Forum Trek.pl Newsy Star Trek Subiektywna recenzja Star Trek XI

Subiektywna recenzja Star Trek XI

Viewing 1 post (of 1 total)
  • Author
    Posts
  • Eviva
    Participant
    #4608

    Trudno opisać w paru słowach wrażenia zakamieniałego fana TOSu po obejrzeniu filmu Abramsa. Chyba podobne odczucia miałby dobry chrześcijanin, zmuszony do przyglądania się czarnej mszy. To wrażenie potęguje fakt, że aktorzy wyjątkowo dobrze odegrali swe role, odmiennie niż we współczesnych dokrętkach "Gwiezdnych wojen", gdzie oszałamiający natłok efektów specjalnych usiłował przesłonić beznadziejną grę sztucznych do mdłości aktorów. Tu tego nie było. Być może najsłabiej wypadła Zoe Saldana w roli Uhury - była nieco bezbarwna i nieprzekonująca. Pozytywnie natomiast zaskakują inni aktorzy, nawet ci, którzy w niczym nie przypominają oryginałów, jeśli chodzi o wygląd fizyczny.

    UWAGA! Dalsza cześć recenzji zawiera liczne spoilery! Jeśli mimo to chcesz czytać dalej, wciśnij "Więcej".

    [more]Chris Pine jako Kirk ukazuje przejście od rozbrykanego, trochę bezmyślnego nastolatka do najmłodszego w historii Floty kapitana statku - owszem, obdarzonego pewną dozą szaleństwa i lekkomyślności, ale odważnego, umiejącego szybko kojarzyć fakty i gotowego do poświęcenia swego życia gdy zajdzie taka potrzeba. W imię współpracy zapomina o urazach, w imię pokoju gotów jest ratować śmiertelnego wroga od zguby. To wszystko ukazane jest w sposób naturalny, bez przesady - stając się bohaterem Kirk pozostaje jednocześnie tym samym wyrywnym, pełnym humoru młodzieńcem, jakim był na początku filmu, ma się jedynie wrażenie, że obecnie doszły do głosu jego lepsze cechy.

    Zachary Quinto jako Spock jest mniej powściągliwy od chłodnego Nimoya, co widać w wielu scenach. Przekonuje widzów o tym, że gdyby nie wolkańskie wychowanie, Spock byłby potworem - nie ma żadnych oporów w zesłaniu niepokornego członka załogi na zamarzniętą Delta Vega, gdzie ów może zginąć, choć mógł go po prostu zamknąć w brygu, potem za parę słów katuje go nieomal na śmierć. Jest z natury agresywny, a jako silniejszy od człowieka stanowiłby poważne zagrożenie, gdyby nie narzucona mu już w dzieciństwie dyscyplina. O ile Spock Nimoya jest postacią przede wszystkim tragiczną - widz współczuje mu głęboko z powodu okaleczenia psychicznego, na jakie wygląda wolkańska kontrola emocji - o tyle Spock, którego ukazuje nam Quinto jasno daje do zrozumienia, co staje się z wolkańską psychiką, która nie jest odpowiednio ujęta w karby.

    Zdecydowanie najbliższy oryginałowi jest Karl Urban jako McCoy. Ma w sobie to samo ciepło i autoironiczny humor co DeForest Kelley, a także pewne fizyczne podobieństwo, co sprawia, że w nowym filmie, obok Chekova, jest moim niezaprzeczalnym faworytem.

    Anton Yelchin jak Chekov, choć niepodobny w żadnym stopniu do Waltera Koeniga, stanowi istna perełkę. Aż szkoda, że jest go w tym filmie tak mało. Jego akcent i sposób mówienia mogą rozbawić do łez, bezpretensjonalna gra powoduje, że akceptuje się go bez żadnego wysiłku. Wzbudza sympatię od pierwszej chwili.

    O Sulu, którego inkarnuje John Cho, niewiele da się powiedzieć. Dobry, sprawny fizycznie azjatycki aktor, jakich wiele. Myślę, ze gdyby grał go od połowy ktoś inny, nie zauważono by różnicy.

    Simon Pegg od początku budził moje wątpliwości, okazało się jednak, ze Scotty w jego wykonaniu jest nie tylko do przyjęcia, ale wręcz bardzo dobry. Zagrał swą rolę błyskotliwie, z energią i humorem, który od razu zmienił me nastawienie. Oto, jak nie należy uprzedzać się do kogoś z góry.

    Jak napisałam wcześniej, najsłabsza okazała się Zoe Saldana jako Uhura. Być może dlatego, że nie ma w sobie tej wrodzonej godności, która zawsze cechowała Nichelle Nichols, a być może z powodu swego stereotypowego wyglądu "laleczki". Patrząc na nią trudno było nazywać ją w myśli Uhurą - krótko mówiąc, nie przekonuje do swej postaci.

    Film rozpoczyna bardzo dobra dramatycznie sekwencja zniszczenia USS Kelvin, bezsprzecznie jest to jedna z lepszych scen w filmie. `Jest ona ważna nie tylko ze względu na narodziny małego Kirka, ale także na to, że bohaterska śmierć jego ojca od razu jasno informuje, że linia czasu już jest zmieniona, że Nero rozpoczął już swą niszczycielską działalność. Pozbawiony opieki ojca James wyrasta na, łagodnie mówiąc, chłopaka z fantazją. Najpierw poznajemy go jako małego chuligana, wyraźnie wyznającego pogląd, że "zasady są dla frajerów", potem dowiadujemy się, że podrósłszy nieco spędzał czas na włóczeniu się bez celu po barach i podrywaniu dziewczyn. Takim też poznaje go kapitan Pike, który namawia go na dołączenie do rekrutów Akademii Gwiezdnej Floty. W Akademii Kirk najwyraźniej pokazuje "lwi pazur", skoro zgodnie ze swą zapowiedzią kończy kurs w trzy lata zamiast czterech, jednak potem popada w kłopoty. Manipulacje przy teście Kobayashi Maru doprowadzają go przed sąd Akademii, który przerwa alarm bojowy. Kadeci muszą wyruszyć do walki, bez względu na to, czy są gotowi, czy jeszcze nie. Wskutek zawieszenia Kirk zostaje pominięty w przydziałach, ale dobry przyjaciel McCoy znajduje sposób, by przemycić go na pokład Enterprise. Tam okazuje się, ze było to szczęśliwe posunięcie - Kirk ostrzega kapitana Pike'a przed wejściem w pułapkę Nero, co daje dowódcy czas na opracowanie strategii. Kirk okazuje się nieoceniony przy akcji włączenia urządzenia blokującego transmisje, jednak jest za późno, by ocalić Vulcan.

    Zniszczenie rodzinnej planety i śmierć matki, której nie zdołał uratować, załamują Spocka. Mimo że jako mianowany przez Pike'a dowódca stara się niczego po sobie nie okazywać, po jego działaniu widać, że nie myśli logicznie. Nie tylko nie rozumie argumentów Kirka, który chce ratować kapitana Pike'a z rąk szalonego Nero, ale wręcz nie chce ich zrozumieć. Gdy doprowadzony do rozpaczy Kirk który dobrze wie, że ma rację, próbuje stawić opór, Spock wydaje rozkaz pozostawienia go na zamarzniętej Delta Vega, gdzie znajduje się posterunek Federacji. Jest to posunięcie okrutne - zdany na własne siły Kirk mógł zginąć przed dotarciem do posterunku i niewątpliwie tak by się stało, gdyby nie pomoc Spocka z przyszłości.

    Dotarłszy do posterunku obaj poznają Montgomerego Scotta, zesłanego za karę do pilnowania tej samotnej placówki. Korzystając ze swej wiedzy stary Spock odsyła ich obu na pokład Enterprise, udzieliwszy uprzednio Kirkowi instrukcji, co ma robić i dlaczego. Zgodnie z nimi Kirk doprowadza Spocka do furii, a ten opanowuje się dopiero wtedy, gdy nieomal zabija oponenta. Zawstydzony i niepewny co do swej przydatności ustępuje ze stanowiska kapitana, które samozwańczo zajmuje Kirk. Wkrótce też obaj, ręka w rękę, podejmują szaleńczą próbę ocalenia kapitana Pike'a i jednocześnie całej Federacji.

    Cały film jest dosłownie przepakowany efektowną akcją. Nie służy to zbyt dobrze znanemu wizerunkowi Treka ani filmowi w ogóle, gdyż nie pozwala na śledzenie czegoś takiego jak relacje między bohaterami i wątki oboczne. Konstrukcja statków jest wyraźnie obliczona na efekt, często nielogiczna - wnętrze statku Nero jest kompletnie nieprzystosowane dla humanoidów, choć był on budowany na Romulusie. Zawieszone w powietrzu ażurowe przęsła stanowią wręcz zagrożenie dla humanoidalnej załogi a nie służą niczemu poza tym, by Kirk miał gdzie walczyć. Sceneria tej walki żywo przypomina walkę Luke'a Skywalkera i Dartha Vadera w "Imperium kontratakuje"(również sceny na Delta Vega są rodem stamtąd). . Przynajmniej można jednak to wyjaśnić potrzebą "chwytu dramatycznego" - obecnej na pokładzie i tworzącej czarne stawy wody w ogóle nie da się niczym usprawiedliwić. Wnętrze nowego Enterprise nie przypomina ani NX, ani Constitution, ani Galaxy, jest czymś zupełnie nowym, do czego dopiero trzeba przywyknąć. Wizualizacja teleportacji jest odmienna od tej znanej z dotychczasowych Treków, doprawdy trudno powiedzieć czemu, gdyż poprzednia była z punktu widzenia logiki dużo bardziej wiarygodna. Oczywiście efekty specjalne są na miarę "Matrixa" nie TOSu, zostały jednak stanowczo przesadzone. Jedno jednak w ten sposób zyskano - kosmos stał się prawdziwy, próżnia naprawdę jest śmiertelnie groźna i naprawdę zabija. Wykorzystano też ciekawy chwyt montażowy: podczas hałaśliwej walki na wszystko, co strzela czasami mamy krótkie ujęcie statku widzianego z zewnątrz i wtedy zapada cisza - w próżni nie słychać dźwięku, istnieje on jedynie we wnętrzu statku. Nie sposób w filmie pokazać taką bitwę bez efektów dźwiękowych, w ten sposób jednak zaakcentowano, że twórcom nieobce są prawa fizyki. Tym bardziej dziwi tak lekkomyślne podejście do czarnych dziur - w filmie tworzy się je na zawołanie, a one niszczą, co mają zniszczyć i w magiczny sposób znikają. Każdy astrofizyk umarłby ze śmiechu. Podobnych śmieszności jest więcej. Główny wątek - zemsty "z wyprzedzeniem" staje się do zaakceptowania jedynie wtedy, gdy przyjmiemy, że Nero oszalał po zniszczeniu jego planety przez supernową. Fakt, ze to nie Federacja ją stworzyła, a bez Spocka tajemnicza "czerwona materia", która mogła ją zniszczyć, w ogóle nie zostałaby zdobyta, aż bije po oczach. Zniszczenie planet Federacji nie ocaliłoby więc Romulusa.

    Na korzyść filmu przemawia lekkość konstrukcji fabuły i spora dawka humoru, choć nie zawsze w najlepszym guście - uwagę Uhury o "bzykaniu zwierząt gospodarskich" naprawdę można było sobie darować, nic nie wnosiła, a powodowała przykry zgrzyt. Również Leonard Nimoy wykonał świetną robotę, czy zresztą kiedyś było inaczej? Wychwalanie tego dzieła pod niebiosa nie świadczy jednak o nim zbyt dobrze - nasuwa podejrzenie, że sympatyczny aktor albo cierpi na starcze rozmiękczenie mózgu, albo wziął grubą kasę za taką reklamę. Nie wiem, co gorsze. Może jednak jednak film mu się naprawdę podobał, a moje słowa podyktowane są zwykłą złośliwością.

    Spotkałam się z zarzutem ( na łamach Przekroju), że nowy film pomija typową dla Treka warstwę moralizatorską. Nie jest to prawda. Mamy tam przesłanie edukacyjne - Kirk, gotowy materiał na lumpa, staje się bohaterem, gdyż w odpowiednim momencie ktoś podał mu dłoń. Tenże Kirk nie wypomina Spockowi paskudnego potraktowania, a łączy z nim siły, by wykonać zadanie, nawet nie okazując urazy. W kulminacyjnym momencie bitwy, gdy okręt Nero spychany jest w czarną dziurę, proponuje mu pomoc uważając, że posłuży to budowaniu lepszych stosunków z Romulusem. Niewiele tego, ale jest.

    Film jako film nie jest zły. Jest ciekawy, potoczysty, trzyma w napięciu, nie pozwala się nudzić. Dwie godziny mijają jak z bicza trzasł. Nie należy więc odsądzać go od czci i wiary. Trzeba też mieć na uwadze to, że ten film to nie jest uzupełnienie dotychczasowego uniwersum, a początek nowego. Nie wiemy, co wydarzy się w następnych filmach (o ile będą). Kanon nie daje nam na to odpowiedzi, bo nie ma tu zastosowania. Jest to usprawiedliwieniem istnienia filmu jako takiego - początek zupełnie nowej przygody, oczywiście dla tych, którym przygoda tego typu odpowiada. A odpowiada, powiedzmy to sobie jasno, ogółowi młodych widzów. Trekkerów przywiązanych do starej formuły nie ma aż tak dużo, by się znacząco liczyli - zresztą wiadomo i tak, że znaczna większość z nich obejrzy nowy film, z prostej ciekawości. I jeszcze po to, by wiedzieć, na co mianowicie narzekają.

    Reasumując: kto oczekuje dobrej rozrywki, przystojnych aktorów i perfekcyjnego dopracowania szczegółów technicznych, na pewno nie będzie rozczarowany. Tak samo ktoś, kto uważa, że "lubię to, jest fajne, ale to tylko film". Ktoś, kto traktuje kanon Treka jak Ewangelię, nie ma natomiast czego tam szukać. Lepiej dla niego, gdy nie obejrzy tego filmu.

    Dyskusję na temat filmu, a także tej recenzji możesz prowadzić tutaj.[/more]

Viewing 1 post (of 1 total)
  • You must be logged in to reply to this topic.
searchclosebars linkedin facebook pinterest youtube rss twitter instagram facebook-blank rss-blank linkedin-blank pinterest youtube twitter instagram