Forum Fandom Sesje RPG, PBF i inne Sesja RPG Stargate Stargate Universe

Stargate Universe

Viewing 1 post (of 1 total)
  • Author
    Posts
  • I. Thorne
    Participant
    #6981

    Gdzieś w bardzo odległej galaktyce

    Kosmos jest czarny, kosmos jest pusty, kosmos nie wydaje dźwieków. Miliony kilometrów sześciennych pustki, w której dryfuje najwyżej kilka cząstek wodoru. Czasami ten gaz gęstnieje, tworzy mgławice, która coraz bardziej sciesnia sie, tworząc kule gazu. Ciśnienie rośnie aż wreszcie wodór jest tak zgnieciony, że zaczyna świecić. I tworzy się cud. Z nicości pojawia się ciepło i swiatło.

    Z czasem tworzą się planety, księżyce i inne obiekty kosmiczne. I dzieki nim kosmos nie jest pusty. Ale i tak w 99,9999999...% jest pusty.

    Gdyby obserwator pojawił się w tej pustce byłby samotny, strasznie samotny. Ale gdzieś na horyzoncie coś zakłóciło pustkę. Błękitny bąbel energii. Tak szybki, że nim ktos zwróciłby na niego uwagę już zniknął po drugiej stronie. Jednak nie był to jakiś fenomen kosmiczny. To było Przeznaczenie.

    Statek Pradawnych wciąż kontynuował lot, zgodnie z programem. Miał ominąć każdy układ, każde wrota, gdyż koło nich czaiło się smiertelne niebezpieczeństwo. Drony, pozostałość jakieś dawno zapomnianej wojny. Stworzone by likwidować każdą zaawansowaną technologię, nawet jeśli posługująca się nią rasa jeszcze nie osiągnęła poziomu kosmicznego. Odkryły Przeznaczenie i od tamtej pory polowały na okręt. Obstawiły wszystkie planety z wrotami aż do końca tej galaktyki.

    Galaktyka Droga Mleczna, planeta Ziemia

    Pułkownik David Telford siedział na obrotowym fotelu i ściskał niebieski kamień komunikacyjny Pradawnych. Najmniejsza wskazówka zegara powoli doganiała dwie większe. Wreszcie wszystkie trzy spotkały się u góry. Żołnierz odruchowo nabrał powietrza, wiedział, że gdy przeniesie się na chwilę na Przeznaczenie i tam spróbuje zaczerpnąć powietrza to zacznie się dusić. Kropla potu pojawiła się na jego czole.

    Wstrzymał oddech na kilkanaście sekund, ale nic się nie wydarzyło. Wciąż widział zegar i uciekająca teraz wskazówkę sekundnika.

    - I co? - zapytał stojący obok generał z przyprószonymi siwizną włosami, otoczony prawie całym tabunem oficerów wysokiego szczebla. - Znów nic?

    - Tak, generale O'Neill. - odparł i odłożył kamień. Gdy wstawał z fotela natychmiast inny wojskowy zajął jego miejsce i złapał kamień.

    - To już trzeci raz, gdy Przeznaczenie nie daje znaku życia. - rzekł O'Neill. - To koniec. Drony dopadły naszych.

    - Nie mozemy miec pewnosci. - zaprotestował stojący obok okularnik. - Eli mówił, że w razie ataku nastąpi powiadomienie.

    - Daniel, czy ten statek jest warty tak wiele, że mamy wysłać 20 osób być może na pewną śmierć? Przecież to stary złom, w porównaniu do naszych nowych krążowników.

    - Tak, na pewno nie pomoże nam w walce z Przymierzem Lucian. Nie wróci na czas. Zresztą czas już minął...

    Jack skinął głową. Miał rację, nawet gdyby Przeznaczenie było w czasie ataku na orbicie Ziemi to nie powstrzymałby samobójczego ataku Przymierza i zniszczeń jaki dokonało. Jednak od tych kilku zniszczonych miast gorsze było co wywołało nagłe ujawnienie programu Stargate. W jednej chwili z kultury notebooków i iPhone'ów mieszkańcy stali się społeczeństwem posiadającym statki kosmiczne oraz broń energetyczną. I większość z nich nie potrafiła sobie z tym poradzić...

    - Przypominam tylko, że wszyscy są ochotnikami i wiedzą, że mogą nie przeżyc podróży. - stwierdził Jackson.

    - Generale, chcę... Nie... Ja muszę tam iść. - rzekł Telford. - Jeśli oni żyją, a to usterka to na pewno sie przydam...

    - Nie, pułkowniku. Lista jest zamknieta.

    Kanada, okolice Toronto

    - Uwaga! Nadciągają! - krzyknął operator Browninga siedzący z tyłu humvee. Odbezpieczył broń i przeładował. Rzeczywiście na horyzoncie pojawiły się dwa luciańskie glidery.

    Toronto było ostatnim miastem gdzie trwały walki z Przymierzem Lucian. Stało to się dlatego, że tylko tutaj pojawił się ha'tak. Pozostałe zostały zniszczone na orbicie w trakcie ostrzału Nowego Yorku, Moskwy, Pekinu czy Paryza. Ten otrzymał poważne trafienie w silniki, więc jego kapitan zadecydował zaatakować Waszyngton. Tylko, że tam nie doleciał, rozbijając się pare kilkometrów od granicy z Kanadą.

    Kanadyjczycy nie spodziewali się ataku w kosmosu i bardzo szybko Lucianie uzyskali przewagą w powietrzu i na ziemi. Doskonale wiedzieli, że nie walczycy by wygrać czy przeżyć. Ich zadaniem było wprowadzenie jak największego chaosu po stronie Ziemian. I udało się im znakomicie. Glidery bez problemu zestrzeliwywały F-16, a miotacze plazmy przepalały pancerz kanadyjskich czołgów. Dopiero przybycie wyszkolonych oddziałów US Army, szykowanych na walkę z kosmitami przyniosło skutek.

    Ale i tak widok był straszny. Wszędzie widać było leje po wybuchach, częściowo zburzone budynki i trupy. Dziesiątki, setki, tysiące. Najeźdźców, obrońców i cywili, którzy mieli to nieszczęście, że postanowili zamieszkać w tym mieście.

    Anette Kalikli siedziała obok kierowcy i podskakiwała jak laka na każdym wyboju. Musiała jak najszybciej dotrzeć do szpitala polowego, gdzie mogła pomóc czwartemu pasażerowi jeepa. Był on w tej chwili najważniejszy, od operatora karabinu, od kierowcy, od niej samej. Wiozła najważniejszego członka Przymierza w promieniu tysiąca kilometrów. Wiozła kapitana ha'taku, który w krwawiącej z rany postrzałowej glowy, posiadał kod umożliwiający dezaktywację wszystkich pojazdów i samolotów używanych przez jego podwładnych.

Viewing 1 post (of 1 total)
  • You must be logged in to reply to this topic.
searchclosebars linkedin facebook pinterest youtube rss twitter instagram facebook-blank rss-blank linkedin-blank pinterest youtube twitter instagram