Forum Fandom Opowiadania Cykle opowiadań dział tymczasowy Sztuka życia - 1 - Spotkanie

Sztuka życia - 1 - Spotkanie

Viewing 1 post (of 1 total)
  • Author
    Posts
  • Zarathos
    Participant
    #4976

    Tagi: Jedi, Sith, Moc, Taia, GW

    Ostrza świetlnych mieczy uderzały o siebie, krzesząc snopy iskier i na krótko oświetlając wnętrze olbrzymiej świątyni. Dwa niebieskie i dwa czerwone ostrza zataczały łuki, w krótkich, szybkich atakach i cofały się w próbie przechwycenia ataku przeciwnika.

    Dla obserwatora walka Jedi musiała wyglądać niczym surrealistyczna scena malowana przez jakiegoś nowoczesnego artystę. Dla walczących była powolnym tańcem, w którym ich naturalne umiejętności były zwielokrotniane przez Moc. Siła, gibkość, szybkość wykraczające poza limity ludzkiego ciała.

    Potęga, jakiej każdy by pragnął, potęga, która miała swoją cenę. Żadne ciało nie jest przystosowane do takich wysiłków. I z pomocą Mocy czy też nie, męczyło się coraz i coraz to szybciej, aż w końcu rezerwy energetyczne wyczerpywały się i wszystko, co pozostawało to Moc utrzymująca mięśnie w działaniu. Jednak użycie Mocy wymagało skupienia, a skupienie męczyło umysł tak samo, jak wysiłek fizyczny męczył ciało.

    - Mistrzyni! - Błąd był kwestią czasu. - Nie!

    Czerwonoskóra, odziana w luźne szaty mistrza Jedi Togrutanka zamarła w pół kroku i z niedowierzaniem spojrzała na swoją pierś, z której wystawało czerwone ostrze. Ostatnią rzeczą, jaką usłyszała, był przeraźliwy krzyk młodej padawan, która teraz musiała sama stawić czoła mrocznemu Jedi. A potem ogarnęła ją ciemność.

    - Zabiję cię. Zabiję! - Padawan skoczyła do walki. Jej ciosy były jeszcze szybsze niż sekundę wcześniej, zadawane bez rozmysłu, bez planu. I przynosiły rezultaty, tak jak czasem przynosi rezultaty atak myszy zapędzonej w róg przez głodnego kota.

    - Tak, moja mała. - Sith parował ciosy rozwścieczonej dziewczyny cofając się powoli. - Tak, poddaj się wściekłości. Pozwól jej kierować twoimi ruchami.

    - Zabiję! - Atak przedarł się przez obronę Sitha rozcinając mu mięśnie lewej ręki. Odrzucił bezużyteczny już miecz i zaatakował drugim.

    - Poddaj się złości, nienawiści. Czułaś jej ból? Ja czułem. Był taki rozkoszny, taki... smaczny.

    - Zabiję!

    - Poddaj się swojej złości. Uderz we mnie, zabij, - kusił. - Zabij i twoja ścieżka ku Ciemnej Stronie zostanie zakończona.

    - Po moim trupie!

    - Jeżeli tak musi być. - Sith nagle wyłączył ostrze swojego miecza, wytrącając dziewczynę z równowagi, a potem włączył je przebijając jej brzuch. Przeraźliwy jęk młodej Jedi tylko powiększył uśmiech na twarzy Sitha.

    Uderzenie Mocy odrzuciło dziewczynę niczym szmacianą lalkę. Sith stanął nad zwiniętym w kłębek ciałem. Trącił jej udo końcówką zapalonego miecza, ale poza mimowolnym skurczem mięśni nie doczekał się żadnej reakcji. Szok i uderzenie w kamienną podłogę pozbawiły dziewczynę przytomności.

    - Szkoda. Byłoby więcej zabawy. - Zachichotał. - Mistrzyni i jej uczennica. Stary grzyb, myślał, że jestem słaby, że jestem niegodny miana Sitha. - Podszedł do ciała mistrzyni i kopnął je w bok. - Stara jędzo. Musiałaś zabić mojego ucznia? Teraz nikt nie będzie świadkiem mojego triumfu. - Kopnął drugi raz. - Chociaż, ? dodał po chwili zastanowienia. - Może to i lepiej.

    Odciął Togrutance głowę i chwytając ją za leku podszedł do dziewczyny. Uniósł miecz nad głową, chcąc zdobyć kolejne trofeum i nagle zatoczył się, uderzony czymś od tyłu. Kaszlnął, usiłując pozbyć się zalewającej płuca krwi. Kto, jak?

    - Młody i głupi. - Usłyszał jeszcze, zanim na zawsze połączył się z Mocą.

    Chłopak mający może siedemnaście lat ostrożnie przeszedł przez salę grobowca z niesmakiem omijając ciała mistrzyni Jedi i sithyjskiego ucznia. Wolałby zarobić na swoją nagrodę w bardziej cywilizowany sposób, na przykład dosypując Sithowi czegoś do jedzenia. - Cóż, jak się nie ma co się lubi. - Mruknął, wyciągając z pochwy na plecach długi miecz.

    Klient chciał mieć głowę na złotej tacy, to ją dostanie. Tacę kupił przed odlotem na misję, to teraz czas na głowę. Miecz zatoczył łuk i uderzył o posadzkę, krzesząc snop iskier. Głowa Sitha przetoczyła się paręnaście centymetrów, sikając krwią. - Cholerne jatki, powinienem zostać rzeźnikiem.

    Zapakował głowę do plecaka i klęknął przy dziewczynie. - Jedi czy nie, trupowi gadżety nie będą potrzebne, a jemu każda szczypta informacji może się przydać. Gdyby kiedyś przyszło mu polować na członka Zakonu. Gdy jego palce zagłębiły się w pozostawionej przez miecz świetlny ranie dziewczyna drgnęła i cicho jęknęła. Mężczyzna cofnął rękę i przez chwilę przyglądał się młodej Jedi. Wahając się przysunął miecz do jej warg i zaklął, gdy pokrył się mgiełką.

    - I co ja mam z tobą zrobić? - Zapytał Jedi mimo, że ta nie mogła odpowiedzieć. Wyczuwając drgnienie Mocy spojrzał w bok. Blado-błękitna postać togrutańskiej mistrzyni przyglądała się swojej uczennicy ze smutkiem, ignorując klęczącego obok mężczyznę. - O cholera, duch.

    Wiedział o istnieniu duchów, istot które umarły, ale ich wola była tak silna, że nie roztopiła się w Mocy. Rozmowy z nimi, dostrzeganie ich było pierwszą lekcją, jaką przyswoił sobie dawno temu w mgławicy Kathol. Wiedział też, że ze względu na swoje pochodzenie, na fakt, że nie był częścią tego świata, częścią Mocy, duchy nie mogły go widzieć. Normalnie. Mnisi z mgławicy pokazali mu jak obejść i ten problem. Kolejna lekcja, kolejne lata.

    Pozwolił swojemu umysłowi wysłać sygnały, które Moc posłusznie zinterpretowała. Nie musiał mieć midichlorianów we krwi, nie musiał być częścią mocy. Jego mózg nadal emitował promieniowanie elektromagnetyczne, które oddziaływało z lokalnym polem EM. Dzięki temu mógł kształtować Moc, w subtelny i wymagający sporej wprawy, ale jednak skuteczny sposób.

    Togrutanka cofnęła się, gdy przy ciele uczennicy pojawiła się znikąd dziwna istota. Widmo przypominające trochę kłąb czarnego dymu, z którego wynurzały się macki, podobne do węży. Zawsze przynajmniej jeden dotykał podłogi, sprawiając wrażenie, jakby potwór balansował na cieniutkiej nóżce.

    - Udało się? - Usłyszała chrapliwie brzmiące pytanie i cofnęła się o krok. Nie wiedziała kim była widmowa istota, ale wisiała nad jej umierającą uczennicą czekając na jej śmierć. Jakby chciała wchłonąć uwalnianą energię, nakarmić się jej duszą.

    - Nie pozwolę ci jej skrzywdzić. - Warknęła wściekła i skoczyła na potwora. Ciosy nie zrobiły na istocie żadnego wrażenia, a w każdym razie tak się Togrutance wydawało. W rzeczywistości mężczyzna klęczący nad dziewczyną zagryzł wargi czując wściekły atak. Wyciągnął rękę, ?chwytając? ducha za gardło.

    Mistrzyni usiłowała odskoczyć, gdy węże nagle wystrzeliły w jej kierunku. Ich kolorowe ciała oplotły jej gardło i zesztywniały, utrzymując ją z daleka od ciała potwora.

    - Nie jestem wrogiem. - Zapewnił ją chrapliwy głos. - Chcę jej pomóc. Puszczę cię teraz. - Węże wycofały się i zniknęły. - Tylko nie przeszkadzaj.

    Togrutanka spięła się, ale nie zaatakowała. Przyglądała się jak węże dotykają ciała dziewczyny, badając ją wysuniętymi językami i starając się powstrzymać powoli wyciekającą z jej ciała życiową energię.

    - Ona umiera. Daj jej odejść w spokoju. - Poprosiła cicho. Ciało padawan z każdą sekundą traciło coraz więcej energii, było coraz bledsze.

    - Wy, Jedi, błyszczycie w Mocy oślepiającym blaskiem. - Widmo zachrypiało. - Daje wam to siłę, ale oślepia na bardziej subtelne wpływy Mocy. - Węże nagle wgryzły się w ciało młodej padawan. Dziewczynka wyprężyła się na sekundę, po czym opadła bezwładnie na podłogę. Mistrzyni zacisnęła zęby i skoczyła do ataku, ale widmo odepchnęło ją bezceremonialnie. - Głupia Jedi.

    Widmo zniknęło, a mistrzyni podskoczyła do leżącej na podłodze uczennicy. Tęczowe głowy węży, zaciskające szczęki wokół rany powoli rozpływały się, wzmacniając i wzbogacając życiową energię młodej Jedi. Togrutanka uśmiechnęła się ciepło, wyczuwając, że śmierć odeszła.

    - Dziękuję. - Wyszeptała. - Kimkolwiek jesteś, dziękuję.

    Mężczyzna klęczał obok dziewczynki, klnąc swój los. Nienawidził używać Mocy, za każdym razem, gdy to robił nienawidził tego jeszcze bardziej. Moc nie mogła wpływać na niego bezpośrednio, ale to, co robiła przy okazji z polem elektromagnetycznym nie służyło jego nerwom. Poza tym wizje jakie tworzył były podatne na ataki za pomocą Mocy. A mistrzyni była bardzo silna, szczególnie teraz, gdy stała się jednością z mocą. Jak zawsze próba manipulowania mocą i rozmowy z duchami skończyła się torsjami i przeraźliwym bólem głowy.

    Gdy usłyszał podziękowania skrzywił się boleśnie. Przynajmniej doceniła jego wysiłek. Popatrzył na dziewczynkę. Jego działania przyniosły przynajmniej częściowy skutek: rana została zasklepiona, upływ krwi powstrzymany, ale Jedi wciąż balansowała na granicy życia i śmierci. Podniósł się ciężko i chwycił dziewczynę na ręce. Na szczęście do statku nie miał daleko.

    * * *

    Taia Starr otworzyła oczy, starając się zorientować, gdzie jest. Pamiętała swoją walkę z Sithem, śmierć mistrzyni, ponurą, czarną chmurę wściekłości, która zasnuwała jej wzrok, pozwalając zobaczyć tylko wroga. A potem palący wnętrzności ból, szydercze słowa tryumfującego Sitha i ciemność. Ciemność, w której widziała swoją mistrzynię oraz samą siebie, leżącą na kamiennej podłodze. I potwora utkanego z ciemności, pochylającego się nad jej ciałem. Umierała, wiedziała, że umiera. Czuła ból towarzyszący śmierci. Czy tak to wygląda? Oślepiająca jasność nie pozwalająca niczego dojrzeć?

    Tylko dlaczego czuje pod głową poduszkę? Twardą, na dodatek. A może jeszcze nie umarła, może to kamień? Może nadal leży na kamiennej podłodze świątyni, z czarnym potworem wysysającym z niej życie?

    Co tak piszczy?

    Uchyliła ponownie powieki, walcząc z bólem oczu i łzami wywołanymi oślepiającym światłem. Na pewno nie w świątyni, sufit jest za nisko i na dodatek ma zamontowane lampy. Ściana tuż obok była biała, sterylna i z niewielkim panelem komunikacyjnym. Po drugiej stronie łóżka stały szklane szafki, wypełnione butelkami, pojemnikami i dziwną aparaturą, a kątem oka widziała coś, co przypominało monitor medyczny. To on właśnie piszczał.

    A więc żyję, pomyślała. Żyję i jestem w niewoli u Sitha. Po co mnie leczy? Chce wyciągnąć ze mnie jakieś informacje? Torturować? Przecież wie, że jestem padawanem, że nie mam żadnych istotnych informacji. Po co zadaje sobie tyle trudu?

    - Obudziłaś się wreszcie. - Taia spróbowała się unieść, tylko po to, żeby opaść z powrotem na poduszki z jękiem bólu. - Ostrożnie, jeszcze otworzą ci się rany. - Ust dziewczyny dotknęło coś mokrego. Westchnęła z ulgą, gdy wargi wchłonęły tą odrobinę wilgoci z gąbki.

    - Jeszcze. - Wyszeptała. Usłyszała ciche pluśnięcie i po chwili parę kropli wody wpadło jej do ust. Oblizała wyschnięte wargi. - Jeszcze. Proszę?

    - Nie mogę dać ci pić, jeszcze nie. - Cichy głos cierpliwie tłumaczył. - Podłączę ci kroplówkę, nawodni twój organizm, ale na coś normalnego do picia będziesz musiała jeszcze trochę poczekać. - Zobaczyła pochylającą się nad nią sylwetkę, chyba mężczyzny, a potem palce delikatnie manipulujące przy jej ręce. - Prześpij się trochę, to cię wzmocni.

    - Nie chce mi się spać. - Zaprotestowała, ale posłusznie zamknęła oczy. Przed chwilą się przecież obudziła, nie chce jej się spać, nie zaśnie, nie da Sithowi satysfakcji. Nie może być taka słaba. Jest Jedi, Jedi...

    Gdy dziewczyna zamknęła oczy Kir podszedł do monitora medycznego. Technologia medyczna jakiej używał była wyjątkowo egzotyczna, ale mimo wszystko skuteczna.

    Porozcinane jelita, uszkodzona wątroba i żołądek, odcięta jedna nerka. Udało mu się ustabilizować dziewczynę dzięki użyciu Mocy, ale komputery medyczne musiały pociąć ją i pozszywać od nowa. A proces gojenia, nawet przy użyciu technologi Kwa, chociaż nie dłuższy niż przy użyciu normalnej technologii, nie odbywał się w bezpiecznym zbiorniku pełnym leczącej substancji, ale w łóżku gdzie trzeba było dbać o pacjenta, póki energia emitowana przez systemy medyczne nie zregenerowała tkanek.

    Chłopak spojrzał na swoją pacjentkę i na jego twarzy pojawił się czuły uśmiech. Delikatnie odgarnął przepocone włosy z jej czoła, a potem delikatnie przetarł twarz mokrą szmatką. Do końca procedury zostało jeszcze niecałe trzy godziny. Zajął swoje miejsce i przymknął oczy. Trzy godziny i wreszcie będzie mógł się wyspać.

    Ciche bipanie systemu medycznego wyrwało Kira z odrętwienia. Procedura była zakończona, a odczyty informowały o pełnym sukcesie w scalaniu i regenerowaniu tkanek. System zalecał unikanie ruchu przez co najmniej czterdzieści osiem godzin, wyrzucił także informacje na temat diety. Chłopak włączył monitorowanie stanu zdrowia dziewczyny oraz podłączył alarm do budzika w swojej kwaterze. Kazał się jeszcze poinformować jak tylko dziewczyna zacznie się budzić po czym sztywnym krokiem poszedł do swojej kwatery.

    Spać. Dwadzieścia dwie godziny w centrum medycznym, a wcześniej ponad sześćdziesiąt godzin polowania, bez snu i jedzenia, tylko na stimach i pastylkach energetyzujących wyczerpały go, fizycznie i psychicznie. Spać, tylko o tym mógł teraz myśleć.

    * * *

    Jedi stłumiła westchnienie. Więc jednak to nie były majaki, naprawdę była w jakimś szpitalu, nie wiadomo gdzie i nie wiadomo w czyich rękach. Najpewniej sithyjskich, chociaż nie rozumiała dlaczego mroczni Jedi mieliby się tak nią opiekować. Oblizała zeschnięte wargi. Pamiętała mokrą gąbkę i te parę kropel, którymi uraczył ją opiekun. Może dostanie więcej? Przecież nie zamorzą jej głodem i pragnieniem? Nie wyczuwała obecności nikogo w pomieszczeniu, ale pamiętała, że Sith na którego polowała razem z mistrzynią, także potrafił dobrze się maskować.

    - Pić? - Wyszeptała. Ku swojej uldze usłyszała, jak ktoś się rusza obok łóżka, a po chwili poczuła przytkniętą do warg słomkę. Do ust wpadło jej parę kropel i dziewczyna westchnęła. - Jeszcze? - Ze słomki popłynął cieniutki, ożywczy strumyk wody, który momentalnie wsiąkał w zeschnięte podniebienie i wargi. Zwykła woda, ale dla Tai lepsza niż najwspanialsze koreliańskie wino.

    Otworzyła oczy i zobaczyła pochylonego nad nią młodego człowieka. Pielęgniarz? Opiekun? Nadzorca? Zresztą nie obchodziło jej to aż tak bardzo. Liczyło się tylko to, że żyła i że tajemniczy młodzieniec dał jej wody.

    - Co się stało? - Spróbowała mówić głośniej, ale z zaschniętego gardła wydobył się tylko szept.

    - Pamiętasz walkę? - Skinęła głową. - Udało mi się opanować krwotok i ustabilizować cię na tyle, że mogłem cię przenieść na swój okręt i podłączyć do doktorka.

    - Jak długo?

    - Prawie dwie doby. - Dwa dni? Nic dziwnego, że była taka słaba i rozbita. Zmarszczyła nos. I co tu na miłość Mocy tak śmierdzi?

    - Nie da się ukryć, że ty. - Jej opiekun zachichotał cicho, odgadując jej myśli.

    - Ja?

    - Ludzkie ciało w wypadku takich ran jak twoje traci kontrolę nad... niektórymi mięśniami. Ale nie martw się. Doktorek mówi, że można cię bezpiecznie podnieść, więc zaraz zabierzemy się za doprowadzenie cię do używalności.

    Taia starał się zrozumieć co miał na myśli mówiąc, że ciało traci kontrolę nad niektórymi mięśniami. I co mięśnie mają wspólnego z tym smrodkiem? Chłopak wyszedł na parę chwil, a wrócił z miską w ręku i ręcznikami przewieszonymi przez ramię.

    - Co chcesz zrobić? - Zapytała, już trochę normalniejszym głosem.

    - Umyć cię, moja panno. - Chłopiec uśmiechnął się do niej.

    - Co?

    - Umyć cię. - Chłopak postawił miskę na półeczce obok łóżka i zanim zdążyła zaprotestować, zrzucił z niej cienki koc. Dziewczyna szarpnęła się, próbując zasłonić się i podnieść do góry, ale paroksyzm bólu powalił ją z powrotem.

    - Nie tak gwałtownie. ? Zdjął z ramienia niewielki, wąski ręcznik i zasłonił jej biodra. Taia zaczerwieniła się, ale nic nie powiedziała. Była w niewoli, więc co mogła zrobić? Jakby protestowała, to mogło być gorzej. Przynajmniej był na tyle wrażliwy, że zasłonił ją tam gdzie trzeba. Spięła się, gdy poczuła, jak jej opiekun zaczął delikatnie zwilżać jej skórę gąbką.

    Kir starał się zachować kamienną twarz, widząc, jak jego młoda podopieczna spiekła raka, a potem napięła się, jakby oczekiwała, że się na nią rzuci i zacznie gwałcić. Delikatnie przeciągał gąbką zamoczoną w wodzie z mydłem po skórze dziewczyny, ścierając brud, pot i krew. Nie raz znajdował się po drugiej stronie gąbki i pamiętał, jak upokarzające jest uczucie bezbronności, towarzyszące takiemu myciu. Ale wiedział też, że po wszystkim, jak tylko zwalczy wstyd i upokorzenie będzie mu wdzięczna.

    Umycie tułowia dziewczyny zajęło mu ładną godzinę, szczególnie, że musiał ją unieść i potem przytrzymywać, żeby móc umyć plecy. Najgorsze za to było przed nim. Bał się trochę reakcji młodej Jedi, gdy będzie chciał jej umyć co wstydliwsze części ciała. Ale nie miał wyboru, szczególnie, że to akurat one były najbardziej zabrudzone.

    Taia zacisnęła mocno powieki, gdy poczuła, jak chłopak ściąg osłaniający ją ręcznik, a potem delikatnie rozsuwa jej nogi. Zacisnęła pięści i starała się uspokoić, wprowadzić w trans, ale każde pociągnięcie gąbką paliło niczym uderzenie biczem. Bezwolnie dawała sobą operować, przewracać z boku na bok. W końcu chłopak wytarł ją i ponownie przykrył ręcznikiem.

    - Gotowe. Przepraszam, ale to naprawdę było konieczne. - Usłyszała i otworzyła oczy. Nie była pewna, bo nie czuła chłopca w mocy, ale wydawało jej się, że słyszała w jego głosie szczery żal. - Doktorek mówi, że można cię stąd zabrać. Przygotowałem dla ciebie kajutę, druga i ostatnią na tej krypie.

    Dziewczyna skinęła głową i spróbowała się powoli unieść, zaciskając z bólu zęby.

    - Hej, hej, hej. Ostrożnie. Jeszcze ładnych parę godzin minie, zanim będziesz mogła samodzielnie się poruszać. - Uśmiechnął się ciepło. - Zaniosę cię, księżniczko.

    Zanim zdążyła zaprotestować pochylił się nad nią i wziął na ręce. Jęknęła cicho, ale nie protestowała. Młodzieniec zaniósł ją do niewielkiej kajuty i położył na łóżku. Taia zdziwiona rozglądała się dookoła. Rozkład kajuty był niemal standardowy dla niewielkich frachtowców, jakich Jedi używali do dłuższych podróży. Ale mimo to czuło się kobiecą rękę w urządzeniu kajuty. Kolor ścian, śliczne, drewniane meble zamiast standardowych metalowych szafek, piękna toaletka, krajobraz na ścianie no i sama pościel krzycząca wręcz, że jej właścicielką jest kobieta.

    - Kwaterę urządziła pewna młoda dama, dawno, dawno temu. - Wyjaśnił chłopak, widząc jej spojrzenie. - Dostałem wyposażenie razem z okrętem i zamontowałem teraz z powrotem. Zostawię cię na parę minut samą, muszę przygotować coś do jedzenia, dla ciebie i dla siebie, bo od prawie tygodnia jadę na konserwach i stimach. Nad głową masz książki, jak chcesz coś poczytać.

    - Dziękuję, ale spróbuję sobie trochę pomóc.

    - Na twoim miejscu darowałbym sobie używanie Mocy. - Taia spojrzała na niego zdziwiona i trochę przestraszona. - Moc jest jak chemia Pozwala Ci dokonywać rzeczy niemożliwych, ale jeżeli będziesz jej używać zbyt często, nie dość, że się uzależnisz, to jeszcze osłabisz swój organizm. Zaufaj swojemu ciału. Ono najlepiej wie, co jest dla niego dobre.

    - Mówisz, jak jakiś mistrz.

    - Może nim jestem. - Odpowiedział tajemniczym głosem i wyszedł z kwatery. Taia zamknęła oczy, ale dziwne słowa chłopaka nie pozwalały się jej skoncentrować. "Moc jest jak chemia. Pomaga, ale zbyt często używana uzależnia". W końcu otworzyła oczy i sięgnęła po książkę. I tak była tu uwięziona. Równie dobrze mogła poczekać, konserwując siły na próbę ucieczki.


    Komentarze mile widziane.

    Wg nowych zasad znęcanie się proszę praktykować w tym temacie. Osobnego nie będzie.

Viewing 1 post (of 1 total)
  • You must be logged in to reply to this topic.
searchclosebars linkedin facebook pinterest youtube rss twitter instagram facebook-blank rss-blank linkedin-blank pinterest youtube twitter instagram