Forum Fandom Opowiadania Cykle opowiadań dział tymczasowy Pierwsi Do Walki

Pierwsi Do Walki

Viewing 7 posts - 1 through 7 (of 7 total)
  • Author
    Posts
  • Coen
    Participant
    #2706

    Tagi: Stargate, Atlantis, PSZ, Grom

    Autor: Grzegorz "Coen" Skowyra

    Cykl: Pierwsi do walki

    Tytuł: Propozycja...

    Uniwersum: Star Gate

    Strona domowa: nie planowana

    Warunki prawne:

    1) Opowiadanie może być rozpowszechniane bez zgody autora tak długo jak nie pobiera się za to żadnych opłat ani nie ponosi innych korzyści materialnych i jeśli wraz z opowiadaniem zostanie zamieszczony punkt 2.

    2) Jako, że w opowiadaniu pojawiają się osoby realnie żyjące i działające w Polskich Siłach Zbrojnych a w planie będą się pojawiać kolejne w następnych częściach, niniejszym informuje, że nie konsultowałem się z nimi z racji niemożliwości nawiązania bezpośredniego kontaktu (lub nie dostrzeżenia takiej możliwości). Dlatego, jeśli po - jakimś cudem - przeczytaniu tego opowiadania (jak i kolejnych) uznają one, że zostały przedstawione w złym świetle lub zachowują się nie tak jak powinny to proszone są o kontakt z autorem.

    Silny, zimny, październikowy wiatr przelewał się nad Warszawą nadsyłając nad stolicę ciężkie, szare, deszczowe chmury. Pomimo tak nieprzyjemnej pogody i wczesnej pory na placu Krasińskich było sporo osób śpieszących w swoich sprawach we wszystkie strony. Jednak w budynku Sądu Najwyższego w sekcji Sądu Wojskowego panował spokój, pomimo silnie wyczuwalnej, napiętej atmosfery. Tutaj, bowiem miał zapaść dziś werdykt w największym i najtrudniejszym tajnym procesie w ciągu ostatnich sześciu lat. Dało się to zauważyć po niewielkiej liczbie obserwatorów oraz podwojonej ochronie w pełnym rynsztunku bojowym.

    - Niech oskarżony powstanie ? powiedział sędzia otwarłszy kopertę z werdyktem. Wysoki, postawny mężczyzna o krótko ściętych, ciemnych włosach w galowym, zielonym mundurze z wyraźnie widocznymi dwoma belkami i gwiazdą na pagonach wyprężył się na baczność patrząc przed siebie zimnymi, niebieskimi oczyma. Jego pociągła, gładko ogolona twarz, charakterystyczna przez podwójną bliznę na policzku pod lewym okiem nie zdradzała żadnych emocji.

    - Majorze Lunginusie Zagórny ? zaczął sędzia oficjalnym tonem ? w kwestii zarzutu o narażenie pokoju ten sąd uznaje pana za winnego. W kwestii obrazy wyższego stopniem oficera sojuszniczej armii ten sąd uznaje pana winnym w obu przypadkach. W kwestii niewykonania bezpośredniego rozkazu sąd ten uznaje panna winnym. W kwestii bezpodstawnego narażenia życia innych żołnierzy Wojska Polskiego sąd ten uznaje pana niewinnym. W kwestii wielokrotnego morderstwa sąd ten uznaje pana niewinnym. Wyrok zostanie podany w poniedziałek o 8:00. Sąd ogłasza przerwę.

    Kiedy siwy oficer wstał to samo zrobili wszyscy zebrani. Młody porucznik będący obrońcą Zagórnego uśmiechnął się z ulgą położywszy mu dłoń na ramieniu.

    - Udało się proszę pana ? był wyraźnie zadowolony.

    - Tak por... ? zaczął oskarżony mężczyzna kiedy nagle przerwał mu podniesiony głos

    < Nie uspokoję się! > szczupły czarnoskóry mężczyzna w amerykańskim mundurze w randze generała warknął na stojącego obok niego polskiego kapitana-tłumacza < Co to za sprawiedliwość macie w tym kraju, skoro taki dzikus wychodzi wolno?! >

    < Radzę się jednak uspokoić generale McKing > Lunginus odpowiedział mu płynnym angielskim < jeszcze może panu coś wyskoczyć od tych nerwów >

    < Jak śmiesz ty...! > Amerykanin zaciskając pięści ruszył w stronę niższego od siebie Polaka, ale gwałtowny dźwięk czterech odbezpieczanych Beryli zatrzymał go w pół kroku. Spojrzał tylko z wściekłością na ukrytych za kominiarkami strażników i kręcąc z niedowierzaniem głową ruszył do wyjścia. Siedzący w koncie starszy, siwy mężczyzna o słusznej, ale nie otyłej posturze, - co nie było łatwym wyczynem w jego wyraźnie widocznym wieku ? odprowadził generała wzrokiem, dłonią zasłaniając rozbawiony uśmiech. Zniknął on mu jednak z twarzy, kiedy skupił całą uwagę na postaci postawnego majora podającego rękę swojemu oskarżycielowi. W oczach siedzącego mężczyzny było widać, że mocno się nad czymś zastanawia...

    Zagórny szedł spokojnie ulicami Warszawy oddychając chłodnym powietrzem jesiennego dnia. Rozmyślał nad wszystkim, co się wydarzyło w ciągu ostatnich pięciu tygodni, zastanawiając się, czy gdyby sytuacja miała się powtórzyć, to zrobiłby to samo. I wiedział, że tak, nawet pomimo tych konsekwencji. Nim się zorientował odkrył, że zawędrował na plac Piłsudskiego. Jego spojrzenie mimowolnie spoczęło na kilku kondygnacjach zniszczonego przez wroga pałacu, zajmującego szczególne miejsce w sercu każdego polskiego żołnierza. Lunginus podszedł służbowym krokiem w stronę Grobu Nieznanego Żołnierza i zatrzymał się stając na baczność kilka kroków przed nim. Dwa palce dotknęły materiału czerwonego beretu w honorowym salucie, który oddał jak każdego dnia, kiedy go mijał przez wszystkie lata swojej szesnastoletniej służby. Pełne szacunku spojrzenie wojownika przetoczyło się po wiecznie płonącym ogniu oraz tablicach, które znał na pamięć, poczym ruszył wolno w dalszą wędrówkę. Zauważył, że wiele osób patrzyło na niego jak na wariata, przywykł jednak do takiego zachowania cywili, którzy na ogól nie pamiętali już nic z honorowego dziedzictwa swojego ludu. Tym razem jednak, ku swojemu pozytywnemu zaskoczeniu napotkał spojrzenie kilkuosobowej grupy młodych ludzi. Spojrzenie pełne szacunku i zrozumienia, które skłoniło go do przyjrzenia się im bliżej. Grupka ta składała się z osób w różnym wieku, od młodzików koło szesnastu do osób dorosłych koło trzydziestki, łysych, długowłosych, ogolonych gładko i zarośniętych. Wszystkich łączyło tylko to, że stali koło siebie i nosili identyczne czarne koszulki z jakimś nierozpoznawalnym z tej odległości logo. Żadną miarą niepasujących do opisu skinhedów. Ta krótka wymiana spojrzeń poprawiła mu trochę humor dając poczucie, że może jest dla tego narodu jeszcze nadzieja...

    - O, dzień dobry panie Lunginie ? pani Antonia: około siedemdziesięcioletnia, szczupła kobieta, pamiętająca doskonale czasy wojny i Powstania Warszawskiego, doskonała szachistka i kobieta mająca dla żołnierzy zawsze dobre słowo, uśmiechnęła się spotykając go na schodach kamienicy w której mieszkali ? szybko pan wrócił. Mam nadzieje, że wszystko dobrze się ułożyło?

    - Mniej więcej proszę pani ? major odparł uśmiechając się do niej miło ? ale wszystko okaże się dopiero w poniedziałek.

    - Mój Boże, do czego to doszło, żeby za ratowanie ludzi karano żołnierza ? kobieta pokręciła głową strapiona ? wie pan co? Za moich czasów to tego całego McKinga by na taczkach wywieźli i ogolili jak konfidenta.

    Uśmiech na ustach mężczyzny poszerzył się

    - Niestety, wiele rzeczy się zmienia ? odpowiedział jej.

    - Ano tak, ano tak ? kobieta pokiwała głową smutno ? no, ale już pana nie zatrzymuje, panie Lunginie. Pański przyjaciel już blisko półgodziny na pana czeka.

    Zagórny momentalnie wyostrzył czujność, nie chcąc jednak niepokoić kobiety nie dał nic po sobie poznać.

    - Pójdę więc się z nim przywitać ? powiedział spokojnie poczym skłoniwszy przed kobieta głowę powiedział ? do zobaczenia proszę pani.

    - Do widzenia panie Lunginie ? odparła kobieta ruszając do wyjścia z kamienicy. Mężczyzna odprowadził ją wzrokiem poczym ruszył szybko na trzecie piętro, na którym mieszkał. Pomimo wojskowych butów na nogach poruszał się nieomal bezszelestnie po drewnianych schodach. Drzwi do jego mieszkania były uchylone pchnął je więc delikatnie i bezszelestnie wszedł do środka. Bez trudu dostrzegł potężną postać w zielonym mundurze pochylającą się nad jego stolikiem w pokoju gościnnym. Zagórny klnąc pod nosem na intruza ruszył cicho w jego stronę.

    - Jeśli mnie teraz zaatakujesz to będziesz musiał sprzątać bo właśnie nalewam szkocką do szklanek ? powiedział nieznajomy kiedy Lungin był już tylko dwa metry od niego. Major zaklął pod nosem zdziwiony całym obrotem sprawy, nieznajomy zaś się odwrócił z uśmiechem podając mu szklankę. Był to ten sam osobnik, który obserwował go na rozprawie

    - Generał Petelicki? ? Lunginus zdziwił się nie na żarty rozpoznając swojego starego, legendarnego dowódcę ? co pan tu robi?

    - Nie mogłem po prostu odwiedzić byłego podkomendnego? ? starszy mężczyzna spytał z wyrzutem, uśmiechnął się jednak rozbawiony upijając łyka.

    - Będąc twórca najbardziej elitarnej jednostki wojskowej na świecie? ? Zagórny również się uśmiechnął pokazując gościowi, aby się rozsiadł wygodnie na sofie, sam zaś spoczął w fotelu ? oczywiście, że nie.

    Obaj mężczyźni zaśmiali się szczerze, smakując alkohol.

    - Byłem na twoim procesie ? powiedział po chwili Sławomir.

    - O... nie zauważyłem tam pana, przepraszam ? Zagórny zmieszał się trochę.

    - Nic nie szkodzi ? generał pokręcił głową również poważniejąc ? co Ci grozi za niewykonanie rozkazu przełożonego?

    - W najlepszym razie nagana w aktach ? westchnął zapytany ? w najgorszym wydalenie ze służby, ale najpewniej będzie degradacja.

    Generał upił kolejnego łyka poczym sięgnął do kieszeni na piersi i wyjął z niej złożoną na cztery kartkę. Rozłożył ją szybko przed Lunginem i położył obok długopis.

    - Co to jest? ? spytał młodszy mężczyzna biorąc ją do ręki papier i czytając pierwsze linijki

    - Przysięga o dochowaniu tajemnicy państwowej najwyższej wagi ? powiedział Petelicki spokojnie ? musisz ją podpisać nim dowiesz się cokolwiek o tym, z czym do ciebie przyszedłem w przeciwnym razie, nasze spotkanie będzie tylko odwiedzinami. Jeśli zaś podpiszesz... i zgodzisz się na to co proponuje to możesz mieć pewność, że to będzie ta najlepsza ewentualność z tych które wymieniłeś.

    Majorowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Odręczny podpis w ciągu trzech sekund widniał w odpowiednim miejscu na rządowym dokumencie. Sławomir obejrzał jeszcze czy wszystko jest w porządku, poczym schował dokument do wewnętrznej kieszeni munduru.

    - Jak zapewne się domyśliłeś po tym małym dokumencie sprawa, z którą do ciebie przychodzę jest bardzo wysokiej wagi ? Generał zaczął mówić spokojnym rzeczowym głosem zawodowego dowódcy wojskowego ? Dwa lata temu Siły Zbrojne i rząd Stanów Zjednoczonych Ameryki poinformował naczelne dowództwo Polskich Sił Zbrojnych o tajnym projekcie zwanym przez nich Gwiezdne Wrota. Obraca się on wokół starożytnego urządzenia stworzonego przez bardzo potężną rasę obcych, pozwalającego w ciągu sekundy lub jej ułamków przenosić się na inne planety, odległe nawet o setki tysięcy, jeśli nie miliony tal świetlnych, pod warunkiem, że na niej też znajdują się Gwiezdne Wrota.

    Lunginus patrzył przez chwilę na swojego byłego dowódcę poczym uśmiechnął się wymownie

    - Nie sądziłem, że też pan lubi S-F ? powiedział upijając łyka. Petelicki uśmiechnął się również, poczym kontynuował niezmąconym tonem

    - Urządzenie to zostało odkryte w latach dwudziestych ubiegłego wieku w Egipcie przez Amerykanów. Eksperymentowali z nim w czasie Drugiej Wojny światowej, nic szczególnego wtedy jednak nie odkryli. Udało się im je uruchomić dopiero kilkanaście lat temu i pierwsze, co zrobili to narobili nam w galaktyce wrogów, z którymi walczyli nieprzerwanie przez ostatnią dekadę z hakiem. Kojarzysz te wielkie asteroidy w ciągu ostatnich paru lat? ? spytał przerywając na chwile opowieść. Lunginus pokiwał głową ? to właśnie przykrywka walki z nimi. Mówiąc w skrócie musieli w końcu uchylić rąbka tajemnicy innym narodom w tym i naszemu w zamian chcąc naszej pomocy w działaniach kosmicznych. Naturalnie za naszą pomoc obiecują nowe technologie i inne fajne rzeczy.

    - Dostaniemy własnego Enterprise? ? Major spytał z uśmiechem szczerze rozbawiony.

    - Wątpię ? odpowiedział mu generał wyciągając coś zza pazuchy ? do tej pory mają tylko trzy okręty komiczne, i mają jakaś dziwną ciągotkę nazywania ich imionami i nazwami z mitologii greckiej. Nam dali jednak kilka tych...

    Mówiąc to pokazał Zagórnemu okrągły, metalowy przedmiot, który po chwili rozsunął się z metalicznym zgrzytem upodabniając do węża. Sławomir opróżnił swoją szklaneczkę jednym chałstem poczym położył ją na stole, skierował na nią ów przyrząd i nacisnął trzy razy jakiś przycisk. Major aż podskoczył, kiedy trzy pofalowane białe strumienie energii wystrzeliły z 'głowy' tego metalowego węża, otoczyły szklankę, poczym znikły razem z nią. Lunginus patrzył przez chwilę oniemiały, poczym spojrzał pytająco na Petelickiego. Starszy mężczyzna pokiwał tylko głową, potwierdzając, że to, co widział nie było iluzją.

    - W porządku ? powiedział po chwili poprawiając mundur ? czego konkretnie pan ode mnie chce generale?

    - Armia Stanów Zjednoczonych zgłosiła się do nas z prośbą o stworzenie specjalnej grupy bojowo-ratunkowej, mającej za zadanie ? w razie potrzeby ? wejść w obszar zajęty przez wrogą rasę i odbicie uwięzionego, lub rannego oddziału. Chce abyś to ty go zebrał i ty nim dowodził.

    - Czemu mieliby prosić o to nas? Kto jak kto ale jankesi maja dobrze rozwinięte jednostki specjalne.

    - Cóż, ostatnie piętnaście lat od czasu Pustynnej Burzy udowodniło im, że rewelacyjnie umiemy ratować ich wielokolorowe tyłki z różnych opresji ? Sławomir schował swoją broń z powrotem, tam gdzie była niewidoczna ? poza tym miedzy narodowa komisja zajmująca się teraz tym projektem położyła nacisk na zwiększenie nie-amerykańskiego kontyngentu w obu operacjach związanych z wrotami. Dlatego taka sama drużynę będą tworzyć Brytyjczycy, głownie z oficerów SAS.

    - Więc będziemy z nimi współdziałać?

    - Nie. My będziemy współdziałać z nieomal zupełnie odizolowanymi siłami ? usłyszał w odpowiedzi ? wraz z międzynarodową misją na Atlantydzie w galaktyce Pegaza.

    - Atlantydzie? ? spytał niepewnie Zagórny ? Co dalej? Cymmeria i Conana?

    - Nie, Cymmeria jest w naszej galaktyce, swoją droga to całkiem miła planeta na której Azgardcz... ? Generał gwałtownie urwał widząc rosnące szybko oczy młodszego oficera, przerwał i westchnął - Zgadzasz się czy nie?

    - No chyba ? Lungin rzucił, opróżniając swoją szklaneczkę do końca.

    - To dobrze ? Generał Petelicki uśmiechnął się ? wybierz trzy osoby do swojego oddziału. Dwie dostajesz z urzędu.

    - Z kogo mogę wybierać? ? major spytał rzeczowo

    - Z kogo chcesz, proponuje jednak oddziały specjalne i ludzi którym ufasz ? twórca Gromu wstał sprężyście ? prześpij się z tym co Ci powiedziałem. Rano ktoś dostarczy ci część akt, resztę poznasz później.

    Oficerowie pożegnali się silnym uściskiem dłoni i zamknąwszy drzwi za swoim nauczycielem major usiadł z powrotem w fotelu, poczym zastanowił się kogo by najprędzej zabrał do innej galaktyki....

    - Nie uda ci się ? dobiegło spod maski starego wojskowego GAZa. Męski głos miał w sobie zawarta zarówno groźbę jak i zawziętość ? przegrasz skubańcu. Nie wygrasz ze mną, choćbym miał...ałł! Skurwiel!

    Niski wózek, pomagający mechanikom dostać się pod pojazdy wysunął się gwałtownie. Średniego wzrostu, dobrze zbudowany mężczyzna o ogolonych prawie na łyso, ciemnych włosach i równie krótkiej brodzie wokół ust wstał sprężyście intensywnie machając prawicą. Fakt, że jego umorusany w smarze i oleju bawełniany podkoszulek nie miał rękawów pozwalał bez trudu dostrzec dwa tatuaże na jego prawej ręce ? przedstawiające postrzępioną polską flagę jak z plakatu z czasów Drugiej Wojny światowej, oraz umieszczoną niżej kotwice, z której wyzierała paszcza morskiego smoka ? oraz jednego na lewej ? stylizowany miecz na tle księżyca.

    - O nie ? rzucił zimno w stronę olbrzymiego silnika ? nie ze mną te numery.

    Wskoczył szybko do kabiny pojazdu i przekręciwszy kluczyk oraz ustawiając wszystko zablkował to w tej pozycji. Silnik zaczął się krztusić nie mogąc zastartować, mężczyzna się jednak tego najwyraźniej spodziewał, bo nawet na niego nie spojrzał. Schylił się za to do rozłożonej na ziemi szmaty, na której leżały starannie ułożone narzędzia i podniósł leżący na honorowym miejscu, dwuręczny, piętnastokilowy młot, którym nie pogardziłby żaden kowal.

    - Nie chcesz po dobroci to będzie po twojemu ? rzucił czarnej bryle stali poczym zamachnąwszy się zza głowy oburącz trzasnął nim w stalową obudowę serca pojazdu. Żałosny dźwięk zderzającej się stali przetoczył się nad bazą Marynarki Wojennej w Gdyni niczym grom, szybko jednak zagłuszył go startujący do życia dwuipółlitrowy, cztero cylindrowy silnik. Mężczyzna odłożył młot z niewyraźną minął

    - Kocham radziecką myśl techniczną ? mrukną pod nosem.

    - Może nie okazujesz mu dostatecznie dużo pozytywnych uczuć? ? usłyszał nagle za sobą i odwrócił się gwałtownie staną jednak jak wryty widząc wykrzywioną uśmiecham twarz przyjaciela, uspokoił się więc i odparł tylko zjadliwie

    - Nie ucz ojca dzieci robić. Zresztą, nie masz po temu dość umiejętności. Ty nawet byś w Cienkolocie nie wymienił filtra olejowego bez podnośnika czy kanału.

    - Bo to nie ja przez pół życie naprawiałem Kaszlaka, którym ktoś inny szalał po mazurskich lasach ? Lunginus odpowiedział mu ściskając podaną prawicę ? a przez drugie pół bardzo startego, bardzo zdezelowanego diesla na radzieckim Foxtrocie.

    - Wygadany jak zawsze ? mężczyzna nie wytrzymał i parsknął śmiechem ? dobrze cię widzieć skubańcu.

    - Ciebie również Krzysztofie ? Zagórny również się uśmiechnął i wskazał skiniem głowy na GAZa ? co porabiasz?

    - Nudzę się ? odparł spokojnie rozmówca ? od czasu Lepenic był spokój.

    - Taa... ? Zagórny wyraźnie spochmurniał po usłyszeniu tej nazwy. Krzysztof skrzywił się w duchu. Znał tego południowca od czasu wzgórz Golan. Razem walczyli na większej ilości pul bitewnych niż większość ludzi znała z telewizji i obaj odkryli, że charakterami są nieomal identyczni. Ale bardzo rzadko widywał go takim markotnym

    - Więc... słyszałem, że cię uniewinnili ? zaczął chcąc lekko zmienić temat ? znaczy za wszystko za wyjątkiem tego amerykańskiego dupka.

    - Za niego to nawet nie chce, aby mnie uniewinniali ? odparł mu major uśmiechając się z powrotem ? jestem dumny z tego, co zrobiłem

    Obaj zaśmiali się cicho do wspomnień, poczym usiedli na skraju nabrzeża patrząc na zacumowane okręty.

    - Wiesz, że pewnie cię za to zdegradują ? spytał Krzysztof spokojnie

    - Nie ? Lunginus uśmiechnął się tajemniczo ? skończy się tylko na reprymendzie i naganie w aktach.

    - Jak to? ? zdziwił się przyjaciel

    - Zgodziłem się przyjąć pewną długoterminową, tajną misję, i... ? mówiąc to wyjął z kieszeni poczwórnie złożony arkusz papieru i podał mężczyźni wraz z długopisem ? musisz to podpisać nim powiem ci więcej...

    - Nie śpiesz się ? usłyszała jego szept wędrujący prosto do jej ucha. Uśmiechnęła się czując narastające podniecenie tą całą sytuacją. Spojrzała uważniej w celownik ustawiając czarne kreski dokładnie między oczami dorodnego jelenia Śledziła obrany przez siebie punkt, kiedy nieświadome niczego zwierze przemieszczało się skubiąc spokojnie trawę. Wiedziała, że na ziemi, ukryci w poszyciu i pod siatką maskującą, w odpowiednim odzieniu byli praktycznie niewidoczni, odcięci od świata i innych ludzi. I to ją częściowo podniecało. Drugą część wpływającą na jej stan stanowił szczupły, wysoki, rudowłosy mężczyzna o intensywnych zielonych oczach, spokojnym, kojącym głosie i cierpliwości, jakiej pozazdrościć by mu mógł trzystuletni dąb. Mężczyzna któremu od dwóch lat mogła zwierzać się ze wszystkiego i o wszystkim i zawsze jak tylko był w domu miał dla niej czas. Właśnie teraz leżał tuż przy niej wolno przesuwając swoją szczupłą, ciepłą dłonią po jej plecach, pod kurtką i bluzką.

    - Nie śpiesz się Dorotko ? wyszeptał ponownie ? wybierz odpowiedni moment. Nie spiesz się, masz tyle czasu ile potrzeba. Tyle ile uznasz za stosowne.

    Jego dłoń przesunęła się do zapięcia jej stanika i z wprawą się z nim uporała wywołując u kobiety pełen zadowolenia i szczęścia uśmiech.

    - Jeszcze chwile ? odszepnęła widząc ruchy zwierzęcia w celowniku. Wiedziała, że za chwile obróci głowę i będzie mogła spokojnie strzelić niezwykle pięknego jelenia pomiędzy oczy. Dłoń mężczyzny w tym czasie przesunęła się w dół zaczynając wsuwać pod bojówki. Kiedy palce mężczyzny zaczęły wsuwać się pod koronki fig nie wytrzymała i nacisnęła na spust. Nikon D50 zaterkotał mechanicznie wykonując zdjęcie.

    - Powinno wyjść ładnie ? powiedział mężczyzna uśmiechając się i delikatnie przekręcając kobietę na plecy. Ta śmiejąc się odłożyła aparat i objęła go poddając się jego ruchom.

    - Tak, powinno ? oboje usłyszeli nagle nad sobą czyjś głos. Mężczyzna momentalnie zerwał się wyrywając myśliwski nóż z pochwy jednak widok rozbawionego mężczyzny w polowym - kamuflującym mundurze - kucającego tuż za zasięgiem, w którym bezpośrednio mógłby zostać zaatakowany skutecznie osadził go w miejscu.

    - Lunginus Zagórny ? mruknął pod nosem chowając nóż z powrotem do pochwy ? mogłem się domyślić, niewiele osób umiałoby mnie tak podejść, zwłaszcza tu, w Puszczy Białowieskiej.

    - No...cóż ? major wzruszył tylko ramionami poczym wskazał głową w stronę pospiesznie zapinającej stanik rudowłosej kobiety ? musimy porozmawiać na osobności...

    - Dobrze ? niski, głęboki głos mierzącego blisko dwa metry i ważącego blisko sto pięćdziesiąt kilogramów, brodatego blondyna o brązowych oczach spadł na czterech lezących na macie i z trudem oddychających mężczyzn przynosząc ukojenie jak chłodna woda po tygodniu na pustyni ? dużo lepiej niż na początku. Jestem z was dumny, naprawdę. A teraz wstawać maminsynki! Jeszcze raz! Dobrze to za mało, nie przyjdzie wam, bowiem walczyć z gnojkami w barze, ale albo zawodowymi żołnierzami wrażej armii albo bandą stukniętych poganiaczy wielbłądów gotowych oddać życie za wiarę i waszymi ciałami utorować sobie drogę w ramiona miłosiernego Allacha. Wstawać!

    Leżący stękając i wzdychając podnieśli się z trudem i ustawili w rzędzie, przodem do olbrzyma. Ubrany w wojskowe buty, spodnie, pas a nawet podkoszulek w kolorze khaki blondyn spojrzał na nich uważnie.

    - No, mówiłem, że jest dobrze ? pokiwał głową ? pozycje wyjściową już opanowaliście. A teraz pokażecie mi po kolei, czego użylibyście w walce z powiernikiem Mahometa pragnącym przegryźć wam gardło w imię pokoju, szacunku dla innych i miłości bliźniego propagowanych przez Koran.

    Czterech żołnierzy w podobnym stroju, co brodacz zaczęło po kolei 'walczyć z cieniem'. Wszyscy byli dobrze zbudowani i ważyli ponad 75 kilo, ale przy swoim trenerze wyglądali jak anorektycy. Olbrzym chodził dookoła nich obserwując poczynania wszystkich.

    - No, nieźle ? powiedział kiedy skończyli ? w zupełności wystarczy na arabusa, jeśli będzie pijany, ślepy, jednoręki i w wieku 80 lat. No, ty Koziński się postarałeś. Twój turbaniarz może mieć nawet 70 lat.

    - Zdajesz sobie sprawę, że zachowujesz się bardzo niepoprawnie z politycznego punktu widzenia ? tak samo jak dwaj inni przed nim, tak teraz i blondyn usłyszał za sobą spokojny głos. Tyle, że on się tym tak bardzo nie zdziwił. Byli w końcu w ogólno dostępnej sali ćwiczeń w Lublińcu, więc każdy wojskowy mógł tu wejść.

    - A ty zdajesz sobie sprawę jak głęboko mam to w... ? zaczął jednak zamilkł rozpoznawszy idącą w jego stronę osobę i uśmiechając się szeroko ruszył w stronę Zagórnego. Nic nie mówiąc złapał niższego i mniejszego majora i uściskał go mocno.

    - Miło cie widzieć ? powiedział pozwalając w końcu Lunginowi odetchnąć ? co cie sprowadza z powrotem do domu Lunginie? Przyszedłeś trochę potrenować, czy może pokazać dzieciakom to i owo?

    - Nie bracie ? major pokręcił głową ? po fakcie mam dla ciebie propozycje, która z pewnych osobistych względów powinna cie szczególnie zainteresować

    Mówiąc to wskazał palcem na stalowy młot Thora wiszący na szyi blondyna...

    Stary, wojskowy Huey w eskorcie dwóch Apacheów zatoczył łuk nad pogrążonym w mroku lądowiskiem, poczym miękko osiadł na ziemi wznosząc tumany kurzu. Nim pilot zdążył wyłączyć silnik kilku żołnierzy w pustynnych mundurach podbiegło na śmigłowca transportowego i otwarło drzwi.

    - Major Zagórny? ? spytał młody żołnierz pierwszego mężczyznę który z wprawa wysiadł ze śmigłowca. Mimo, że go nie widział nigdy na oczy trafił w dziesiątkę.

    - Zgadza się sierżancie ? Lunginus odpowiedział Amerykaninowi podając mu rękę. Sierżant ją uścisną, podczas gdy reszta zespołu majora wyskoczyła ze śmigłowca i pomogła wysiąść dwóm towarzyszącym im kobietom: niewysokiej, zgrabnej blondynce o długich do połowy pleców ? teraz rozwiewanych przez zwalniający silnik ? włosach i wysokiej, mocno opalonej kobiecie z czarnymi włosami związanymi w warkocz. Cała szóstka ruszyła szybko za sierżantem w stronę jednego z kilku olbrzymich bunkrów w piaskowym kolorze. Kilku innych żołnierzy niosło za nimi rzeczy, które zabrali ze sobą z Polski. Strażnicy przy wejściu do bunkra mieli już ich zdjęcia i podstawowe dane, gruntownie sprawdzili, więc ich tożsamość. Tak samo jak na lotnisku, kiedy przylecieli do Waszyngtonu, wchodzili do Pentagonu, mieli mieć raz jeszcze przedstawione wszystkie detale misji i kiedy wsiadali do śmigłowca, aby lecieć do kompleksu Obszaru 53. W efekcie obecnie odpowiadali już na pytania niejako machinalnie, nawet o tym nie myśląc. Po kilku minutach otwarto im w końcu drzwi i wpuszczono do środka. Przed sobą mieli schodki prowadzące w dół oraz widok na wielkie pomieszczenie pełne anten i wypustek różnej wysokości, ze stalową podłogą. Dopiero, kiedy na środku podłogi otworzyły się szeroki właz Polacy zrozumieli, że to wcale nie jest podłoga. Wiedzieli, czego mogą się spodziewać, ale stanie na szczycie największego zbudowanego przez ludzi okrętu kosmicznego wywołało u nich opad szczeki.

    - Zareagowałem tak samo jak go zobaczyłem po raz pierwszy ? powiedział towarzyszący im sierżant z uśmiechem, tragarze również wymienili się uśmiechami.

    - On jest ogromny ? powiedziała blondynka patrząc na wszystko szeroko otwartymi oczami ? ilość energii potrzebnej, aby poderwać go z ziemi a co dopiero wysłać na orbitę jest ogromna. I on naprawdę lata?

    - Tak pisało w broszurce rekrutacyjnej ? odparł jej Krzysztof ruszając pomału w stronę wejścia do okrętu. Kobieta popatrzyła na niego z mieszaniną niechęci i zdziwienia.

    < Pana to nie rusza kapitanie? > spytała po polsku.

    < Statek Kosmiczny w tą, statek kosmiczny w tamtą > usłyszała spokojną odpowiedź < O ile to nie Sokół Milenium albo Drapieżny Ptak to raczej nie wywrze na mnie wielkiego wrażenia. >

    < W tej drugiej ewentualności, przynajmniej byłby lepiej pomalowany > dorzucił major.

    - Przepraszam? ? spytał zbity trochę z tropu sierżant

    - Kapitan Gołebski i major Zagórny wyrażali tylko pochwałę dla zdolności estetycznych projektantów tego okrętu ? odpowiedział mu szybko idący na końcu polskiej grupy olbrzymi blondyn, czym wywołał u reszty tylko lekkie uśmiechy.

    - Aha ? Amerykanin uśmiechnął się z wdzięcznością ? dziękuje za wyjaśnienie panie poruczniku.

    Resztę drogi przebyli w milczeniu. Polska grupa rozglądała się uważnie oglądając najpierw z bliska wypustki w kadłubie próbując określić ich funkcję, potem korytarze i ich budowę wewnątrz okrętu, kiedy zeszli już po drabinie przez górny właz. Chwilę później zaprowadzono ich do dużego, zaopatrzonego w spore przednie okno pomieszczenia, z duża ilością konsoli i foteli. Jako jedyny członek Marynarki Wojennej, kapitan Krzysztof Gołębski domyślił się, że to mostek, na sekundę przed resztą wojskowych i kilka sekund przed kobietami.

    - Spodziewałem się głównego ekranu ? powiedział rudowłosy, milczący do tej pory mężczyzna po obejrzeniu dokładnie całego pomieszczenia.

    - Myśleliśmy o zamontowaniu 100 calowego, plazmowego ekranu, ale są one dość kruche, wiec pozostaliśmy przy klasycznym marynarskim bulaju ? usłyszeli głos od strony wejścia ? no może nie klasycznym, ale...

    Odwróciwszy się dostrzegli wysokiego mężczyznę przed pięćdziesiątką, obdarzonego wysokim czołem i mundurem z dystynkcjami pułkownika.

    - Jestem pułkownik Steven Caldwell, dowódca Dedala ? przedstawił się gościom ? i wasz gospodarz na najbliższe trzy tygodnie.

    Wojskowi od razu stanęli na baczność i zasalutowali, Caldwell oddał zaś salut.

    - Miło pana poznać pułkowniku ? powiedział szczerze Lungin ściskając dłoń starszego mężczyzny poczym przedstawił swój zespół.

    - To pani doktor Jolanta Wrona ? wskazał wysoką kobietę o czarnych włosach, następnie zaś wskazał druga z nich ? To zaś pani doktor Anna Zuzińska.

    Obie doktorki przywitały się z pułkownikiem, następnie zaś przyszła kolej na mężczyzn

    - To kapitan Krzysztof Gołębski, porucznik Adam Chmurny i porucznik Mieczysław Olaffson ? powiedział po kolei wskazując krótko ściętego szatyna, szczupłego rudzielca i olbrzymiego blondyna. Caldwell popatrzył na nich krytycznie. Nigdy nie był w oddziałach specjalnych, miał jednak w nich kilku przyjaciół, i rozpoznał we wzroku tej czwórki mężczyzn te same iskierki. Miał na tyle doświadczenia, aby rozpoznać u Polaków zarówno doświadczenie bojowe jak i profesjonalizm, które w połączeniu z opiniami, jakie słyszał sprawiały, że czuł się pewniej z nimi, niż bez nich.

    - Moi ludzie już rozlokowali wasze rzeczy osobiste w kabinach, które wam przydzielono. ? powiedział spokojnie ? zaprowadzą was do waszych kwater, oraz na wstępne zapoznanie z okrętem. Wyruszamy za 27 godzin.

    Major podziękował mu skinieniem głowy, poczym jego Polacy ruszyli w stronę wyjścia z mostka gdzie czekało już kilkoro załogantów aby zaprowadzić ich do kwater.

    - Majorze, niech pan zaczeka jeszcze chwile ? rzucił nagle pułkownik. Gołębski, Chmurny i Olaffson spojrzeli na swojego dowódcę z pytaniem w oczach, on jednak kiwnął im głową, aby szli dalej. Kobiety nie dostrzegły tych gestów podążając już w swoją stronę. Zagórny zaś odwrócił się do Caldwella. Steven dostrzegł te wymianę spojrzeń i rozpoznał jej znaczenie: gdyby z jakiegoś powodu próbował zagrozić temu ciemnowłosemu, muskularnie zbudowanemu mężczyźnie, miałby do czynienia nie z jednym a z czterema wysoce wyszkolonymi i doświadczonymi komandosami. Znał też powód ich troski.

    - Pozwolę sobie spytać wprost ? powiedział szorstkim tonem ? Czy to pan miesiąc temu w Kosowie odmówił wykonania rozkazu i złamał szczękę generałowi McKingowi?

    - Tak jest ? odpowiedział Lungin stając w pozycji zasadniczej przed wyższym, ale lżejszym od siebie mężczyzną. Mierzyli się przez chwile spojrzeniami, żaden jednak nie był skłonny spuścić wzroku.

    - Musi pan wiedzieć, że znam tego generała osobiście i wiem, jakim jest człowiekiem ? powiedziawszy to Caldwell uśmiechnął się rozbawiony ? więc, oczywiście nieoficjalnie, ma pan u mnie piwo...

    Major odpowiedział mu uśmiechem pokazując mocne, zdrowe zęby...

    Zarathos
    Participant
    #39772

    przyjemne. pomijajac pare bykow nawet bardzo przyjemne :Dciekaw jeste militarnej strony opowiadania. Mam nadzieje ze nie wyposazysz naszych komandosow w p90 😀

    I. Thorne
    Participant
    #39775

    Interesujący wstęp. Mam nadzieję, że szybko nasza drużyna spotka się z Wraith (i nie stanie się kolacją).

    Zeal
    Participant
    #39790

    Nieźle, nieźle... Piętnastokilowy młot? Powiedzmy... Albo nieco więcej finezji - pięciokilowy młot i przecinak...;)

    Coen
    Participant
    #39791

    Ciesze sie, ze się podoba:)A Zeal...bez przesady, to nie Cienkolot, tu potrzeba czegos cięzszego:P

    Anonymous
    Guest
    #39842

    Bardzo fajne Coenie 🙂 . Naprawdę masz talent chłopie 😀 PS:Jakiś czas temu pisałeś , że świat SG Ci nie leży ( jęśli chodzi o opo ) skąd ta zmiana ?!

    Coen
    Participant
    #39843

    ciesze się, ze się podobało:) Choć jak je teraz przeczytałem to ilośc błędów jakie wykryłem (np jak w przypadku opisu rangi Zagórnego)Zaś co do tego co się zmieiło...cóż, przyszedł mi pomysł na opowiadanie, a raczej cała serie:) A powstał z obejrzenia ciurkiem 1 i 2 sezonu SGA, Regulaminu Zabijania, poczytania książek Robinsona oraz informacji o naszych oddziałach specjalnych. Jak widac, wyszła niezła mieszanka;)

Viewing 7 posts - 1 through 7 (of 7 total)
  • You must be logged in to reply to this topic.
searchclosebars linkedin facebook pinterest youtube rss twitter instagram facebook-blank rss-blank linkedin-blank pinterest youtube twitter instagram