TNG 1x04 The Code of Honor – Kod kulturowy

Cenię Star Treka za pozytywną wizję ludzkości – rozwiniętej, aspirującej, pełniącej funkcję przodowników w szerzeniu pacyfistycznych ideałów w nie zawsze przyjaznej galaktyce. Tu mamy do czynienia z odcinkiem, wobec którego można mieć podejrzenia, że jest przeciwieństwem wartościowego Star Treka – zamiast interesować i pobudzać do myślenia, pogłębia stereotypowe koleiny.

Skoro więc obcy, z którymi spotyka się tutaj załoga Enterprise, są czarnoskórzy, to będą oni zapewne zacofani technologicznie, do tego zabobonni i niespecjalnie przejmujący się prawem własności (czyli złodzieje). Nigdzie nie pada bezpośrednio hasło, że jesteśmy od nich lepsi, ale można zrozumieć skąd sugestia, że odcinek ma silną rasistowską nutę.

A jeszcze jedno, przecież czarnoskórzy bohaterowie powinni mieć jakąś ukrytą agendę lub być nikczemni z usposobienia, to chyba oczywiste.

Ciekawe na ile konstrukcja Ligonian w tym odcinku wynikała z powodów budżetowych? Myślę, że w znacznym stopniu, ponieważ kosmitów grają po prostu czarnoskórzy aktorzy, poprzebierani w inspirowane folklorem kostiumy.

Ich kultura jest zupełnie inna od naszej, ale ciężko znaleźć tu jakieś pozytywne przesłanki. Wysoki stopień zhierarchizowania “plemienia” charakteryzuje władcza pogarda, jaką Lutan (przywódca) prezentuje wobec Hagona (swojego zastępcy) oraz swojej małżonki Yareeny. Nie ma tu miejsca dla relacji partnerskich i swobodnych dyskusji, jakie toczą ze sobą (i ze swoim kapitanem) członkowie załogi Enterprise.

Rola kobiet w kulturze ligońskiej jest także bardzo ograniczona. Formalnie kobiety są co prawda posiadaczkami wszystkich ziem i bogactw, ale w praktyce nie mogą z nich korzystać. Prawo do zarządzania majątkiem przypada zgodnie z ligońskim zwyczajem mężowi. Tak więc jedyna prawdziwa decyzja należąca do kobiety, to wybór mężczyzny, który będzie wydawał jej pieniądze.

Wcale nie jak Afryka… Chyba producenci serialu się zagalopowali uznając, że skoro tworzą czarnoskórych obcych (niech im będzie, że nie ma środków na charakteryzację i doklejenie spiczastych uszu albo drugiego nosa na czole), to mogą ich ubrać w stroje kojarzące się z Afrykanami i wyposażyć w ludowe instrumenty.

Warto też wspomnieć o prawie do pojedynku na śmierć i życie, na które powołała się Yareena po tym, gdy Lutan ogłosił, że chce, by Tasha Yar została jego pierwszą żoną. Hagon zszokowany krzyknął, że prawo to nie było wykorzystywane od ponad dwustu lat.

Jest to o tyle ciekawe, że pałac Lutana jest pełen broni specjalnie dostosowanej dla kobiet. Yareena nie miała prawa być świadkiem takiego pojedynku, bo jest na to dużo za młoda, ale jak sama przyznaje, została zgodnie z tradycją przygotowana do takiego starcia. Biorąc pod uwagę przygotowaną do pojedynku arenę oraz celebrę, z jaką traktowany jest pojedynek, możliwe, że podobne walki (niekoniecznie na śmierć i życie) są traktowane jako popularna forma sportu na Ligon II.

Nasza załoga dostaje dość niewdzięczną misję – musi wynegocjować traktat z państwem (plemieniem?) wspomnianych wcześniej Ligonian. W normalnych okolicznościach pośpiech byłby niewskazany, ale tu sprawa jest z kategorii życia i śmierci – tubylcy posiadają szczepionkę na bardzo ciężką chorobę (anchillesiańską gorączkę), która zaatakowała jeden z federacyjnych światów. Każde opóźnienie w realizacji zadania oznacza bolesną śmierć kolejnych współobywateli.

Stawka jest bardzo wysoka, dlatego Picard podchodzi do sprawy bardzo ambitnie. Załoga prezentuje się przed gośćmi z planety, którzy wizytują okręt. Szczególnie zadziwia ich kobieta pełniąca obowiązki szefowej ochrony – typowo męskiej roli według ligońskiej tradycji. Są zachwyceni mogąc obserwować jej umiejętności walki wręcz.

Niestety dość szybko sprawy się komplikują. Lutan, przywódca Ligonian, porywa Tashę Yar. Picard szybko ogłasza alarm, a następnie dokonuje demonstracji siły – salwa torped nad powierzchnią planety ma pokazać, że Enterprise dysponuje ogromną przewagą.

Miejmy litość nad producentami i konsultantami naukowymi, którzy nie wychwycili faktu, że salwa torpedowa tysiąc metrów od powierzchni planety powinna wyglądać zupełnie inaczej (na ekranie widzimy raczej eksplozje w wysokiej atmosferze) i uczynić naprawdę duże spustoszenia – mówimy tu o broni wysokoenergetycznej, wykorzystywanej do walki z technologicznie zaawansowanymi okrętami wroga.

Próby wywołania ligońskiego rządu jak i dyplomacja torpedowa nie odnoszą skutku, dlatego załoga podejmuje dość nietypowe działanie. Data i Riker sugerują, że kultura Ligonian ceni ponad wszystko cierpliwość, dlatego powinni zaimponować porywaczom Tashy Yar w ten sposób. Być może takie działanie pokaże, że Gwiezdna Flota potrafi uszanować lokalne tradycje.

Jak dasz się zabić, to podam Ciebie do raportu.

Przez cały odcinek Picard obchodzi się bardzo delikatnie z Ligonianami. Od samego początku wyraża pochwały dla ich bogatej kultury, zapewnia o szacunku, przymyka oka na samochwalcze oświadczenia i przytyki ze strony Lutana. Później w sytuacji kryzysowej daje się przekonać, że całe porwanie Tashy (które powinno być potraktowane w standardowej sytuacji bardzo poważnie jako akt wrogości) to jeden z bardziej zaawansowanych rytuałów, test odwagi, jakiemu poddał się przywódca planety.

Kapitan dąży do rozwiązania sytuacji, starając się odzyskać oficera, ale wciąż postępuje bardzo ostrożnie. Ma na uwadze, że populacja całej planety objętej zarazą liczy na powodzenie jego misji i uzyskanie szczepionki. Za każdym razem, gdy mamy do czynienia z nietypową sytuacją, wynikającą z różnic kulturowych, przedstawiciele Federacji zachowują się z szacunkiem, nie reagują nawet na powtarzające się przechwałki o rzekomej wyższości wartości wyznawanych przez Ligonian nad tymi, które reprezentują ludzie…

Równouprawnienie kobiet na USS Enterprise Lutan traktuje jako egzotyczną ciekawostkę, dziwactwo, które potwierdza, jak wiele różni jego szlachetny lud od obcych. Przy czym o ile Federacja traktuje z atencją różnice kulturowe i działa bardzo dyplomatycznie, to Ligonianie wykorzystują swoją przewagę i swój honor. Zauważmy, że nawet najbardziej niestosowne (w oczach ludzi) zachowanie Lutan potrafi znaleźć uzasadnienie i podeprzeć je kodeksem honorowym. Wie, że wtedy Picard znów się wycofa i uzna, że winne są różnice kulturowe.

To spojrzenie…

Lutan cynicznie wykorzystuje kodeks honorowy do manipulowania Picardem. Wygląda na to, że od samego początku nie miał zamiaru zwracać Tashy Yar. Po próbie cierpliwości, którą najwyraźniej załoga zdała celująco (nie podejmując przez niemal dobę żadnych prób odzyskania swojego oficera) wypadało okazać szacunek kapitanowi i zaprosić na kolację. Wystawna uczta była kolejną okazją do wysłuchania, jak Picard (dyplomatycznie) wychwala wielkość Lutana i jego ludu. Nawet wyraźne naruszenie kodeksu honorowego poprzez odmowę oddania Tashy zostało szybko przyćmione przez kolejny rytuał, na który się powołano – tylko tym razem to Yareena była zmuszona walczyć o swoją pozycję pierwszej żony.

To nie jest do końca jasne, być może kodeks honorowy nie ma zapisanej formy i zachowany jest tylko w postaci ustnych opowieści o tym, jakie czyny są chwalebne, a jakich należy się wystrzegać. Wiemy, że załoga Enterprise spędziła nieco czasu na studiowaniu ligońskiej kultury, jednak ich źródła wiedzy mogły być niedoskonałe. Kiedy Data interpretuje porwanie Tashy Yar przez Lutana, odnosi się przez analogię do zwyczajów północnoamerykańskich Indian (counting coup), a nie bezpośrednio do obecnej sytuacji, toteż możliwe jest, że załoga poszerzyła analizę o zachowania z innych kultur, które wydawały im się dość podobne, a były lepiej poznane i opisane.

Tradycja rzecz święta… Zwłaszcza jeśli cały dwór ma się przyglądać, jak dwie kobiety walczą na śmierć i życie o mężczyznę. Z jakiegoś powodu podejrzewam, że to nie kobieta była autorką Kodeksu Honorowego, którym kierują się Ligonianie.

Kapitan Picard wspomina swojej załodze (oni to wiedzą, ale widzowie muszą zrozumieć, żeby to wszystko miało jakikolwiek sens), że możliwości działania w tej sytuacji ogranicza mu Pierwsza Dyrektywa. Jest to pierwsze tak enigmatyczne użycie tej zasady, być może dlatego kapitan przypomina o tym aż dwa razy.

Pierwszą Dyrektywę w sposób najbardziej ogólny można rozumieć jako zasadę nieingerencji w rozwój innych społeczeństw i cywilizacji, gdyż nawet dobrze przemyślana i wykonana ingerencja może mieć negatywne konsekwencje w przyszłości. Zasada ta ma w założeniach chronić przede wszystkim nisko rozwinięte społeczeństwa, aby nagłe pozyskanie zaawansowanych technologii nie wypaczyło naturalnych procesów cywilizacyjnych (np. podarowanie jaskiniowcom bomby atomowej mogłoby mieć łatwe do przewidzenia i katastrofalne konsekwencje).

Po raz pierwszy w TNG Pierwsza Dyrektywa została wspomniana w Encounter at Farpoint. Picard i Troi rozważają czy Pierwsza Dyrektywa pozwala im stanąć w obronie osiedla Bandich, atakowanego z orbity przez kosmiczną meduzę. Ostatecznie stwierdzili, że Bandi są trochę sojusznikami, dlatego warto im pomóc. Q bardzo oburzył się na ten akt humanoidalnej solidarności i doskonale rozumiem dlaczego. Picard uznał z jakiegoś powodu, że przeznaczeniem Bandich nie jest byciem zniszczonym przez kosmiczną meduzę, chociaż nie bardzo miał podstawy do takiego działania.

Co więcej, później w trakcie odcinka załoga Enterprise uwalnia “meduzę”, która odgrywała stację Farpoint, czyli znów Gwiezdna Flota ocenia sytuację i uznaje, że społeczność Bandich nie może bezkarnie torturować obcej inteligentnej istoty, znów ingerując w ich naturalny rozwój.

“Wszyscy znają zasady, niech nikt nie waży się przerywać tej walki.”
Po jakiejś chwili rękawica Yareeny się wyślizguje i zabija przypadkowego widza. Lutan krzyczy “Stop, stop. Przerwa techniczna, niech nikt się nie rusza… oddajcie jej broń.” – rozumiem fair play i wszystko, ale wygląda na to, że kodeks honorowy nie obejmuje elementarnej logiki i pojęć takich jak prawda-kłamstwo, ponieważ nawet w tak jaskrawym przykładzie jest sprzeczny. Zaczynam podejrzewać, że wymyślają go na bieżąco (swoją drogą, to byłoby niegłupie z ich strony).

Oczywiście nikt nie rozumie Pierwszej Dyrektywy zbyt ściśle, bo prowadziłoby to do całkowitego wstrzymania jakichkolwiek kontaktów. Przecież negocjacje Enterprise z Ligonianami też są swego rodzaju interakcją z ich społeczeństwem, nikt nie może przewidzieć skutków. Domyślam się, że szczepionka miała być pozyskana w zamian za coś innego. Cokolwiek by to nie było, to dobra pochodzące z handlu, które są zapewne czymś obcym dla Ligonian.

Być może obywatele Federacji z planety Styris IV po prostu powinni wymrzeć na anchillesiańską zarazę, skoro ich naukowcy i lekarze nie byli w stanie samodzielnie przygotować szczepionki. Kto wie, jakie skutki dla losów wszechświata mogła mieć decyzja o ich wyleczeniu i za kogo się uważa kapitan Picard, że chce ingerować w naturalne procesy?

Zakończenie jest najlepsze, bo Picard w końcu zrozumiał, że należy chrzanić Pierwszą Dyrektywę i twórczo zaingerować w rytuał (lokalne prawo) przywracając Yareenę do życia oraz porywając na okręt Lutana i Hagona.

No dobrze, wydaje mi się, że pewne luki w logice naszej historii są aż nazbyt widoczne, ale może podsumujmy całość. Odcinek oglądało się dość przyjemnie i było kilka zwrotów akcji i dynamicznych sekwencji, ale niestety trzeba przymknąć oko na fabułę, która jest dziurawa. Samo zakończenie i końcowe rozwiązanie sytuacji przez Picarda jest pomysłowe i interesujące, natomiast sam fakt, że nie udało mu się zapobiec narażeniu życia Tashy Yar – niefortunny.

Twórcy zrobili wiele ,żeby pokazać nam kulturę ligońską od negatywnej, niezrozumiałej dla nas strony (manipulacje, kłamstwa, porwania) i faktycznie trochę może to wyglądać, jakby to był wykład: patrzcie jacy ci afroobcy są prymitywni, natomiast załoga Enterprise na każdym kroku stara się objaśniać – nie oceniajmy kultury według naszych kategorii. To różnice w postrzeganiu świata, macie prawo do swojej dumy i obyczajów, szanujemy Was i uznajemy nasze różnice, nie jesteście gorsi. Być może nie widzę pewnych podtekstów, ale poza taką podstawową powierzchownością (wynikającą z produkcyjnych niedociągnięć i skrótów) nie znajduję tu argumentów, że odcinek jest rasistowski i powinien być za to potępiony.

Teraz, skoro mamy już szczepionkę, możemy lecieć z pomocą umierającym na Styris IV. Warp 3? No tak, po co się spieszyć – misja pozyskiwania leku trwała tak długo, że ci, co mieli umrzeć już na pewno poumierali.

  • grzegor

    Fajny cykl artykułów. Luźno napisany i z trafnymi spostrzeżeniami i wnioskami (tego zwykle brakuje w „sztywniejszych” opisach na zagranicznych portalach). Czekam na więcej!

    • fluor

      Dzięki 🙂 Kolejny będzie mniej więcej za dwa tygodnie, bo tyle trwa ich przygotowanie.