Muszę poprosić o przeniesienie – jak najdalej od tej narwanej Carter."
Transportowiec posłuszny rozkazom sternika majestatycznie uczynił zwrot i przyspieszając skierował się w kierunku małego celu na granicy zasięgu czujników.
***
Skończył właśnie zakładać nowy mundur i stał przed lustrem.
"Szykowniejsze te mundury, o wiele ładniejsze od federacyjnych" - pomyślał - "No i ta broń biała..."
Dotknął ręką wiszącej u pasa szabli. Uśmiech zagościł mu na ustach.
"Mam nadzieję, że kiedyś się przyda..."
Nagle gwałtownie odwrócił się od lustra i ruszył w kierunku drzwi kwatery.
- Pora się zameldować...
Wyszedł ze swojej kwatery i zagłębił się w korytarze bazy. Mijał po drodze techników, grupki cywili oraz wojskowych. Ci ostatni wyprężali się w postawie zasadniczej na jego widok i salutowali. Odpowiadał prawie natychmiast.
W pewnym momencie zatrzymał się przy jednym z okien prezentujących otoczenie stacji i pobliskie doki. Wzrok przyciągał dziwny kształt stojący w jednym z nich. Wyglądem nie przypominał niczego, z czym komandor spotkał się do tej pory. Dziób okrętu miał sylwetkę podłużnego, spłaszczonego spodka. Tuż pod nim wyraźnie rysował się deflektor. Jednak jego prostokątny kształt wprawiał w zdumienie. Rufa okrętu natomiast, zasłonięta częściowo konstrukcją doku, sprawiała wrażenie, jakby nie pasowała do smukłego dziobu. Była strasznie kanciasta. Gondole napędu Warp zostały nienaturalnie odsunięte od kadłuba. Okręt wyglądał paskudnie – jak jakaś hybryda zrodzona ze zwariowanego koszmaru, ale jednocześnie urzekał ukrytym pięknem i emanował grozą.
"Ciekawe czy ktoś go już dostał..." - przemknęło przez głowę komandora.
Po chwili patrzenia na uwijające się jak w ukropie wokół doków promy i statki naprawcze, przypomniał sobie gdzie szedł. Nie byłoby dobrze pozwolić admirałowi czekać...
- Wejść! - rozległo się zza drzwi, które w chwilę potem z sykiem rozsunęły się przed Weberem.
- O komandorze Weber! Zapraszam do środka! Jestem admirał Devron, szef tego cyrku zwanego Flotą RP. - w głosie admirała nie było ani krzty ironii.
- Komandor Piotr Weber melduje się do służby.
- Spocznij komandorze, proszę usiąść. – admirał wskazał mu miejsce przed swoim biurkiem. – Jak minęła podróż?
- Nie narzekam. – rzucił siadając
- Widzi pan - mamy ostatnio małe problemy, jeśli chodzi o liczbę naszych dowódców i dlatego pozwoliłem sobie wezwać pana już w dwie godziny po przybyciu. Jak podoba się panu nasza "mała" stacja???
- Robi wrażenie i na pewno nie jest mała - Piotr uśmiechnął się pod wąsem.
- Fakt - admirał odwzajemnił uśmiech - przejdźmy do rzeczy. Spadł nam pan dosłownie z nieba. Potrzebowałem dowódcy dla pewnego okrętu i przyznam szczerze, zastanawiałem się już, czy nie oddać go w ręce jakiegoś podporucznika. Jednym słowem - otrzymuje pan Kruka. Tu są pańskie rozkazy - admirał podał Weberowi PADD - proszę się z nim delikatnie obchodzić. Nasi konstruktorzy są z niego dumni.
Piotr rzucił okiem na rozkazy i na jego twarzy zagościła najczystsza na świecie nienawiść.
- Panie admirale, czy ta misja wiąże się z wizytą na granicy z Unią Kardaziańską?
- Tak komandorze, wszelkie informacje trzyma pan w ręku. Dziękuję i do zobaczenia po powrocie.
Wyszedł i ruszył korytarzami bazy w zupełnie innym nastroju, w ogóle nie patrzył na mijanych ludzi. Szedł jakby nie na swoich nogach, które niosły go do kwatery bardzo szybko. Droga powrotna zajęła mu trzy razy mniej czasu. W myślach przewijał mu się tylko jeden obraz - jeńcy wyrzucani w próżnię, mordowani dla rozrywki. Otwierając drzwi powziął mocne postanowienie.
- Odpłacę im - zabrzmiało głucho w kwaterze.
Usiadł na koi i zaczął studiować rozkazy. W pewnym momencie odłożył PADDa - ORP Kruk okazał się oglądanym przez okno okrętem. Okrętem zresztą ogromnie ciekawym. Powstał w pobliskiej stoczni, zresztą dość niedawno, według projektu pewnego "cudownego dziecka" inżynierii. Zastosowano w nim wiele innowacji, jak na przykład prostokątny deflektor, nowy typ silników impulsowych, zapewniający jednostce niesamowitą wprost zwrotność. Wyposażono go w cztery przednie wyrzutnie torped, trzy skierowane do tyłu oraz w 20 desruptorów pokrywających 360° pole ostrzału. Sklasyfikowano go wstępnie jako lekki krążownik, ale na razie, jako jednostka prototypowa – nie posiadał swojej klasy.
- Woda, zimna - powiedział w kierunku replikatora i po chwili wypił troszkę, po czym wrócił do studiowania zawartości PADDa.
Kilka dni temu urwał się kontakt z jednym z Vor'Cha wykorzystywanych przez wywiad. ORP Jaskółka szpiegował jedną z Kardaziańskich stoczni. Podejrzewano, iż pełni ona także funkcję laboratorium naukowego. Okręt wracał już do domu i z meldunków załogi wynikało, iż odkrył coś ważnego, gdy tuż obok granicy zniknął. Wyparował jakby go nigdy nie było. Kruk miał to zbadać, on miał to zbadać...
Chwycił worek z rzeczami w lewą rękę i wyszedł. Dotarł do właściwego doku dość szybko i po potwierdzeniu tożsamości został wpuszczony do odpowiedniej sekcji. Czekał już tam na niego wysoki blondyn.
- Witam komandorze. Jan Sparrow – przedstawił się - jestem pierwszym oficerem Kruka. Polecimy promem – transportery są właśnie testowane – dodał.
Weber skinął głową i ruszył za swoim Pierwszym. Sprawiał on wrażenie bardzo kompetentnego. Po chwili siedzieli już w małym stateczku.
- Pierwszy, przyjrzyjmy się Krukowi – padło z ust komandora.
- Tak jest.
Prom przechylił się i wchodząc w łagodny łuk, zboczył z dotychczasowego kursu. Piotr patrzył na swój pierwszy okręt. Przypominał on teraz przygotowaną do skoku bestię, spętaną poprzez konstrukcje doku. Ekipy kończyły właśnie malowanie barw maskujących oraz nazwy okrętu. Nieregularne czerwone plamy na czarnym tle przywodziły na myśl czarne ostrze noża, pochlapane krwią. Dziób okrętu odrobinę przypominał grot strzały rozszczepionej na czubku.
- Ok! Wystarczy już tych wycieczek krajoznawczych, Pierwszy. Kurs na główny hangar.
- Wykonuję – prom nagle zmienił swój kurs o 90° i ruszył jak smagnięty biczem koń, wprost w kierunku otwartych drzwi hangaru.
Dźwięk gwizdka bosmańskiego rozdarł bezlitośnie ciszę mostka, wszyscy podnieśli głowy i momentalnie poderwali się z miejsc, stając w postawie zasadniczej.
- Kapitan wchodzi na mostek!
- Dziękuję, bosmanie. Na przyszłość proszę nie urządzać takiego zamieszania. Wszyscy spocznij! Pozwólcie, że się przedstawię – jestem komandor Piotr Weber, jak słusznie zauważył bosman, od tej chwili kapitan Kruka. Mam nadzieję, że będzie nam dane służyć razem długo. A teraz wracajcie do swoich obowiązków.
"Dzielna gromadka" – pomyślał – "mam nadzieję, że nie zginą..."
- Pierwszy, jak wygląda status okrętu?
- Ostatnie testy i przygotowania zostały zakończone 5 minut temu, jesteśmy gotowi do lotu.
- Dziękuję, Pierwszy – Weber usiadł na fotelu kapitańskim w centrum mostka - Sternik, odrzucić cumy, wyprowadzić okręt na bezpieczną odległość od Fortecy, 1/4 impulsowej. Potem kurs na układ Pegaza, prędkość WARP 7.
- Tak jest, wykonuję – palce sternika poczęły skakać błyskawicznie po konsoli, powodując cały łańcuch akcji, koniecznych do wykonania rozkazów.
Cumy odskoczyły z metalicznym szczękiem, po chwili okręt majestatycznie opuścił kratownicową konstrukcję, wykonał zwrot i z umiarkowaną prędkością począł się oddalać od Fortecy.
Odlot był obserwowany przez wiele oczu. Różne myśli przebiegały w głowach obserwujących go ludzi.
W kantynie rozległy się wiwaty i głośne życzenia:
- Pomyślnych łowów!!! - krzyknął jakiś głos. Dołączyły do niego kolejne i po chwili cała kantyna rozbrzmiała okrzykami.
Z okien swej kwatery admirał także patrzył na ginącą w dali rufę Kruka.
- Obyś bezpiecznie wrócił do domu... Tak niewiele ich wraca... – westchnienie zmęczonego, starego człowieka, dźwigającego zbyt wiele na swych barkach, zabrzmiało w kwaterze...
Dzwonek przy drzwiach wyrwał admirała z zadumy. Potrząsnął głową, jakby nagle obudził się z mrocznego snu.
"Nie czas na to" – pomyślał
- Wejść! – zagrzmiał głos, już ani stary, ani zmęczony...
***
Masywny polski transportowiec wyglądał obok małego, poskręcanego klingońskiego stateczku, niczym Goliat obok Dawida.
- Oznaki życia powoli słabną – głos oficera taktycznego i jednocześnie naukowego wyprany był całkowicie z emocji – komputer rozpoznał typ obiektu. To wrak klingońskiego wahadłowca. Jest oznakowany jako wahadłowiec numer dwa z ORP Jaskółka.
- Dlaczego jeszcze nie przeniesiono rozbitka do ambulatorium? – zapytała swych oficerów Carter.
- Coś zakłóca transporter – nie możemy go dokładnie namierzyć...
- Koszk – proszę uaktywnić wiązkę holującą i przyciągnąć go odrobinę do nas – rzekła kapitan podnosząc się z fotela – potem proszę do mnie dołączyć w śluzie numer 4. Pierwszy – wychodząc odwróciła jeszcze głowę – wyślij wiadomość do Fortecy i wszystkie dane, jakie masz. Mostek jest twój.
- Tak jest.
- To znaczy... My wychodzimy w przestrzeń??? – brwi Koszka uniosły się ku górze w geście zdziwienia.
- Czy ja mam jakąś wadę wymowy?! Wykonać rozkaz!
- Już się robi... – głos, tym razem pełen zrezygnowania, rozległ się prawie szeptem.
Bryła metalu uchwycona została w niebieski promień i zmieniła swój kurs, przysuwając się do burty transportowca. Po kilkunastu minutach w jego boku ukazał się malutki otwór i dwie sylwetki okryte kombinezonami ochronnymi wypłynęły w próżnię, ciągnąc za sobą dość duży pakunek. Lot swój skierowały wprost do miejsca, gdzie powinna znajdować się śluza powietrzna wahadłowca. Na szczęście była ona na swoim miejscu i dała się ręcznie otworzyć.
W środku skierowali swe kroki ku kabinie sterowniczej i na podłodze zauważyli skulony kształt. Leżąca kobieta tuliła coś do siebie tak mocno, że nie byli w stanie wydrzeć przedmiotu z jej ramion. Wspólnymi siłami ułożyli ranną na noszach. Koszk pstryknął włącznikiem i momentalnie pole siłowe otoczyło nosze zółtawą poświatą, załączyły się też systemy podtrzymywania życia. Zbierali się już do powrotu, gdy w komunikatorach rozległ się głos pierwszego oficera:
- Wykrywam trzy niezidentyfikowane statki wchodzące do sektora. Pani kapitan proszę się pospieszyć.
Rzeczywiście do układu Motyla weszły trzy okręty i skierowały się wprost na trwający w bezruchu transportowiec.
- Obce statki podniosły osłony i ładują uzbrojenie.
"Nie zdążymy wrócić" – przebiegło przez głowę kapitan Carter
- Pierwszy, zabieraj się stąd, ale to już! Nadaj naszą pozycję i uciekaj...
- Komputer zidentyfikował okręty jako kardaziańskie. Jeden Keldon i dwa Galory. Mamy przerąbane... – głos dobiegający z małego głośniczka wyrażał zrezygnowanie – zdążyłem nadać jeden raz naszą pozycję, potem zaczęli zagłuszać łączność dalekosiężną... Nie zostawimy was...
- Pierwszy, bez gadania! Swoimi dwoma desruptorami nic nie zdziałasz, nawet im tarcz nie zarysujesz, spadaj stąd, nas może nawet nie zauważą – wiedziała, że to tylko złudzenia. Kardaziańskie sensory wcale nie były gorsze od polskich – na razie robisz za kaczkę na strzelnicy!!!
- Nie zostawię was!!! Sternik, zwrot przez bakburtę!
Transportowiec poruszył się. Silniki powoli przyspieszały. Statek wykonał niezgrabny zwrot przez lewą burtę i po chwili na pełnej impulsowej, wciąż holując za sobą klingoński wrak, rozpoczął swą ucieczkę...
***
Widział wszystko aż nadto wyraziście. Ojciec tulący płaczącą matkę, pocieszający Marka – jego młodszego brata. I nagle ostry dźwięk, światła alarmowe, towarzyszące otwieraniu się olbrzymich wrót hangaru. Krzyk płynący z wielu gardeł i wycie uciekającej atmosfery, wysysanej przez bezlitosną i żarłoczną próżnię. Ludzie porywani przez ogromy huragan, wyrzucani w otchłań... Odpływające powoli od pomarańczowych kadłubów niezliczone ciała...
Obudził się...
Sen ten powracał do niego nieustannie od dnia, gdy siedząc w jednej z kantyn federacyjnej Bazy 21, zobaczył obrazy przedstawiające masakrę jeńców. Ten fakt zadecydował o zmianie zdania. Przed tym feralnym dniem nie popierał decyzji ojca o przyłączeniu się do Polski. Wybrał Federację... Federację, która nęciła humanitaryzmem i pokojem. Federację, która nie zrobiła nic, aby zapobiec ludobójstwu, która ograniczyła się do kondolencji... Pamiętał narastający wówczas gniew, rozgoryczenie...
Potrząsnął głową odganiając od siebie resztki koszmaru... Rozejrzał się po swojej kajucie kapitańskiej... Wyglądała dość przytulnie. Skoncentrował się teraz na dźwięku, który go obudził. Monitor stojący na biurku pulsował rytmicznie czerwonym światłem, zwiastując nadchodzące połączenie najwyższej wagi. Zerwał się gwałtownie z koi i w dwóch skokach znalazł się przy biurku. Odebrał połączenie.
- Tu komandor Weber.
Na ekranie pojawiła się znajoma twarz admirała Devrona.
- Komandorze odebraliśmy dwa przekazy wiążące się z pańską misją. Pierwszy nadszedł w kilkanaście minut po pańskim odlocie. Był zakodowany i odkodowanie go zajęło chwilę – mina admirała nie wyrażała zadowolenia. Ten, kto spowodował opóźnienie, leciał już chyba na najdalej wysuniętą placówkę jako zwykły szeregowy.
– Sygnał pochodził z Układu Motyla i był podpisany ORP Jaskółka – kontynuował admirał.
- Dziwne... – mruknął komandor - Ten układ...
- Wiem. Nie znajduje się on na drodze do Fortecy z rejonu ich patrolu. Proszę mi nie przerywać.
- Tak jest. Przepraszam...
- W chwili, gdy zostałem poinformowany o nadejściu wiadomości, otrzymaliśmy kolejny sygnał z Układu Motyla. Nadany został na otwartym kanale łączności dalekosiężnej z pokładu transportowca ORP Karzeł. Mówił o odkryciu wraku klingońskiego wahadłowca. W komunikacie padło słowo "ORP Jaskółka" i rozbitek. Przepraszam... – admirał odwrócił nagle głowę w bok i z uwagą czegoś słuchał. Po chwili powrócił do zajmowanej poprzednio pozycji.
- Otrzymaliśmy właśnie komunikat od Karła na kanale alarmowym. Są atakowani przez trzy niezidentyfikowane okręty i uciekają. Podali jeszcze tylko swoją pozycję, potem wszelki kontakt urwał się.
- Dziękuję za informacje admirale. Natychmiast zmieniam kurs. Weber koniec.
Narzucił na siebie kurtkę od munduru. Domyślał się, kto ścigał transportowiec. Nareszcie... Zakosztuje zemsty... Podobno smakuje ona najlepiej na zimno... Przynajmniej tak twierdził pewien znajomy Klingon... "Cóż – przekonamy się..."
Wszedł energicznym krokiem na mostek. Zauważył, że ręka bosmana odruchowo powędrowała do gwizdka wiszącego na złotym sznureczku, lecz zamarła ona równie gwałtownie w bezruchu, jak się poruszyła.
- Panie Kamiński, zmiana kursu. Układ Motyla, maksimum Warp – jego głos był zimny jak przestrzeń otaczająca Kruka – chcę tam być najszybciej, jak to tylko możliwe. Proszę, więc wycisnąć z silników jak najwięcej.
Sternik skinął tylko głową i odwrócił się do konsoli. Jego palce rozpoczęły szaleńczy taniec pośród jej kolorowych przycisków.
- Panie Black. Alarm bojowy. Naładować systemy uzbrojenia. Włączyć urządzenie maskujące.
Światła przygasły i zastąpione zostały przez czerwoną poświatę. Na korytarzach i w kwaterach całego okrętu rozległy się sygnały alarmowe. Załoga z pośpiechem zajmowała swe stanowiska.
Kruk przyspieszał coraz bardziej, skręcając delikatnie przez lewą burtę.
- Panie Kamiński. Jaką mamy prędkość i przewidywany czas przybycia do Układu Motyla?
- Warp 9,79; około 12 minut – odpowiedź padła natychmiast.
Czarno czerwony okręt mknąc prawie dwa tysiące trzysta razy szybciej od światła zafalował nagle i zniknął, pozostawiając po sobie tylko pustkę – to zadziałało urządzenie maskujące, ukrywając skutecznie Kruka przed wszelkimi sensorami... Drapieżnik, spragniony krwi, rozpoczął polowanie na kardaziańską zdobycz...
***
ORP Karzeł mknął, napędzany swymi silnikami impulsowymi, jak szalony. Jednak próba ucieczki powolnym transportowcem była z góry skazana na niepowodzenie. Był on o niebo wolniejszy od ścigających go jednostek.
Kardazianie podeszli do pościgu bardzo profesjonalnie. Oba Galory zajęły się pogonią bezpośrednią i szybko zaczęły pomniejszać dystans. Keldon natomiast wszedł w Warp i zniknął, by pojawić się po drugiej stronie sektora.
Transportowiec zmienił lekko kurs tak, jakby chciał uniknąć spotkania z Keldonem, jednak ten desperacki manewr nie przyniósł oczekiwanych skutków. Ścigające go okręty były coraz bliżej i bliżej.
Pierwszy Galor właśnie znalazł się w zasięgu strzału. Żółty promień oderwał się od dziobu statku i poszybował z szybkością światła w kierunku masywnej sylwetki uciekiniera. Swoją drogę zakończył dość szybko, trafiając w rufową sekcję tarcz. Towarzyszył temu błysk i przez moment niewidzialna sfera otaczająca podłużną sylwetkę ukazała się oczom ewentualnych obserwatorów.
- Tylne osłony 84% - zabrzmiało na mostku od strony konsoli taktycznej. Oficer taktyczny zawdzięczał swój spokój wielu latom treningu. Choć w duchu już pogodził się z Bogiem i modlił się teraz o swoich bliskich, na dalekiej planecie, nie okazał po sobie słabości.
- Wyłączyć wszystkie zbędne systemy i przekierować moc do tylnych osłon – rozkaz pierwszego oficera zdopingował wszystkich do działania.
Tymczasem kolejna żółta wiązka pomknęła w kierunku Karła. W chwilę potem drugi Galor znalazł się w zasięgu i także jego wiązki przyłączyły się do ostrzału.
- Tylne osłony 43%.
Kapitan Carter i Koszk spojrzeli jednocześnie na ogromny kształt Karła rysujący się tuż obok maleńkiego wraku.
- To już nie potrwa długo – głos pani kapitan był pozbawiony nadziei na ocalenie. Spojrzała na Koszka – Jesteś wspaniałym mechanikiem. Dziękuję ci za wszystko, co zrobiłeś dla mnie i dla statku...
- Nie ma o czym mówić... Miejmy jednak nadzieję, że wszystko skończy się dobrze... – sam nie wierzył w to, co przed chwilą powiedział. Myślami był w maszynowni transportowca. Oczyma wyobraźni widział kolegów, jak dwoją się i troją, by zapewnić jak najwięcej mocy tylnym tarczom i silnikom.
- Tylne tarcze 19%. Wykrywam mikrouszkodzenia kadłuba od wstrąsów... – zabrzmiało z ich komunikatorów. Spojrzeli sobie w oczy... Tak strasznie jest umierać w samotności... Przytulili się do siebie, na tyle, na ile pozwoliły na to kombinezony...
Transportowiec trząsł się od trafień poziom osłon wciąż spadał. W tym momencie do gry dołączył nowy gracz... Zamaskowany okręt wyskoczył z Warp.
Na mostku Kruka rozbrzmiał głos oficera taktycznego:
- Wykrywam transportowiec ORP Karzeł. Jest ścigany i ostrzeliwany przez dwa Galory. Na krawędzi sektora oczekuje jeden Keldon. Galory zapędzają transportowiec w jego kierunku. Osłony Karła wciąż słabną...
- Dziękuję panie Black, jak tylko znajdziemy się w zasięgu, zdjąć kamuflaż i pociąć mi ich na żyletki. Sternik, kurs na Galory, maksymalna impulsowa.
- Tak jest – padło równocześnie z dwóch stanowisk.
Kruk ruszył szybko w kierunku miodowych sylwetek i gdy tylko znalazł się w zasięgu strzału, wyłączył urządzenie maskujące. Oczom Kardazian ukazał się anioł zemsty, dyszący niczym niepohamowaną żądzą zniszczenia. Desruptory dziobowe i boczne rzygnęły białym światłem w stronę pierwszego z Galorów. W chwilę potem wszystkie cztery wyrzutnie torped także dowiodły, iż nie są tylko ozdobą. Cztery torpedy z ogromną szybkością odnalazły przed sobą zaprogramowany cel i niemal równocześnie cztery komputery pisnęły radosnym dźwiękiem, zwiastującym bliską zagładę dla kardaziańskiego okrętu.
- Sternik zwrot przez sterburtę. Panie Black, dołożyć mu z rufowych.
Kruk nadspodziewanie zwrotnie wykonał rozkaz komandora i rzygnął z rufowych wyrzutni. Tymczasem pierwszy z Galorów, który utracił całkowicie osłony w wyniku pierwszej salwy, próbował jakichś manewrów unikowych. Na niewiele mu się to zdało – trzy torpedy, przy serii eksplozji, rozorały okręt prawie na pół. Przy akompaniamencie potępieńczych zgrzytów i snopach iskier, gigantyczne naprężenia targające, już w tej chwili, wrakiem okrętu, dokończyły dzieła zniszczenia, rozdzierając go do końca. Kruk okrążył tymczasem Karła i rozpoczął systematyczny ostrzał pozostałego Galora. Kardazianie nie pozostali zresztą dłużni. Rozpoczęła się walka manewrowa. Galor przewyższał minimalnie Kruka zwrotnością, lecz nie miał 360° pola ostrzału, które w przypadku Kruka wyrównywało, a nawet dawało mu większe szanse w walce.
Tymczasem załoga Keldona połapała się, że polowanie na bezbronny transportowiec przemieniło się w bitwę z nowym przeciwnikiem. Czym prędzej zmienili kurs swego okrętu i przyspieszyli.
- Kapitanie – Józef Black mówił opanowanym głosem – Keldon za 30 sekund włączy się do walki. W tej chwili namierzają Karła. Prawdopodobnie chcą go zniszczyć, nim zajmą się nami.
- Nie możemy im na to pozwolić! Jaki jest stan osłon Galora?
- 20% i spada – jeszcze kilka salw i będzie wspomnieniem – na twarzy taktycznego malował się pełen samozadowolenia uśmiech.
- Nasz status?
- Osłony na 75%, trzymają, niewielkie mikrouszkodzenia od wstrząsów na pokładach 3, 7 i 9.
Kruk wykonał jeszcze jeden zwrot i kontynuował atak.
Tymczasem załoga Galora zaabsorbowana walką wcale nie zwracała uwagi na ostrzeżenia komputerów. Jedna z połówek wraku znalazła się niebezpiecznie blisko. Gdy zorientowali się w sytuacji, było już za późno. Desperacki manewr unikowy w ogóle nie odniósł skutku. Połowa zniszczonego wcześniej okrętu uderzyła z impetem w osłabione osłony, przenikając przez nie, jakby ich wcale nie było i dotarła błyskawicznie do niczym już nie chronionego burszynowego kadłuba.
Obserwująca biernie walkę załoga transportowca mogłaby przysiąc, że do ich uszu dotarł straszny skowyt rozdzieranego poszycia miażdżonej jednostki. Oczyma wyobraźni widzieli wyraźnie panikę i śmierć szalejącą na pokładzie niszczonego Galora, lecz w ich sercach nie pojawiła się ani odrobina litości.
Kruk tymczasem zgrabnie wziął kurs na zbliżającego się Keldona, który musiał zmienić teraz swoje priorytety.
Na mostku polskiego okrętu panowała radość. Ostudził ją kapitan.
- Jeszcze nie skończyliśmy... Jak dotąd wspaniała robota, ale nadal mamy to żółte gówno przed dziobem – głos wyprany z emocji troszkę wszystkich zdezorientował.
- Panie Black, najpierw salwą: desruptory i torpedy. Proszę ustawić tryb zbliżeniowy i celować w generatory osłon. Potem ogień wolny.
Taktyczny skinął głową nic nie mówiąc.
- Panie Kamiński, mamy być jak mały szczeniak - cholernie ruchliwi i zwinni.
- Tak jest! – z entuzjazmem krzyknął sternik i powrócił do swoich obowiązków.
Keldon tymczasem zbliżył się na odległość gwarantującą skuteczny ostrzał i otworzył ogień. Trzy żółte wiązki dosięgły Kruka. Osłony polskiego okrętu zamigotały wszystkimi kolorami tęczy, rozpraszając uderzającą w nie energię. W chwilę potem wyrzutnie wroga wypluły dwa złote punkciki, które pomknęły po zakrzywionej paraboli w kierunku czarno czerwonej sylwetki. Kruk wykonał popisowy unik i z gracją ominął torpedy, po czym sam zaatakował. Niebieskie światełka torped i białe wiązki desruptorów rozbłysły w czarnej, jak atrament przestrzeni, rozświetlanej zazwyczaj jedynie poświatą odległych gwiazd. Keldon począł wykonywać chaotyczne uniki, ale mimo to dwie torpedy trafiły w cel bezpośrednio, zaś kolejna eksplodowała tuż obok, skutecznie redukując poziom osłon do 68%. Chwilowa przerwa, wynikająca z konieczności ładowania się systemów uzbrojenia, nie trwała długo. Już po chwili okręty rozpoczęły walkę manewrową, wymieniając cios za ciosem. Wynik tej rozgrywki zależał od wytrzymałości tarcz, mocy broni i zwinności.
Pokłady Kruka drżały w rytm kolejnych kardaziańskich trafień, lecz załoga, działająca niezawodnie, niczym malutkie trybiki szwajcarskiego zegarka, wcale nie zwracała na nie uwagi. Wszyscy mechanicznie i odruchowo wykonywali swe funkcje. Na mostku oficerowie uwijali się jak w ukropie. Rozumieli dobrze, że stawką jest nie tylko własne życie, ale także los niemego jak dotąd widza – transportowca.
- Status!
- Osłony na 35%, mikrouszkodzenia na pokładach 3, 5, 7, 8 i 9, wyciek plazmy na pokładzie 2, awaria systemów podtrzymywania życia na pokładzie 10.
- Status przeciwnika.
- Osłony na 28%. Lekkie uszkodzenia poszycia.
- Panie Black, kontynuować ostrzał. Maszynownia – Komandor energicznie wydawał polecenia z szybkością karabinu maszynowego – dajcie mi więcej mocy do osłon.
- Panie kapitanie, pracujemy przy 140% obciążeniu!!!!!
- No to dajcie 150%!!!
Przez chwilę wydawało się, że mechanik coś jeszcze powie, ale nagle rozmyślił się i tylko potwierdził przyjęcie rozkazu.
Kolejny wstrząs sprawił, że przyćmione światła zamigotały. Z sufitu mostka posypały się iskry.
- Panie Kamiński, my zachowujemy się jak krowa, a nie jak szczeniak...
Sternik zmarszczył tylko brwi.
"Czy on jest całkowicie pozbawiony emocji??!!" – przemknęło mu przez głowę, ale tylko wzruszył ramionami i zdwoił szybkość naciskania przycisków.
Kruk, niczym dziabnięty niewidzialną ostrogą, wykręcił dziwaczny piruet i rzygnął zabójczą energią w kierunku Keldona. Ten atak przeważył szalę. Wroga jednostka pozbawiona osłon zamieniła się w kulę ognia przyprawioną odłamkami metalu, po czym przestała istnieć.
Na mostku Kruka zabrzmiały wiwaty. Piotr mógłby przysiąc, że gdyby załoga miała czapki, pofrunęłyby one w powietrze. On sam czuł euforię – oto rozpoczął swoją zemstę...
- Pierwszy, raport!
- Osłony 15%, mikrouszkodzenia wykryte na pokładach 3, 4, 5, 7, 8, rozszczelnienie poszycia na pokładzie 9, wyciek plazmy na pokładzie 2, już opanowany, trwają prace naprawcze na pokładzie 10.
- Jacyś ranni, zabici?
- Mamy 35 rannych i 6 zabitych.
- Miejmy nadzieję, że straty się nie powiększą... Ok. Wywołać transportowiec.
- Otwieram kanał – łącznościowiec zabrał się do roboty – kanał otwarty.
Na ekranie ukazała się twarz pierwszego oficera Karła.
- Dziękujemy za pomoc, przylecieliście w samą porę...
- Podziękuje mi pan, gdy znajdziemy się w Fortecy – przerwał wywód Weber – a teraz proszę powiedzieć mi, czy macie na pokładzie rozbitka???
- Nie. Rozbitek, kapitan i główny mechanik są na pokładzie wraku wahadłowca, który jest utzymywany przy naszej prawej burcie wiązką holowniczą.
- Zrozumiałem, zajmiemy się nim, a teraz proszę mnie uważnie posłuchać. Za chwilę przejdziemy na waszą prawą burtę i przechwycimy naszą wiązką holującą wrak. Jak tylko z nim skończymy, opuścicie osłony i przeniesiemy was na Kruka, tuż przed tym włączona zostanie autodestrukcja transportowca, proszę potwierdzić przyjęcie rozkazów.
- Rozkazy zrozumiałem i wykonam, choć pani kapitan się to pewnie nie spodoba – mina pierwszego mówiła sama za siebie. On był tego pewien.
- Nic na to nie poradzę. Nie możemy was chronić przez całą drogę. Weber koniec.
Rozsiadł się wygodniej w fotelu kapitańskim.
- Panie Kamiński, ta ostatnia ewolucja naprawdę mi się podobała – uśmiech na twarzy kapitana podobał się za to Kamińskiemu – sam pan ją wymyślił?
- Sam panie kapitanie.
- Dodamy ją po powrocie do podręcznika akademii, z pana nazwiskiem oczywiście, a teraz proszę nas zabrać na prawą burtę Karła.
- Tak jest.
Kruk powoli ruszył do przodu i ostrożnie okrążył nieruchomą bryłę transportowca. W iście żółwim tempie począł zbliżać się do poskręcanego wraku, aż do momentu zajęcia dogodnej pozycji. Z rufy okrętu wystrzeliła błękitna wiązka bezbłędnie trafiając w sam środek małego stateczku. Po chwili spoczął on delikatnie w hangarze głównym Kruka. Natychmiast pojawili się obok niego technicy i sanitariusze. Ranna kobieta została przeniesiona na noszach do ambulatorium, gdzie lekarz zajął się nią bardzo skrupulatnie.
Tymczasem rozwścieczoną Carter zaprowadzono w towarzystwie potulnego mechanika do pokoju operacyjnego. Gdy tylko przekroczyli drzwi, cała złość młodej pani porucznik przerwała tamy i wylała się na głowę siedzącego tam człowieka.
- Jakim prawem... – zaczęła, lecz uniesiona do góry ręka prawie natychmiast zatrzymała jej krzyk. Mężczyzna odezwał się cicho i spokojnie:
- Jest pani tutaj gościem, moja cierpliwość ma swoje granice, a w pomieszczeniach ochrony są bardzo milutkie cele... – głos był zimniejszy niż lodowe pustkowia planety Kala 4 - Gdyby nie Kruk właśnie spadałaby pani pod postacią atomów w kierunku najbliższej gwiazdy... Zostawiamy pani okręt, ponieważ jest powolny, bezbronny i łatwy do wykrycia... Czy wie pani, kim jest rozbitek?
- Nie. Była cały czas nieprzytomna.
- Cóż... W takim razie dziękuję. Możecie państwo udać się do swojej kajuty i odpocząć. To wszystko. – Weber wstał i wyszedł zostawiając wściekłą porucznik i Koszka w pokoju wraz z marynarzem z ochrony.
Szedł szybko. Kierował się do ambulatorium. Idąc powiedział do komunikatora.
- Pierwszy, przenieście załogę z Karła i odsuńcie nas na bezpieczną odległość. Jak tylko zakończycie procedurę przenoszenia, włączyć kamuflaż.
- Zrozumiałem – dobiegło z malutkiego głośnika.
Dotarł do ambulatorium po dwóch minutach. Drzwi rozsunęły się z cichym sykiem. Nigdy nie lubił tej "pracowni konowałów" – zawsze odnosił wrażenie, że dziwnie w niej pachnie. Teraz 3/4 łóżek było zajęte, a doktor i sanitariusze krzątali się doglądając chorych.
Weber podszedł do najbliższego łóżka. Leżała na nim znaleziona we wraku kobieta. Przyglądał jej się przez chwilę. Była ładna. Lekko owalna twarz, zadziorny nosek, kształtne wargi, wszystko to otoczone włosami barwy kasztanowca sięgającymi do ramion. Figurę też miała perfekcyjną. Tylko oczy pozostawały niewidoczne – kobieta spała.
- Doktorze. Jaki jest jej stan? Wiemy coś o niej?
- W tej chwili śpi. Miała złamane trzy żebra. Przyniesiono ją w stanie skrajnego wychłodzenia organizmu... Technicy zbadali ten wrak – wyłączyła wszystko, pozostawiając tylko nadajnik. Zaś, co do danych personalnych, komputer krzyknął mi, że nie mam uprawnień – w głosie doktora zabrzmiała nutka oburzenia.
- Proszę się o to nie martwić – mówiąc to komandor podszedł do stolika, na którym leżał osmalony PADD – co to?
- Kurczowo trzymała tego PADDa, może pan go sobie zabrać... A teraz, jeśli pan wybaczy, kapitanie, mam pacjentów...
- Dobrze, dobrze, łapiduchu, już mnie nie ma – Weber uśmiechnął się i skierował się ku drzwiom. Zamknęły się one z sykiem. Jednocześnie z nim pisnął komunikator.
- Kapitanie, wykrywam okręt wchodzący do systemu. Ma sygnaturę Federacji.
- Federacja??!! Tutaj??!! – zamruczał zdziwiony komandor – proszę mnie natychmiast przenieść na mostek!!!
Na moment zamknął oczy i po chwili otworzył je, będąc już na mostku.
***
W tym samym czasie, odległy system Plavia miał być niemym świadkiem zagłady konwoju DA492. Tworzyły go cztery transportowce tej samej klasy, co Karzeł. Eskortę stanowiły dwa B'Rel'e – ORP Dzięcioł i ORP Turkawka. Konwój zmierzał do planety Rubikon w sąsiednim systemie, gdzie Flota RP założyła niedawno bazę. Transportowany ładunek nie był ważny, dlatego otrzymał on tak małą eskortę. Kto chciałby atakować 4 transportowce wiozące jakieś części zamienne i środki czystości??? Jednak chętni znaleźli się...
Pięć federacyjnych okrętów klasy Akira wyskoczyło z Warp tuż przed konwojem. Natychmiast uniosły osłony i naładowały broń, po czym bardzo precyzyjnie zajęły się eskortą. ORP Dzięcioł podniósł osłony. Zręcznie uniknął kilku wystrzelonych w jego kierunku torped. Wziął na cel najbliższą Akirę i odpalił torpedy oraz desruptory, lecz federacyjny okręt uciekł przed pomarańczowymi punkcikami, powtarzając wcześniejszy manewr B'Rel'a. ORP Turkawka natychmiast dołączył do swego towarzysza. Wspólnymi siłami udało im się wyłączyć z walki jedną Akirę, która po utracie osłon wskoczyła w Warp. Pozostałe jednostki federacji przypuściły w odpowiedzi atak na Dzięcioła. Zmasowany ostrzał przebił się przez tarcze polskiego statku. ORP Dzięcioł rozcięty pięcioma żółtymi promieniami, zniszczony został ostatecznie przy pomocy dwóch żółtych torped. Teraz pod postacią szczątków dryfował po lewej stronie konwoju.
Kapitan Turkawki był weteranem wielu starć. Choć uczucia mówiły, by kontynuować walkę, stłumił je ze wszystkich sił i wydał komendę podyktowaną doświadczeniem, która zmroziła wszystkich na mostku.
- Włączyć kamuflaż!!!
B'Rel zafalował i zniknął. Napastnicy przerzucili się na transportowce, w kilka chwil zamieniając je po kolei w dymiące wraki i chmury szczątków.
Kapitan patrzył na to wszystko z zaciśniętymi pięściami. Wyraz bezsilnej wściekłości zagościł mu na twarzy. Oto tuż przed nim cztery okręty "sojusznicze" mordowały bez litości załogi polskich statków, a on nie mógł nic zrobić. Coś mu jednak w tym obrazie zagłady nie pasowało. Zmrużył na chwilę oczy, po czym szeroko je otworzył. Federacja nie używa desruptorów spiralnych, które mają charakterystyczny żółty kolor wiązek...
Nie! Musiał źle widzieć, przecież to Akiry...
- Sternik, nic tu po nas... Kurs na Fortecę, maksimum Warp – spojrzał w nachmurzone twarze swoich oficerów – weźmiemy za nich odwet i to już niedługo!
Niewidoczny kształt zatoczył niewielkie koło i skoczył w Warp. Niedługo potem to samo uczyniły okręty federacyjne.
System Plavia opustoszał...
***
- Co to za okręt??? – Weber zapytał od razu.
- Klasa Akira, oznaczony jako USS Nevada.
- Jaka jest nasza sytuacja?
- Transport załogi Karła zakończony, system autodestrukcji aktywny. Oddalamy się od niego na impulsowej z włączonym maskowaniem.
- Dobrze! Wyłączyć wszystkie zbędne systemy. Nas tu nie ma... Udajemy pustkę – padł rozkaz – chcę się przekonać, co on zrobi – dodał - Ile czasu do eksplozji Karła?
- Jakieś 3 minuty.
Kruk zwolnił i ustawił się dziobem w kierunku USS Nevada. Akira natomiast przeprowadziła dokładny skan sektora i upewniwszy się, że w systemie nie ma żadnych statków poza Karłem, uniosła osłony i naładowała broń. Po czym obrała kurs wprost na nieruchomy transportowiec.
Weber patrzył na to wszystko zdumiony...
- Kapitanie – Black nerwowo poinformował – Nevada namierza Karła, za chwilę znajdą się w zasięgu skutecznego ostrzału.
- Widzę poruczniku... Zapomniał pan? Nas tu nie ma! Czas do wybuchu?
- Około 1 minuty.
USS Nevada tymczasem wciąż pomniejszała dzielący ją od transportowca dystans. Już dawno znalazła się w odległości zapewniającej skuteczny ostrzał, lecz mimo to kontynuowała zbliżanie. W końcu, gdy była w połowie zasięgu systemów uzbrojenia, zatrzymała się. W mgnieniu oka z federacyjnego okrętu wystrzeliła zabójcza dawka energii. Cztery żółte wiązki i świetliste punkciki niemal jednocześnie rozorały masywny kadłub Karła, zadając mu śmiertelny cios. W chwilę potem resztki okrętu eksplodowały w oślepiającym błysku. To systemy samozniszczenia zadziałały pomimo poważnych uszkodzeń zadanych przez napastnika.
Akira natychmiast przerwała ostrzał, wykonała zwrot przez sterburtę i wskoczyła w Warp. Kruk pozostał sam na pobojowisku...
- Panie Kamiński, mam już dość na dziś tego systemu, kurs na Fortecę, maksymalna Warp.
Kruk lekko przechylił się na lewą burtę i wskoczył w Warp, pozostawiając za sobą cmentarzysko martwych wraków.
- Czy ostatni atak został zarejestrowany? – z ust kapitana padło pytanie skierowane do oficera naukowego.
- Potwierdzam.
- Bardzo dobrze. Proszę zadbać, by nic się z nagraniem nie stało. Panie Kamiński, ile zajmie nam powrót?
- Przy obecnej prędkości około 12 godzin.
Kruk płynął poprzez przestrzeń sto razy szybciej niż światło. Mechanicy woleli nie wodzić fortuny na pokuszenie – silniki zostały poważnie nadwyrężone podczas walki.
- Pierwszy, mostek jest twój – Weber rzucił przez ramię, kierując się do swej kwatery – powiadom mnie, gdyby stało się coś dziwnego.
Drzwi zamknęły się za nim z cichym sykiem. Weber usiadł przy biurku i popatrzył na trzymany wciąż w dłoni osmalony PADD. Odłożył go po chwili na biurko. Wolał nie sprawdzać, jakie zabezpieczenia zainstalował w nim wywiad. Technicy potrafili być bardzo pomysłowi. Zajmą się nim w Fortecy.
Dotknął klawiatury wtopionej w biurko i wywołał bazę personalną. Wprowadził do niej odciski palców pobrane w ambulatorium od kobiety z wraku. Komputer zażądał kodu dostępu piątego poziomu. Wprowadził długi ciąg znaków i skoncentrował się na wyświetlanych danych.
"Komandor porucznik Miriell West, urodzona w bazie gwiezdnej numer 13..." – przebiegł pobieżnie oczyma po nieistotnych informacjach, przebiegu służby, dość imponujących osiągnięciach, by zatrzymać wzrok na kilku ostatnich zdaniach – "... przeszkolona w zakresie operacji szpiegowskich na głębokim zapleczu wroga. Ostatni przydział – siatka wywiadowcza, Kardaz 1..."
Wstał zza biurka i położył się na koi. "Muszę to sobie przemyśleć..."
***
ORP Turkawka i ORP Kruk prawie jednocześnie wyskoczyły z Warp w bezpiecznej odległości od Fortecy.
- Tu ORP Kruk. Przesyłam kody identyfikacyjne. Prosimy o zgodę na dokowanie i przygotowanie personelu medycznego – mamy rannych – przekazał oficer łączności.
- Przyjąłem, udzielam zgody na dokowanie w doku 14. Witajcie w domu!
W swojej kwaterze Weber zakładał kurtkę mundurową. Po chwili wkroczył pewnym krokiem na mostek.
- Pierwszy, chcę mieć ochronę, gdy będę szedł na spotkanie z admirałem. Nasz rozbitek także ma mieć ochronę podczas transportu.
- Rozumiem.
***
Szedł wyludnionymi korytarzami na spotkanie z admirałem. Zostały one wcześniej oczyszczone profilaktycznie z wszelkiego personelu. Wszedł do gabinetu i złożył pełny raport. Podał admirałowi PADD. Ten przekazał go natychmiast technikom z wywiadu.
W drodze powrotnej, już bez funkcjonariuszy ochrony, minął na korytarzu siwego kapitana Turkawki zmierzającego w przeciwnym kierunku. Udał się na poziomy szpitalne. Chciał porozmawiać z uratowaną agentką wywiadu...
Dyżurujący doktor nie sprzeciwiał się zbyt ostro, widząc jego poważny wyraz twarzy. Usiadł przy łóżku...
Dziewczyna naprawdę była ładna... Chyba zaczynała mu się podobać w ten "specjalny" sposób... Odgonił gwałtownie od siebie te myśli...
Głowa leżącej poruszyła się nieznacznie... Powieki poruszyły się i ukazały, skrywane dotąd, oczy o tęczówkach barwy głębokiego brązu... Kobieta zlustrowała otoczenie i uczyniła ruch, jakby próbowała wstać, ale udało jej się jedynie usiąść...
- Spokojnie – wyszeptał – jesteś już bezpieczna. Leżysz na oddziale szpitalnym Fortecy...
- Co z danymi??? – przerwała mu gwałtownie, odwracając głowę w jego kierunku – co z PADDem???
- Wywiad już go ma, możesz się odprężyć...
Na jej piękną twarz spłynęła dziecięca radość. Do oczu napłynęły łzy ulgi. Zaniosła się płaczem. Przytulił ją, dziwiąc się temu odruchowi...
- Już dobrze, dobrze... – uspokajał dziewczynę – wszystko będzie dobrze...
Czuł się dziwnie. Już dawno bliskość innej osoby nie sprawiła, że był tak spokojny i dobrze się czuł...
"Może coś w tym jest..." – pomyślał...
***
- Jest pan pewien? – admirał wciąż niedowierzał słowom oficera wywiadu.
- Tak jest. Poza tym nagrania z obu okrętów potwierdzają dane z PADDa. Nie znamy jeszcze kilku szczegółów. Ile mają jednostek wyposażonych w to urządzenie maskujące? Czy umożliwia ono podszycie się pod dowolny okręt, czy tylko pod Akirę? I przede wszystkim - w jaki sposób Kardachy położyli łapę na tej technologii. Wyprzedza nas ona dość znacznie.
- Czy możemy opracować jakiś system ich identyfikacji, obrony? – kolejne pytania admirała zawisły w ciszy pomieszczenia, niczym groźba zagłady.
- Mam nadzieję, że tak. Prace nad odpowiednim systemem już trwają. Nie mogę jednak podać terminu ich ukończenia. Poza tym utraciliśmy naszą siatkę na Kardaz 1, a to odcięło nas od najświeższych informacji. Mogą już modyfikować swoje urządzenie, a to raczej nie jest przyjemna perspektywa...
- Musimy poinformować o tym innych – stwierdził admirał – proszę przygotować szyfrowane połączenie z Naczelnym Dowództwem, a potem z Imperium i Radą Federacji... – rzucił w kierunku komunikatora.
Jestem tu nowy, więc nie bijcie :DPowyżej pozwoliłem sobie dodać do cyklu, za zgodą Coen'a, swoje pierwsze opowiadanko. Pracowałem nad nim przez kilka dni i proszę czytelników o wyrozumiałość. W universuum Star Treka nie czuję się jeszcze pewnie (znam je głównie z filmów i gier - seriale ledwie liznąłem) i za wszelkie nieścisłości przepraszam. Jeśli macie jakieś uwagi, sugestie - piszcie. Postaram się do nich zastosować.P.S. Mam nadzieję, że się wam podobało 😀
