Forum Fandom Opowiadania Cykle opowiadań dział tymczasowy Sztuka Życia 2 - Orvax IV

Sztuka Życia 2 - Orvax IV

Viewing 1 post (of 1 total)
  • Author
    Posts
  • Zarathos
    Participant
    #4992

    Tagi: Jedi, Sith, Moc, Taia, GW

    Kir nie zważał specjalnie na przepisy zabraniające lotów na silnikach podświetlnych w atmosferze i prowadził swój okręt z rykiem silników przez dolne warstwy atmosfery. W teorii takie loty były zabronione, ale zasada ta przestrzegana była tylko w Republice. Reszcie światów wystarczało, że nie niszczyło się niczego gorącym ciągiem.

    Maszyna ominęła schodzący do lądowania masowiec i zanurkowała między wysokie budynki. Tutaj trzeba już było ostrożniej, na dużych wysokościach mieszkali co bogatsi i bardziej wpływowi mieszkańcy. I nie byliby zachwyceni, gdyby im poopalał albo potłukł szyby. Silniki zgasły i frachtowiec zakołysał się, gdy pracę podjęły repulsory grawitacyjne. Pilot przez chwilę zmagał się ze zmienionymi właściwościami maszyny, po czym odciął moc i zapikował w dół.

    W kabinie zawyły jednocześnie: ponura syrena alarmowa i zachwycony stromą piką pilot. Parokilometrowy spadek trwał niecałe dziesięć sekund, ale na pilocie i widzach zostawił niezatarte wrażenie. Dopiero dwieście metrów nad dnem Kir dał całą moc do napędu grawitacyjnego i ostrym łukiem wyprowadził maszynę. Ciche trzaski przepalanych bezpieczników systemów inercyjnych były jedyną oznaką gigantycznych przeciążeń.

    - Jeszcze raz udało się przeżyć. - Pilot zadowolony z siebie obwieścił światu i delikatnie już posadził maszynę na wyznaczonym lądowisku. Przez okno zobaczył komitet powitalny. - A niech mnie.

    Rampa frachtowca opadła z sykiem. Kir spokojnie spoglądał na wchodzący do środka niewielki korowód: wykwintnie ubranego człowieka, dwóch ponuraków i dwie piękne kobiety. Chłopak zaprowadził ich do głównego pomieszczenia okrętu, służącego za mesę, salon i wszystko, co wymagało sporego pomieszczenia.

    - Hrabiemu musi się bardzo śpieszyć, skoro wysłał pana na lądowisko. - Kir przeszedł od razu do rzeczy. Nie lubił paniczyków, a już kuatańskiej szlachty i ich pomagierów, mających zdecydowanie zbyt wysokie mniemanie o sobie, szczególnie.

    - Owszem. - Potwierdził gość, także nie tracąc czasu na wstępy. Widać było, że idea spotkania z opryszkiem niezbyt mu odpowiada. Opłacanym przez jego pana i o odpowiedniej reputacji, ale jednak opryszkiem. - Rozumiem, że misja zakończyła się sukcesem.

    - Tak. - Kir otworzył szufladę pod siedzeniem, otworzył pojemnik stazy i wyciągnął złotą tacę z przykryciem. - Na złotej tacy, wedle życzenia.

    - Hmm. - Kuatańczyk podniósł pokrywę i skrzywił się, widząc leżącą na niej głowę. - Oryginalny pomysł, oryginalny. A dowody, że to ten, o którego chodziło?

    - Ma w ustach. - Szlachcic skrzywił się ponownie. Faktycznie, głowa trzymała w ustach kryształ danych. - Zapis z wewnętrznych kamer ośrodka treningowego na Korriban.

    - Świetnie. - Gość opuścił pokrywę i skinął na stojące z boku kobiety. - Tak jak pan sobie życzył, sto tysięcy w szmaragdach, wartych pięć tysięcy każdy. - Jedna z niewolnic położyła na stole sakiewkę i cofnęła się, Kir skinął głową, potwierdzając wysokość kwoty i formę zapłaty. - A to z przeprosinami od jaśnie pana, za takie nieformalne zakończenie współpracy. Żałował, że nie mógł się osobiście spotkać. - Druga kobieta położyła na stole czarne pudełko i uchyliła wieko. W środku był prosty, ale pięknie wykonany wisiorek z perłową kameą.

    - Rozumiem, że to zakańcza sprawy między panem i panem hrabią?

    - Owszem. - Kir skinął głową. - Jestem usatysfakcjonowany.

    - W takim razie żegnam.

    Szlachcic, razem ze swoimi towarzyszami opuścił okręt, zostawiając Kira samego w centrali, przyglądającego się wisiorkowi. Paliwo, łapówki, sprzęt, naprawy ? to wszystko kosztowało go jakieś trzydzieści tysięcy. Dostał już propozycję od jakiegoś dupka za siedemdziesiąt pięć tysięcy, ale musiał odmówić, przez Taię. Trzeba ją będzie odwieść na Coruscant. W sumie polowanie na Sitha i niańczenie Jedi kosztowało go sto tysięcy z górką. Zarobił pi razy oko piętnaście tysięcy.

    - Przy rampie oczekuje gość. - Poinformował komputer, odrywając Kira od obliczeń.

    - Niech wejdzie.

    - Gościowi towarzyszą cztery osoby, Twi'lekianie, niewolnicy z pakunkami.

    - Też mogą wejść. Echo, a nie zarobek. - Poprawił się: właśnie na pokład wchodziły wydatki.

    * * *

    Taia siedziała na podłodze, starając się medytować, ale nie bardzo jej to wychodziło. Właśnie lądowali i dziewczyna starała się pożegnać z dotychczasowym życiem. Nie miała wątpliwości, że na planecie Sithów nie będzie tak różowo, jak na okręcie. Jej opiekun wychodził z siebie, żeby przyspieszyć jej powrót do zdrowia i umilić pobyt na pokładzie frachtowca, ale jego kompani pewno tacy nie będą.

    Wmawiała sobie, że się nie boi, ale legendy o Mrocznych Jedi, torturach i sithyjskiej magi zmieniającej ludzi w krwiożercze potwory krążyły jej po głowie. Żaden Jedi nie wrócił cało z rąk Sithów, żeby opowiedzieć, jak jest po drugiej stronie, ale wiedziała wystarczająco dużo z lektury raportów nawróconych Jedi takich jak Ulic Qel-Droma, żeby mieć wyobrażenie o tym, co ją może czekać.

    Lekki wstrząs powiedział jej, że wylądowali. Drzwi do kajuty się rozsunęły i Jedi wstała. Oparła się o ścianę, starając się powstrzymać łzy. Nie chciała umierać, nie chciała, nie chciała, nie chciała! Nie w taki sposób, przyszpilona do jakiegoś narzędzia tortur, w bólu i strachu. Podniosła głowę, oczekując ubranych w srebrzyste zbroje żołnierzy Sith, a może i jakiegoś mrocznego lorda.

    - Hej, co jest. - Kir podskoczył do dziewczyny i objął ją delikatnie, prowadząc do łóżka. - Źle się czujesz?

    - Nie, ja tylko...

    - Jesteś blada jak śmierć na urlopie. - Kir uklęknął przed nią. - Na pewno nic ci nie jest?

    - Nie, nie. - Westchnęła ciężko. - Co teraz?

    - Mojemu klientowi się spieszyło. - Wyjaśnił. - Więc sprawy z nim mam już załatwione. W zasadzie moglibyśmy od razy odlecieć, ale...

    - Odlecieć?

    - No, na Coruscant, ale...

    - Na Coruscant?

    - Może być nawet to zadupie, Dantooine, jak wolisz, ale...

    - To znaczy odwieziesz mnie do domu?

    - Jeżeli Świątynię Jedi można nazwać domem. - Potwierdził Kir i jęknął zdziwiony, gdy Taia rzuciła mu się na szyję.

    - Więc nie wydasz mnie Sithom!?

    - Ee... - Zdziwił się niezbyt inteligentnie chłopak. - Sithom?

    - No tak, przecież ty... ? Taia sklęła się w duchu. Głupia, przecież normalne, że Sith nie obchodziłby się z tobą, jak z jajkiem. No i taki miły chłopak nie może być jakimś mrocznym lordem! - Nieważne. Naprawdę lecimy na Coruscant?

    - No niby tak, ale...

    - Ale!

    - No, chciałem zrobić małe, tego, zakupy, a poza tym pomyślałem, że może, - Łowca zająknął się, czując, że opuszcza go pewność siebie. Co jest? Niepierwsza i pewnie nieostatnia dziewczyna, jaką zapraszam na obiad. Z nadzieją na deser, chociaż w tym przypadku nikłą. Więc o co chodzi? Czuje się jak cnotka przed pierwszym rżniątkiem.

    - Tak? - Taia patrzyła na niego zdziwiona wahaniem normalnie wygadanego chłopaka.

    - Może poszlibyśmy gdzieś na obiad. - Wypalił w końcu Kir. Taia była chyba nie mniej zaskoczona tym, co powiedział, niż on sam i Kir z uwagą i ledwo widocznym lękiem przyglądał się dziewczynie, chcąc odczytać odpowiedź z jej twarzy.

    - No... - Zastanowiła się i ze zdumieniem spostrzegła zawód w oczach Kira. Nie mogła czytać go przez Moc, ale widziała dobrze, jak jego oczy straciły blask. Aż tak mu zależy? - Czemu nie.

    - Naprawdę? - I czego się szczerzysz durniu, skarcił się, ale uśmiechu od ucha do ucha nie mógł powstrzymać.

    - Naprawdę. - Taia odpowiedziała lekkim uśmiechem, szczęśliwa, że chłopak tak się cieszył. Sama też była zadowolona, chociaż nie bardzo wiedziała dlaczego. To tylko obiad, tłumaczyła sobie, a ty jesteś Jedi. - Tylko w co ja się ubiorę! Moje szaty Jedi?

    - Wyrzuciłem, ale znajdę Ci jakieś spodnie i koszulę w swoich ciuchach.

    - Koszulę? I spodnie? - Taia opuściła ręce. Na proszony obiad w spodniach i męskiej koszuli? Może ma jakąś igłę i nici? To może uda się przerobić koszulę, żeby wyglądała jak kobieta, a nie babo-chłop.

    Do pokoju weszła góra biało-czerwonych kartonów. Chłopak położył wszystko na podłodze, obok Tai. - Jeszcze spodnie, - mruknął i zniknął, wracając po chwili z dwiema dużymi, sztywnymi torbami w ręku. Taia przyglądała się to pakunkom, to Kirowi.

    - Co to jest?

    - Koszula, spodnie i inne takie.- Wzruszył ramionami, trochę przerażony ilością pakunków. - W sumie, to nie wiem. Kazałem przynieść wszystko, co będzie niezbędne kobiecie. Tylko to ? potrząsnął torbami. - I to ? wskazał na dwa kartony na samej górze ? wybrałem. Resztę dobrały panienki ze sklepu.

    - Ale...

    - Przecież w moich spodniach i koszuli nie pójdziesz.

    - No, wolałabym nie. To naprawdę dla mnie?

    - Prezent urodzinowy.

    - Ale urodziny mam za pół roku? - Popatrzyła na niego z figlarnym uśmiechem.

    - Mam to wszystko zabrać? - Kir nie był gorszy.

    - Nie, no, poświęcę się.

    - Kobiety. - Burknął. - Nie otworzysz? - Powiesił torby na ścianie i odwrócił się w jej stronę. Akurat w samą porę, żeby zobaczyć, jak czerwienieje po otwarciu pierwszej paczki.

    - A, ale, ale to...

    - No?

    - No?! Majtki! Znaczy, bielizna! - Wyciągnęła koronkowy stanik, a potem pas do pończoch i pończochy, wszystko pięknego, śliwkowego koloru.

    - Mówi się dessous. - Skorygował Kir. - Mmm... nie powiem, z czym kojarzy mi się kobieta rzucająca mi w twarz figami. - Taia spiekła raka i pokazała mu język, na co chłopak wybuchnął śmiechem. - Tu jest tunika i płaszcz.

    Taia podskoczyła do wiszących toreb i rozpięła zamki. W jednej z toreb była dość długa tunika ze stójką, zrobiona z lekko błyszczącego, śliwkowego materiału, pokryta delikatnym roślinnym haftem wykonanym ciemnoczerwoną nicią. W drugiej wisiał długi wykonany z ciemno-fioletowej wełny obszerny płaszcz z kapturem ozdobiony na krawędziach złotem.

    - Śliczne! - Dziewczyna klasnęła w ręce i obróciła się do niego. - Naprawdę dla mnie!

    - Naprawdę. - Pokiwał głową, nie mogąc wyjść ze zdziwienia, ile radości sprawił jej głupimi ciuchami. - To, co, przebierasz się.

    - Teraz?

    - No, tak, już prawie południe.

    - Aha. To wyjdź.

    - Co?

    - Przecież przy tobie się nie przebiorę.

    - Obiecuje, że nie będę podglądał. - Taia wypchnęła go za drzwi.

    - Sio! Sam się porządnie ubierz.

    - A co jest takiego nieporządnego w moim stroju? - Zapytał drzwi, które Taia zamknęła mu przed nosem. - Przecież wyglądam porządnie? - Obejrzał spodnie i kraciastą koszule. - Czyste przecież? - Mruknął zrezygnowany. - Tyle kłopotu, żeby zjeść obiad.

    Taia stała przed suknią przez chwilę, starając się sobie wyobrazić, jak będzie w niej wyglądać, po czym zaczęła się przebierać. Z każdą kolejną rzeczą wyciągana z kartonu jej zdumienie i wdzięczność dla Kira rosła. Kupił nie tylko bieliznę i tunikę, ale faktycznie wszystko, czego mogłaby potrzebować. Zaczynając na bieliźnie (podwiązki!?), a skończywszy na perfumach i wszystkim, czego mogła potrzebować do makijażu.

    Gdy skończyła się ubierać, stanęła przed niewielkim lustrem i obróciła dookoła. Była, czuła się bardziej kobietą niż kiedykolwiek wcześniej. W Zakonie nie miała wielkiego wyboru co do stroju, a gdyby chciała pokropić się perfumami czy umalować, to mistrzowie dostaliby chyba ataku serca. Potrafiła to robić, sztuki kamuflażu uczono w akademii, ale to miał być kamuflaż właśnie, a nie codzienny strój.

    - Pasuje do mnie. - Stwierdziła zadowolona. Piękna, sięgająca trochę pod kolana fioletowa tunika ze złotymi obszyciami, długi płaszcz o podobnej kolorystyce i śliczne buciki. Delikatny makijaż, parę kropel Szeptu... cudo. Ciekawe, co powie Kir?

    Weszła do głównego pomieszczenia i stanęła w progu, widząc rozpartego wygodnie na sofach mężczyznę. Kir? Niemożliwe. Chłopak wstał i podszedł do dziewczyny, przyglądając się jej uważnie.

    - Jesteś piękna. - Taia uśmiechnęła się radośnie.

    - Tobie też wiele nie brakuje. - Odpowiedziała z podziwem. Ubrany w elegancki, chociaż może trochę egzotyczny strój wyglądał zabójczo. Zupełnie nie przypominał urwisa w pomiętej koszuli i lekko przybrudzonych płóciennych spodniach. - Och!

    - Pozwolisz? - Taia obróciła się i chłopak założył jej wisiorek, który dostał jako bonus od kuatańskiego hrabiego. Potem obrócił dziewczynę i spojrzał jej w oczy. Taia zarumieniła się i spuściła wzrok. - To teraz łyżka dziegciu do tego miodu.

    - Hmm?

    - Orvax nie jest zbyt bezpieczną planetą. Nawet dla podróżujących w limuzynie z lądowiska do restauracji i z powrotem.

    - Orvax?

    - Orvax IV. Nierozsądne tu chodzić bez broni.

    - A gdzie ja schowam blaster?

    - W holopowieściach piękne kobiety przypinają sobie do uda, ale chyba darujemy sobie blastery.

    - To w takim razie co? Mój miecz został w tej przeklętej świątyni.

    - Został, ale coś się poradzi. Chodź.

    Na okręcie, oprócz kabiny Kira, było tylko jedno pomieszczenie, do którego Taia nie miała wstępu. Z tego, co znalazła w komputerach, był to hangar, ale jakoś wątpiła, żeby Kir chował przed nią ścigacz czy coś takiego. Teraz gdy chłopak je otwierał, zaglądała mu ciekawie przez ramię.

    Drzwi rozsunęły się i Taia przetarła oczy. Hangar faktycznie służył jako taki, bezpośrednio na luku wyjazdowym stał niewielki, dwuosobowy ścigacz. Reszta pomieszczenia nie miała jednak wiele wspólnego z normalnym hangarem. Każdy fragment ściany zajęty był bronią, stało także sporo stojaków, parę szafek i szklanych gablot zawierających, jak przypuszczała, co cenniejsze egzemplarze.

    - Chcesz uzbroić armię? - Zapytała, przyglądając się ciekawie olbrzymiemu blasterowi. - Do czego toto służy? Zestrzeliwania okrętów z orbity?

    - Nie, ale na różnych przeciwników potrzeba różnych broni. To działko rewolwerowe. Wystrzeliwuje tysiąc pocisków w ciągu sekundy. Idealna broń na co potężniejszych Sithów.

    - To nie jest blaster?

    - Nie, miotacz pocisków. Używanie broni energetycznej na przeciwnika noszącego miecz świetlny nie jest rozsądne. Chyba nie weźmiemy tego ze sobą?

    - Hmm? Nie, raczej nie. - Odpowiedziała zamyślona Taia. Repulsor grawitacyjny, widoczny fragment taśmy zasilającej. Niezwykła broń na niezwykłych przeciwników.

    - Masz jakieś preferencje?

    - Coś małego. - Nie mogła oderwać wzroku od olbrzymiego karabinu.

    - To może sobie wybierzesz?

    - Tak, jasne. - Przeszła między szafkami i zamarła na widok dużego, podświetlonego schowka w ścianie. Miecze świetlne. Dziesiątki mieczy świetlnych. Tak dużej, gigantycznej wręcz, kolekcji nie widziała nigdzie.

    Nawet w Świątyni na Coruscant nie było tylu mieczy, w każdym razie leżących sobie ot tak w gablotach. Każdy Jedi miał swój, ale mimo pewnej dozy indywidualizmu były dość podobne. Rada pozwalała na używanie tylko dwóch rodzajów kryształów i tylko najstarsi i najpotężniejsi Jedi mieli dostęp do innych. No, chyba, że ktoś miał szczęście i natknął się na taki podczas podróży, ale to? Mocy, przecież to prawdziwy skarb. Podeszła do gablotki.

    - Wspaniałe. - Wyszeptała, nie mogąc oderwać wzroku od kolekcji. Kir przez chwilę kontemplował miecze, zastanawiając się, który wybrać. W końcu wybrał miecz wykonany z czarnego metalu, z rękojeścią obwiązaną paskami ze skóry. Intensywnie pomarańczowe ostrze, tu i ówdzie ciemnoczerwonymi plamkami, wypływającymi i po chwili ginącymi wyglądało niczym strumień lawy. Kir zadowolony zgasił broń i przypiął ją do pasa.

    - Żaden frajer nie zaatakuje właściciela miecza świetlnego. - Wyjaśnił ostentacyjne postępowanie, po czym znowu spojrzał na miecze. Po chwili wyciągnął z gablotki jeszcze jedną rękojeść, tym razem srebrną, pokrytą delikatnymi złotymi runami, z uchwytem pokrytym zawiłym wzorem z elektrum. Aktywował miecz i Taia westchnęła zachwycona. Ostrze miało czysto-biały rdzeń, na którym przy każdym ruchu pojawiały się delikatne, tęczowe refleksy. Czytała o takich ostrzach, mających za kryształ perłę smoka Krayt, w archiwum, ale nie sądziła, że kiedyś takie zobaczy. Wiedza o tym, jak oczyścić i przygotować perłę zaginęła setki lat temu wraz w wielkiej czystce Jedi. Ten miecz musiał pamiętać czasy Revana, a może był jeszcze starszy!

    - Proszę. - Kir zdezaktywował miecz i podał dziewczynie. Taia spojrzała na rękojeść z niedowierzaniem.

    - A, aale...

    - Coś nie tak? Wiem, że teraz Jedi używają w zasadzie tylko niebieskich i zielonych ostrzy, ale to świetny miecz. Jak wolisz jakiś inny, to wybierz sobie.

    - Nie, nie, jest piękny, ale... na pewno mogę go wziąć?

    - No przecież ci go daję.

    - Ale dlaczego?

    - Twój zostawiłem w grobowcu, więc niech to będzie rekompensata.

    Taia chwyciła rękojeść i aktywowała ją. Kir odsunął się do tyłu, gdy młoda Jedi przybrała pozycję do ataku, a potem wykonała parę ciosów kata. Miecz wspaniale leżał w jej dłoni, idealnie wyważony, znacznie lepiej niż miecz, który sama wykonała. Zgasiła ostrze i przypięła do paska tuniki.

    - No, to co, idziemy? - Kir zaprosił ją do wyjścia.

    * * *

    Restauracja Corusc wyglądała tak, jak się nazywała: luksusowo. Kir odwiedzał podobne knajpki w całej galaktyce, praca dla bogatych klientów ma swoje zalety, o ile dwie łyżki jedzenia na wielkim talerzu za cenę tygodniowego wyżywienia można nazwać zaletą. W każdym razie znał tego typu przybytki i wiedział, mniej więcej, jak się w nich zachowywać. Taia wyglądała na zaskoczoną, ale nie onieśmieloną. Jej mistrzyni była strażnikiem Jedi i szkoliła ją w tym samym kierunku, dlatego dziewczyna większość życia po zostaniu padawanem spędziła w podróżach i walce o pokój, niż na dyplomacji i związanych z nią przyjemności. Jednak pamiętała takie przybytki z lat dzieciństwa.

    - Skąd na planecie, o której nigdy nie słyszałam taka restauracja.

    - Nie tylko Coruscant czy Korelia mają wielkie restauracje. Orvax jest lokalnym hegemonem i gospodarczą potęgą. Mieszkańcy, a zwłaszcza przylatujący tu klienci doceniają dobrą kuchnię. - Kir pomógł jej usiąść. - Poza tym niektóre interesy najlepiej załatwiać w takich przybytkach. Dyskrecja to drugie imię personelu.

    - Czym tu w zasadzie handlują? Gdyby to było coś ważnego, to przecież znałabym nazwę planety, a tak?

    - Niewolnicy. Orvax IV to galaktyczne centrum handlu niewolnikami.

    - Niewolnikami?! Przylecieliśmy na planetę handlarzy niewolników?

    - No, nie do końca. Mieszkańcy Orvax nie zajmują się handlem. Po prostu jest on tutaj legalny i planeta z chęcią udostępnia handlarzom spoza systemu swoich terenów. Sami Orvaxiańczycy wolą profity z handlu, podatków czy właśnie takich restauracji niż uganianie się po galaktyce za kolejnym niewolnikiem.

    Do stolika podszedł kelner i podał im karty. Oboje zagłębili się w menu i Kir odkrył, że trzeba było wybrać którąś ze znanych mu restauracji: dania w karcie nic mu nie mówiły. Spojrzał na Taię, która zamyślona spoglądała na nazwy potraw.

    - Coś znajomego?

    - Aha. Kuchnia Koreli. - Taia spojrzała na niego. - Nie mów mi, że nie wiesz co do czego? - Chłopak skinął głową i Taia uśmiechnęła się lekko. - Potrzebujesz trochę pomocy.

    - Przydałoby się.

    - Przydałoby się co? - Zapytała, a Kir westchnął. - No, przezwycięż męską dumę.

    - Pomocy, piękna Jedi.

    - Jasne. Zamawiamy? - Zamknęli karty i poczekali na kelnera. Kir z podziwem obserwował, jak Taia zamawia potrawy, to rzucając nazwy, to zdając się na kelnera. Jej nieśmiałość zniknęła jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

    Pierwszy raz od wypadku z Sithem miała kontrolę nad sytuacją i to dodało jej pewności siebie. Kir oparł się wygodnie o fotel i uniósł kieliszek z wodą, starając się ukryć uśmiech. Piękna, pewna siebie dziewczyna podobała mu się znacznie bardziej niż słodkie, wylęknione dziewczątko, jakim była jeszcze parę minut temu.

    - Mam nadzieję, że da się to coś zjeść.

    - Nie martw się, nie wybrałam nic egzotycznego, powinieneś dać sobie radę.

    - O, kobieto małej wiary.

    - Ktoś tu coś mówił na temat kuchni koreliańskiej?

    - Touche, Taio. Touche. Skąd znasz koreliańskie specjały?

    - Pochodzę z Koreli. - Odpowiedziała.

    - I pamiętasz tamtejszą kuchnię? Wykwintną kuchnię?

    - Miałam bogatych rodziców. - Odpowiedziała. - Jedi odkryli mnie, gdy miałam aż pięć lat. Miałam czas nauczyć się obycia i spróbować wielkomiejskiego życia.

    - Pięć lat? Nie byłaś za stara na trening?

    - Widać nie, ale niewiele brakowało, a wylądowałabym w AgriCorpsie. A ty? Jesteś Matukai?

    - Nie, nie jestem Matukai. Nie należę do żadnej organizacji, chociaż jedna z nich wyszkoliła mnie w użyciu Mocy.

    - Jedna?

    - Nie znasz ich. Nikt ich nie zna, poza paroma szczęśliwcami. Bądź pechowcami, zależy jak na to spojrzeć. Są tajemniczy, a je nie jestem upoważniony, żeby zdradzać ich sekrety. - Odpowiedział na niezadane pytanie.

    - Nigdy nie zastanawiałeś się nad przyłączeniem się do Jedi?

    - Do Jedi? - Kir spojrzał na nią zdziwiony. - Żartujesz?

    - Nie. Byłbyś świetnym Jedi. Masz w sobie tyle współczucia, troski o innych...

    - Zwłaszcza ich sakiewki. - Dokończył łowca. - Jestem łowcą nagród. Niektórzy nazywają mnie nawet zabójcą. Mam swoje zasady, ale to nie zmienia faktu, że działam raczej na obrzeżach prawa. Żaden ze mnie Jedi ani kandydat na Jedi.

    - Więc dlaczego jesteś taki, jaki jesteś? Jeżeli faktycznie zarabiasz, polując na ludzi, dlaczego mi pomogłeś? Mogłeś zabrać nasz sprzęt i ekwipunek, pewnie zainkasować nawet parę kredytów więcej za nasze głowy. Czemu mi pomogłeś?

    - Dobre pytanie, Taio Starr. - Chłopak się zamyślił. - Prawdę mówiąc, - zaczął powoli, - sam nie wiem, dlaczego Ci pomogłem. Może po prostu miałem lepszy dzień. Może było mi żal takiej pięknej dziewczyny. A może... - zawahał się.

    - Może? - Podpowiedziała Taia.

    - Może miałem po prostu dość samotności. - Dokończył powoli i ze smutkiem w głosie.

    - Samotności? Jesteś bogaty, masz mnóstwo kontaktów. Jak możesz być samotny?

    - A jednak mogę. Sam i daleko od domu... - Dojmujący smutek w głosie Kir sprawił, że Taia mimowolnie wyciągnęła rękę, dotykając jego dłoni. Kir spojrzał na nią i uśmiechnął się, odganiając smutek. - Ech, historia na inną okazję, piękna pani. Pozwól, że opowiem Ci o...

    Reszta kolacji upłynęła im na opowiadaniu sobie historyjek z ?czasów młodości?, jak je określał Kir. Opowiadał jej o swoich podróżach, napotkanych dziwnych rasach, o zwyczajach planety, z której pochodził. Taia odwdzięczała się, opowiadając o treningu Jedi, swoich wyprawach z mistrzynią i przygodach, jakie podczas nich przeżywała.

    Gdy wyszli z restauracji, Taia pewnie oparła się na ramieniu chłopaka.

    - Było wspaniale. Dziękuję.

    - Mogę liczyć na całuska w podzięce?

    - Liczyć możesz. - Taia roześmiała się swobodnie. - Gdzie teraz?

    - Teraz popsuje ci humor. Pojedziemy na targ?

    - Targ? Po co?

    - Chciałem iść sam, ale wpadłem na pewien pomysł i chciałbym odlecieć jak najszybciej.

    - O, chcesz się mnie pozbyć?

    - Skąd. Powiedziałbym, że wprost przeciwnie. - Otworzył drzwi do ślizgacza. - Umyśliłem, że kupię sobie mieszkanie na Coruscant.

    - Mieszkanie?

    - Aha. Duży apartament. Żony co prawda prędko do niego nie wprowadzę, ale zadbam o buduar dla niej i pokój dla dzieci.

    - Żona! Dzieci! No popatrz. Żaliłeś się, że jesteś taki samotny, a tu masz kandydatkę na żonę i matkę?

    - Ano mam. Śliczną blond dziewczynę. - Uśmiechnął się Kir. Taia zarumieniła się.

    - Wiesz dobrze, że... - odpowiedziała zmienionym głosem. Kir przerwał jej.

    - Wiem. Jesteś Jedi, a Jedi nie wiążą się emocjonalnie, nie wychodzą za mąż i nie mają dzieci. Podejrzewam, że Nomi Sunrider czy Bastila Shan by się z tobą nie zgodziły, ale wiem też, że nie jesteś nimi. I że nie możesz mi zaoferować nic poza przyjaźnią. - Taia skinęła głową. - Co nie znaczy, nie mogę, i nie będę, walczył o coś więcej. - Jedi nic nie odpowiedziała i Kir zastanawiał się, czy nie powiedział zbyt dużo. Do końca nie wiedział, dlaczego powiedział to, co powiedział. Szczególnie teraz. Lubił Taię, czuł się za nią odpowiedzialny, ale nie aż tak. Więc co ? głupia, szczenięca przekora? Chciał zobaczyć, jak zareaguje? Kiedyś ta przekora odwróci się i dziabnie mnie w tyłek, pomyślał.

    - Co chcesz kupić? - Odezwała się w końcu Taia.

    - Niewolnicę. - Kir postanowił zatrzeć wrażenie spowodowane jego wyznaniem. - Jakąś ładną Twi'lekiankę albo może Togrutankę, która dotrzyma mi towarzystwa, gdy moja ukochana, ? zaklął w duchu na swój niewyparzony język, - mnie porzuci.

    - Niezbyt cenisz ukochaną, skoro chcesz ją wymienić na niewolnicę.

    - Nie jestem typem faceta wzdychającego do portretu. - Odgryzł się chłopak. - Zresztą, przyda mi się ktoś, kto zadba o mój dom, gdy będę się włóczył po galaktyce.

    - To się nazywa stałość w uczuciach.

    - Słabości, imię twe kobieta! - Kir otworzył drzwi. - Jesteśmy. Byłaś kiedyś na targu niewolników?

    - Nie i miałam nadzieję, że nie będę.

    - Jedi walczą z niewolnictwem, chociaż specjalnie się do tej walki nie przykładają. Wolą toczyć religijne wojny z Sithami, niż pomagać zwykłym ludziom. Wizyta tutaj Ci się przyda. Może przekonasz się, że Sithowie wcale nie są najgorszym złem tego świata. - Kir przeprowadził ją przez potężną bramę i poprowadził kamiennymi schodami w dół, na wypełniony ludźmi i pojazdami rynek. Taia mimowolnie przysunęła się do swojego opiekuna.

    Część transakcji odbywała się w niewielkich, luksusowo urządzonych boksach, gdzie sprzedający i kupujący mogli się raczyć napojami, targując się i oceniając niewolników. Ci biedniejsi i niemogący sobie pozwolić na luksusowych niewolników handlowali na bazarach, gdzie kobiety i mężczyźni wszystkich znanych jej ras stali półnadzy, oceniani krytycznym okiem przez kupujących którzy głośno targowali się o każdego z nich. Gdzieś z boku ładowano do transportera większe ilości niewolników, kupionych hurtowo, pewnie do jakiejś fabryki, kopalni albo plantacji.

    - Straszne to. - Wyszeptała Taia. - Jak można handlować myślącymi istotami?

    - Jak widać, można. - Kir już dawno zobojętniał na takie widoki. Poza Republiką można je było oglądać aż za często, a nawet w samej Republice, ba, na Coruscant, można było spotkać niewolników i handlarzy nimi. Pod pewnymi względami Jedi byli takimi samymi handlarzami niewolników jak ci tutaj. Handlarzami i niewolnikami w jednym.

    Oprowadził milczącą dziewczynę po rynku, pokazując jej dokładnie każdy zakątek. Luksusowe boksy, rynki, gdzie sprzedawano pracowników, normalny targ, gdzie można było kupić niewolników średniej klasy. Odwiedzili fragment rynku, gdzie sprzedawano niewolników wyszkolonych do świadczenia usług seksualnych, jak i rynek ?dziwactw?, gdzie handlowano nietypowymi rasami. Najczęściej zresztą kupowano je nie dla samych istot, ale dla ich organów, skóry czy włosów ? z tych, czy innych względów wystarczająco cennych, by opłacało się ich kupić.

    - Naprawdę masz zamiar kupić inteligentną istotę?

    - Mam. O... - Kir oderwał się od Tai i podszedł do niewielkiej areny, na której stała grupka Twi'leków, tak kobiet, jak i mężczyzn.

    Zainteresowało go to, bo rzadko mieszało się obie płcie na targowisku, chyba, że chodziło o istoty zbyt stare, zużyte bądź po prostu brzydkie, by mogły przydać się do czegoś innego, niż praca w kopalni czy jakiejś przemysłowej fermie. Ci jednak nie wyglądali na takich. Mężczyźni byli silni i rośli i o ile Kir mógł ocenić, całkiem przystojni. Podobnie kobiety, chociaż w grupce nie brakowało i dzieci.

    - Jeszcze nie posegregowane, pani. - Handlarz, ponuro wyglądający Aqualish podszedł do niego. Chłopak skinął głową.

    - Świeży łów? - zaburczał w aqualishańskim.

    - Tak, panie.

    - Świetnie. - Skinął głową w stronę młodziutkiej, złotoskórej Twi'lekianki, ubranej w strzępy jakiejś drogiej szaty. - Też świeża?

    - Nie, panie. Jakiś sługus zrobił jej bachora, to ją sprzedali. - Aqualish machnął ręką. - Dzieciaki są sporo warte, szczególnie takie bardziej dzikie, więc ją kupiłem. Urodziła, odchowała małą, czas je obie sprzedać.

    - Używana.

    - Ale tylko tysiąc kredytów.

    - Uu... - Kir spojrzał na dziewczynę. - To musieli sobie na niej i twoi sługusi poużywać. Ta jej mała, ładna?

    - Piękny dzieciak. Poczekać parę lat i będzie można sprzedać z niezłym zyskiem. Ot, chowa się za mamusią. - Zarechotał handlarz. Kir uśmiechnął się lekko.

    - Pięćset za matkę.

    - Tysiąc to i tak niska cena, włożyłem w nią sporo pieniędzy, ładna jest, młoda, spokojnie popracuje, nawet przy rurze.

    - Czterysta.

    - Krew mi wysysasz, człowieku, ale niech będzie moja strata. Dziewięćset.

    - Twoja strata? Za dziewczynę, którą przeleciało pewnie pół galaktyki więcej niż pięćset pięćdziesiąt nie dam.

    - No co też pan. Przecież kształcona jest, może trochę obdarta, ale założy pan ładne ciuszki i choćby na przyjęciu u bogaczy na Koreli się z taką pokazać można. Osiemset.

    - Sześćset za matkę i pogadamy o jej córce.

    - Kupisz matkę i córkę?

    - Powiedzmy, że jak uratuję córeczkę mamusi z łap wrednego Aqualisha, to będzie lojalna do śmierci. A ktoś taki mi się przyda. - Handlarz zaśmiał się basem i uderzył po udach.

    - Sześćset za matkę i ratuje pan córeczkę!

    - Sześćset. I cztery tysiące za dziewczynkę.

    - Za taki skarb! Przecież to inwestycja na lata! Zwróci się z wielkimi procentami, taka miła i śliczna. A jej córki, jakie będą piękne. Niżej dziesięciu tysięcy nie sprzedam... - Kir targował się z handlarzem przez dłuższy czas, aż w końcu stanęło na ośmiu tysiącach za córkę i matkę.

    Droga powrotna na okręt była długa i milcząca. Zalękniona Twi'lekianka siedziała skulona jak przy oknie, starając się niczego nie dotykać. Kir z kamienną twarzą spoglądał to na nią, to na Taię, która siedziała po przeciwległej stronie limuzyny z obrażoną miną.

    Nie mogła zapomnieć sceny, jaka rozegrała się po tym, jak handlarz wyciągnął ją z grupy i kazał swoim pomagierom przytrzymać dziewczynkę. Przeraźliwy krzyk dziecka, oderwanego, pewnie pierwszy raz w życiu od matki nadal wibrował w uszach Jedi. Malutka, złotoskóra Twi'lekianka wyrywająca się potężnym pomocnikom Aqualisha, ich twarze, wykrzywione w sadystycznym uśmiechu. I wypełnione łzami, pełne smutku i rezygnacji oczy dziewczyny, którą kupił Kir. Miała nadzieję, że lot na Coruscant nie potrwa długo i że będzie mogła opuścić przeklęty okręt i towarzystwo łowcy nagród. Myślała, że był inny, normalny, ludzki, a okazało się, że jest takim samym draniem, jak wszyscy dookoła na tych przeklętych Odległych Rubieżach. Gdy tylko dotarli na okręt, poszła do swojej kajuty ze szczerym postanowieniem, że wyjdzie dopiero, jak dolecą. Co stanie się z Kirem i jego kochanką ? to jej nie obchodziło.

    - Jak chcesz być sama, to zamykaj drzwi. - Odwróciła się do niego plecami, ale niezrażony chłopak ciągnął dalej. - Boczysz się na mnie, bo kupiłem tę dziewczynę? Zastanowiłaś się, dlaczego wybrałem akurat ją? Takie jak ona nie są wysoko cenione.

    - Jeszcze mi powiesz, że kupując ją, wyświadczyłeś jej przysługę?

    - Wyświadczyłem. Jest młoda, ale ma dziecko, przez co traci na wartości. Bo Twi'lekianki kupuje się tylko do jednego celu. A ta na dodatek była dodatkowo... używana ? Kir postanowił nie owijać w bawełnę, - przez wszystkich w okolicy. To, że przeżyła tak długo, zawdzięcza tylko temu, że ktoś musiał wychować jej córkę. A ona do tego nadawała się najlepiej.

    - To musieli ich rozdzielać? Ty musiałeś!

    - Za młodą, ładną dziewczynkę można by kupić mały statek kosmiczny. Za jej matkę nie kupiłoby się farby do pomalowania Hawka. Mogłem rzecz jasna zagrać samarytanina i nie kupić jej, nie rozdzielać z córką, jak to poetycko nazwałaś.

    - Powinieneś! Jaki normalny człowiek kupuje sobie inteligentną istotę!?

    - Mogłem jej nie kupić. Może byłaby mi wdzięczna, na początku. - Kir kontynuował, nie zwracając uwagi na Taię. - Ale w końcu i tak by ich rozdzielili. I gdyby dziewczyna miała szczęście, to trafiłaby do jakiegoś burdelu dla żołnierzy, gdzie robiłaby za dzbanek na spermę, - Jedi odwróciła się gwałtownie. - Póki nie złapałaby jakiegoś syfa i nie wyrzucono by jej na bruk, bo nie opłacałoby się jej leczyć. A później to już tylko kariera ulicznej ladacznicy, sprzedającej się każdemu, kto da jej na kromkę chleba i w końcu śmierć w rynsztoku.

    To, co mówił, było tak prawdziwe, jak prawdziwe były slumsy na Nar Shaddaa. Nie raz i nie dwa widywał młode kobiety, wyglądające jak staruszki, pokryte wrzodami i umierające powolną, okrutną śmiercią w wąskich, zapyziałych uliczkach, głęboko pod miastem, gdzie nikogo nie obchodził ich los.

    - Jak miałaby szczęście. - Kontynuował. - Bo jak nie to trafiłaby nie do wojskowego burdelu, tylko jako zabawka dla górników błyszczostymu, albo wręcz jako dawca narządów czy po prostu na ubój. Jest w galaktyce parę ras, które lubią mięso Twi'leków. I nie tylko. Kupując ją, dałem jej szansę na normalną, jak na niewolnicę, przyszłość. Na życie w normalnych warunkach. - Chłopak wstał. - Lot na Coruscant potrwa jakiś tydzień. Startujemy jutro z samego rana, bo mam tu jeszcze coś do załatwienia. Miłych rozmyślań, czarno-biała Jedi.

    Gdy drzwi zamknęły się za nim, Kir uśmiechnął się lekko. Lekcja numer dwa skończona. Może jego piękna towarzyszka zrozumie teraz, że świat wcale nie jest taki czarno-biały, jak się jej wydaje. I że każda akcja, czy też jej brak, ma jakieś tam konsekwencje. Często niedostrzegalne na pierwszy rzut oka. Wszedł do mesy i podszedł do siedzącej przy stole kobiety.

    - Jak się nazywasz?

    - Sinya Trall.

    - Cóż, Sinyo. Na Hawku są tylko dwie kwatery i obie zajęte, więc będę cię musiał ulokować tutaj. - Wskazał na miękkie sofy. - Może nie będzie zbyt wygodnie, ale przez te parę dni się przemęczysz. Potem zobaczymy, co z tobą dalej zrobić.

    - Jak sobie życzysz, panie.

    - No, to dobrze. - Kir skinął głową. - Kambuz, kuchnia, jest tam. Łazienka po drugiej stronie. Korzystaj z jednego i drugiego do woli. Ubranie... kurcze. Nie mam niestety kobiecych ciuszków, ale jutro coś ci znajdę w swoich rzeczach. Pytania?

    - Nie, panie.

    - Świetnie. Miłej nocy. - Kir upewnił się jeszcze, czy statek jest dobrze zamknięty i poszedł do siebie.

    W środku nocy obudził go głośny płacz. Przez drzwi był ledwo słyszalny, ale chłopak nie był przyzwyczajony do takiego ruchu na okręcie i każdy szelest wyrywał go ze snu. Usiadł na łóżku i przez chwilę przysłuchiwał się odgłosom dochodzącym z mesy, po czym wstał.

    - Jak na razie idzie nieźle. - Zamruczał, wchodząc do mesy. Na sofie siedziała skulona dziewczyna, obejmując kolana ramionami i przeraźliwie płacząc. Kir omal sam sobie nie dał w gębę na ten widok. Sam doprowadził dziewczynę do tego stanu i w zasadzie było to częścią jego planu. Jednak wiedzieć co się stanie, a widzieć płaczącą kobietę, to zupełnie dwie różne sprawy. Usiadł obok niej i przytulił.

    - Co się dzieje? - Dziewczyna zesztywniała i zaczęła przecierać oczy.

    - Nic, panie.

    - Ładne nic. Co się dzieje? - Zapytał ponownie.

    - Nic, panie. - Łowca przesunął delikatnie palcami po jej lekku. Wiedział, że w tym stanie dziewczyna nie będzie odczuwać nic nadzwyczajnego, ale w ten sposób sygnalizował, kto tu jest panem sytuacji.

    - Trzeci raz nie zapytam. - Sinya opuściła głowę.

    - Tęsknię za córeczką, panie. Chciałabym wiedzieć, co się z nią stanie.

    - Pewnie to samo, co z tobą. Ktoś ją kupi. Jest mała i bardzo ładna, więc powinna mieć w miarę przyjemne dzieciństwo. - Wzruszył ramionami. - Jak na niewolnicę, rzecz jasna.

    - Wiem, panie, mimo wszystko tęsknię za nią.

    - Nigdy was wcześniej nie rozdzielali?

    - Nie, panie.

    - Choć do mnie. - Kir wstał i wyciągnął rękę. Czas na kolejny akt tego dramatu. Dziewczyna posłusznie ją ujęła i pozwoliła zaprowadzić się do kajuty łowcy. Gdy weszli, bezrefleksyjnie, automatycznymi ruchami ściągnęła z siebie resztki ubrania i podeszła do swojego pana. Ten tylko pokiwał głową i wszedł do łóżka. - Kładziesz się?

    Gdy dziewczyna położyła się obok, zgasił światło. Twi'lekianka, pamiętając swoją ?pracę? dla pomocników Aqualisha sięgnęła ręką pod kołdrę, ale Kir odepchnął jej rękę. Objął ją tylko i przytulił mocno.

    - Po prostu nie chcę, żebyś była sama, - Mruknął do niej. - Śpij, Sinyo Trall.

    Następnego ranka wysupłał się z ramion dziewczyny i wyszedł do centrali łączności. Rzucił jeszcze okiem na skuloną pod kołdrą dziewczynę. Pamiętał długą noc i cicho łkającą Twi'lekiankę. W końcu zasnęła, a Kir miał nadzieję, że kolejna noc będzie dla niej znacznie szczęśliwsza. Nadał wiadomość dla handlarza i poszedł do kuchni przygotować jajecznicę na śniadanie. Gdy wychodził, natknął się na Taię, czerwoną jak piwonia i mruczącą coś wściekle pod nosem. Na pytanie, czy nie ma ochoty na śniadanie, kazała mu się nim udławić i zniknęła w swojej kajucie.

    Sytuacja wyjaśniła się, gdy Kir zobaczył nagą Sinyę stojącą przy wejściu do mesy. Taia musiała się na nią nadziać przy wychodzeniu w łazienki i pomyślała sobie nie wiadomo co.

    - Siadaj. - Kir postawił talerze na stole. - Taia raczej nie dotrzyma nam towarzystwa.

    - Przepraszam. - Sinya podeszła do stołu zerkając na jedzenie wygłodniałym wzrokiem. - Ja chciałam wyjaśnić, ale...

    - W porządku. Wyjaśnię to. Jakoś. Siadaj i jedz.

    - Dziękuję, panie. - Twi'lekianka niemal rzuciła się na jedzenie. Kir przyglądał się, jak łapczywie pochłaniała swoją porcję.

    - Spokojnie. Bo ci zaszkodzi.

    - Przepraszam, panie. - Dziewczyna odsunęła talerz. - Nie chciałam.

    - Jedz, tylko spokojnie. Takie łapczywe jedzenie może ci zaszkodzić.

    - Tak, panie.

    - Kiedy jadłaś ostatni raz? - Zapytał nagle. Domyślał się, że dawno, i że wcześniej nie karmiono jej zbyt dobrze. Nawet jak na Twi'lekiankę była zbyt szczupła.

    - Dwa dni temu, panie.

    - Dlaczego wczoraj nic nie zjadłaś?

    - Nic mi pan nie dał, więc...

    - Przecież mówiłem, że możesz korzystać z kuchni i łazienki do woli. Nie mam zamiaru głodzić swoich pracowników. - Uśmiechnął się lekko. - Będziesz miała na coś ochotę, to bierz i się nie pytaj. Nikt ci nic złego nie powie.

    - Tak, panie. Dziękuję.

    - I mów mi Kir. Pan sprawia, że czuje się staro. - Sinya uśmiechnęła się ostrożnie i Kir z aprobatą pokiwał głową. - Jak zjesz, to wskakuj pod prysznic, a ja skombinuję Ci coś do ubrania.

    - Tak, pan... Kir.

    - No.

    Poczekał, aż wyjdzie i zebrał talerze. Jeżeli dobrze obliczył, to handlarz powinien pojawić się za paręnaście minut. Wrzucił naczynia do zmywarki i poszedł poszukać jakiegoś ubrania, które pasowałoby na wychudzoną dziewczynę. W końcu wyciągnął jeansowe spodnie i flanelową koszulę. Bielizny nie znalazł, więc mała będzie musiała obejść się tym, co ma teraz. Zebrał jej rzeczy i bieliznę zaniósł do kambuza, do prania, a resztę wyrzucił.

    Gdy Sinya w końcu pojawiła się, skinął z uznaniem głową. Po porządnym wyszorowaniu się wyglądała zupełnie inaczej. Oczy odzyskały trochę blasku, chociaż nadal pełne był smutku. I strachu.

    - Powinno pasować. - Podał jej ubrania. - Bielizny niestety nie mam, więc będziesz musiała wytrzymać do Coruscant.

    - Tak, Kir. - Wzięła ubranie i zaczęła się przebierać. Lata spędzone jako popychadło i zabawka silnorękich handlarza niewolników sprawiły, że zapomniała, co to wstyd. Kir wiedział, że z czasem sobie przypomni i nie przeszkadzało mu to, ale teraz podziwiał zgrabne, choć zdecydowanie zbyt szczupłe ciało swojej niewolnicy.

    - Zapowiedziany gość. - Odezwał się nagle komputer. - Czy go wpuścić?

    - Otwórz rampę, niech wejdzie i poczeka w korytarzu. Potem zamknij i odpal procedurę przedstartową. Sinya.

    - Tak, panie... Kir?

    -Skończysz się ubierać, to odbierz gościa i przyprowadź go tutaj. Tylko nie zwlekaj, bo za parę minut startujemy.

    - Tak, Kir.

    - Tylko nie pobudź wszystkich, dobrze? - Rzucił jeszcze chłopak i przeszedł do kokpitu. Włączył stery i kazał obliczyć kurs na Coruscant. Potem odpalił silniki i podniósł maszynę w górę. Parę sekund później okręt wystrzelił z atmosfery.

    - MAMUSIU!!!! - Zadowolony z siebie łowca przesunął dźwignie hipernapędu. Następny przystanek ? świątynia Jedi na Coruscant.


    Komentarze, jak to ostatnio bywa, w tym temacie

Viewing 1 post (of 1 total)
  • You must be logged in to reply to this topic.
searchclosebars linkedin facebook pinterest youtube rss twitter instagram facebook-blank rss-blank linkedin-blank pinterest youtube twitter instagram