Forum Fandom Opowiadania Cykle opowiadań dział tymczasowy Gwiezdni korsarze

Gwiezdni korsarze

Viewing 5 posts - 1 through 5 (of 5 total)
  • Author
    Posts
  • cinus
    Participant
    #3868

    Tagi: Frank Titjack, Imperium Galaktyczne, Piraci, Szary LisChciałbym zaznaczyć, że kiedy to pisałem np. o ST wiedziałem mniej więcej tyle, że istnieje, a moja znajomość tematu ograniczała się do obejrzanych przez przypadek kilku odcinków i Nemesisa, tak więc wszelkie zbierzności są raczej nieświadome ;)Prolog Gwiezdne Imperium, Bezkresne Imperium, Państwo Galaktyczne ? to tylko niektóre z nazw określających organizację władającą blisko połową Drogi Mlecznej. Są oczywiście także mniejsze - Federacja Handlowa, Konfederacja Zjednoczonych Ras Tolańskich, Imperium Kortelańskie i wiele mniej lub bardziej istotnych. Różnica między tą pierwszą, a całą resztą jest w zasadzie jedna ? pomniejsze rodzą się i upadają, a Imperium trwa. Najstarsze kroniki nie pamiętają dat jego powstania, gdziekolwiek by nie spojrzeć ? ono już istniało. Niektórzy, bardzo zresztą ostrożni historycy, szacują, że liczy sobie ono około trzech milionów lat. Jedni uważają, że te dane przedstawiane są na wyrost, inni, że nawet nie zbliżają się do daty powstania Państwa ? nikt jednak nie zna prawdy i tak zapewne pozostanie. Jedno tylko miejsce we wszechświecie pamięta początki Galaktycznego Państwa, nikt jednakże nie wie, co oczywiste, gdzie ono się znajduje. Chodzi o ?bibliotekę? ? ale mniejsza z tym. Gdzieś poza wschodnią rubieżą Imperium rozwijała się cywilizacja na niewielkiej, niebieskiej planecie, zwanej Ziemią. Oczywiście docierały na ową planetę sondy od większości ?organizacji?, by stale kontrolować poczynania jej mieszkańców ? ludzi. Kilkaset lat temu odnotowano na tej planecie pierwsze eksplozje jądrowe o niewielkiej sile, co przyczyniło się do nagłego wzrostu zainteresowania ową cywilizacją. Podniosło się ono jeszcze bardziej, gdy w zaledwie kilka lat później ludzie opanowali broń termonuklearną. Stało się jasne, że technologia anihilacyjna i kolonizacja okolicznych planet to tylko kwestia czasu ? choć sami mieszkańcy o tym nie wiedzieli. Jako pierwszy skolonizowany został księżyc, kilkanaście lat(czy też cykli) później ? czwarta planeta od słońca ? Mars, następnie kolejno ? IO, Europa, Pluton, Wenus, Merkury (te ostatnie dzięki zastosowaniu terraformacji). Stosunkowo niewiele czasu zajęło owej cywilizacji opracowanie napędu hiperprzestrzennego. Wg tamtejszych danych, w roku dwa tysiące sto dwudziestym trzecim Federacja Ziemska została oficjalnie przyjęta do Wielkiego Senatu Galaktycznego, podpisała także porozumienia z Imperium i Federacją Handlową. Ludzie wbrew pozorom są istotami dosyć powszechnymi w całej galaktyce. Łączy ich jedno ? wszyscy wywodzą się z Ziemi. W sumie jest to sześć cywilizacji ? Ziemska, Sumeryjska, Kortelańska, Werokińska, Hito-niczicka i Antorańska. Po za tym, że są to przedstawiciele jednej rasy ? nie mają nic więcej wspólnego ze sobą. Każda cywilizacja prowadzi własną politykę, a trzy ostatnie są nawet prowincjami Imperium. Tyle możemy wyszukać w kronikach imperialnych patrząc pod hasłem ?Ziemia?. Nie ma tam ?nowszych? wzmianek, mówiących o tym, że stosunki między tymi ostatnimi są napięte, choć to zapewne niezbyt odpowiednie słowo ? chodzi bowiem o stan przechodni pomiędzy wojną a działaniami partyzanckimi. Ziemska Marynarka Kosmiczna(powszechnie zwana po prostu Flotą) prowadzi otwarte działania wojenne przeciwko zaangażowanym w wojnę siłami imperialnymi znajdującym się we wschodniej rubieży. Różnie można to sobie wyobrażać, lecz fakt jest taki, iż wojna trwa dziesiątki lat i nie przynosi żadnych rozstrzygnięć. Z jednej bowiem strony ? Ziemia zdaje sobie sprawę z tego, że sama nie jest w stanie zniszczyć ? ba, nawet zagrozić imperium ? z kolei państwo galaktyczne nie może sobie pozwolić na koncentrację sił w tym rejonie ze względu na stałe niebezpieczeństwo wojen w pozostałych rubieżach. Trwa więc stagnacja przeplatana okresami dominacji jednej lub drugiej ze stron, tracą więc jedni i drudzy, a bogacą się? korsarze.1?Śmierć ma urok tylko dla odważnych.? Comte de Lautréamont Frank otworzył oczy i rozejrzał się po pokoju, a przynajmniej usiłował to zrobić ? bo cokolwiek ciężko rozglądać się w ciemności. Była noc ? tak mu się wydawało, ale trudno jest ocenić jaka jest godzina, gdy nie ma się do dyspozycji zegarka i przebywa się kilka lat świetlnych od najbliższej gwiazdy, nie mówiąc już o CET. Postanowił, że nie wstanie od razu, zawsze był dosyć leniwy a skoro inni mogli robić coś za niego, nie miał zamiaru im w tym przeszkadzać. Był to w istocie człowiek niskiego wzrostu, dosyć wątły fizycznie, obdarzony bujną, czarną czupryną - wiecznie rozczochraną zresztą, nie nazbyt ostrymi rysami twarzy z nisko osadzonymi, wielkimi, czarnymi oczami i krzaczastymi brwiami. Gdyby spotkać go na Ziemi lub w jakimś porcie kosmicznym ? naukowiec ? pierwsze skojarzenie, bynajmniej błędne. W istocie ? był człowiekiem bardzo inteligentnym, przebiegłym i sprytnym, posiadał także nieprzeciętny talent dowódczy, był stanowczy, acz dowcipny(lecz nigdy nie żartował w poważnych sytuacjach). Dzieciństwo wraz z rodzicami spędził na stacji militarno-badawczej ?Tortuga ESS 074? w układzie Kilnos, sześćdziesiąt lat świetlnych od Ziemi. Jego rodzice, jak można się domyślić, pracowali tam ?od zawsze?. Ojciec był oficerem floty, matka ? naukowcem. Od obojga coś odziedziczył ? od ojca porywczość, od matki ? dokładność. Tak właśnie prezentował się Frank Titjacka, zwany przez znajomych Szarym Korsarzykiem. Nie udało mu się poleżeć zbyt długo ? już po pięciu minutach do jego kajuty wparował Harick ? pierwszy oficer. Był on zupełnym przeciwieństwem Franka ? wysoki, dobrze zbudowany, zawsze schludny blondyn, opanowany i przede wszystkim posłuszny ? tę ostatnią cechę jego kapitan cenił najbardziej. Frank wywnioskował po jego minie, że szykuje się robota ? i - chcąc nie chcąc ? podniósł się i spojrzał na przyjaciela.-Kapitanie, konwój sto sześćdziesiąt pięć AU od nas, prędkość siedem J , cztery statki handlowe, jeden niszczyciel eskorty. Nie wykryli nas, jesteśmy w trybie Stealth. ? Wyspał jednym tchem. Frank uśmiechnął się pod nosem ? uwielbiał te krótkie i treściwe raporty, a już zwłaszcza, gdy docierały doń dobre wiadomości.-Kurs przechwytujący, prędkość piętnaście J, szykować tarcze, ogłosić drugi stopień gotowości bojowej ? i wszystko po cichu, weźmiemy ich z zaskoczenia. ? Odpowiedział równie krótko. Harick kiwnął głową ? w ten sposób zwykł dawać znak, że zrozumiał; następnie odwrócił się na pięcie i szybkim krokiem odmaszerował w kierunku mostka. Wydawałoby się, iż jest zamyślony, lecz faktycznie siedział w bezruchu, próbując myśleć o czymkolwiek, co w tej chwili przychodziło mu z trudem. Chwilę zajęło mu dojście do siebie, po czym, z uroczystą przysięgą wobec siebie samego, że będzie więcej spał, podniósł się, założył kombinezon(czarny z lixinium ? materiału podobnego do latexu, lecz znacznie wytrzymalszego i odpornego zarówno na temperaturę jak i uszkodzenia mechaniczne), wziął w rękę kanapkę ? pozostałość po wczorajszej kolacji, a następnie opuścił kajutę. Droga na mostek zajmowała mniej-więcej dwie minuty, lecz Frank nie spieszył się, dlatego też po drodze zajrzał do pomieszczeń załogi i zbrojowni ? ludzie właśnie zaczynali przygotowywać się do akcji. Wszyscy kiwali mu głowami, on zaś spokojnie odpowiadał tym samym. Na okręcie przebywało w tej chwili dwieście sześćdziesiąt pięć osób, była to fregata wojenna klasy ESSF-3, długa na niemal trzysta metrów, szeroka na dwadzieścia pięć a wysoka na dwadzieścia ? jednocześnie był to jeden z najnowocześniejszych rajderów handlowych w tej części galaktyki ? uzbrojony po samiutkie zęby ? posiadał sześć ciężkich dział plazmowych, dziesięć lekkich działek i czterdzieści wieżyczek laserowych. Nie można także zapomnieć o wyrzutniach torped protonowych i anihilacyjnych ? lecz używane były one tylko w ostateczności ? wszak chodziło o zysk, czyli złupienie, a nie zniszczenie przeciwnika ? do tego celu na okręcie znajdowało się dwadzieścia kapsuł desantowych, każda zaś mieściła sześciu żołnierzy. Jak na zawodowego korsarza przystało ? Frank posiadał oryginalne listy kaperskie, które wręczyła mu rada najwyższa Federacji Ziemskiej przed siedmioma laty. Mieli wówczas swoje powody ? z czego głównym był fakt, że i tak siał spustoszenie na szlakach handlowych Imperium ? teraz zaś - ?niby? z woli Federacji. No i oczywiście był stale(choć to może złe słowo ? bowiem tylko, gdy był w zasięgu) do dyspozycji floty ziemskiej. Oczywiście nic za darmo ? w zamian za wstąpienie na służbę otrzymał nowiusieńki wówczas statek(który notabene ma do dziś) i niemalże nieograniczony dostęp do siły roboczej, o którą coraz ciężej było. Oczywistym profitem było także to, iż dziś mógł bez żadnych przeszkód zawinąć do dowolnego portu federacyjnego, czy to wojskowego czy cywilnego i w spokoju opchnąć łup ? a dawniej bywało z tym trudno. Tak czy owak ? obie strony zyskały na tym. Wzdłuż korytarza przebiegł błysk jaskrawo-niebieskiego światła ? drugi stopień gotowości ? trzeba przyspieszyć ? pomyślał kapitan. Obrał najkrótszą drogę prowadzącą na mostek i nie zatrzymywał się już po drodze ? za to cały czas intensywnie myślał. Dopiero teraz zwrócił uwagę na to, że konwój czterech okrętów pod osłoną zaledwie jednego niszczyciela podąża całkiem daleko od wytyczonych szlaków handlowych imperialnych ? wszak zacumował w tej okolicy, żeby odsapnąć trochę po ostatnich bitwach. Ostatecznie udało się już wylizać rany ? lecz, koniec końców, coś tu bardzo nie pasowało. -Kapitan na mostku! ? zasalutował Harick. Wszyscy obecni wstali i również zasalutowali. Mostek stanowiło pomieszczenie o kształcie zbliżonym do przeciętego na pół diamentu(patrząc z góry, rzecz jasna), było ono dosyć przestronne, zaś jego przednią ścianę stanowiło okno, przez które podziwiać można było przestrzeń kosmiczną. Wewnątrz znajdowały się wszelkiej maści kontrolki, od systemów nawigacyjnych, przez kontrolę zasilania aż po sterowanie uzbrojeniem. Tak ? statek był niemalże całkowicie zautomatyzowany ? jednak ludzie wciąż wykonywali większość czynności. Frank zawsze uważał, że jak coś ma być zrobione dobrze, trzeba zrobić to samemu, dlatego też bardziej ufał swoim ludziom niż komputerowi pokładowemu. Usiadł w swoim fotelu w samym centrum pomieszczenia, pozostali obecni zajęli własne stanowiska. W tej chwili znajdowało się tam sześć osób ? po prawej ręce kapitana siedział Harick, po lewej ? Katie, drugi oficer i łącznościowiec, przy systemie nawigacyjnym przebywał Karl, za uzbrojenie odpowiadał John zaś gdzieś z tyłu stale krzątał się pierwszy mechanik ? Ron. Każdy zajęty był tym, co potrafił najlepiej ? Frank zdążył się przyzwyczaić do tego, że w jego obecności panuje tu dosyć napięta atmosfera ? obawiali się go wszyscy, poza Harick?iem. W gruncie rzeczy ? wcale mu to nie przeszkadzało, lubił być szanowanym, sam siebie obwiniał o nadmierną próżność, lecz chwalił sobie zarazem, że w wirze walki zapomina o tym wszystkim. -Mam złe przeczucia co do tego konwoju ? rzekł przyglądając się gwiezdnej mapie regionu ? Karl, nanieś na mapę okoliczne mgławice i chmury.-Się robi kapitanie ? energicznie odparł nawigator, po czym zaczął grzebać przy swojej konsoli. Zaledwie kilka sekund później na ekranie dowódcy ukazało się kilka rozległych obiektów ? żaden jednak nie znajdował się na ich drodze.-Kurde, to chyba nie to. Harick, impuls, dwa krótkie piknięcia na niskiej częstotliwości, pomyślą, że to zderzenie asteroid ? rozkazał Frank. Nie wiedział sam czemu nie przekonały go dane z komputera ? już tak miał. Uważnie obserwował, jak poszycie statku(ze swojego stanowiska obserwować mógł w zasadzie tylko dziób) zaczyna się mienić jaskrawym błękitem, po czym z wielką prędkością odskoczyły od statku dwie fale rozdzielone ułamkami sekund. Chwilę później zaczął uważnie przyglądać się ekranowi swojej konsolki, czekając na rezultaty. Nie trwało to długo ? lecz to, co ujrzał, było przerażające.-Szlag, ta mapa była nieaktualna! Wlatujemy w mgławicę za parę sekund! Przejść na impulsowy, natychmiast! ? wydusił jednym tchem. W jego oczach majaczył strach zmieszany ze wściekłością ? jak mógł tak łatwo dać się podejść, z drugiej strony teraz nici z zasadzki. Dlatego ten konwój tak się wlecze, jeszcze chwila a w efektowny sposób zmieniłby siebie i swój statek(o ile nie całą mgławicę!) w kupkę prochu. Statek gwałtownie się zatrząsł, po czym dał się słyszeć charakterystyczny odgłos niewielkiej implozji ? statek przeszedł na napęd impulsowy. Był to znacznie mniej skuteczny sposób podróży i wymagał dużych ilości paliwa, jednakże nie było innego sposobu lotu przez obiekt, w jakim się znaleźli. Dodatkowo nie mogli teraz używać technologii Stealth a także torped. Zapowiadała się ciekawa walka z owym niszczycielem, który w normalnych warunkach nie byłby żadnym przeciwnikiem. -Ogłaszam alarm bojowy pierwszego stopnia, atakujemy otwarcie, wszyscy na stanowiska bojowe! Lecimy na impulsowym, jesteśmy w mgławicy więc nie możemy używać torped, to nie będzie spacerek, powtarzam: to nie będzie spacerek! ? Frank wiedział, że załoga wysłucha jego słów. Wiedzieli, że kiedy mówi, iż sprawa wygląda nieciekawie, tak jest, dzięki temu wszyscy przy rozpoczęciu akcji byli maksymalnie skoncentrowani.-Cała naprzód, zaraz nas zobaczą, a nie chcę stracić łupu! ? To polecenie skierowane były do Haricka, z którym zresztą Frank rozumiał się bez słów. Pierwszy skinął nieznacznie głową i zajął się swoją robotą.-Pięć minut do wlecenia w zasięg! ? ozwał się głos Karla.-Nieprzyjaciel nas zauważył, transportowce obierają kurs na wyjście z mgławicy, niszczyciel na kursie przechwytującym ? wtrącił John.-Ron, mam nadzieję, że osłony będą pod twoim stałym nadzorem, nie możemy też stracić napędu, resztę pal licho ? wszyscy zdawali sobie sprawę z powagi sytuacji, pierwszy mechanik również, skinął tylko lekko głową i oddalił się w kierunku głównej sterowni zasilaniem. Kapitan przełączył rozmowę do Artura, oficera desantowego.-Kapitan do dowódcy desantu, rozpoczniemy ostrzelaniem systemów podtrzymywania życia na statku, więc może tam być ciekawie, chcę żebyście podłożyli ładunki przy reaktorach i natychmiast wracali, nie dbać o nic po drodze. Aha, będziecie mi jeszcze potem potrzebni, więc postarajcie się nie zmniejszać stanu osobowego.-Tak jest Sir! ? ozwał się niski, ochrypły głos.-Bądźcie gotowi za pięć minut ? Frank przerwał połączenie ? John, słyszałeś?-Tak jest, celujemy w systemy podtrzymywania życia ? ozwał się głos uzbrojeniowego ? za przeproszeniem Sir, ale co z tarczami? ? dodał po chwili.-Niszczyciele mają dosyć silne tarcze aczkolwiek nie punktowe. Silna salwa w jedno miejsce powinna przerwać je w ostrzeliwanym miejscu, resztę zostawimy żołnierzom. ? Frank przetwarzał teraz wszystkie informacje z prędkością światła, jeżeli nie większą. Ciągle analizował swój plan, wszelkie za i przeciw, doszedł jednak do wniosku, że jest to najlepsze, co może zrobić. Najchętniej wycofałby się stąd, lecz teraz o ucieczce nie mogło być mowy.-Minuta do zasięgu ? nawigator wyksztusił niemal automatycznie.-Słuchaj Karl, zrobimy serię manewrów. Pamiętasz ostatni raz? ? korsarz wspominał o niedwanym polowaniu, podczas gdy jego okręt niespodziewanie wpadł pomiędzy dwa niszczyciele i krążył wokół nich tak, że spora część ich strzałów padała nie w jego tarcze, ale ich własne.-Ale tu mamy jeden wrogi okręt? - Karl pamiętał oczywiście. Trudno było zapomnieć tą walkę, wszak później przez dwa tygodnie cumowali do niewielkiej asteroidy(w zasadzie to do dziś) liżąc rany ? po za tym to nie było zbyt skuteczne?-Chcę byś zrobił kilka kółek wokół tego niszczyciela, to wszystko. Wtedy nie robiliśmy desantu, teraz zaś umożliwi to ostrzelanie systemów podtrzymywania życia ? rozumiemy się? ? Frank nie lubił tłumaczyć się ze swych decyzji, wiedział jednak, że gdy ludzie wiedzą jaki jest jego plan, starają się do niego dostosować. Statkiem mocno wstrząsnęło ? rozpoczęło się starcie. Wrogi niszczyciel strzelał jak opętany ze wszystkich dział celując w kilka różnych miejsc ? chcieli zniszczyć statek od razu ? ?Amatorzy? ? pomyślał kapitan ? ?będzie łatwiej, niż myślałem?.-John, czekaj aż będziemy na minimalnej odległości, Karl, wiesz co masz robić, przynajmniej trzy okrążenia! - od tego momentu wszystko działo się błyskawicznie, choć zdawało się, że każda sekunda trwa całymi godzinami. Atmosfera na mostku była tak napięta, że przypominała balon napompowany do szczytu możliwości, tak, że gdyby go choćby leciutko tknąć, eksplodowałby. Każdy robił to, co do niego należało, Frank zaś uważnie obserwował przebieg akcji by w razie potrzeby natychmiast nanieść poprawki do planu ? co zresztą nie okazało się potrzebnym. Niszczyciele były statkami o klasę przewyższającymi fregaty wojenne, lecz jego okręt był tak nowoczesny, że w zwyczajnych warunkach dawał sobie radę z kilkoma takimi przeciwnikami. Niestety ? fregata była wyposażona w starej wersji napęd konwencjonalny i niewielką ilość broni, która nadawała się do użycia w podobnych warunkach ? wprost przeciwnie do niszczyciela imperialnego, który ostał stworzony z myślą o walce w we wszelkich warunkach. Inną sprawą było, że załogę ?Kormorana Rubieży?(bo tak ochrzcił Frank swój okręt) stanowiła ścisła elita, inną zaś, że do floty imperialnej brano w zasadzie prawie każdego, kto był lojalny. Doświadczenie było zaś sprawą kluczową w pojedynkach typu jeden na jednego ? zgodnie z planem szarego korsarzyka, jego fregata dzielnie znosiła morderczy ostrzał niszczyciela, nie odpowiadając na ogień aż do czasu, gdy odległość między oboma okrętami była minimalna ? wówczas to ozwały się naraz wszystkie działa okrętowe wycelowane w systemy podtrzymywania życia niszczyciela ? pierwszy ostrzał nie przyniósł zamierzonego rezultatu, lecz po krótkim nawrocie statek ponownie znalazł się na dogodnej do oddania strzału pozycji, a działa ozwały się po raz drugi ? tym razem z morderczym skutkiem ? wzdłuż całego niszczyciela przeszła fala eksplozji ? lecz na tym nie koniec ? kormoran wykonał ponowne okrążenie, zrzucając po drodze ponad połowę kapsuł desantowych, po czym rozpoczął ogień ciągły w kierunku wrogich dział, sam będąc jednocześnie ostrzeliwanym, choć skuteczność przeciwnika znacznie zmalała ? najwyraźniej kontrolę nad niszczycielem przejął komputer. Niewielkie kapsuły desantowe szybko przyssały się do poszycia niszczyciela, po czym rozpoczęto drążenie w poszyciu. Trwało to nie dłużej jak minutę, po czym żołnierze uzbrojeni po same zęby, wyposażenie w kombinezony z własnym systemem podtrzymywania życia wparowali na pokład okrętu. -Dowódca do desantowców ? postępujemy według planu A ? kompania Alfa na mostek, kompanie Beta i Gamma za mną do reaktorów, za dziesięć minut opuszczamy ten złom, bez odbioru. ? Artur wiedział, jak poruszać się po owych wrogich okrętach. Przeżył już kilkadziesiąt podobnych operacji, z kilku cudem wyszedł cało, a z niektórych wręcz nie wyszedł ? był kilkakrotnie ciężko ranny. Nie przez przypadek trafił na kormorana ? po wielu latach służby w korpusie inwazyjnym stwierdził, że pora zarobić na emeryturę ? a gdzie lepiej, jak wśród korsarzy? W ciągu trzech lat pracy zarobił tu więcej, niż przez całe życie w korpusie. Był komandosem z krwi i kości i zżył się już z Frankiem. Nie wyobrażał sobie życia innego, niż na kormoranie, no, przynajmniej dopóki nie będzie go stać na pokaźnej wielkości działkę na jakieś miłej, ciepłej planecie, kto wie, może nawet na Ziemi. Był to człowiek zbudowany potężnie, z szeroko rozstawionymi barkami, twarzą oszpeconą(choć sam twierdził, że to dodaje uroku) przez bliznę zadaną jakimś niesłychanie ostrym narzędziem(przebiegała ona od czubka ucha po samą żuchwę, idąc po niewielkim skosie), miał ciemne oczy, z których tryskał zamiennie młodzieńczy entuzjazm lub wściekłość, kasztanowe włosy i wydatny, spiczasty nos ? jak już wspomniałem ? typowy żołnierz. Na drodze żołnierzy leżało całkiem sporo trupów ? ?Widać, nie zdążyli się przygotować na utratę systemu podtrzymywania życia, he he? ? ze wskaźników wnioskował, że poziom tlenu wynosi około siedem procent a temperatura nie przekracza pięciu stopni. W skali Kelvina. Jedynymi przeszkodami na drodze były systemy automatycznej obrony statku ? no i hermetycznie odcięte przedziały, w tym prawdopodobnie mostek, a być może także przedział zasilania. Tak czy owak, gdy tam wparują, nie będzie już taki szczelny, pytanie zaś, czy przeciwnik zdąży się przygotować? Przy pierwszym zakręcie dopadł się do kontroli zasilania i usiłował odłączyć system obrony, bezskutecznie ? zmuszony był zawołać hakera.-Eryk, dawaj tu, ale migiem! ? komandos posłusznie przydreptał do dowódcy ? ile czasu zajmie Ci obejście systemów zabezpieczeń? ? komputerowiec zaczął uważnie przyglądać się konsolce.-System klasy trzeciej, zabezpieczenia infiltracyjne drugiego stopnia? Dwie, góra trzy minuty, Sir! ? odparł.-Do roboty! Aha, masz półtorej minuty, chyba, że chcesz tu zostać ? Artur był sceptycznie nastawiony do komputerów, dlatego też oboje szybko polubili się z Frankiem. Łączył ich podobny charakter, no może po za tym, że korsarzyk był człowiekiem o nieprzeciętnej inteligencji, w przeciwieństwie do komandosa ? ale na swoim fachu znał się, jak mało kto ? a takich ludzi kapitan lubił. -Zrobione ? oświadczył dumnie haker po niecałej minucie. Artur był pełen podziwu ? przez chwilę. Gdy ruszył do przodu i ledwo co wychylił nos za zakręt ? przywitał go dziarski ogień z działka laserowego. Klnąc pod nosem co niemiara, podszedł do konsoli i zaczął w nią walić karabinem.-W moich czasach tak się to k***a robiło ? wycedził przez zęby. Mniej więcej po piątym uderzeniu przygasły światła w korytarzach ? oznaczało to spadek napięcia ? system działał awaryjnie, uzbrojenie wewnętrzne niszczyciela nie stanowiło już dłużej przeszkody. Ruszył bez chwili zastanowienie przed siebie nie rozglądając się na boki. Dotarcie do pomieszczenia reaktora zajęło mu kolejne dwie minuty - istotnie ? było zamknięte hermetycznie. Na jedno skinienie ręki do drzwi podbiegł saper, który zamontował dwa niewielkiej wielkości ładunki wybuchowe ? komandosi schowali się tuż za zakrętem korytarza po czym nastąpił głuchy odgłos wybuchu ? znacznie przytłumiony przez niedobór tlenu w atmosferze statku. Oddział beta w szyku bojowym wparował do pomieszczenia, po czym rozszedł się szukając wszelkich oznak życia. Oddział Gamma z dowódcą udał się w kierunku reaktorów, które od razu zaczęto minować. Zapalnik ustawiono na 10 minut. Podłożono specjalnie spreparowany do tego celu ładunek ? niewielkiej klasy głowicę, która w pierwszej kolejności zasysała cały tlen, po czym wytwarzała potężną falę uderzeniową rozrywającą wszystko na swojej drodze ? a wszystko bez najmniejszej iskierki, która mogłaby doprowadzić do zapłonu całej mgławicy. Gdzieś u góry rozległy się strzały, które już w chwilę później ucichły.-Dwóch tolkenian, zdaje się że mechanicy, próbowali zrobić na nas zasadzkę. Jeden zabity, drugi prosi o litość, co robimy szefie? ? nadszedł raport od dowódcy bety. -Brać go i zmywamy się stąd ? odparł oficer. Saperzy uruchomili zapalnik ? nie było już odwrotu. -Dowódca do oddziału Alfa, czekam na raport ? szef, jak to szef, wolał zawczasu wiedzieć, czy wszystko poszło zgodnie z planem, choć nie było żadnych próśb o pomoc, więc z góry zakładał, że tak się właśnie stało.-Dowódca Alfy, zgłaszam się. Mamy jednego ciężko rannego i dwóch lekko, napotkaliśmy na lekki opór, mostek jest już czysty i zaminowany, podążamy w kierunku kapsuł ? ?a więc wszystko OK, więc pora się stąd faktycznie wynosić?. Przełączył komunikator na częstotliwość mostku kormorana. -Oficer desantowy zgłasza wykonanie zadania. Okręt czysty i zaminowany. Proszę o podejście i podanie koordynatów wyjścia ? zameldował krótko przełożonemu.-Za minutę będziemy czekać. Przesyłam koordynaty ? ozwał się głos Karla. Nadajnik, który Artur miał na ręce, zaczął cicho bzyczeć, co potwierdziło słowa nawigatora fregaty. -Ludzie, mamy koordynaty, do kapsuł, niedługo czeka nas kolejna akcja więc chcę, żeby wszyscy byli w pełnej gotowości bojowej. Bez odbioru. ? sam dowódca także wszedł do swojej kapsuły wraz z pięcioma innymi osobami, po czym osobiście dopilnował, by była zamknięta. Nacisnął przycisk odczepiający przyssawki po czym kapsuła z wolna oddaliła się od niszczyciela. Przez niewielki wizjer obserwował, jak reszta kapsuł idzie w jego kroki. Faktycznie, niecałą minutę po nadejściu wiadomości pojawiła się fregata, która zaczęła ściągać kapsuły na hol. Powrót i cumowanie do okrętu trwały niecałe trzy minuty, a same stateczki desantowe były ponownie gotowe do akcji. -Cała naprzód, gonimy nasz łup! ? rozkazał Frank. Nie musiał powtarzać, okręt po kilku sekundach ruszył z miejsca i zaczął się rozpędzać, słychać było coraz częstsze, charakterystyczne eksplozje, które stanowiły główną część napędu impulsowego. Statek nabierał prędkości, by wkrótce osiągnąć maksymalną ? jak na owe warunki ? dwadzieścia jeden J. Kapitan policzył sobie w pamięci: walka ? trzy minuty; akcja ? pięć minut, zbieranie ? cztery minuty, pościg ? dwie minuty? W tej chwili statkiem wstrząsnęła pokaźnej siły fala uderzeniowa ? ?no, wszystko by się zgadzało, za jakieś siedem, góra osiem minut dopadniemy te statki?.-Ron, raport o uszkodzeniach ? rzekł do komunikatora, przekierowując go na maszynownię. Spodziewał się niewielkich ubytków w tarczy, może w kilku miejscach przerwanego poszycia, nic poważniejszego w każdym razie.-Kapitanie, mamy niewielki problem z drugim reaktorem, fala uderzeniowa spowodowała przeciążenie rdzenia, sugeruję wyłączenie. Po za tym ? tarcze sprawne w pięćdziesięciu sześciu procentach, brak uszkodzeń zewnętrznych, szacuję szkody spowodowane przez wybuch ? odparł pierwszy mechanik. Utrata jednego z reaktorów to był problem ? chociaż niezbyt poważny. Statek tracił część mocy, ale najwyżej nie będziemy szaleć z prędkościami gdy opuścimy mgławicę ? i tak będziemy musieli udać się do jakiegoś portu, sprzedać łup ? pomyślał Frank. -Dobra Ron, wyłączaj. Jak znajdziesz jakieś poważne usterki zgłaszaj natychmiast. Bez odbioru. ? przełączył komunikator do oficera desantowego ? Arturze, za pięć minut znajdziemy się w zasięgu transportowców, wypada po trzydziestu ludzi na jeden, powinniście dać radę. Powiedz ludziom, że potem zmywamy się z tego rejonu i lecimy do portu, będą mogli odpocząć. Nie spodziewam się jakiegoś większego oporu na tych statkach ? Frank starał się wyklarować sytuację najlepiej, jak potrafił.-Kapitanie, z niszczyciela zabraliśmy jednego tolkeniana, jest teraz w areszcie, pilnuje go dwoje ludzi, uznałem, że powinieneś wiedzieć. Może się na coś przydać, kto wie, co to-to wie. Idę zająć się ludźmi i przekazać im dobre nowiny. Bez odbioru ? zakończył raport Artur. Korsarz zastanowił się ? co tolkenian robił na niszczycielu imperialnym? To bardzo interesująca sprawa. Będzie trzeba to d o g ł ę b n i e zbadać, ale nie teraz. Zresztą, kto wie, może dowództwo floty zapłaci za niego, może faktycznie on wie coś ciekawego? -Kapitanie, okręty handlowe w zasięgu dział ? zameldował Karl.-Walić po kolei w napęd ? rozkazał Frank ? desantowcy, do roboty ? rzekł do komunikatora i uważnie patrzył jak kolejne transportowce tracą prędkość, po czym dopadają je kapsuły desantowe. Opanowanie wszystkich czterech statków zajęło dwadzieścia minut. Dwa z nich przewoziły deuter ? paliwo do napędu impulsowego ? korsarz zdecydował, że uzupełni sobie zbiorniki. Kolejny przewoził androidy najnowszej generacji ? został doszczętnie splądrowany; czwarty zaś okazał się prawdziwą gwiazdką z nieba dla piratów ? przewoził zapas kamieni szlachetnych, zapewne z jakiejś wysuniętej kolonii imperialnej do jednej z głównych baz rejonu. No cóż ? na pewno te kamienie trafią do jednej z głównych baz rejonu ? tylko, że po przeciwnej stronie granicy. Kapitanów i pierwszych oficerów wszystkich okrętów aresztowano i zabrano na pokład Kormorana. Pozostałą część załogi okrętów przeniesiono na statek dawniej wypełniony androidami, dano części zapasowych na tyle, by mogli naprawić napęd i dolecieć do najbliższej stacji imperialnej ? pozostałe statki zaminowano i zniszczono. Wypełniona po brzegi łupami fregata w pięć godzin po zakończeniu akcji opuściła mgławicę i z pełną prędkością skierowała się w kierunku najbliższego portu kosmicznego znajdującego się pod jurysdykcją ziemian ? zarazem jednej z największych stacji we wschodniej rubieży galaktyki ? Erathii. 2Dziennik pokładowy16.04.2514 Dziś mijają trzy dni odkąd opuściliśmy mgławicę. Statek leci na stu procentach mocy z maksymalną osiągalną teraz dlań prędkością(czterdzieści sześć J) w kierunku stacji kosmicznej Erathii w kwadrancie 416T. Przeprowadzono wstępne przesłuchania tolkeniana - twierdzi, iż nazywa się Izz Wak Twi Hel i znalazł się na pokładzie niszczyciela imperialnego z przymusu. Odmawia przekazania szczegółów, powiedział za to, że ma ciekawe informacje dla dowództwa floty i będzie rozmawiać tylko z osobami bardziej kompetentnymi niżeli ktokolwiek przebywający na tym statku. Próby wyperswadowania mu tego pomysłu zostały zakończone niepowodzeniem. Przesłuchania będą tak czy owak kontynuowane, obiekt zaś może ulec niewielkim uszkodzeniom ? dochowane jednakże będą wszelkie starania, by dotarłszy do bazy federacji mógł udzielić pełnych zeznań. Wszystko wskazuje na to, że statek będzie musiał przelecieć przez sporej wielkości pole asteroidów ? główny nawigator twierdzi, że o ile systemy są w pełni sprawne, nie będzie z tym problemów. Mam nadzieję, że ma rację. Załoga jest zadowolona z łupu i tego, że będzie miała trochę wolnego czasu w porcie. Osoby ranione podczas desantu wciąż przebywają w skrzydle szpitalnym, jedna z nich w dalszym ciągu nie odzyskała przytomności. Medyk czuwa nad nimi bezustannie. Powoli zaczyna się kończyć zapas wody pitnej, możliwe, iż będziemy musieli pobrać zapasy z jakiejś planety, którą napotkamy po drodze.18.04.2514 Statek nie bez przeszkód przeprawił się przez pole asteroidów. Systemy nawigacyjne usilnie nie chciały zrozumieć, iż nie działa drugi reaktor, przez co nawigator musiał sterować statkiem ręcznie ? nie, żeby źle mu to szło, lecz nikt nie jest doskonały. Lekko otarte zostało poszycie na wysokości trzeciego przedziału po lewej stronie okrętu ? pech chciał, że uszkodzeniu uległ zbiornik z deuterem i dla bezpieczeństwa zmuszeni byliśmy wyłączyć trzeci reaktor. Ciągniemy teraz na ostatnim i cała nadzieja w tym, że nie spotkają nas kolejne niespodzianki. Odnieśliśmy niewielkie postępy w przesłuchaniach. Tolkenian nie powiedział wprawdzie nic nowego, lecz mówić zaczął pierwszy oficer jednego ze statków handlowych ? skądinąd zastanawiam się, kto powierzył mu takie informacje ? lecz przejdźmy do sedna ? stwierdził, że w zamian za azyl wyjawi dane na temat działań wojsk imperialnych w tym rejonie, które bardzo zainteresują ziemian. Oczywiście odpowiednie zapewnienia zostały mu przedstawione, ten zaś powiedział z całą powagą, że imperium gromadzi siły w kwadrancie 176C ? powiedział, że ma się tam zebrać pięć flot które rozpocząć mają inwazję. Nie daję zbytniej wiary jego słowom, ale wywiad z pewnością powinien to sprawdzić. Możliwe, że galaktyczni odtworzyć chcą gwiezdną armadę. Dwóch lekko rannych komandosów opuściło dzisiaj skrzydło szpitalne, trzeci zaś odzyskał przytomność. Doktor twierdzi, że jego stan jest stabilny i wkrótce będzie mógł wrócić do swojej kajuty. Moje podejrzenia co do zapasów okazały się trafne ? teraz, lecąc zaledwie z prędkością ok. 20J będziemy zmuszeni zdobyć nie tylko wodę, lecz także pożywienie. Czeka nas ponad miesiąc podróży. Mam nadzieję, że więcej niespodzianek nie będzie.24.04.2514 Osiągnęliśmy kolejne postępy, jeżeli chodzi o naszych jeńców. Tolkenian okazał się w końcu bardziej rozmowny po rozmowie z oficerem desantowym. Nie odnotowano znaczniejszych uszkodzeń. O dziwo ? potwierdził słowa owego oficera, o którym wcześniej wspomniałem ? lecz to nie wszystko. Z jego słów wnioskujemy, że imperium naprawdę może zbierać kolejną armadę, a wiadomo jaką wagę wiadomość ta ma dla federacji. Dokładniejsze dane zapisane zostały w komputerze pokładowym. Kontynuujemy przesłuchiwania pozostałych jeńców. Za około dwa tygodnie skończą się zapasy wody pitnej. Nawigator twierdzi, że za dziesięć dni będziemy w zasięgu układu planetarnego w kwadrancie 407R, wg jego map znajduje się tam planeta o warunkach zbliżonych do ziemskich. Mam nadzieję, że te mapy są aktualniejsze, niż owe z czasu akcji. Rozważamy racjonalizowanie zapasów. Dziś opuścił skrzydło szpitalne komandos. Doktor naprawdę potrafi czynić cuda.27.04.2514 Zdaje się, że za naszym okrętem podążają śladem rajdery imperialne. Za dwa dni przekroczymy granice federacji, tj. wlecimy na tereny patrolowane przez flotę. Dopiero wówczas rozsądnym będzie nadać komunikat z usilną prośbą o eskortę ? i mieć nadzieję, że nie odpowie echo. Spadło morale wśród załogi gdy wyjawiliśmy stan faktyczny naszych zapasów. Wysłaliśmy sondę do układu, który wskazywał nawigator. Za trzy dni będziemy wiedzieć, czego można się spodziewać. Udało nam się wydobyć kolejne fakty w sprawie przesłuchań. Artur, oficer desantowy okazał się wybitnym śledczym ? jak twierdzi, odkrył w sobie nowy, ukryty dotąd talent. Kapitan frachtowca przewożącego androidy wyznał, iż są to roboty bojowe które miały trafić do korpusu inwazyjnego. Naukowcy przebywający na pokładzie(wraz z moją skromną osobą) uważnie przyjrzeli się owym robotom i muszę przyznać, że faktycznie wydają się być one przystosowanymi do walki, aczkolwiek na pierwszy rzut oka mogą służyć także do pracy w kopalniach na asteroidach o zerowej grawitacji lub planetoidach o znacznie podwyższonej sile przyciągania. Nie jesteśmy w stanie tego stwierdzić bez dokładniejszego sprzętu, którego niestety nie posiadamy. Staraliśmy się uruchomić jednego z androidów pod osłoną komandosów, zdaje się jednak, iż wszystkie zabezpieczone są kodem. Nasz haker nie był w stanie go złamać, wiemy tylko, iż kod to liczba 128 bitowa. Ktoś musi mieć klucz i my go zdobędziemy.30.04.2514 Wczoraj w godzinach południowych nadaliśmy wezwanie o pomoc w trybie natychmiastowym, podaliśmy zaszyfrowane koordynaty. W dalszym ciągu czekamy na odpowiedź. Kilka minut temu nadszedł raport z naszej sondy ? potwierdziła ona słowa Karla ? w tym układzie jest woda, która zapewne będzie zdatna do picia. A po filtracji ? z całą pewnością. Nasze obawy co do pościgu potwierdziły się, jednak wciąż mamy nadzieję, że przeciwnik zawróci po przekroczeniu naszej granicy. Z drugiej jednak strony ? my byśmy nie odpuścili. Wg Karla dogonią nas w kilka godzin po tym, jak opuścimy układ zaopatrzeniowy ? bo tak go nazwaliśmy. Jego mapy nie precyzują konkretnej nazwy. Nie osiągnęliśmy żadnych nowych rezultatów w sprawie przesłuchań, lecz wciąż je kontynuujemy, licząc na to, że komuś podwinie się noga, a wtedy już nie odpuścimy. Załoga jest zadowolona z wiadomości o tym, że zapasy wody będą uzupełnione. Powiadomiliśmy ich także o pościgu ? tak, jak się spodziewałem, odzew był zerowy ? to prawdziwi korsarze z krwi i kości ? gdy dać im jeść i pieniędzy, nie będą zwracać uwagi na nic więcej.4.05.2514 Dostaliśmy odpowiedź od jakiegoś okrętu federacyjnego, niestety nie możemy jej rozszyfrować. Musiano zmienić kod podczas naszego ostatniego rejsu. Liczymy na to, iż tamta jednostka zna nasz kurs. Za dwie godziny znajdziemy się w układzie zaopatrzenia, gdzie uzupełnimy zapasy. Według wyliczeń nawigatora ? będziemy mieli na to kolejne dwie godziny do czasu, gdy pojawią się wrogie okręty. W dalszym ciągu nie wiem czego się spodziewać, lecz pewnym jest tylko to, że nie poddamy się bez walki. Haker od trzech dni usiłuje złamać kod androidów i twierdzi, że jest bliski sukcesu. Z całą pewnością przydałyby się. Rozważamy ukrycie kluczowych jeńców i niewielkiego nadajnika pod osłoną kilku komandosów na planecie, z której będziemy pobierać wodę ? oni muszą przeżyć. Jeżeli będzie to ostatni wpis ? oznaczać to będzie, że poległem a większość załogi wraz ze mną. Jeżeli ktoś to odczyta, niech wie, że z całą pewnością wielu zginęło, nim my padliśmy.3 Frank spojrzał przez wizjer w kierunku brązowego karła który znajdował się niecałe sześćdziesiąt milionów kilometrów od fregaty. Głowę zaprzątały mu różne myśli ? zastanawiał się, jakie mają szansę ? uszkodzona supernowoczesna fregata przeciw kilku rajderom imperialnym ? choć z góry wiedział, że co najwyżej ? niewielkie. Sam siebie pocieszał faktem, iż urodził się pod szczęśliwą gwiazdą ? przynajmniej tak mówiła mu niegdyś matka. Zaczął wspominać dzieciństwo, czasy, gdy wraz z nią podróżował po różnych niezbadanych dotąd planetach, gdzie uczył się o nowych formach biologicznych i chemicznych. W tym czasie jego ojciec walczył z siłami imperium, jak dziś on. Nasunęła mu się myśl o starożytnej bitwie pod Termopilami ? przez chwilę chciał zostać Leonidasem, który sam zatrzymuje całą potęgę przeciwnika, poświęcając życie za wolność i ojczyznę ? zdawał sobie zarazem sprawę, że jego śmierć w tym układzie, na peryferiach przestrzeni federacji prawie na pewno pozostanie zapomniana, chyba, że ktoś odnajdzie owych jeńców, których postanowił ukryć na planecie ? o ile rzecz jasna nie zrobią tego imperialiści. Pozostało niewiele czasu, lecz on był nadzwyczaj spokojny. Załoga również była jakaś nad wyraz optymistycznie nastawiona do tego, co miało nadejść. W tej chwili większość spożywała obiad ? być może ostatni w życiu większości z nich ? lecz mimo wszystko ? oszczędzano pożywienie z nadzieją, że podróż będzie trwała dalej. Postanowił zerknąć po raz ostatni w kierunku gwiazdy, w nadziei na ? sam nie wiedział co ? wydało mu się, że blask gwiazdy jakby zbladł ? niebo zaczęło go opłakiwać. Otrząsnął się, obrócił na pięcie i wyszedł z kajuty. Postanowił ? być może ostatni raz ? przemówić do załogi ? wpierw jednak udał się na mostek, by opracować plan. Tym razem podążał najkrótszą z możliwych dróg, nie napotkał nikogo na swej drodze ? tylko głuchą ciszę. W pomieszczeniu sterowania zastał trzy osoby ? Katie, Karla i Haricka. Wszyscy ? jak już to mieli w zwyczaju ? wstali po czym skinęli mu lekko głowami - usiedli dopiero wówczas, gdy on zajął swoje miejsce. Zapanowała martwa cisza, która trwała ? według tego, co Frankowi podpowiadał umysł ? zaledwie kilka sekund ? w rzeczywistości zaś ? całe minuty ? i trwała by zapewne dłużej, gdyby na mostek nie wparował Ron.-Kapitanie, mamy dane z sond które zostawiliśmy przy wejściu do układu ? cztery rajdery imperialne klasy H317. Spotkanie za dwadzieścia siedem minut. Kurs przechwytujący ? powiedział zadowolony pierwszy mechanik. Jego mina oddawała stan jego ducha ? entuzjazm go nie opuszczał. Wierzył w to, że kapitan wyciągnie ich z każdych tarapatów ? nawet wówczas, gdy sam korsarz o tym nie wiedział. Frank kiwnął głową dając znak, że rozumie. Ponownie zamyślił się na chwilę, po czym nastawił komunikator tak, by słyszeli go wszyscy na statku-Drodzy towarzysze broni, korsarze! Nie chcę ukrywać przed wami prawdy ? nasze szanse na zwycięstwo wynoszą ni mniej, ni więcej ? jeden do stu ? zwłaszcza, gdy mamy uszkodzone dwa z trzech reaktorów. Mamy trzy opcje ? poddać się, uruchomić awaryjnie uszkodzone reaktory i uciec ? przy czym z całą pewnością efektownie spalimy się nie dalej jak za godzinę ? lub podjąć walkę. Wiem, że wy, tak samo jak ja, nie bierzecie pod uwagę pierwszej opcji. Wiemy wszyscy, jak wygląda imperialna kolonia karna. Będziemy zatem stawiać opór ? chcę, byście wiedzieli, że być kapitanem takiej załogi, uważam sobie za największy z możliwych zaszczytów. Życzę sobie i wam powodzenia, niech Bóg nam pomoże w walce, a gdy zginiemy ? niech pogrąży naszych wrogów! ? zapanowała chwila głuchej, mrożącej krew w żyłach ciszy ? Ogłaszam czerwony alarm, wszyscy na stanowiska bojowe ? zakończył. Wzdłuż korytarzy całego okrętu przebiegać zaczęły czerwone wstęgi światła. Wszyscy rozeszli się na swoje stanowiska, po chwili na mostek dotarł John, zasalutował kapitanowi i zajął miejsce przy swojej konsoli. -Posłuchajcie, chcę, żebyście wiedzieli, że naprawdę uważam za zaszczyt pracę z wami ? zwłaszcza z wami. Myślę, że podzielacie moje zdanie, co do tego, że należy wyrządzić im jak największe szkody ? tyle, ile zdołamy ? nim zginiemy ? bo ? nie oszukujmy się ? nasze szanse są minimalne. Zawsze grałem z wami w otwarte karty. Jeżeli chcemy się z nimi choć trochę pobawić ? Frank wyraźnie zaakcentował słowo ?pobawić?, do tego na jego twarzy pojawił się nonszalancki, złośliwy uśmieszek ? musimy unieszkodliwić dwa statki. Jeden powinno udać się zniszczyć dzięki torpedom ? mamy niewielki zapas ? na drugi wyślemy desant ? a ogniem konwencjonalnym będziemy odpowiadać na ich ogień. Są znacznie zwrotniejsi i szybsi ? będą nas mieli jak na widelcu. Jakieś konkretne propozycje? ? Titjacka lubił znać zdanie swoich oficerów na temat jego planów. Zawsze uważał, że co dwie głowy ? to nie jedna, a zwłaszcza, gdy łbów jest więcej.-Sir, może by tak skierować się na nich kursem kolizyjnym, w ostatnim momencie wypalić z torped, zrobić unik i wysłać desant? ? Nieśmiało zaproponował Karl. Frank przyglądał mu się uważnie z zauważalną dobrodusznością.-A jesteś w stanie przeprowadzić taki manewr? ? zapytał w końcu. Zapanowała cisza, którą po chwili przerwał w końcu głos nawigatora.-Myślę, że to wykonalne, Sir ? odparł. Korsarz zdawał się przez chwilę być bardzo zamyślonym, a wszyscy obecni przyglądali mu się z wielką uwagą. Niespodziewanie skierował swe słowa do uzbrojeniowego:-John, co o tym myślisz? Damy radę? ? zapytał. Sam podejrzewał, że szanse na powodzenie tego planu przy jednej trzeciej mocy są co najwyżej mierne ? jednak ? o dziwo ? nie przychodził mu do głowy żaden lepszy pomysł.-Zwarty i gotowy! ? energicznie odparł oficer. Znaczyło to, ni mniej ni więcej, że zrobi co będzie mógł. Titjacka ponownie zamyślił się, tym razem na dłuższą chwilę. Po raz kolejny zapanowała martwa cisza, którą w końcu przerwał głos Karla:-Dziesięć minut do kontaktu! ? powiedział. Frank spojrzał na niego uważnie i ?wiercił? go wzrokiem przez kilka kolejnych sekund, następnie spojrzał na Haricka, który lekko skinął głową, na koniec ? na Katie ? która powtórzyła tenże gest. Podjął decyzję.-No dobra. Spróbujemy, a co tam, do stu diabłów. Jak zginąć, to chociaż efektownie! ? powiedział spokojnie, delikatnie akcentując każde słowo. Stwierdził, że nie ma co dłużej się namyślać ? przełączył komunikator na oficera desantowego.-Arturze, robimy dzisiaj desant bez wcześniejszego ostrzału, z całą pewnością będzie gorąco ? stwierdził Frank ? postarajcie się przejąć kontrolę nad statkiem, zawsze w czymś może nam pomóc podczas bitwy, jeżeli nie będziecie sobie dawać rady, zaminujcie go i zmiatajcie ? plan ten wydawał się szalony nawet dla niego, o którym mówiono, że robił już największe dziwy. Zapadła cisza na linii, kapitan musiał poczekać niezłą chwilę, żeby w końcu usłyszeć odpowiedź.-Przepraszam za zwłokę, ale mam raport od Eryka. Udało mu się złamać szyfr robotów. Zawsze wiedziałem, że będą z niego ludzie. Obliczył, że do każdej z kapsuł desantowych wejdzie dziesięć sztuk tego złomu, zdecydowaliśmy, że zapakujemy je do czterech, czekamy tylko na twoje błogosławieństwo Frank ? ozwał się entuzjastyczny ? choć zauważalnie już mniej ? głos komandosa.-Lepiej niech wybiją choć część imperialistów, niż wpadną wszystkie w ich łapska. Bierzcie wszystkie, jeżeli ma to wam pomóc ? odparł korsarz. Mówił w tej chwili ? co dosyć rzadko mu się zdarzało ? z głębi serca. W rzeczywistości zdążył pokochać całą załogę, choć nie zdawał sobie z tego sprawy ? każdy najmniejszy szczegół jego okrętu był właśnie NIM ? podobnie, jak wszyscy, którzy znajdowali się na fregacie. Po raz kolejny z krótkiej chwili zadumy wyrwał go głos Karla:-Trzydzieści sekund do zasięgu? Dwadzieścia pięć? Dwadzieścia? Piętnaście? - rozpoczął odliczanie ? uwaga, zaczynamy manewr, będzie nami ostro rzucać! ? dodał po chwili - w jego głosie odnaleźć można było nutkę dumy, w końcu to JEGO plan wybrał kapitan, inną sprawą było, że nikt nie przedstawił alternatywy - w końcu gdyby była, to i tak właśnie jego pomysł miał największe szanse. Rozpoczęła się bitwa. Ziemska fregata wojenna szła kursem kolizyjnym na rajdery imperialne, które wciąż jeszcze szły w szyku ?gęsim?. O dziwo ? zgodnie z planem ? pierwszy ze statków faktycznie nie spodziewał się ataku torpedowego z tak bliskiej odległości ? jak to określił Frank: ?Podobnych fajerwerków to i na czwartego lipca na Ziemi nie zobaczymy?. Istotnie, eksplozja była efektowna ? strumienie gazu palące się w temperaturze setek stopni, rozpryskujące na wszystkie strony z olbrzymią prędkością, a zaraz potem zamarzające pod wpływem lodowato-zimnej próżni ? tak, to nie był codzienny widok. Druga część planu również zdawała się przechodzić pomyślnie ? statek zrobił unik i odpalił desant ? niecałą chwilę później po pokładzie rajdera rozleźli się komandosi i androidy ? i w tym momencie kończy się łatwa część planu. Zgodnie z tym, co podejrzewał Frank ? okręty były wypełnione po brzegi żołnierzami?Pokład imperialnego rajdera klasy HTC363 ? ?Aigden Haar? To miała być łatwa misja ? przynajmniej tak się zapowiadało. Cztery nowoczesne jednostki przechwytujące, przystosowane do szybkich ataków i ucieczki miały przechwycić lub zniszczyć jedną fregatę wojenną, w dodatku uszkodzoną. Pościg trwał bez mała trzy tygodnie, w końcu jednak znalazła się ona w zasięgu ? w pewnym niezamieszkałym układzie daleko po za granicami państwa. Ryzyko, że po drodze wpadną na jakieś zabłąkane okręty federacji, było teraz podwyższone, aczkolwiek w dalszym stopniu nieznaczne. Misja była przygotowana niczym chirurgiczne cięcie ? statki były wybitnie antydesantowe. Załogę stanowiła elita czternastej floty rubieży wschodniej. W zasadzie od samego początku aż po koniec wszystko wydawało się spacerkiem. Wrodzy komandosi w istocie wtargnęli na statek, gdzie przywitał ich morderczy ogień systemów obrony wewnętrznej okrętu i załogi statku. Kapitan Jukk nadzorował przebieg bitwy osobiście z mostka okrętu. Niewiele obchodziło go to, że sojusznicza jednostka już na samym początku starcia zamieniła się w kupkę prochu ? to on odeprze desant i zyska sobie największą chwałę. Jego komunikator zaczął wibrować ? ktoś go wywoływał. Nie spiesząc się sięgnął ręką w dół i przełączył urządzenie:-Grik do kapitana, melduję, że utrzymujemy pozycje w przedziałach trzecim, czwartym i szóstym, przedział piąty opanowany przez przeciwnika. Nie jestem w stanie wytłumaczyć tego, co tam zaszło ? mieliśmy w tym przedziale sześćdziesięciu ludzi, żaden go nie opuścił, a wszystko wskazuje na to, że dotarły tam zaledwie cztery kapsuły desantowe ? zrelacjonował oficer. Kapitan zastanowił się: cztery kapsuły = dwudziestu czterech komandosów; z drugiej strony sześćdziesięciu plus kilka działek? Ni jak rachunek ten nie dawał mu podobnego efektu.-Jakieś podejrzenia co do tego, co tam zaszło? Cokolwiek? ? zapytał kapitan. Spodziewał się, że nie otrzyma żadnej odpowiedzi ? no bo od kogo ? ale zawsze warto było zapytać.-Żadnych Sir. Chwila, robi się gorąco w przedziale trzecim, nieprzyjaciel przełamał nasze szyki? wszystko wskazuje na to, że zmierzają do maszynowni? zaraz? chwilę? to wygląda, jakby mieli w służbie AX-17? ale to nie możliwe? - głos Grika zaczął drżeć. Jukk zastanowił się ? słyszał już gdzieś nazwę AX-17? tylko gdzie? Zaczęła mu świtać w głowie pewna myśl.-Skąd oni do cholery wzięli nasze najnowsze maszyny bojowe? Przecież wyprodukowano ich zaledwie tysiąc sztuk do tej pory i żadna nie trafiła na pole bitwy! O co tu do diabła chodzi? ? wykrzyczał do komunikatora. Nie otrzymawszy odpowiedzi, zerknął tylko na konsolę, na której widniał plan okrętu ? z zaznaczonymi miejscami, w których znajduje się nieprzyjaciel. Wyczytał tylko tyle, że upadł właśnie przedział trzeci, w czwartym jego ludzie przystąpili do ofensywy, w której ginęli żołnierze po obu stronach ? zaś same roboty zmierzały w kierunku mostka. Widział te cuda w akcji tylko raz ? wiedział, że nic nie jest w stanie ich zatrzymać poza całkowitą anihilacją ? odporne na temperatury do kilku tysięcy stopni, wyposażone w system auto-naprawy dzięki miliardom nanobotów? dosłownie niezniszczalne. Jego jedynym ratunkiem, by dać sobie choć trochę czasu, było odcięcie mostku od reszty okrętu. Nie zastanawiał się ? natychmiast zamknął śluzę, po czym kontem oka zerknął na konsolę i z przerażeniem stwierdził, że androidy będą tu lada moment. Zauważył także, że jego ludzie cofają się ? bitwa o ten okręt była przegrana ? jego osobista walka o życie także dobiegała końca ? ostatnim wysiłkiem moralnym postanowił, że zniszczy chociaż wrogi okręt samobójczym rajdem ? nim jednak zdołał obrać właściwy kurs, wyłamana została owa śluza, a kapitan rozszarpany na strzępy przez androidy ?rodzimej? produkcji ? niestety, statek był już potężnie uszkodzony ? dlatego też Artur postanowił opuścić go czym prędzej ? starał się oszacować straty i doliczył się szesnastu poległych i dwudziestu rannych. Tuż przy jego nogach leżał martwy Eryk ? ten sam, który najbardziej przyczynił się do zwycięstwa łamiąc kod robotów ? ich najcenniejszego ze skarbów. Wydał krótki rozkaz do opuszczenia okrętu, upewniwszy się, że jest on zaminowany ? i sam wkroczył do swojej kapsuły. Frank z uwagą obserwował eksplozję okrętu, z którego dopiero co zabrali desantowców ? gra i tak była już skończona. Statkiem potężnie wstrząsnęło ? po raz kolejny został trafiony ? a żaden okręt nie zniesie serii trafień na dłuższą metę. -Tarcze dziobowe piętnaście procent, tarcze rufowe dwadzieścia, tarcze bakburty dziesięć, sterburty dwadzieścia trzy! ? ozwał się w komunikatorze głos Rona. Korsarz zamyślił się ? ?A więc to już koniec? To cholernie dziwne, bądź co bądź tanio się nie sprzedaliśmy??-Baterie wyczerpane, nie możemy odpowiadać na ogień, Sir! ? stwierdził posępnie uzbrojeniowy. -Ron, możesz przekierować trochę mocy z tarcz bakburty do dział? ? zapytał kapitan. To już tylko kwestia czasu ? tylko o tym myślał.-Frank, jesteśmy gotowi do ponownej akcji ? rozległ się głos Artura ? w każdej chwili, musicie tylko blisko podejść? - nie zdążył skończyć, przerwał mu Karl.-Arturze, lecimy w tej chwili na impulsowym, trzeci reaktor wysiadł przed pięcioma minutami, w jaki sposób mamy wyjść na pozycję? ? zapytał retorycznie ze sporą dozą irytacji. Faktycznie ?sytuacja była fatalna ? fregata przypominała w tej chwili zwykły statek handlowy ? powolny i niezdatny do obrony? Gdy Frank chciał już zabrać głos, okrętem wstrząsnęła potężna eksplozja-Kapitanie, straciliśmy tarcze dziobowe, przedział czternasty nieszczelny, zamykam grodzie! ? zrelacjonował Ron.-Panowie, to już koniec ? stwierdził korsarz ? nic więcej nie zrobimy, bo nie możemy. Pozostaje już tylko? - przerwał. Nie wierzył temu co widział ? tuż przed dziobem fregaty śmignął myśliwiec federacji ? a za nim kolejny i następny? całe skrzydło. Nie tylko on był zaskoczony ? ustał ostrzał z wrogich okrętów. Nikt nie wiedział co się dzieje? - Karl, wyślij impuls, chcę wiedzieć skąd te myśliwce i ile ich tu jest! ? odezwał się wciąż niedowierzający kapitan. Nawigator wykonał rozkaz bez najmniejszego wahania ? poszycie okrętu zamieniło się jaskrawym błękitem ? po czym we wszystkich kierunkach odbiegła z prędkością światła fala elektromagnetyczna. Frank spoglądał na konsolę wyczekując obrazu ? a gdy w końcu się pojawił, niczego nie rozumiał. W pobliżu nie było żadnej jednostki a już na pewno nie takiej, z której mogłoby tu dotrzeć kilkaset myśliwców! Spojrzał ponownie na obraz, zaczął intensywnie myśleć i wpadł na pomysł ? Karl, wyświetl mapę okolicy jako hologram ? krótko i zwięźle rozkazał. Nie myślał w tej chwili o niczym innym, a gdyby tylko spojrzał przez szybę przednią, zauważyłby, że rajdery mają w tej chwili poważne kłopoty. Minęło niecałe dziesięć sekund, nim pojawiła się trójwymiarowa mapa. ?Tak, do cholery, to przecież oczywiste!? ? pomyślał.-Ron, potrzebuje wysłać sondę, niech ma komunikator, przesyłam współrzędne! ? Frank automatycznie wręcz powiedział do komunikatora. Był zafascynowany tym, co widział przed sobą - swoją ignorancją, głupotą i szczęściem zarazem. Nie otrzymał odpowiedzi od mechanika ? zauważył tylko, jak sonda z ogromną prędkością skierowała się szerokim łukiem w kierunku przeciwnej strony planety, przy której toczy się walka. W tej chwili rzucała ona na bitwę szeroki cień, logicznym więc było, że jedyny obiekt zdolny do przenoszenia myśliwców znajdować się może po jej drugiej stronie. Fala uderzeniowa wstrząsnęła okrętem ? eksplodował właśnie kolejny rajder. Dotarcie na miejsce zajęło sondzie zaledwie trzydzieści sekund ? potwierdziły się podejrzenia korsarzyka ? na orbicie planety stacjonował lotniskowiec federacji II klasy ? niewielki, ale stylowy ? w opinii Franka. -Katie, nawiąż z nimi kontakt w trybie natychmiastowym! ? rozkazał swojej oficer łącznościowej. Trwało to kolejną chwilę ? w międzyczasie zaś zauważył, że ostatni z rajderów próbuje uciekać, lecz znajdował się teraz pod morderczym ostrzałem setki myśliwców ziemskich. Frank rzadko doceniał fakt, że zgodził się zostać oficerem floty, teraz zaś chwalił sobie ten fakt ponad wszystko. Mimo tego, że niemal codziennie ryzykował wszystkim, kochał żyć, choć nie zdradzał się z tym przed nikim. Katie spojrzała na niego i kiwnęła głową ? kontakt został nawiązany. Kapitan przełączył swój komunikator na rozmowy przez sondę ? i zaczął wywoływać sojusznika-Kapitan fregaty wojennej ?Kormoran Rubieży? do sojuszniczego lotniskowca. Proszę o kontakt ? oczekiwał odpowiedzi, jednak nie doczekawszy się(a był z natury niecierpliwy) począł ponawiać swoje nawoływania. W końcu otrzymał upragnioną odpowiedź-Mówi kapitan Hans Groodgeer z federacyjnego okrętu ?Samotny Lewiatan?. Przepraszam za tak dużą zwłokę, ale jak zapewne zauważyliście, w czasie waszej nieobecności zmieniły się systemy kodowania ? wysłaliśmy wam wiadomość, że będziemy tu czekać na was, lecz zdaje się, że jej nie rozszyfrowaliście do końca ? ozwał się głośny baryton. Frank nie znał owego człowieka ? już go jednak ?kochał? całym sercem. -Właściwie to wcale nie rozszyfrowaliśmy waszej wiadomości. Czemu nie nadaliście jej w starym systemie kodowania? ? zapytał ze szczerą ciekawością.-Imperialiści przechwycili kilka naszych jednostek, znają stare kody. Dzięki waszemu zgłoszeniu wiedzieli dokładnie, gdzie się udajecie. Podejrzewam, że gdyby nie moja skromna dupa, mielibyście naprawdę ciężko ? Hans zdawał się mieć dobry humor.-Tak, wasza dupa ocaliła naszą, kiedyś odpłacę się tym samym, ma pan słowo Franka Titjacka ? odparł, a w jego głosie zabrzmiało rozbawienie.-Frank Titjack? Tym bardziej miło mi poznać. Myślę, że będziemy mieli wiele sobie do opowiedzenia ? stwierdził Groodgeer, tym razem zaś jego głos wydał się poważny.-Z całą pewnością kapitanie, ale moja łajba jest trochę uszkodzona ? Frank popatrzył w tym momencie na listę uszkodzeń statku i podrapał się po głowie ? w zasadzie, to nie wiem jakim cudem jeszcze trzyma się w całości - z materiałów potrzebnych do naprawy zbudowałbym nowy statek, kto wie, czy nie większy od tego ? stwierdził w końcu.-Mam tu całkiem niezłych mechaników, części też się znajdą, pozwól jednak, że zapytam, co udało wam się zrabować? W końcu jesteście statkiem pirackim, prawda? ? zapytał kapitan lewiatana.-Zapłacę sprawiedliwie, będzie pan zadowolony ? odparł korsarzyk.-Ooo, nie wątpię. Niebawem podlecimy do was, trzymajcie się?4Dziennik osobisty kapitana5.05.2514 Dzięki pomocy mechaników i częścią zapasowym które podarował nam kapitan Lewiatana, udało się uruchomić drugi reaktor. Wygląda na to, że wszystkie poważniejsze usterki zostały usunięte i jeszcze dziś będziemy mogli opuścić ten układ. Hans zobowiązał się odstawić nas do samej Erathii ? choć wydaje mi się, że nie napotkamy już jednostek imperium ? zbyt wiele patroli jest w tamtych regionach. Co do stanu technicznego okrętu ? oceniam go na dzień dzisiejszy na ?dopuszczający? ? może byłby i dostateczny, gdyby nie fakt, że mamy piękną, sześciometrową wyrwę w bakburcie ? w dalszym ciągu nie wiem ? jakim cudem ten statek wciąż trzyma się w całości po tym, co przeszedł. Wszystko wskazuje na to, że Ron także, bo gdy zobaczył tą wyrwę(z pokładu Lewiatana) zaczął tylko drapać się po głowie ze zdziwienia. Klemens, główny mechanik sojuszniczej jednostki sądzi, że uda się ją załatać przy pomocy tych robotów, które przechwyciliśmy ? w każdym razie spróbujemy. Co do tych ostatnich ? ich możliwości zadziwiły wszystkich, najbardziej zaś chyba przeciwnika. W dalszym ciągu badamy ich właściwości i funkcje, a wszystko już teraz wskazuje na to, że są istnym majstersztykiem. Strach bierze na samą myśl o tym, co stałoby się, gdyby imperium rzuciło je do walki przeciw nam. Ciężko zastanowię się nim rozkażę je sprzedać ? kto wie, na co je jeszcze stać. Hans powiedział, że wzbudzą zainteresowanie po samą ziemię i muszę bardzo na nie uważać. Oszacowaliśmy w końcu straty w ludziach ? bitwa była naprawdę krwawa ? mamy dziewiętnastu poległych komandosów - w tym Eryka, hakera ? będzie nam go brakować, tak jak i reszty. Nie zmienia to faktu, że będziemy musieli uzupełnić załogę w porcie ? a już na pewno nie odlecimy bez speca od komputerów. Dodatkowo poległo siedem osób w owym felernym czternastym przedziale i trzy kolejne w innych. W sumie straty wyniosły dwadzieścia dziewięć osób plus około czterdziestu rannych. Większość zmuszeni byliśmy hospitalizować na sojuszniczej jednostce ze względu na brak miejsc na Kormoranie. Według doktora, stan kilku osób jest krytyczny i ich szanse na przeżycie są minimalne ? pozostaje tylko nadzieja. Połowę załogi przenieśliśmy do Lewiatana ze względu na to, że statek wymaga natychmiastowego remontu. W zamian otrzymaliśmy całą rzeszę mechaników, którzy walczą całym dostępnym sprzętem z okrętem ? który to usilnie chce pozabijać nas wszystkich ? jak dotąd ? nieskutecznie. Naszych jeńców również ewakuowano już z planety ? byli wyraźnie niezadowoleni i nie omieszkali wyrazić swojego zdania na nasz temat tuż po tym, gdy znaleźli się w areszcie na lotniskowcu ? nasz nie nadawał się do użytku. Opowiedziałem dla kapitana Groodgeer ich historię i zdawał się nią być wyraźnie zaniepokojony ? w każdym razie niczego dobrego ich słowa nie wróżą. Niebawem rozpoczniemy łatanie poszycia ? i ? o ile wszystko dobrze pójdzie ? jutro obierzemy kurs na Erathię. 6.05.2514 Androidy poradziły sobie z zadaniem nader dobrze ? udało się nie tylko załatać ową potężną wyrwę, ale także wiele mniejszych oraz uszczelnić całkowicie przedział czternasty ? mieszkalny ? dzięki czemu mogliśmy zabrać część załogi na pokład Kormorana. Zatamowano też wyciek ze zbiornika deuteru, dzięki czemu uruchomić mogliśmy kolejny reaktor. W późnych godzinach wieczornych przeprowadziliśmy próbę napędu ? wszystko wydaje się być ?w miarę? sprawne ? osiągnęliśmy pięćdziesiąt siedem procent mocy, co daje nam możliwość lotu z prędkością około 45J ? według Karla do Erathii dotrzemy za dwadzieścia dni lecąc z maksymalną prędkością. W tej chwili końca dobiegają naprawy tarcz ? kilka baterii po prostu eksplodowało ? ciekaw jestem, jaki rachunek wystawi Hans ? choć, z drugiej strony ? federacja i tak pokryje koszty, a nawet jeśli nie, to sprzedaż trzech ? czterech androidów na pewno. Dobrze jest mieć jakąś kartę przetargową. Za niecałą godzinę odlatujemy ? załoga wydaje się być zniecierpliwiona postojem, lecz nikt głośno nie wyraża swojego zdania na ten temat. Wielu wciąż jest w żałobie po przyjaciołach, którzy polegli. Podjąłem decyzję o tym, że ciała które są na okręcie zostaną zabrane na Erathię i odesłane do rodzin wraz z dywidendą im należną. Może to choć w części złagodzi stratę ? z drugiej zaś strony jesteśmy korsarzami, musimy być w każdej chwili gotowi na to, co może nadejść ? łatwy zarobek i łatwa praca nigdy nie idą w parze. Przez ostatnie minuty, które spędzimy w tym układzie, szperacze z Lewiatana przeszukają resztki wrogich jednostek w nadziei na odnalezienie czegoś ciekawego ? może nawet komputera lub jego fragmentów ? w każdym razie, nawet jeżeli nic nie znajdziemy ? warto spróbować.7.05.2514 Od dwudziestu godzin jesteśmy w trakcie lotu. Wszystko przebiega sprawnie i gładko ? wciąż trwają naprawy, lecz niedługo będziemy zmuszeni je przerwać ze względu na brak odpowiednich części zamiennych. Ron wspominał, że statek czeka przynajmniej miesiąc pobytu w doku. Odparłem tylko, że jak wszystko pójdzie dobrze, to trafi on na złom a nie do naprawy; wyliczyłem, że za same kosztowności zrabowane z imperialnych statków zarobimy około trzydziestu pięciu milionów kredytów ? wystarczająco dużo, by kupić nowy statek ? ba, tym razem nawet okręt wojenny pierwszej klasy. Zresztą ? zobaczymy, co na ten temat powie załoga - w końcu mamy tu jakby spółkę. Kilka godzin spędziłem dziś na pokładzie lotniskowca i muszę przyznać, że to wspaniały statek. Jest bez mała pięć razy większy od Kormorana, a jego załogę stanowi zaledwie trzysta osób ? w porównaniu do fregaty ? każdy ma tu całkiem sporo miejsca dla siebie. Hans osobiście oprowadził mnie po okręcie ? trochę dziwiła mnie postawa obecnych ? było jakoś sztywno, no ale to w końcu jednostka regularnej floty ? nie jestem do końca pewien, czy chciałbym, aby podobna atmosfera panowała na moim okręcie. Wolę, gdy stosunki bardziej opierają się na zaufaniu, niżeli na szacunku ? choć mieszanina obu wcale nie byłaby taka zła ? z drugiej jednak strony, myślę, że większość załogi mnie szanuje. Tuż po zwiedzeniu okrętu zabraliśmy się do rozmowy z Hansem. Okazał się on człowiekiem wielce tajemniczym i inteligentnym. Wiedział o mnie oraz dokonaniach moich i mojej załogi bardzo dużo ? choć ? jak to wówczas z dumą zauważyłem ? nie wszystko. Koniec końców ? o załodze Kormorana krążą już legendy w całej wschodniej rubieży ? i nie mała w tym moja zasługa(chyba zasługuję na trochę próżności). Dowiedziałem się wiele o nim samym ? choć wszystko wydobywałem z niemałym trudem ? stwierdził, że narodził się na ziemi(arystokrata), gdzie dorastał i studiował(na Wielkiej Akademii Floty ? najbardziej elitarnej szkole w całej federacji) ? swoją drogą spodziewałem się tego po jego sylwetce ? Hans jest człowiekiem dumnym, o wyraźnie zaznaczonych rysach twarzy, z krotko ostrzyżonymi blond włosami i niebieskimi oczyma ? aryjczyk jak malowany. Wbrew mojej własnej opinii o tych ludziach(wszystkich rodem z ziemi), nie okazywał swojej wyższości, wręcz przeciwnie, traktował mnie na równi ze sobą, choć nie dotyczyło to już jego załogi i jeżeli była między nimi ufność, to tylko z powodu jego zdecydowanej wyższości. Podług jego słów, ojciec jest emerytowanym admirałem floty i człowiekiem bardzo wpływowym, matka zaś pracuje gdzieś w administracji ? jak stwierdził ? jest doradczynią rady. Nie wiedzieć czemu ? polubiłem go od momentu, gdy stwierdziłem, że być może ma mocniejszą głowę ode mnie(inną sprawą jest, że żywiłem do niego sympatię już po tym, gdy uratował mi skórę). Hans twierdził, że o ile to, o czym mu mówiłem jest prawdą ? postara się zapewnić mi audiencję u samej Rady Najwyższej. Nie wiem co o tym myśleć, w każdym razie to wielkie wyróżnienie ? już sama możliwość przebywania na ?niebieskiej planecie? jest czymś szczególnym. Z zaciekawieniem słuchałem jego opowieści o tym miejscu ? o stolicy ? miałem wprawdzie okazję być tam raz, ale było to zdecydowanie zbyt krótko. Jego opowiadania o krystalicznie czystym powietrzu, wodzie, lasach ciągnących się przez setki kilometrów? Tak, to miejsce naprawdę musi mieć wiele wspólnego z rajem. Jutro oprowadzę Groodgeera po Kormoranie ? a w zasadzie tym, co z niego zostało. Stwierdził, że nie przepuści okazji, żeby spróbować imperialnych trunków, których ? nie kryję ? mam całkiem sporą kolekcję.10.05.2514 Mija właśnie czwarty dzień lotu. Udało się uprzątnąć resztki złomu z korytarzy, reszta załogi powróciła z Lewiatana na fregatę. Wlatujemy właśnie w samo serce szlaków handlowych federacji, wiodących z wysuniętych koloni wprost do Erathii ? będziemy odtąd podążać tym szlakiem, może uda się zrobić jakiś interes po drodze. Wczoraj mieliśmy drobne problemy z drugim reaktorem, jako, że główny mechanik - Ron ? jest chory, zajął się tym(na ochotnika) Artur, oficer desantowy. Nie mam pojęcia, w jaki sposób udało mu się naprawić ?kaszlący? reaktor, a sam nie chce zdradzić swojej tajemnicy. Może on krztusił się przez te wgniecenia? Nie jestem pewien nie mogłem tam pójść i sprawdzić osobiście, gdyż byłem chory, zaszkodziło mi imperialne świństwo(swoją drogą Hans chyba nadal jest chory). Cóż, może by tak oficer desantowy i mechanik w jednym? W dniu wczorajszym zmarła kolejna osoba ? ranny komandos ? pozostali powoli wracają do zdrowia. Dzisiaj trzy osoby opuściły skrzydło szpitalne, zanosi się na to, że jutro opuści je kolejna. Dziś przez kilka godzin wraz z Arturem próbowaliśmy rozgryźć możliwości tych androidów ? sprowadziło się to do tego, że używaliśmy wszystkiego, co było pod ręką w tym tylko celu, by je zniszczyć ? bezskutecznie. Jako-takie efekty dawała tylko broń anihilacyjna, jednak jej na statku stosować w większych dawkach nie można, ponieważ nie ma niczego, co by ją ograniczyło - a nie chcę kolejnej kilkumetrowej wyrwy w burcie. Osobiście badałem strukturę tych robotów ? okazuje się, że mają one sztuczną inteligencję na tak wysokim poziomie, że w zasadzie mogłyby żyć same, gdyby nie ograniczenia w programie. Wydaje mi się, że mogą być prawdziwą puszką Pandory ? po dokładniejszym zbadaniu ich struktury udało mi się wykryć miliardy nanobotów na każdym z nich ? to by wiele tłumaczyło w kwestii ich niezniszczalności a stopniowym braku odporności na broń anihilacyjną. Coś mi się wydaje, że sprzedaż kilku tych jednostek sama w sobie wystarczy na zakup nowego okrętu ? ja to mam szczęście ? matka miała rację, mówiąc, że jestem w czepku urodzony.13.05.2514 Kolejne osoby opuściły skrzydło szpitalne ? na tą chwilę nikomu tam obecnemu nie zagraża już śmierć. Morale wśród załogi powoli się odbudowuje ? na dzień jutrzejszy ustanowiłem rozmowę ze wszystkimi zainteresowanymi na temat podziału łupów. Przedstawię im swój pomysł dotyczący zakupu nowej jednostki, myślę, że będą zainteresowani - w końcu chodzi także o ich bezpieczeństwo. Po kilku dniach milczenia odezwał się Hans, a zrobił to krótko i treściwie; jego wiadomość brzmiała dokładnie tak: ?Cóż to było za imperialne ścierwo, dalej nie mogę wyjść z kibla?? ? całkiem subtelne. Zgodnie z tym, co podejrzewałem, trunek miał różne skutki uboczne ? a ja byłem przystosowany do ?wynalazków? ? może dzięki temu jestem teraz w takiej dobrej formie? W każdym razie niegrzecznością byłoby nie odpisać, a po chwili dumania stwierdziłem, że moja odpowiedź będzie równie subtelna: ?Mam jeszcze dwie flaszki, nie pamiętasz? Brałeś środek na przeczyszczenie gdy zaczął Cię brzuch boleć!? ? no tak, zapewne nie pamięta, ale to mu wiele wyjaśni. Dobrze, że te wiadomości są poufne, podobnie jak ten dziennik. Dobiłem dziś targu z okrętem handlowym, który przelatywał nieopodal ? dzięki zakupionym częściom udało się uruchomić pierwszy reaktor i lecimy na stu procentach mocy ? a tydzień będziemy na Erathii.14.05.2514 W zasadzie to nie dzieje się nic ciekawego, ale myślę, że warto by opisać niecodzienną sytuację, jaka miała dziś miejsce. W godzinach popołudniowych nadeszła kolejna wiadomość od Hansa, tym razem była nieco mniej subtelna: ?Ekhm, no wiesz, jakbym zapomniał o tym fakcie. W każdym razie chciałbym dzisiaj z tobą porozmawiać w cztery oczy, o ile jest to możliwe.? ? otrzymał odpowiedź potwierdzającą. Przybył na Kormorana w niecałą godzinę później ? i stwierdził, że ma dla mnie propozycję. Nie wiedzieć skąd, wiedział, że straciłem hakera ? Eryka(Panie, świeć nad jego duszą) i powiedział, że ma kogoś, kto może go zastąpić. Nie chciał wyjawić dokładniejszych szczegółów, dowiedziałem się tylko, że osoba ta skontaktuje się ze mną już gdy będziemy na Erathii ? tajemnicze, prawda (swoją drogą zaczynam się zastanawiać, kiedy zacznę pisać ?nieprawdaż, mój dzienniczku??). Co zaś się tyczy tej niecodziennej sytuacji ? udało mi się nakłonić Hansa na kolejny ?eksperyment? rodem z imperium. Nie wiedzieć czemu, na mnie nie odnosił on skutku zaś na nim wywarł ogromny ? zaczynam mieć poważne wątpliwości co do moich dawnych słów o jego mocnej głowie; w każdym razie, tuż przed opuszczeniem okrętu, zupełnie dla żartu zaproponowałem mu ponownie środek na przeczyszczenie ? który przyjął z zadowoleniem. Ciekawe kiedy odezwie się następnym razem.17.05.2514 Czytając swoje poprzednie wpisy zauważam wyraźną działalność alkoholu w moim umyśle, ale mniejsza z tym. Dzisiaj ostatnie osoby opuściły skrzydło szpitalne, morale u załogi poprawiły się. Ostatnim razem nie wspomniałem o zebraniu załogi, co widać było ? z rozkojarzenia. Dopiero dzisiaj o tym fakcie sobie przypomniałem. Zrelacjonuję więc krótko jego przebieg: Zdecydowana większość załogi poparła mój pomysł wymiany okrętu ? oraz kilka innych, na przykład ten, że odtąd każdy komandos będzie mieć swojego ?ducha? ? androida. Ustalono także, że na pozostałą część załogi przypadać będzie jeden robot na pięciu członków ? co zaś się tyczy pozostałych maszyn ? decyzji na razie nie podjęliśmy. Zobowiązałem się do wypłaty dziesięciu tysięcy kredytów każdemu na czas pobytu w Erathii ? powinno wystarczyć na ten miesiąc ? myślę, że wydatki na załogę pokryję sprzedając pięć do sześciu robotów. Zaskoczył mnie fakt, iż część załogi zdecydowała się opuścić nasze szeregi, nie protestowałem jednak ? wszyscy jesteśmy tu dobrowolnie. Lewiatan nadal się nie odzywa.20.05.2514 Jesteśmy w pobliżu stacji kosmicznej ?Erathia? ? czekamy w kolejce na pozwolenie do dokowania ? co potrwa jeszcze około godziny ? tyle tylko dobrze, że jako okręt floty nie musimy przechodzić kontroli celnej. Sama stacja jest fantastyczna ? dawno nie byłem w tym regionie ? stale mieszka na niej i pracuje około stu tysięcy ludzi(oraz innych ras). Ruch w tym regionie jest większy, niż przypuszczałem, w oddali widać kilkanaście okrętów floty ? my jednak dokować będziemy do stoczni numer trzy ? muszę się dogadać z właścicielami co do statku. Wczoraj odezwał się Hans, a jego ton (według mnie) stanowił coś pomiędzy rozbawieniem, rozgoryczeniem a poczuciem beznadziejności ? swoją drogą to zabawne. Stwierdził tylko, że wszystko już gotowe i czeka na nas niewielki komitet powitalny na stacji ? dodał także, że wszystko o czym rozmawialiśmy(znaczy się ? haker i rada) wymaga czasu na przygotowanie ? więc również będę mieć trochę wolnego. Załoga także nie może już się doczekać opuszczenia pokładu ? większość jest spakowana ? martwię się tylko o to, by dzisiaj nie wybuchły na stacji jakieś zamieszki ? to mogłoby źle się skończyć.5 Rozległ się cichy syk ? statek przybił do doku numer trzy. Kolejną chwilę trwało wyrównywanie ciśnień pomiędzy pomieszczeniem a fregatą, następnie otworzyły się drzwi a załoga wysypała na zewnątrz z prędkością huraganu. Frank obserwował owy widok z rozbawieniem, zwłaszcza zaś przerażone miny pracowników doku ? no cóż, dyscyplina kończyła się wraz z opuszczeniem okrętu, choć i tak zazwyczaj była luźna. Jako resztka statek opuścili oficerowie, którzy także rozeszli się bez słowa, kapitan zaś pozostał sam ? musiał porozmawiać jeszcze z kimś, kto statku będzie pilnować i naprawiać ? a tego kogoś najwyraźniej w pobliżu nie było ? chcąc, nie chcąc zmuszony był więc czekać. Kierownik doku nadszedł po bez mała pięciu minutach, a jego ludzie, jeszcze przed chwilą obecni i wyluzowani ? poznikali Bóg sam wie gdzie ? i trudno było powiedzieć, by nie było wiadomo, z jakiego powodu ? ich szef budził swym wyglądem strach ? choć nie we wszystkich. Według Franka miał około dwóch metrów wzrostu, szerokie barki i naprawdę wyglądał na potężnie zbudowanego ? do tego brak włosów na głowie ? sylwetka raczej zbira niżeli kontrolera doku. Człowiek ów zbliżał się ciężkim a zarazem dziwnym, przypominającym nieco kaczy, chodem; wyglądał, jakby nie był zachwycony tym, co widzi ? mało komu uśmiechało się mieć ?coś takiego, prawie przypominającego fregatę wojenną?(jak to ujął Hans) w swoim doku. Jego mina uległa nieznacznej poprawie, gdy spojrzał na niewielkiego wzrostem korsarza, stojącego dumnie i wpatrującego się w niecodzienny widok, który prezentował ? nie było to rozbawienie ani ironia ? raczej przemknęła mu myśl typu: ?taki okręt, jak i właściciel?. Całe zjawisko ? znaczy się ten chód ? trwał nie dłużej, niż dziesięć sekund, ale Frank zdążył zakodować sobie tę scenę w pamięci ? choć sam nie wiedział czemu. Wielu ludzi do tej pory zdawało się go nie doceniać lub wprost oceniać z góry ? nigdy jednak specjalnie tym się nie przejmował ? wszak ?wszystko wychodziło w praniu?. -Kapitan Frank Titjack? A ten o-k-r-ę-t to ?Kormoran Rubieży?? ? zapytał swym niskim, gburowatym wręcz głosem, wyraźnie akcentując słowo ?okręt?, czym dał do zrozumienia, co myśli sobie o tym zasłużonym statku.-Tak, a Pan? - odparł grzecznie korsarz. Bywał w podobnych sytuacjach, postanowił więc nieco pobawić się ? ot, dla formy.-Jestem Grigor Truch, szef doku. Przykro mi, ale będzie pan musiał przestawić ten statek gdzie indziej ? odparł dryblas. Frank niezauważalnie uśmiechnął się pod nosem ? ?zaraz się zacznie? ? pomyślał. Nastąpiła krótka, z pozoru niezauważalna chwila ciszy, którą ostatecznie przerwał doker.-Czy pan rozumie co do pana mówię? My tu nie zbieramy złomu ? stwierdził, cedząc ostatnie słowa dokładnie tak, by zabrzmiały zarówno groźnie, jak i zupełnie naturalnie ? fakt faktem, dobrze mu to wychodziło.-To chyba pan nie rozumie o czym mówi ? ten statek jest własnością Federacji Ziemskiej i ma prawo dokować wszędzie tam, gdzie tylko będzie to potrzebne i nikt i nic nie może temu przeszkodzić ? odparł Frank mówiąc cicho, wolno i przede wszystkim zrozumiale. Chciał, by jego słowa dotarły do olbrzyma już za pierwszym razem ? tak jak się też spodziewał, mina tego ostatniego nagle jakby skwaśniała, a twarz nabiegła krwią ? chyba od dawna nikt mu nie odmawiał.-Pan chyba nie zdaje sobie sprawy z tego, że ten dok jest własnością prywatną i nie mamy obowiązku naprawiać ani przechowywać żadnego okrętu, jeżeli sobie tego nie życzymy ? zahuczał. Gdzieś w oddali spadł klucz, brzęcząc głośno ? tak, okoliczni pracownicy słuchali rozmowy z wyraźnym zainteresowaniem ? ciekawe, czy robili zakłady, a jak już, to jakie on, Frank, miał w nich szanse. Zazwyczaj(co wiedział z doświadczenia) dawano mu zaledwie jeden do dziesięciu ? ale nieliczni szczęśliwcy, którzy postawili na niego, nigdy nie żałowali. -Czyli pan sobie nie życzy mojej osoby, mojego, a właściwie federacyjnego okrętu ani też mojej sowitej zapłaty w tym doku? ? kapitan szczególnie zaakcentował słowa dotyczące pieniędzy, gbur zaś jakby złagodniał na chwilę, lecz zaraz szybko powrócił do poprzedniej postawy.-Ten statek nie nadaje się do naprawy jak na moje oko. Jak pan chce go naprawiać, to trzeba będzie płacić ekstra za części z innej stacji, bo u nas nie będzie ? stwierdził swym starym, groźnym tonem. ?Ha, nieźle, odparł pierwszy szturm? ? pomyślał Frank. Wprawdzie i tak nie chciał przecież naprawiać okrętu, ale postanowił nie zdradzać tej informacji Grigorowi ? no bo po co? Będzie zabawniej.-Aha, więc to tak pan pogrywa. Prawo federacyjne stwierdza wyraźnie, że statki federacji mają być naprawiane po normalnych kosztach, ma pan coś przeciw temu? ? Frank mówiąc wciąż zachowywał powagę, lecz miał niezmierną ochotę, by odwrócić się i parsknąć żywiołowym śmiechem. Niewielu ludzi bawiłby widok dwumetrowego osiłka, który wydaje się być naprawdę wkurzonym a w dodatku zaciskającego pięści, zwłaszcza gdy się ma metr siedemdziesiąt wzrostu i dosyć mizerną posturę ? w każdym razie korsarz do takich właśnie ludzi należał. -Nie będę do niczego dopłacać! ? zagrzmiał doker ? Niech się pan stąd wynosi z tym złomem, ale to już! ? zakończył równie subtelnie. Mina kapitana pozostała niezmieniona ? wciąż bacznie wpatrywał się w ?przeciwnika?, zmagając się z samym sobą, by nie zaśmiać mu się w twarz, co nawet jak dla niego było by rzeczą zupełnie nieroztropną. Po niedługiej chwili zastanowienia spokojnie przystąpił do kontrataku-Dobrze, ale przed odejściem proszę mi podać numer pańskiej licencji. Muszę udać się do tutejszego garnizonu floty i zapytać kiedy to się zmieniło prawo ? myślę, że oni panu wytłumaczą przyczyny mojego błędu ? zakończył. Postanowił tym razem odegrać rolę ?głupszego?. Gbur wpatrywał się w niego uważnie ? wydawało się, że lada chwila może rzucić się do ataku, lecz oto nagle złagodniał ? krew ustąpiła z jego twarzy i zrobił się blady ? widać było, że gorycz porażki ustąpiła bardzo szybko.-No dobra, zrobimy jak pan chce, ale ostrzegam, że to będzie trudna robota, czy to wszystko? ? wysapał jednym tchem, chcąc zapewne jak najszybciej wyrzucić te słowa od siebie, byle odejść od tego małego gnojka i mieć już spokój ? lecz Frank uznał, że teraz dopiero nastaje moment do właściwego ataku, do którego zresztą bez wahania przystąpił-To nie wszystko panie Grigor, na statku są bardzo cenne rzeczy, które mają tu być gdy wrócę ? w oczach dryblasa ujrzał krótkotrwały błysk, liczył zapewne na łatwy zarobek - dopilnują tego androidy bojowe. Zaprogramowano je tak, by wpuszczać i wypuszczać ludzi ze statku, ale mają rozkaz zatrzymania każdego, kto będzie chciał opuścić go z czymś, co było wewnątrz a co uznają za cenne ? Frank z coraz większym rozbawieniem obserwował jak dryblasowi rzednie mina, gdzieś z tyłu urwały się szepty, reszta robotników zapewne także uważnie słuchała tego, co mówił Frank ? aha, remont nie będzie konieczny, statek niedługo trafi na złom jak tylko uda mi się zakupić nowy, który z pewnością także u was zaparkuję. Spodobała mi się obsługa ? zakończył z wyraźnym teraz już rozbawieniem. Gdzieś z tyłu rozległ się śmiech, który jednak równie szybko ucichł. Truch stał jeszcze chwilę spoglądając na korsarza, który w tej chwili kroczył w kierunku śluzy doku? Zakwaterował się w hotelu znajdującym się nad jedną z podrzędnych kantyn ? warunki nie były luksusowe, ale wystarczające ? po za tym w takich miejscach można dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy, a przede wszystkim ? miał tu spokój, a na tym zależało mu najbardziej. Cały pierwszy dzień pobytu na Erathii(poza szukaniem lokalu) spędził w łóżku, smacznie śpiąc ? tego właśnie potrzebował najbardziej jego organizm; po owej drzemce nie mógł już zasnąć, udał się więc na zwiedzanie dolnych poziomów stacji ? w największych spelunach widywał własnych towarzyszy broni, lecz instynktownie odrzucał te informacje ? lepiej zapomnieć ? i szedł dalej. Co krok włóczył się jakiś ?urwikij? - czyli miejscowy, kosmiczny złomiarz. Wszędzie słychać było głosy typu: ?Panie, dobrodzieju, rzuć pięć kredytów dla weterana wojennego??; oczywiście wielu z tych ludzi wojny nigdy nie widziało, zaś Ci, którzy faktycznie byli kombatantami, zazwyczaj siedzieli cicho; żołnierze mieli zbyt dużo dumy i godności by żebrać, woleli pracować w najgorszych warunkach ze znikome pieniądze. Frank sam nie wiedział, kiedy naszła go melancholia, rozmyślał o tym, co on by zrobił na miejscu tych tu obecnych; jedynym wnioskiem było, że nie chciałby się w takiej sytuacji znaleźć. Człowiek nigdy nie wie, jak zachowa się w sytuacji krytycznej. W pewnym momencie podszedł do niego człowiek z pistoletem, który to zażądał od niego pieniędzy. Kapitan, nie namyślając się ani chwilę, włożył mu w dłoń diament, który zabrał z transportu kamieni szlachetnych, a zszokowany rabuś popatrzył na niego, kiwnął głową i odszedł. Frank w zasadzie znał wielu podobnych ludzi, jeszcze z czasów swego dzieciństwa, które spędził przecież na podobnej, choć mniejszej stacji; sam jednak nigdy nie zdołał poznać wartości pieniądza ? zawsze miał go pod dostatkiem, lecz mimo to ? rzadko szastał na prawo i lewo. Zazwyczaj chwytał się nad tym podczas wydawania ?klasycznych imprez? dla załogi ? wówczas nie żałował forsy, a wszyscy zabawę pamiętali w zasadzie aż do czasu kolejnej. Długie godziny krążył bez celu, bilans tej nocy był zaś taki, że stracił trzysta pięćdziesiąt kredytów oraz diament warty kolejne dwieście pięćdziesiąt. Tuż po świcie, czyli w okolicach godziny szóstej CET udał się do garnizonu federacji, szczególnie zaś chciał zajrzeć do kantyny w tym miejscu. Wszyscy zawodowi oficerowie floty siedzieli zazwyczaj właśnie tam, wraz z całymi załogami, jednak korsarz za tym nie przepadał. Uważał, że załoga powinna mieć prawdziwy urlop po bardzo ciężkich zadaniach ? kiedyś w końcu musieli wydawać pieniądze ? i bywało to zazwyczaj już tak, że gdy przylatywał na jakąś stację, to obroty w niej skakały w górę o kilka lub kilkanaście procent, a gdzieniegdzie traktowano ich jak prawdziwych vipów. By dostać się do garnizonu, musiał przebyć dosyć długą drogę wąskimi korytarzami ? nie podobnymi do tych na dole, szerokich, przestronnych, brudnych. Te wyglądały całkiem schludnie, nowocześnie, były zapewne stale monitorowane. Nieraz zmuszony był pytać ?tutejszych?, w który korytarz skręcić, aż do czasu, gdy nie wyszedł na główną aleję stacji, poziom zero. Tutaj właśnie znajdowały się wszelkiej maści faktorie handlowe, instytucje administracyjne itd., poniżej, tam skąd przybywał ? pomieszczenia mieszkalne dla mniej zamożnych, w końcu dla plebsu i na samym końcu, na poziomie minus siedem ? doki cywilne(gdzie notabene cumował kormoran), na górze zaś znajdowały się mieszkania bogatszej części populacji stacji, garnizon wojskowy oraz na końcu doki floty. Frank był nieco otumaniony tym co zobaczył ? wciąż nie wybiła jeszcze godzina ósma, a tu, na alejce szerokiej może na dziesięć, dwanaście metrów, długiej zaś na około pięćset tłoczyło się bez mała dziesięć tysięcy ludzi oraz istot wszelkiej maści ras. Chwilę zajęło mu oswojenie się z podobnym widokiem, nim ostatecznie udał się przed siebie stwierdziwszy, że o tej porze w kantynie i tak nie będzie nikogo, a przecież miał jeszcze kilka spraw do załatwienia. Pierwszym celem jego wizyty stała się jedna z najbogatszych w tej okolicy firma skupująca surowce. Kiedy przedstawił im szacowaną ilość kamieni szlachetnych, zaczęto go traktować co najmniej jak króla, a już na pewno lepiej niż dowódcę całej Erathii. Szybko wyceniono wartość rynkową towaru na niecałe dwadzieścia siedem milionów kredytów ? była to suma, która go zadowalała, handlowcy stwierdzili jednak, że w tej chwili nie mają tu dostępu do takich środków i będzie zmuszony poczekać przynajmniej trzy-cztery tygodnie. Chciano mu już nawet wcisnąć ochroniarzy, ale stanowczo odmówił. Podpisawszy umowę, opuścił lokal żegnany przez cały personel, który zrobił zapewne interes życia. Oczywiście Frank wiedział, że kamienie warte były być może więcej niż trzydzieści milionów, lecz rozpuszczenie ich w tej okolicy po tej cenie byłoby nie lada wyczynem ? a tak ma już to z głowy. Kolejne kroki skierował do jednego z lokalnych armatorów, gdzie nie spodziewał się wprawdzie znaleźć odpowiedniego okrętu, ale zawsze mógł poszukać w katalogach czegoś odpowiedniejszego. Statek miał zamiar kupić dopiero na ziemi, skąd wróciłby tutaj po pozostałą załogę, w końcu to byłaby pierwsza jakość, zastanawiał się tylko, czy aby starczy pieniędzy, no i ostatecznie żal mu było rozstać się z okrętem, który przeszedł wraz z nim tak wiele, ale ostatecznie powiew świeżości chyba dobrze by zrobił zarówno jemu jak i załodze. Siedziba lokalnego armatora znajdowała się w pobliżu, toteż droga nie zajęła wiele czasu. O dziwo, spodziewano się tam już Franka. Wieść o człowieku, który właśnie stał się bogatszy o blisko trzydzieści milionów kredytów rozchodzi się nad wyraz szybko ? tak było i będzie. Odnotowawszy w pamięci, żeby porozmawiać sobie jeszcze z Gregorem, podszedł do przymilającego się już dostarczyciela okrętów, wytłuszczając cel swojej wizyty(choć był i tak znany). Nie wyjawił, że prawdopodobieństwo, iż zakupi coś na tej stacji jest niewielkie, no bo i po co? Szybko przedstawiono mu katalog najnowszych okrętów, były tam statki w większości o kilka klas gorsze od kormorana, ale było też kilka nieznacznie lepszych ? w każdym razie nic, co by go zainteresowało ? a ceny były nad wyraz wygórowane. Pożegnawszy uprzejmego sprzedawcę i zapewniwszy, że jeszcze tu przyjdzie, opuścił lokal i udał się prosto do garnizonu, mając zarazem cichą nadzieję, że wieści o sprzedaży nie dotrą do dolnych poziomów, bo wówczas mogłoby zrobić się nieciekawie ? za taką kwotę mógłby żywić całą ludność stacji przez kilka lat. Droga do strefy wojskowej zajęła mu około pół godziny, zbliżała się dziewiąta; przed wejściem stało dwóch wartowników, którzy zażądali wylegitymowania się, co zresztą Frank zrobił machinalnie. Żołnierze natychmiast stanęli na baczność i zasalutowali i wrócili do poprzedniej pozycji usłyszawszy krótkie ?spocznij?. Życie w tej strefie dopiero z wolna rozpoczynało się budzić ? tuż za wejściem znajdowały się kwatery żołnierzy i komandosów, przy czym większość świeciła pustkami. Nie bardzo wiedząc, co ze sobą zrobić, Frank udał się do biura administracyjnego i poprosił o kwaterę, którą zresztą mu przydzielono ? i to nie pospolitą, bo oficerską. Chwilę zajęła mu wymiana zdań na temat tego, jak dojść do owego pokoju, po czym ruszył wolnym krokiem w kierunku wskazanym przez recepcjonistę. Na korytarzu zaczęli pojawiać się pracownicy strefy(zarówno cywilna obsługa doków jak i żołnierze), on zaś kroczył nie przerywając nikomu i w zasadzie nie zwracając na nic uwagi, wciąż przebywał w stanie, który można określić jako chwilowe otępienie. Nie był sam pewien, czym jest to spowodowane, w każdym razie i nad tym się nie zastanawiał. W tej chwili interesowała go tylko jego kwatera, no i ostatecznie postanowił się przespać, choć nie był pewien, czy uda mu się zasnąć. Pomieszczenie znajdowało się na poziomie czwartym, gdzieś niemal na samym jego końcu. Z tego, co udało mu się wypatrzyć, przebywali tutaj głównie ludzie wpływowi i oficerowie, co mu trochę schlebiało, choć nie przykładał do tego większej wagi. Sam nie wiedział kiedy dotarł do swej kwatery o wdzięcznym numerze tysiąc sto trzynaście ? takie już było jego szczęście ? perfidność losu sięgnęła szczytu. Tą jednak chwilę, gdy stanął przed drzwiami(które wyglądały na okazałe ? zapewne magnetycznie otwierane) miał zapamiętać. Wrota sąsiedniego pomieszczenia otworzyły się, Frank zaś, w dalszym ciągu otumaniony, przyglądał się tempo osobie, która z owego wychodziła, a była to najpiękniejsza istota, jaką w życiu widział(do czego doszedł później po wielu godzinach intensywnego myślenia ? wszak widział wiele) ? była to kobieta, z włosami koloru blond opadającymi do ramion, niebiesko oka(?czyżby kolejna aryjka?? ? pomyślał także później), o wydatnych piersiach, alabastrowej cerze, przywdziana w szary, obcisły kombinezon floty. Miała może dwadzieścia trzy, góra dwadzieścia pięć lat, nie była oficerem z pewnością więc jej obecność tutaj wydawać się powinna dla normalnego, zdrowo myślącego i racjonalnego człowieka czymś dziwnym, lecz nie dla niego w tej chwili. Wpatrywał się w nią tempo usiłując przetwarzać coraz to nowe informacje, jednakże jego mózg odmawiał posłuszeństwa. Drzwi zamknęły się, a kobieta dziarsko odwróciła się na pięcie w jego kierunku, poprawiając przy tym włosy, które przysłoniły jej twarz. Zobaczywszy Franka w owym stanie, nie rzekła nic, tylko szybko stanęła na baczność i zasalutowała, a słysząc coś podobnego do ?spocznij?(dużo czasu zajęło późniejsze dociekanie, jak to faktycznie zabrzmiało) wykonała polecenie, uśmiechnęła się szeroko po czym oddaliła się szybkim krokiem zerkając na korsarza z ukosa; on sam stał zaś jeszcze przez dłuższą chwilę wpatrując się w kierunku owego pomieszczenia, które dziewczyna opuściła, po czym nie bez problemu otrząsnął się(chwilę zajęła mu walka z samym sobą), przeciągnął swoją legitymacją przez czytnik magnetyczny i czekał na otwarcie się drzwi. Niecałą sekundę później dało się słyszeć cichy syk, coś zgrzytnęło, drzwi się podważyły nieco wzwyż i powoli zaczęły się rozchylać. Kolejną rzeczą, jaką Frank pamiętał było wylegiwanie się na łóżku. Zgodnie z jego wcześniejszymi przewidywaniami(o ile w ogóle coś przewidywał wtedy?) nie mógł zasnąć, całe godziny upłynęły mu zaś na rozmyślaniu, to znaczy tuż po tym, gdy opuściło go owe otępienie. Wspomnienie kobiety nie dawało mu spokoju, sam nie potrafił sobie odpowiedzieć dlaczego ? nigdy specjalnie nie ciągnęło go do dziewczyn, wiele owych, które nazwano by pięknymi, oferowało mu swoją rękę(z wielu powodów ? niektóre uratował z transportów niewolniczych gdzieś poza granicami federacji, inne zaś pociągał przede wszystkim jego majątek, jeszcze inne ? sława), nigdy zaś jednak nie brał sobie tego specjalnie do serca, przynajmniej do teraz. Czuł, że ogarnia go kolejna fala otumanienia, lecz tym razem jakby innego, czegoś w rodzaju słodkiego amoku, oddawał się fantazji, snuł plany? Widział siebie z nią na pięknych plażach ziemi, gdzieś na tropikalnych wyspach? chwilę później znajdowali się na własnej, niewielkiej stacji kosmicznej? Gdy wyszedł z ponownego otępienia, na zegarze widniała właśnie godzina dwudziesta trzecia, co zresztą nie zrobiło na nim specjalnego wrażenia, bywało gorzej. Podobne stany załapywał często gdy przebywał samotnie, nigdy jednak takiego jak dziś, który sam po kolejnych chwilach walki z samym sobą zgodził się nazwać miłosnym. Chwilę zajęło mu wygramolenie się z łóżka i dopiero wówczas miał okazję na trzeźwo rozejrzeć się po pokoju: było to dosyć obszerne pomieszczenie, liczące sobie około cztery na dziesięć metrów i będące wysokie na niewiele ponad dwa. Pierwszą myślą, która mu się nasunęła, było to, że dla Grigora ciężko byłoby tu żyć, nie chcąc się jednak rozczulać nad nim wstał, by przyjrzeć się uważniej obecnym tu sprzętom. Tuż przy łóżku stało biurko, na którym znajdował się zaawansowany komputer. Opodal stała sporej wielkości mahoniowa szafa, do której Frank nie omieszkał spojrzeć ? było tam wiele kombinezonów floty oraz kilka strojów wieczorowych. W pokoju znajdowała się także sporej wielkości kanapa oraz wielki wyświetlacz, a tuż przy drzwiach był wmontowany komunikator ? który służył zapewnie do kontaktu z recepcją ? bardziej przypominało to jakiś hotel niżeli kwaterę wojskową ? dlatego też korsarz za tym nie przepadał, bowiem później, po powrocie na okręt czekał go powrót do ?warunków polowych?, no ale czasem musiał się skazać na nieco luksusu. Odczuwszy lekki dyskomfort faktem, że znowu nie prześpi nocy, postanowił od razu udać się do kantyny z mocnym postanowieniem przestawienia się w końcu na tryb dzienny. Dziwnym trafem nie spotkał po drodze nikogo, choć spodziewał się, że po drodze natknie się na wielu ludzi, wszak godzina wciąż jeszcze młoda była. Dotarcie na miejsce zajęło mu nie więcej niż pięć minut. Kantyna była sporej wielkości pomieszczeniem, w zasadzie niczym nie różniącym się od pospolitych barów prócz tego, że burdy w tym miejscu były surowo zakazane a jedynymi obecnymi byli żołnierze oraz oficerowie. Frank wszedłszy, rozejrzał się po obecnych ? nie było ich zbyt wielu ? a już bynajmniej nikogo, kogo by znał lub choćby rozpoznawał. Nie widząc większego sensu w nabywaniu nowych znajomości, ruszył prężnym krokiem w kierunku lady znajdującej się przy barze, w samym środku pomieszczenia. Zwrócił uwagę na cichą muzykę, było to coś charakterystycznego, czego ni jak nie mógł sobie przypomnieć, spokojna ale zarazem porywająca? Odrzuciwszy tą myśl zajął miejsce na stołku, skinął na barmana i zamówił koorta, najlepszy trunek w tej okolicy, przynajmniej z jego doświadczeń. Sam nie był pewien, z czego jest on zrobiony ? z tego co wiedział, była to pewna roślina rosnąca tylko w temperaturach powyżej stu trzydziestu stopni ? zapewne więc była hodowana na koloniach lub w jakiś szklarniach ? w każdym razie jej roztwór dawał jakieś trzydzieści procent mocy, co wystarczało w zupełności. Barman szybkim krokiem podążył w kierunku skrzynki i wyjął trunek, który zresztą do najtańszych nie należał, po czym, uprzednio odkorkowawszy, postawił na blacie przed korsarzem. Przez chwilę badał Franka wzrokiem, jakby chcąc wyczytać z jego postawy, czy aby ma czym zapłacić, lecz gdy na stole wylądowało sto kredytów prosto z kieszeni tego ostatniego ? skwapliwie je schwycił i odszedł w swoją stronę. Mijały kolejne minuty, lecz butelka wciąż stała pełna, jej pełność naruszona została po bez mała godzinie. W tym czasie Frank rozmyślał właśnie nad tym, skąd dziewczyna, którą dzisiaj widział, wychodziła, no i ? przede wszystkim ? co tam robiła. Nie mogąc dojść do żadnego wniosku, zanotował sobie ostatecznie, by odwiedzić sąsiada w najbliższym czasie. Zbliżała się pierwsza, gdy zaczynał opróżniać drugą butelkę, a poprzednia dawała efekty, gdy ktoś mu przeszkodził, szturchając go lekko w lewe ramię, czego zresztą bardzo nie lubił.-Co do cho? - już miał zwymyślać ?szkodnika?, lecz gdy odwracając się, ujrzał dziewczynę, tę samą, którą widział rano, momentalnie przerwał ? To jest, o co chodzi, że tak powiem? ? zakończył niezgrabnie. Z całej siły starał się, by jego głos nie brzmiał jak bełkot, co mu całkiem nieźle wychodziło.-Przepraszam, że przeszkadzam, czy kapitan Frank Titjack? ? rozległ się słodki, wysoki głos. Korsarz stwierdził, że tutaj, w półmroku, wygląda jeszcze ładniej niż rano, czego zresztą nie omieszkał również zanotować w pamięci. No i po za tym ? skąd ona do cholery wie, z kim rozmawia, a skoro wie, to co chce? Zresztą ? nie ważne, przynajmniej porozmawiamy. -Tak, tak, oczywiście, to ja. Co panią sprowadza? ? wyraźnie zastanawiał się nad każdym słowem, co mu się nigdy wcześniej nie przydarzyło. Dziewczyna wciąż stała z wyraźnym uśmiechem na twarzy ? ?No fakt, czemu ona do cholery stoi? Niech siada!? ? pomyślał.-Cóż, słyszałam, że szuka pan hakera, czy to prawda? ? ?No tak, fakt, zabije Hansa, nie uprzedził mnie!?. Rozważywszy wszystkie za i przeciw, postanowił, że mimo wszystko ?ona? trafi na statek ? widać dziś los się do niego uśmiechnął.-Ach, tak, proszę usiąść ? wybełkotał ? czy napije się pani? - tu zrobił wyraźną przerwę, oczekując, iż otrzyma jej imię, co zresztą nastąpiło ? ?Ewa? ? rzekła cicho ? ?pani Ewa czegoś? ? dokończył pytanie wyraźnie zadowolony ze swojej gierki.-Po prostu Ewa. Czy mogę zwracać się do pana per ?Frank?? ? zapytała nieśmiało ? To by ułatwiło rozmowę ? dodała po chwili. ?No co za pytanie, do cholery!? ? pomyślał Frank. A niby czemu nie?-Oczywiście. A więc ee? Ewo, domyślam się, że nakierował panią? to jest cię pan Groodgeer? ? zapytał, coraz wyraźniej odczuwając wpływ trunku ? ?No właśnie, trunku, może by się czegoś napiła?? Gdzie są moje maniery??-Tak, on mnie na ciebie nakierował. Wiele o tobie słyszałam, moim marzeniem byłoby pracować z kimś takim jak ty ? rzekła. Frankowi bardzo to się podobało ? rzadko zależało mu na opinii innych, teraz jednak była to dla niego rzecz priorytetowa ? w tym konkretnym momencie. -Ewo, czy zechcesz się czegoś napić? ? zapytał ? Barman, ale już mi tu! ? krzyknął. Wszyscy obecni spojrzeli na niego ciekawie, jednak już po chwili wrócili do swych poprzednich rozmów. Dziewczyna spoglądała na niego z zainteresowaniem. Zamówiła luck?a, miejscowy drink, którego korsarz nigdy wcześniej nie pił ? nie przepadał za napojami alkoholowymi które miały mniej niż dwadzieścia procent mocy. Już niecałą chwilę później barman pospiesznie postawił szklankę z napojem na blacie, a zgarnąwszy kolejną setkę, odmaszerował. -No cóż, nie chcę cię straszyć, ale praca na okręcie wojennym, a zwłaszcza pirackim to nie bajka, owszem, zarobki są dosyć wysokie, ale warunki bywają ciężkie, podczas ostatniej misji kilkakrotnie otarliśmy się o śmierć, czy jesteś pewna, że to coś dla ciebie? ? zapytał Frank starając się wyłożyć sytuację w sposób jak najwierniejszy prawdzie, a zarazem nie chcąc zniechęcać Ewy. Widział jednak, że nie jest nawet zmieszana, ulepiono ją z innej gliny, niż sobie wyobrażał.-Oczywiście, jestem gotowa na takie ryzyko. Studiowałam w Akademii Floty na ziemi, zapewniam, że na tej stacji nie znajdziesz nikogo lepszego. ? powiedziała pewna swych słów, które zresztą odzwierciedlały prawdę. Po co szukać kogoś innego, skoro pod samą ręką jest taka kobieta? No cóż, odpowiedź jest prosta ? nie szukać.-Więc jesteś z ziemi? To bardzo ciekawe, wywodzisz się więc z arystokracji? ? zapytał ze szczerą ciekawością. Ta istota wzbudzała w nim mniej-więcej tyle samo zainteresowania, co sympatii, o ile można nazwać to sympatią. Po zadaniu pytania chwycił koorta i zdrowo pociągnął, czując, jak trunek rozgrzewa jego wnętrze. -Tak, moja rodzina to arystokraci, ale nigdy nie chciałam pozostać na ziemi, właściwie, to od zawsze marzyłam o służbie na statku pirackim. Rodzice nie chcieli mnie puścić, ale ostatecznie sama się wyrwałam przy niewielkiej pomocy znajomych, no i trafiłam tutaj jako techno-inżynier. ? stwierdziła, po czym łyknęła luck?a, nie krzywiąc się ani trochę. Frank patrzył na nią z ciekawością, zastanawiając się, o czym myśli. Po pewnym czasie jego wzrok został odwzajemniony, o czym zdał sobie sprawę nie od razu. Nastąpiła dłuższa chwila milczenia, dla obojga zdawało się, że trwała całymi godzinami; ostatecznie przerwana została przez barmana, który wyjątkowo nieuprzejmie chrząkając zapytał, czy by nie podać czegoś jeszcze, lecz krótkie i stanowcze bąknięcie które zabrzmiało podobnie do ?nie? (a Frank bywał przekonywujący) skłoniło go do odejścia, lecz chwila minęła bezpowrotnie.-No, na mnie już pora ? rzekła Ewa ? miło było cię poznać, Frank ? wstała i już miała odejść, kiedy on także wstał.-Poczekaj, odprowadzę cię ? stwierdził. Podniósł do połowy napełnioną butelkę i wypił ją jednym haustem, po czym postawił puste szkło na blat, wstawił pod nie kolejne sto kredytów i ruszył w kierunku dziewczyny, która stała już przy drzwiach. Szli milcząc, a z tego, co udało mu się zaobserwować, mieszkała na poziomie trzecim, czyli mniej-więcej gdzieś pod nim. Idąc z nią ramię w ramię, często na nią zerkał, ona zaś widząc to, tylko lekko się uśmiechała. Zauważył Haricka, który szedł w przeciwnym kierunku, także prowadząc pod ręką wcale nie brzydką kobietę. Oficer ujrzawszy go, kiwnął krótko głową i uśmiechnął się, kapitan zaś odpowiedział mu tym samym. Ewa spojrzała na niego pytająco, lecz widocznie po chwili zmieniła zdanie i szła dalej patrząc już tylko przed siebie. Droga minęła szybko ? może nawet zbyt szybko ? i trzeba było się żegnać. Krótkie ?pa? i niewinny z pozoru pocałunek w policzek ? tyle wystarczyło by Frank mógł w euforii wrócić do kwatery, położyć się i spać kamiennym snem. Obudziwszy się, stwierdził, że ma dosyć silnego kaca, trzeba jednak pogadać z Hansem o nowym hakerze, no i oczywiście podróży na ziemię. Jakież było zdziwienie korsarza, gdy opuściwszy kwaterę, zauważył przyjaciela wychodzącego z sąsiedniego pokoju, tego samego, z którego wybiegła wcześniej Ewa. Z początku nie wiedział co o tym myśleć i już chwytała go wściekłość, gdy dotarło do niego, że przecież gdzieś musiała się od niego o wszystkim dowiedzieć. Zmieszał się tym, że podejrzewał towarzysza o jakieś niecne sprawki. Zauważywszy Franka, przyjaciel uśmiechnął się i podszedł bliżej, podczas gdy korsarz właśnie wygrał bitwę z własnymi myślami ? w samą porę.-Witaj Frank, co tam u Ciebie? ? zapytał przyjacielsko kapitan lewiatana. W tej chwili wyglądał już na typowego arystokratę rodem z ziemi ? przywdziany był w strój galowy, zapewne udawał się do dowództwa stacji ? co zresztą niczym dziwnym nie było. Ludzie wywodzący się z niebieskiej planety byli miłymi gośćmi w większości salonów znajdujących się poza nią ? nie inaczej było, jeżeli chodzi o flotę. Różnica między nimi, a szarakami była taka, że każdy arystokrata od razu otrzymywał co najmniej miejsce wśród oficerów, o ile oczywiście ukończył jakąś szkołę.-Wszystko dobrze. Właściwie to miałem cię szukać, kto by pomyślał, że jesteśmy tak po sąsiedzku? ? stwierdził Frank szczerze. Złość już mu przeszła ? zapomniał o niej; postanowił jednakowoż wybadać stosunki między Ewą, a przyjacielem.-A, no widzisz, ja pomyślałem. Wiedziałem, że trafisz w końcu do kwater floty, więc poprosiłem w administracji, by dać ci kwaterę obok mojej, ot, wolę mieć sprawdzonych sąsiadów. ? stwierdził Hans bez ogródek. Z jego mowy biła godność i wyniosłość, lecz w umiarkowanym stopniu. Wzbudzało to u korsarza dziwne przeczucie, że jego przyjaciel gra kogoś, kim faktycznie nie jest, bądź też nie chce być, jednakowoż, nie chcąc w tej chwili drążyć tematu, przeszedł do sedna sprawy.-Spotkałem wczoraj tego hakera o którym mówiłeś? co o nim? to jest o niej wiesz? ? Zapytał udając, że zależy mu na informacjach natury zawodowej ? no bo po co każdy ma wiedzieć, co on czuje? Hans uśmiechnął się pod nosem, po czym przygładził angielski wąsik(którego, jak zauważył Frank ? wcześniej nie miał ? więc musiał go zapuścić niedawno).-A, więc Ewa już cię znalazła? - stwierdził z rozżaleniem - Chciałem ci ją osobiście przedstawić dzisiaj, widocznie jednak nie posłuchała? no cóż, ona już tak ma, ale jest naprawdę dobra w swoim fachu ? jego słowa uderzyły Franka, zastanawiał się, czy to wszystko zbieg okoliczności czy jakaś gra, a jeżeli tak, to czyja? ? Swoją drogą jest całkiem ładna, nieprawdaż? ? zapytał Hans i mrugnął przyjacielsko okiem. Widząc całkowitą dezorientację przyjaciela zaczął się zastanawiać, czy aby nie trafił w czuły punkt, a po chwili zastanowienia, postanowił walnąć prosto z mostu ? Ej, stary, czy ona przypadkiem nie wpadła ci w oko? ? na odpowiedź musiał chwilę poczekać-Nie? - zaczął wolno Frank, jakby wręcz flegmatycznie ? nie, chyba nie? - zakończył, lecz błyskawicznie zmienił zdanie ? Tak, chyba mi się spodobała. Zresztą nie wiem, to bardzo dziwne uczucie? Słuchaj Hans, pozwól, że zapytam?ale co cię z nią łączy? ? ostatnie pytanie wywołało jeszcze większy uśmiech na twarzy jego przyjaciela, który tym razem także milczał przez chwilę.-Czy coś sugerujesz? ? zapytał w końcu, lecz widząc, że mina korsarza szybko rzednie, dodał po chwili ? A więc tu cię boli, no widzisz? ale możesz być spokojny. Ewa jest moją kuzynką, nie zapytałeś jej o nazwisko? ? Franka dopadła kolejna już fala otępienia, jednakże tym razem przeszła równie szybko jak przyszła.-No wiesz, jakoś nie pomyślałem nad tym? - zaczął, lecz w tym momencie uznał, iż najlepszym wyjściem będzie zmienić temat ? słuchaj, byłem ostatnio u lokalnego armatora ? zabieg najwyraźniej się powiódł, bowiem Hans uśmiechnął się jeszcze bardziej ? czy u licha wszyscy na tej stacji muszą wiedzieć, że noszę przy sobie kupę forsy i chcę kupić statek? Musiałem się przenieść tutaj, żeby mieć święty spokój ? w tej chwili zaczynał udawać lekki gniew, co zresztą nijako mu wychodziło.-Popatrz na to z drugiej strony ? masz bliżej do Ewy? - powiedział jego przyjaciel, szczerząc zęby, Frank zaś po raz drugi już wyglądał na człowieka, który nie bardzo wie, o co chodzi. Hans nie miał zamiaru doprowadzać przyjaciela do sytuacji skrajnych, więc tym razem sam zmienił temat.-Rozmawiałem z ojcem na temat twojego raportu i jeńców. Dobiegają końca ich przesłuchania w tutejszym areszcie, jutro polecisz wraz z nimi na ziemię, gdzie zostaniesz wysłuchany przez radę. Swoją drogą, myślę, że czeka cię mała niespodzianka, ale mniejsza z tym. Zgłoś się wieczorem do dowódcy garnizonu, on udzieli ci dokładniejszych informacji. ? Słowa te dały do myślenia Frankowi ? miał już nieco inne plany na jutrzejszy dzień, no ale ostatecznie priorytety to priorytety. -No dobra, niech ci będzie. Co powiesz na coś do picia? Coś po tutejszych trunkach męczy mnie kac? - zaproponował korsarz. Hans wyglądał na zaciekawionego propozycją, przygładził wąsik, po czym odpowiedział:-Teraz mam sprawy nie cierpiące zwłoki, ale za dwie godziny możemy coś wypić ? teraz moja kolej na wystawienie imprezy ? sprowadzę kilku znajomych, jeżeli nie masz nic przeciwko. ? stwierdził arystokrata(bo tak zaczął go w myślach nazywać Frank) ? acha, mam też małą prośbę do ciebie ? dodał, po czym ponownie wyszczerzył żeby ? nie przynoś żadnych środków przeczyszczających, dobra? ? zakończył. Frank uśmiechnął się, kiwnął głową i ruszył w swoim kierunku, idąc jeszcze przez kilka chwil razem z przyjacielem ? po czym on zszedł w dół, a Hans poszedł na poziom wyższy. Kroki korsarza skierowały się ku administracji(tudzież recepcji ? zwał jak zwał), gdzie też postanowił zostawić wiadomość dla Haricka. Podróż na ziemię trwać miała w najlepszym razie dwa tygodnie, z powrotem także, tak więc spóźni się na wyznaczony przez siebie termin ? trzeba więc zostawić załodze wiadomość. Była ona, krótka, a brzmiała tak: ? Harick, muszę lecieć na ziemię, mam tam mały biznes i spotkanie z radą, postaram się coś dla nas wydębić. Nie jestem pewien kiedy wrócę ? w zapasie mamy ponad trzydzieści milionów kredytów, więc wypłać załodze miesięczną gażę ? niech zaszaleją. W każdym razie, spodziewajcie się mnie za około półtora miesiąca. Z Poważaniem Kapitan Frank Titjack?Zostawiwszy powyższą, udał się na poziom zerowy, gdzie upoważnił swojego pierwszego oficera do odbioru funduszy za kamienie szlachetne; przez chwilę zastanawiał się, czy nie odwiedzić nowej załogantki, lecz ostatecznie uznał, że jeszcze się wystarczająco nacieszy jej widokiem, a w razie czego Hans wytłumaczy, dlaczego go nie ma. Kolejne kroki skierował na niższe poziomy, do mieszkania, które wcześniej zajmował, by zakończyć wynajem ? zapłacił, po czym wrócił do swojej kwatery ? a spojrzawszy na zegarek stwierdził, że minęło już nieco ponad dwie godziny ? udał się więc do sąsiada. Znajdowało się tam kilku oficerów ? z wyglądu mniej-więcej połowa wyglądała na rodowitych ziemian, reszta zaś na zwykłych oficerów floty. Impreza trwała w najlepsze do późnego wieczora, lecz Frank nie wypił zbyt wiele ? a opuścił ją już w okolicach dziewiętnastej. W każdym razie osiągnął swój cel ? kac minął. Udał się bezpośrednio do dowódcy doku, gdzie został poinformowany o tym, że odlot promu planowany jest na godzinę pierwszą w nocy ? więc Hans się niewiele pomylił ? doczłapawszy do swojej kwatery, ustawił budzik równo na północ ? po czym odfrunął w krainę snów, nie myśląc o niczym?6 Podróż na ziemię trwała niemalże dokładnie dwa tygodnie ? bowiem doleciał na miejsce piątego czerwca o godzinie siódmej rano ? a właściwie znalazł się wtedy na orbicie okołoziemskiej, dokując do stacji Euromax. Był to niewielki obiekt, pozwalający na przesyłanie ludzi z przestrzeni kosmicznej na planetę i odwrotnie ? jednakże był również wybitnie nowoczesny ? jak zresztą wszystko w okolicy. Ziemię w owym okresie zamieszkiwało około miliarda trzystu milionów ludzi ? około osiemdziesiąt procent z tego stanowiła stara arystokracja, wywodząca się z narodów dawnej europy ? innymi słowy ludzie na tyle bogaci, że stać ich na życie na ziemi ? już tak się przyjęło. Planeta po blisko dwustu latach mozolnego oczyszczania stała się prawdziwym rajem ? powietrze krystalicznie czyste, podobnie jak wody? miejsca, gdzie kiedyś rosły lasy, a później zostały wycięte ? zostały ponownie zalesione ? natura pozostawała pod kontrolą ludzi. Oczywiście nie brakowało przeciwników podobnego stanu rzeczy, lecz ich głos z reguły był zagłuszany przez dobrobyt mieszkańców, jakże zresztą kontrastujący już choćby z mieszkańcami pozostałych planet układu, a zwłaszcza Wenus, gdzie proces terraformacji wciąż jeszcze trwał, a liczba ludności powoli zbliżała się do dwóch miliardów. Tak czy owak ? ziemia nie była tą samą planetą, co dawniej ? jej klimat znacznie się ocieplił, bo o około cztery stopnie wzrosła temperatura wód ? co z kolei poskutkowało roztopieniem się połowy Antarktydy oraz całej Arktyki ? poziom wód podniósł się o około trzy metry ? jednakże pod znaczną częścią południowego kontynentu(jak zwano od XXIII wieku Antarktydę) ujawniły się zielone krainy, co nie zmienia faktu, że wielkie połacie terenu zostały zalane, ot choćby Holandia. Życie funkcjonowało teraz w dwóch miastach ? Europolis i Amparcie. Pierwsze z nich rozciągało się od północno zachodnich Niemiec, przez niemal całą Polskę aż po dalekie stepy Ukrainy, a zamieszkiwało je blisko osiemset milionów ludzi ? należy jednak zrozumieć, że dziś gęstość zaludnienia w miastach jest niewielka, ze względu na dobrobyt ? rozwijają się głównie wielkie posiadłości, a posiadanie własnego wahadłowca nie jest niczym szczególnym. Jak łatwo można obliczyć ? w Amparcie mieszka około pięciuset pięćdziesięciu milionów ziemian ? pozostali zaś to głównie samotnicy, żyjący w samotności, rozsiani po całym globie(coraz więcej ludzi osiedlało się teraz na kontynencie południowym). Podobnie zresztą istniało niewielkie miasteczko, o nazwie Centropolis, leżące dokładnie na skrzyżowaniu południka zerowego z równikiem ? w miejscu tym obradowała Rada Najwyższa Federacji oraz znajdowało się dowództwo floty, zaś nieopodal leżało potężne miasteczko uniwersyteckie z samą słynną Akademią Floty. W owej to okolicy wylądować miał wahadłowiec, którym przybyć mieli jeńcy oraz ten, który ich sprowadził na terytorium federacji. Sam przelot przez atmosferę trwał około pół godziny i przebiegał raczej spokojnie, przynajmniej w stosunku do warunków panujących podczas bitwy. Lądowisko znajdowało się pośrodku wielkiego parku, a być może nawet lasu, przy czym było wyjątkowo zadbane ? co raczej skłania owo miejsce ku temu pierwszemu. Na początku statek opuścili jeńcy eskortowani przez sześciu komandosów ? co stanowiło wystarczającą ilość, jak na trzech tolkenian. Tuż za nimi wysiadł Frank i rozejrzał się dokładnie dookoła, lecz nie widok zwrócił jego uwagę, a raczej powietrze i zapachy; była to przepiękna woń lasu, jaką czuł tylko raz, około siedmiu lat temu? lecz wtedy był tutaj krótko, z pewnością krócej niż będzie teraz ? no i ostatecznie wtedy nie był tym, kim jest ? jednym z najwybitniejszych oficerów floty; inną sprawą jest, że wówczas właśnie do niej dołączył ? tutaj, na tej planecie, w zaledwie kilka dni przerobił kawał historii na korzyść ziemian. Choć wpierw uderzyło w niego świeże powietrze ? a widok nie był tak okazały, jak ono ? to wcale nie pozostawiał także wiele do życzenia. Park, czy też być może las, ciągnął się niezliczonymi kilometrami aż po horyzont, co prezentowało się bynajmniej dobrze. Właśnie zakończył się załadunek ?konwojentów? na niewielki poduszkowiec magnetyczny, po czym stateczek uniósł się na około pół metra wzwyż i ruszył z prędkością nie przekraczającą sześćdziesięciu kilometrów na godzinę w kierunku wschodnim, wydając przy tym cichy syk. Frank został sam, zastanawiając się, czy ma iść pieszo, czy czekać, ostatecznie jednak usłyszał po chwili syk podobny do poprzedniego, spojrzał w kierunku drogi ciągnącej z północy i ujrzał nieco mniejszy od poprzedniego poduszkowiec, zbliżający się za to znacznie szybciej. Dopiero po uważniejszym rozglądnięciu się po okolicy korsarz zauważył, że drogi prowadziły tu z czterech stron ? odwróciwszy się zaś przodem w kierunku wahadłowca poczuł na twarzy świeżą bryzę ciągnącą znad morza, znajdującego się na południu ? tam gdzieś więc znajdowały się porty morskie. Pojazd wylądował, wciąż wydając z siebie odgłos przypominający cichy syk, podobny do tego, jaki dawno, dawno temu wydawały lokomotywy parowe na postojach. Wewnątrz znajdowała się jedna osoba ? młodzieniec w wieku nie większym, niż dwadzieścia pięć lat, z długimi, czarnymi włosami i niebieskimi oczyma. Dziarsko, acz z zachowaniem odpowiedniej godności i dumy przynależnej rodowitym ziemianom otworzył drzwi i wyszedł na zewnątrz, po czym bacznie zmierzył Franka wzrokiem.-Czy kapitan Frank Titjack? ? zapytał bezmyślnie z wyraźnie zaznaczoną wyższością. Korsarza strasznie denerwowali podobni, nadęci młodzikowie którzy myśleli, że będąc asystentem asystenta zastępcy podsekretarza w jakimś zapyziałym resorcie stoją ponad wszystkim i wszystkimi.-Nie, jestem admirał Matyjaszczyk. ? odparł ironicznie. Liczył, że to indywiduum wie chociaż, kto jest dowódcą floty federacyjnej. Pomylił się.-E? To się nie zgadza? mam tu zapisane ? rzekł wskazując na swój cyfronotes ? że mam odebrać niejakiego Franka Titjacka. Nie widział go gdzieś pan może? ? zapytał wciąż jakby z wyższością, choć w jego głosie zawitała nutka dezorientacji.-Eh? To ja. Dobra mały, nie chcę tu siedzieć cały dzień, więc wieź mnie gdzie masz wiedzieć. Aha, mam nadzieję, że znasz mój grafik, bo chciałbym wiedzieć, jakie mam plany ? powiedział zrezygnowany. ?No cóż ? zapowiada się całkiem nieźle? ? pomyślał ironicznie. -Tak, tak oczywiście. Moja godność Klemens Grid ? zakończył szczególnie akcentując własne nazwisko ? widocznie miał nadzieję na to, że rozpozna je ktoś poza najbliższymi sąsiadami ? bynajmniej przeliczył się ? będę pańskim opiekunem podczas pobytu na ziemi, gdyby pan czegoś potrzebował, proszę mnie poinformować. Wiele o panu słyszałem ? skłamał, wyciągając otwartą rękę w geście przywitania.-Skoro tak wiele o mnie słyszałeś, to wiesz, że witam się jak oficer i jestem tu służbowo ? odparł Frank z nutką zniecierpliwienia w głosie. Młodzieniec chwilę kojarzył fakty i przetwarzał słowa korsarza, po czym najwyraźniej go olśniło, stanął wyprostowany i niedbale i usiłował zasalutować, co zresztą mu nie bardzo wychodziło. Chcąc skończyć to żałosne widowisko, kapitan lewiatana odpowiedział fachowym salutem, wskazał ręką na pojazd po czym wsiadł, a po chwili dołączył do niego Klemens. Wzbudził znaczną sympatię w swoim podopiecznym tym, że się przez całą drogę nie odezwał, co z tego, że spowodowane było to wybitnym ?fochem?. Lot, czy też jazda poduszkowcem trwała niecałe dziesięć minut. Frank już kiedyś miał okazję oglądać Centropolis, ale ten widok po prostu był olśniewający ? kompleks budynków w stylu starożytnym(krzyżówka Rzymu, Grecji i Egiptu) wysokich na sto ? sto pięćdziesiąt metrów każdy, otoczonych murami wysokimi na dwadzieścia metrów ? choć te ostatnie pełniły funkcję wyłącznie estetyczną. Całe miasto z kilku kilometrów wysokości przypominało raczej starożytną osadę niż stolicę głównej planety federacji, ale ten widok był charakterystyczny, bo taki właśnie miał być ? każdy kto tu przybył, miał być przytłoczony monumentalizmem, podobnie zresztą jak dawniej było to w epoce baroku. W samym centrum tego ośrodka znajdował się wielki pałac, którego pomieszczenia liczyły sobie kilkanaście kilometrów kwadratowych, zaś w nim ? siedziba Rady Najwyższej. Pojazd zaparkował przed czymś, co nazwać można by superluksusowym hotelem rodem z V wieku przed naszą erą, ale to wszystko ma swoje uroki ? w każdym razie kwatery były potężne. Klemens zaprowadził Franka wprost do jego pomieszczenia, wciąż nie odzywając się, lub też, ewentualnie ? pokazując coś na migi. Bynajmniej nie sprawiało to problemów, wręcz przeciwnie, w korsarzu budziło to raczej rozbawienie, co z kolei jeszcze bardziej irytowało ?opiekuna?. Jego mieszkanie tymczasowe znajdowało się na trzecim i zarazem ostatnim piętrze tego potężnego budynku, który nijak z wewnątrz nie pasował do tego, co widać było z większych odległości ? wprawdzie ściany były wykładane marmurem lub wapieniem i znajdowały się na nich hieroglify, jednak już samo oświetlenie psuło bynajmniej atmosferę, podobnie zresztą jak wszyscy obecni ? ale mniejsza z tym. Właściwie, to w tej chwili w hotelu nie było zbyt wielu gości ? większość zatrzymywała się w miastach i dolatywała tutaj w razie potrzeby ? Frank został wyróżniony. Cały dzień spędził wylegując się w potężnym łóżku i korzystając ile się da z luksusów ? jego obiad kosztował zapewne majątek(niektóre składniki do dań sprowadzane były z drugiego końca galaktyki ? zapewne przechwycił je inny okręt piracki gdzieś w granicach imperium), nie omieszkał także wypróbować potężnego jacuzzi z hydromasarzem czy też choćby sprawdzić lokalnych trunków ? stwierdził tylko, że wszystko naprawdę było najlepszej jakości i gdyby nie samotność, mógłby zostać tu na zawsze. Dopiero późnym wieczorem przyszedł Klemens i oświadczył krótko oschłym głosem, że jutro o jedenastej odbędzie się spotkanie z radą. Mocno postanowiwszy następnego dnia być wyspanym i w szczytowej formie, Frank pobiegał trochę na bieżniku, poćwiczył na hantlach grawitacyjnych(które dostosowywały swoją masę odpowiednio do człowieka ? w wypadku Franka było to około trzydziestu kilogramów), po czym zanurzył się w wannie(tym razem zwykłej), wypił kieliszek wina (Bordex rocznik dwa tysiące czterysta sześćdziesiąty trzeci ? wyśmienity dla winogron) i walnął się na łóżko zasypiając niczym mops. Obudził się w okolicach dziewiątej i postanowił, że trzeba doprowadzić się do stanu pomiędzy błyskiem a połyskiem ? do czego też przystąpił. Starannie się ogolił, specjalny robot zrobił mu manicure, jeszcze inny uczesał włosy (? i tak brakuje tu ręki kobiety? ? pomyślał, jednocześnie rozmarzając się). Przeszukał całą szafę w poszukiwaniu jakiegoś dobrego garnituru, który by mu pasował, ostatecznie jednak pozostał przy stroju galowym oficerów floty. Około dziesiątej wpadł(dosłownie) Klemens, odstrojony jak stróż na boże narodzenie - choć zapewne sam nie wiedział po co. Półsłówkami wytłumaczył, że pora się zbierać, bo nie wypada się spóźnić, bo to złe, niegodne, haniebne, co zresztą do Franka pasuje, bo jest taki i siaki. Pirat zaś, nie bacząc na jego słowa, powoli kończył śniadanie, złożone zresztą z trzech dań. Normalny człowiek widząc taką ilość jedzenia zapewne chwyciłby się za głowę i zastanawiał, ilu chłopa ma się tym zająć, tymczasem dla niego opróżnienie ich zajęło nieco ponad czterdzieści pięć minut ? nieraz zresztą sam się zastanawiał, gdzie on to wszystko mieści ? lecz ostatecznie dochodził do wniosku, że ma bardzo dobry metabolizm ? co bywało też wadą(na przykład gdy jedzenia brakowało ? jemu doskwierało to szczególnie). Zadowolony z faktu, że jego ogon (ostatecznie tak zaczął nazywać ?asystenta?) irytuje się coraz bardziej, poszedł jeszcze do toalety umyć zęby no i w końcu się wyperfumować trochę. Gdy wychodził z kwatery było już wpół do jedenastej, wypadało więc spieszyć się, choć do potężnego budynku, w którym odbywały się spotkania rady, było stąd nie dalej jak pół kilometra. Na złość Klemensowi powiedział, że woli się przespacerować, ten zaś biegł usiłując dotrzymać kroku podopiecznemu. Minęło dziesięć minut, nim kapitan kormorana znalazł się na miejscu, kolejne dziesięć zajęło mu odnalezienie właściwego pomieszczenia, po czym zajął miejsce na ławie tuż przy nim i czekał, aż zostanie wezwany. ?Ogon?, upewniwszy się, że Frank jest na miejscu, oddalił się w miejsce bliżej nieokreślone ? tutaj kończyła się jego rola. Upłynęło kilka minut, nim drzwi się uchyliły, a pewien człowiek poprosił uprzejmie kapitana, by wszedł do pomieszczenia. Była to potężna, okrągła sala, w całości wyłożona marmurem i ozdobiona złotem, na której suficie odwzorowane były wszystkie układy Federacji ? każda gwiazda wykonana była ze złota ? widok był istotnie okazały. W samym centrum komnaty znajdował się długi na jakieś dziesięć metrów, półokrągły stół, wykonany z jakiegoś bliżej nieokreślonego drzewa, zdobiony srebrem, złotem, platyną oraz kamieniami szlachetnymi ? a miejsce przy nim zajmowało dwunastu senatorów wchodzących w skład Rady Najwyższej. Każdy z nich odziany był w długie, czarne szaty, przypominające nieco sędziowskie, z tą jednak różnicą, że owe wykonane były z kilku warstw jedwabiu i ozdobione były rubinami. Wszyscy bacznie obserwowali wchodzącego z gracją kapitana Franka Titjacka, który, co trzeba przyznać, prezentował się naprawdę bardzo dostojnie i okazale. Wolnym krokiem doszedł do mniej więcej polowy sali, po czym stanął na wyprostowany i oczekiwał. Zapadł moment głuchej ciszy, podczas której miał okazję dokładniej przyjrzeć się obecnym ? znał zaledwie trzech senatorów ? Groodgeera, Honsa i Frocza, pozostała dziewiątka pozostawała tajemnicą ? zresztą owi wcale nie byli mu znani tak dobrze, jakby sobie tego życzył. W pewnym momencie zauważył jednak coś, co go zdziwiło ? po przeciwnej stronie pomieszczenia siedział człowiek, odziany w mundur floty i to bynajmniej nie ten galowy ? lecz zwykły ? musiała to być naprawdę bardzo ważna osoba, skoro mogła tu przebywać ? choć z drugiej strony co go to wszystko obchodziło? Kolejnym jego spostrzeżeniem było to, iż człowiek, który go poprosił o wejście, zniknął gdzieś w ścianie ? drzwi boczne były tak dobrze dopasowane, że nie było ich wcale widać. Większość członków Rady zdawała się wręcz świdrować wzrokiem Franka, co bynajmniej mu nie odpowiadało, no ale cóż miał zrobić? Ostatecznie jednak, widząc co się dzieje, Groodgeer (chwała mu za to) zabrał głos.-Kapitanie Frank Titjack, czy wie pan, w jakim celu został tu sprowadzony? ? zapytał łagodnie i powoli, jakby chcąc dać mu czas do namysłu nad odpowiedzią ? choć właściwie nad czym by się tu zastanawiać?-Tak jest sir. Rada wezwała mnie, bym złożył na jej ręce raport z ostatniej misji. ? odparł, mówiąc szybko i wyraźnie ? Przynajmniej tak mi się wydaje ? dodał po chwili. Starał się mówić przed siebie, lecz co chwila zerkał po twarzach trójki, którą zna, starając się wyczytać z coś, lecz doszedł tylko do wnioski, że byliby znakomitymi pokerzystami.-No cóż, i tak, i nie. Ale może pan zacząć od złożenia raportu ? odparł Groodgeer. Frank zastanawiał się chwilę, od czego by faktycznie zacząć i w ogóle starając się coś powiedzieć, co jednak przychodziło mu z wyraźnym trudem. Ostatecznie jednak po chwili przełamał się.-Kapitan Frank Titjack melduje, iż ?Kormoran Rubieży? powrócił z sześciomiesięcznej misji przecinania szlaków handlowych wroga. Na drodze zmagań wojennych udało się zniszczyć cztery wrogie jednostki wojenne, w tym: dwa typu niszczyciel oraz dwa typu rajder; dodatkowo przechwyconych zostało siedem statków handlowych, na których transporty składało się: dwa razy żywność, raz deuter, raz minerały ciężkie, raz kamienie szlachetne oraz raz kamienie szlachetne. Wszystkie zostały splądrowane ? załogi pozostawione na pojedynczych okrętach, po czym resztę zniszczono ? oficerowie zostali pojmani jako jeńcy wojenni w celu przesłuchań. Statek odniósł poważne uszkodzenia w starciu z czterema rajderami imperialnymi w układzie numer siedem w kwadrancie 407R, gdzie omal nie doszło do zagłady załogi ? jednakowoż meldunek o pomoc jaki nadaliśmy został odebrany przez federacyjny lotniskowiec ? ?Samotnego Lewiatana?, który to ostatecznie pomógł rozprawić się z bandytami. Następnie Kormoran pod osłoną tego ostatniego trafił do Erathii ? gdzie spocznie na wieki. ? zakończył, obserwując uważnie twarze członków Rady ? wszyscy wyglądali na zainteresowanych.-Jeńcy? Co takiego mówili? ? Franka zdziwiło trochę pytanie człowieka siedzącego po prawicy Groodgeera. Jak mogą tego nie wiedzieć? A jeżeli wiedzą, to po co pytają? Nie ufają mu? Czy raczej chcą poznać jego zdanie? Tak czy owak ? lepiej powiedzieć wszystko, co wie.-Cóż, zacznijmy od tego, że w ogóle powiedzieli niewiele ? jednakże to, co udało się z nich wyciągnąć mrozi krew w żyłach. Twierdzili oni, iż gdzieś w nadgranicznych układach imperium formuje się armada gwiezdna. ? stwierdził Frank powstrzymując się przed wyrażeniem jakichkolwiek własnych opinii ? w końcu i tak go o to zapytają. Przynajmniej tak mu się zdawało ? i to bynajmniej trafnie.-Panie Titjack, nie będę ukrywać, że jest pan jednym z najzdolniejszych i najbardziej doświadczonych kapitanów w całej flocie ? mało kto przebywał na terytorium imperium tyle co pan, jeszcze mniej osób miało tyle styczności z obywatelami imperium ? Rada chciałaby wysłuchać pańskiej opinii na temat słów owych jeńców ? może być pan pewien, że weźmiemy ją pod uwagę przy naszych rozważaniach. ? stwierdził Groodgeer, mówiąc poważnie. ?Bingo? ? pomyślał Frank ? tylko ile im powiedzieć? No i co chcą usłyszeć? Czy może walić prosto z mostu? ? podobne pytania zaprzątały mu głowę ? podejrzewał, że Rada nie daje wiary tym słowom, jednakże sam fakt iż go tu wezwano świadczył wprost o czymś przeciwnym ? co wprawiało go w zakłopotanie. Uznał więc, że najrozsądniej będzie grać w otwarte karty.-Moim zdaniem? Uważam, że słowa jeńców nie muszą, lecz mogą być prawdziwe. Pierwsza armada została zniszczona bardzo dawno temu, nic więc nie stoi na przeszkodzie w jej odbudowie, z drugiej zaś strony, nie wydaje mi się, by ściągano ją właśnie tu ? nie jestem przekonany, czy warto ? w takim wypadku Imperium musiałoby mocno odsłonić flanki, co czyniłoby je podatnym na kontruderzenia. Zastanawia jednak fakt, iż kilku jeńców z różnych statków mówiło o tej sprawie niezależnie, prawdopodobnie nigdy wcześniej nie widząc się na oczy. Nie jest dziś istotnym, czy wierzymy w te słowa ? moim zdaniem należy bezzwłocznie wysłać tyle jednostek do sprawdzenia tej informacji, ile tylko jesteśmy w stanie ? w innym wypadku możemy zostać zaskoczeni, a to równałoby się zagładzie. Jeżeli Rada wyrazi na to zgodę, chciałbym lecieć osobiście na czele misji infiltracyjnej. ? zakończył swoją przemowę, którą starał się nacechować profesjonalizmem, co chyba zresztą wyszło mu całkiem nieźle, bo senatorowie zaczęli szeptać między sobą. Ostatecznie poproszono go by opuścił salę, ponieważ teraz nastąpi narada. Sporo czasu przyszło czekać, nim wezwano go ponownie. Rozmyślał wówczas o tym, co powiedział - w istocie sprawy te nie zaprzątały mu dotąd głowy ? no i po co się wyrwał z tą misją? Z drugiej jednak strony możliwe, że zyskał sobie tym samym przychylność Rady. Tak czy owak otrzymanie dowództwa nad czymś podobnym byłoby nie lada zaszczytem? Przypomniało mu się, że musi poszukać statku na Ziemi ? biorąc pod uwagę, że już dzisiaj wezwano go tutaj i zapewne nie zabawi już długo na owej planecie ? trzeba to zrobić jak najszybciej, najlepiej jeszcze dziś ? pytanie tylko, czy uda mu się złapać wahadłowiec do któregoś z miast. Właśnie rozważał, czy lepiej kupić ponownie fregatę wojenną, czy może niewielki krążownik, gdy ponownie pojawił się woźny, prosząc go, by wszedł wysłuchać decyzji Rady, co też zresztą uczynił bezzwłocznie.-Kapitanie, zanim obwieścimy panu naszą decyzję, chcemy zadać jeszcze kilka pytać dotyczących ostatniej misji. ? powiedział jeden z senatorów ? Zacznijmy może od tych robotów, które udało się panu przechwycić, co może nam pan o nich powiedzieć? ? zapytał, a jego ton brzmiał tak wyraziście, że każdy domyśliłby się, iż nie zwykł nie otrzymywać odpowiedzi na zadawane pytanie, tak więc też Frank postanowił kontynuować swoją wcześniejszą politykę grania w otwarte karty ? jak dotąd nie zaszkodziła mu, co już było sukcesem. -Przechwyciliśmy je z jednego z frachtowców imperialnych, było ich około pięciuset sztuk ? zaczął nie zdradzając szczegółów; tajemnice mają to do siebie, że wraz z każdą chwilą oczekiwania na ich rozwiązanie, potęgują swą siłę ? z początku nie mogliśmy ich uruchomić i podejrzewaliśmy, że są to zwykłe androidy górnicze. Byliśmy jednak w błędzie ? przynajmniej tak mi się wydaje. Naszemu hakerowi po blisko dziesięciu dniach prób udało się złamać ich szyfry i włączyć je, po czym, jako że byliśmy przyciśnięci do muru, podjąłem decyzję, by wysłać je do walki. Okazało się, że te maszyny są chyba jednymi z najbardziej zaawansowanych androidów w całej galaktyce, do tego posiadają system nanobotów zapewniający błyskawiczną naprawę zniszczeń; uporały się z wykonaniem zadanie błyskawicznie i precyzyjnie, wszyscy, którzy widzieli je w akcji są pod ogromnym wrażeniem. ? zakończył swą długą wymowę; nie zataił w niej w zasadzie nic istotnego, poza kilkoma nieistotnymi szczegółami, o których wie tylko on, ot na przykład, że roboty mają rozkaz wykonywania tylko i wyłącznie jego poleceń. Senatorowie spoglądali po sobie z zainteresowaniem przez chwilę, wymieniając jednocześnie zdanie na ten temat. Po chwili ozwał się głos tego samego, który przemówił poprzednio.-Doskonale, zatem wieści o nich nie były przesadzone. Rozumiemy zarazem, że roboty są wciąż w pańskim posiadaniu i znajdują się na pokładzie Kormorana? Słyszeliśmy także, że chce pan wymienić statek ze względu na uszkodzenia jakie odniósł w walce? Czy to prawda? ? zapytał. Tym razem jego ton był znacznie łagodniejszy niż poprzednio, co wyraźnie zainteresowało pirata ? czyżby nie musiał odpowiadać na te pytania? Czy oni prowadzą jakąś gierkę?-Tak, roboty znajdują się na Kormoranie, oraz tak, chcę zakupić na ziemi nowy okręt, ponieważ stary, dobry a zarazem wysłużony Kormoran może nie przetrwać kolejnej walki, a jego remont jest nieopłacalny. ? stwierdził Frank, mówiąc wciąż poważnie, niczym sługa do swego pana. Obecni przyglądali mu się uważnie.-Dobrze, panie Titjack. Decyzją Rady stanie pan na czele misji infiltracyjno - eksploracyjnej do terytoriów imperium. Do tego zadania przydzielona zostanie panu zupełnie nowa jednostka, która właśnie kończy ostatnie przeglądy na stacji Galactica; jest to okręt określany mianem superfregaty o osiągach znacznie przewyższających pańską poprzednią jednostkę w każdym zakresie. Statek przybędzie na ziemię za dwa tygodnie; do tego czasu sprowadzimy tu pańską załogę i wszystko, co pan wskaże. Naszym warunkiem jest jednak, by przekazał pan sto robotów dla naszych naukowców do badań; od decyzji Rady nie przewidujemy odwołania, może się pan jednak nie zgodzić z przeprowadzeniem misji, gdyż jest pan oficerem nie zrzeszonym i jej wykonanie nie leży w pańskich obowiązkach; jednakowoż w nagrodę, jeśliby się pan jej podjął, będzie pan mógł zatrzymać okręt. Jaka jest pana decyzja? ? senator zakończył swe długie, acz dla Franka szalenie interesujące przemówienie. Jak mógł się nie zgodzić na podobne warunki? Przecież to szczyt jego marzeń? no może nie szczyt, ale już było całkiem blisko.-Oczywiście, z pokorą przyjmuję decyzję Rady. ? odparł uroczystym głosem, po czym upewniwszy się, że to już absolutnie wszystko, czego od niego chciano, opuścił salę i udał się, prowadzony przez Klemensa, wprost do swojej kwatery. Mocno zastanowiła go decyzja rady, tak więc nie zwracał uwagi na słowa towarzysza ? zresztą wyraźnie niemiłego. Najwyraźniej postanowił zmienić taktykę, zauważywszy, iż Frank nie reaguje na ciszę, teraz paplał bez przerwy ? przynajmniej do czasu, kiedy korsarz doniosłym głosem rozkazał mu ?zamknąć się? ? potem było już zupełnie cicho. Dużo czasu zajęły mu rozmyślania nad decyzją rady ? nie był do końca pewnym, czy wysłanie jednego statku gdzieś daleko poza granice imperium jest dobrym pomysłem, a już tym bardziej, czy wysłanie jego samego jest takowym. Tak czy owak, jeżeli komuś mogło się to udać, to komu innemu, jeżeli nie jemu? Wykonywał już gorsze misje? choć, po zastanowieniu doszedł do wniosku, że było ich bardzo niewiele i zawsze towarzyszyło mu szczęście, które kiedyś musiało go opuścić? Tak czy owak, miał nadzieję, że stanie się to nie prędko. No i jak do cholery mógł sobie odmówić takiego stateczku za darmo? Dnie mijały mu spokojnie i błogo, choć na brak zajęć nie mógł narzekać. Codziennie miał masę papierkowej roboty ? od wszelakich bezmyślnych dokumentów potwierdzających wysłanie statku, przekazanie go przez federację dla niego w zamian za wykonanie misji, przez wszelakie rozliczenia podatkowe(ciekawe kto tu wymyślił cło od łupów!) przez zaręczenia o przekazaniu stu robotów na rzecz rządu, podpisanie rozkazów i przyjęcie misji, aż po wszelkiej maści propozycje dotyczące wstąpienia do załogi, odkupienia towarów czy zwykłe wywiady. Co do tych ostatnich rzeczy zachowywał dystans ? niemal wcale nie obchodziła go załoga z tej planety, chociaż ? czego nie mógł pojąć ? byli tu także ludzie całkiem dobrzy i pracowici ? przynajmniej tak mu się zdawało po tych, których poznał niebawem. Jego poprzednie doświadczenia z rodowitymi ziemianami skłaniały go do wniosku wręcz odwrotnego, czemu dziwić się nie można. Planeta była siedzibą rozpusty i snobizmu? monumentalizm przyćmiewał wszystko? nie było tu miejsca na ironię, Ziemia stanowiła jakby odmienny świat już choćby w stosunku do najbliższych jej planet ? ot choćby Marsa czy wspomnianej wcześniej Wenus. Podczas gdy mało kto tutaj podejmował się jakiejkolwiek pracy, a gdy już to robił, inni patrzyli na niego z nie lada zdziwieniem(wyjątkiem były oczywiście stanowiska przynoszące zaszczyty dla rodziny), już niecałe kilka AU dalej setki ludzi ciężko pracowały, ba, umierały w morderczych warunkach, by dać jedzenie i zabawy tym tutejszym. Zresztą właściwie sytuacja w układzie Słonecznym i tak nie była zła ? czego nie można powiedzieć już o obszarze wcale nie dużo odleglejszym, zwanym pasem Kuipera. Tam to, wśród niezliczonych tysięcy czy nawet milionów asteroid i planetoid, często większych lub równych Plutonowi, w nieludzkich warunkach pracowały miliony robotników ? niewielu z nich było dobrze wynagradzanych ? z reguły byli to Ci, którzy odbierali najwyżej kilka wypłat ? by później zginąć przy wybuchu podczas wydobycia gazu czy jakiegoś minerału. Pomyślicie pewnie, że stan ten wyzwalał swojego rodzaju wrogość wszelkich obywateli federacji wobec ziemian i owszem, nie pomylicie się. Nieliczne planety, gdzie żyło się dobrze, lub chociażby znośnie, stanowiły zazwyczaj zamknięte enklawy arystokracji lub bogatszych obywateli, dostęp do nich często był znacznie utrudniony. Podobnie sytuacja się miała jeżeli chodzi o wielkie stacje kosmiczne, lecz tutaj zauważalna była istotna różnica ? bowiem zarówno biedni jak i bogaci pomieścić się musieli w jednej ?strukturze?, jednakowoż zazwyczaj wyglądało to właściwie tak, jak na Erathii ? dolne pokłady zajęta były przez ?motłoch?, zaś górne ? proletariat, ewentualnie wielkie korporacje tudzież stanowiska czy garnizony floty. Sytuacja ta budziła niezadowolenie wśród zarówno jednych jak i drugich, dlatego też wiele stacji wyludniało się coraz bardziej, a miliony, jeśli nie miliardy ludzi podejmowały się najtrudniejszych prac, byleby tylko zarobić i utrzymać rodzinę ? lub też, w miarę możliwości ? podnieść swój stan społeczny. Jakież to dziwne, jak bardzo historia lubi zataczać koło, powtarzać się. Sytuacja wyglądała bowiem niemal adekwatnie do tej, która panowała na świecie w zasadzie do końca XVIII wieku ? do czasu rewolucji francuskiej i równouprawnienia wszystkich obywateli ? przynajmniej w kontekście symbolicznym. Frank nie uważał się za arystokratę, ale także nie należał z pewnością do biedoty. Wywodził się wszak z rodziny średnio-zamożnej, spośród ludzi wykształconych. Podczas dwutygodniowego oczekiwania na przybycie załogi i okrętu, dwukrotnie odwiedzał oba największe miasta Ziemi ? Europolis i Ampart. W zasadzie niczym się od siebie nie różniły? krocząc ich ulicami, które gdzieniegdzie tylko przepasane były potężnymi biurowcami, w większości zaś wielkie rezydencje, odnosił wrażenie, że traktuje się go z góry. Nie wiedział wszakże czym różni się od pospolitego arystokraty, lecz widocznie innym wystarczało samo spojrzenie na niego. Wśród tego, co odczuwał dominowały dwa kontrastujące ze sobą uczucia ? był to zachwyt, podziw dla tego, co widzi ? miasta ciągnęły się dosłownie na tysiące kilometrów ? a każdy z nich pokryty był pięknymi parkami i willami, których monumentalizm przyćmiewał barokowe katedry; z drugiej zaś strony była nieopisana wrogość, nieufność która czasem przeradzała się wręcz we wściekłość. Często musiał się opamiętywać, by nie zrobić jakiegoś głupstwa, ot choćby gdy szedł spokojnie jedną z głównych ulic miasta europejskiego, a jakiś młodzian z wyraźnym politowaniem wsunął mu w rękę sto kredytów ? ot, dla biedaka. Przez dłuższą chwilę wydawać by się mogło, że człowieczek ów nie pożyje wystarczająco długo, by się zastanowić nad swoimi czynami, jednak Frank powstrzymał się. Udało mu się dojść do jednego tylko wniosku, za to jakże mądrego ? otóż jeśli istnieje raj to wygląda właśnie jak Ziemia, przy czym jeśli istnieje piekło, to zamieszkują je głównie jej mieszkańcy. Zadowolony z swej myśli filozoficznej chciał stworzyć artykuł, lecz doszedłszy do wniosku, że cenzura by go dopadła, zrezygnował z tego pomysłu, z mocnym postanowieniem wypuszczenia ulotki o podobnej treści gdzieś, gdzie nikt by mu w tym nie przeszkadzał. Ironię stanowił fakt, iż mimo wszystkich tych swoich wymysłów, jak najbardziej korzystał z dobrodziejstw Ziemi ? przynajmniej tego, co dostępne miał na zawołanie w swojej kwaterze. Na zajęciach, które określić można jako luksusową nudę przyszło spędzić mu dane dwa tygodnie, po których to Klemens poinformował go, iż czeka prom na Euromax ? gdzie z kolei dokuje nowy okręt, a załoga ma przybyć najdalej za dwie godziny, zaś w tym momencie na statek wnoszony jest prowiant i wszystko, co zabrane zostało ze starego dobrego Kormorana, w tym także drozdy bojowe. Droga wahadłowcem na lądowisko zajęła niewiele czasu, wzbudziła za to mieszane uczucia. Z jednej strony Frank cieszył się, że w końcu znowu będzie w swoim żywiole ? z drugiej żal mu było kończyć ten tryb życia. Tak czy owak, wybór miał niewielki ? gdy tylko opuścił wahadłowiec, ten od razu odleciał, mimo iż promu wciąż jeszcze nie było na miejscu. Nieco podirytowany ową sytuacją uznał, że nie warto tracić czasu na oczekiwanie, postanowił zatem udać się na krótki spacer po okolicy. Dawniej były tu lasy tropikalne ? jednak teraz nie było po nich śladu ? krajobraz bardziej przypominał raczej sawannę niżeli tropiki, przy tej jednak różnicy, że było tu bardzo kolorowo. Miły był to widok, aczkolwiek typowo ziemski ? nie była to już ta sama planeta, o której czytał w dawnych książkach sprzed setek lat ? o której wiecznie marzył? Po blisko piętnastu minutach kroczenia w zadumie po okolicy ujrzał, że gdzieś wysoko na niebie pojawił się błyszczący obiekt, który zbliżał się z nieznaczną prędkością ? był to owy statek, który miał go zabrać z Ziemi ? udał się więc na lądowisko, wszedł na pokład i bez zbędnych ceregieli poprosił pilota, by startował. Przez wizjer spoglądał jeszcze, już z wysokości, na zielone równiny, na majaczące opodal miasto? Widzieć je miał po raz ostatni.7 Po kilkunastu minutach lotu prom przybił do stacji orbitalnej, gdzie cumował także nowy statek Franka, o ironicznej nazwie ? ?Szary Lis?. Nie był do końca pewien, kto to wymyślił, snuł jednak przypuszczenia, wyraźnie kierując się w stronę klanu Groodgeerów ? miała to być chyba mała zemsta. Wiązało się to wszystko z historią pewnego okrętu, który dawno temu obrabował, o czym krążyły plotki w całej niemal galaktyce ? chodziło o imperialny frachtowiec ?Sjaar Kun?, czyli właśnie szary lis w tłumaczeniu na wspólny. Kormoran był już wówczas załadowany dość licznymi łupami z innych statków, w tym pełno było różnorakich procesorów i części znacznej wartości. Tym razem udało się jednak zrabować coś znacznie bardziej egzotycznego ? stworzenia z odległej części galaktyki zwane w skrócie Kari. Były to małe, futrzane zwierzątka, przypominające krzyżówkę mini-małpy z borsukiem, o krótkich kończynach górnych, poruszające się na dwóch łapach równie krótkich i ? co istotne ? śmiesznym, długim pysku wyglądającym na taki, który mógłby w zasadzie rozgryźć wszystko. Uznając je za rarytas oczywiście zabrano wszystkie na pokład fregaty i zaaplikowano do ładowni, gdzie czekać miały na spokojne dotarcie do jakiegoś miejsca, gdzie można by je było sprzedać. Pech chciał, że nikt nie wiedział, czym się żywią, tak więc zostawiwszy po trochu jedzenia wszelkiej maści w magazynie, zamknięto go szczelnie wraz ze stworzeniami. Wartość całego łupu szacowano wówczas na jakieś dziesięć, może jedenaście milionów kredytów, z czego znakomitą część miała stanowić elektronika. Dotarłszy do niewielkiego portu kosmicznego i podpisawszy umowę o sprzedaży zdziwiono się niemiłosiernie faktem, że cała ładownia jest pusta ? i to dosłownie. Nie było tam ani stworzeń, ani żadnych części, co bynajmniej nie wzbudziło zachwytu jego klienta, który zdecydował się na sądowne rozpatrzenie sprawy, oczekując zadość uczynienia za niedopełnienie umowy. Długo dociekano, co się stało w ładowni Kormorana, dopiero jednak od specjalistów z zakresu biologii egzotycznej dowiedziano się, że stworzenia te mogą w zasadzie żyć nawet do stu lat, pod warunkiem, że nie będą nic jeść, bowiem wraz ze wszystkim, co zjedzą, czas ich życia się skraca - a zjeść mogły dosłownie wszystko. Ostatecznie sprawa ta zrobiła się znaną w całej federacji, a Frank musiał zapłacić dla handlarza pięćset tysięcy kredytów odszkodowania. Oczywiście suma ta nie była czymś wielkim, lecz strata jedenastu milionów mocno zabolała i wywołała spore niezadowolenie wśród załogi. Dopiero następny rejs przyniósł spore zyski ? ale sprawę ?Szarego Lisa? pamiętano wciąż i wykorzystywano ją jako idealną anegdotę, jeżeli chodziło o chciwość w sprawach niepewnych. Po opuszczeniu promu stanął na stalowym pokładzie stacji orbitalne, gdzie czekało na niego dwóch komandosów i jeden człowiek w kombinezonie oficerskim floty. Wyglądał na podstarzałego arystokratę, czym bynajmniej nie zyskał sobie sympatii Franka, wiedząc jednak, że wciąż jest w świecie bogatych starał się to zamaskować ? nie wiedział wszak z kim ma do czynienia. Szybko oceniwszy wzrokiem ?przeciwnika? zdziwił się, bowiem nie udało mu się go rozgryźć. Człowiek ów ciągle tylko uważnie się przyglądał kapitanowi, nie mówiąc nic, lecz jego wzrok był nader wymowny ? sam zapewne wiedział o korsarzu wszystko. Nie chcąc czekać na łaskę czy niełaskę tego jegomościa, Frank postanowił przystąpić jako pierwszy do ofensywy ? czego bynajmniej nie robił zbyt często.-Witam, czy pan aby mnie nie oczekuje? ? zapytał z udawaną sympatią, grał ją na tyle źle, że każdy połapałby się, że robi to z przymusu, ale taki właśnie był jego cel. Nie chciał nikogo owijać w bawełnę co o tym wszystkim sądzi, przywykł już do gry w otwarte karty, a po spotkaniu z Radą mało co mogłoby wybić go z tropu.-Tak, tak oczywiście. Moja godność Richard Hulke. Zostałem przydzielony do służby na okręcie, którym pan będzie dowodzić. ? odpowiedział jegomość. ?A jednak, nie pomyliłem się? ? pomyślał Frank stwierdzając jednocześnie, że brak sympatii wobec Richarda jest uzasadniony. ?Niedługo w ogóle będę miał mobilny kurort arystokratyczny? ? dodał sam do swoich myśli po chwili. Tak właściwie, to z tonu głosu arystokraty również wyczytał pewną zawiść.-Przepraszam, nikt mnie o tym nie uprzedził. W jakim to celu ma pan trafić na pokład mojego okrętu? ? zapytał cynicznie kapitan. Obserwował uważnie, jak Hulke gładzi sobie długi wąs i uśmiecha się ironicznie, choć niemal niezauważalnie.-Nie czytał pan warunków przejęcia statku? Tam było zapisane wszystko o pańskim okręcie i o mnie. ? odpowiedział z niemal niezauważalną nutką ironii, która dla mniej wprawnego rozmówcy przeszła by niezauważona. Jednak nie dla Franka ? fakt faktem, nie czytał i już zaczynał sobie pluć w brodę z tego powodu. Ciekawe ile jeszcze niespodzianek go czeka.-No? tak jakby? coś czytałem, ale mam słabą pamięć. ? skłamał w żywe oczy, robiąc przy tym minę niewiniątka ? czy nie mógłby pan mnie oświecić, panie Richard? ? zapytał ostatecznie. Ciekaw był reakcji, która według niego mogła być dwojaka ? albo zaczęłaby się jakaś gierka, albo koleś powiedziałby wszystko prosto z mostu ? na co właśnie Frank liczył.-No cóż, powinien pan uważniej czytać to co pan podpisuje, In blanco jest bardzo niebezpieczną rzeczą w ostatnich czasach. ? stwierdził Richard, a korsarz czuł, że zaczyna się gotować wewnątrz, co bynajmniej nie zostało niezauważone przez jegomościa, który natychmiast postanowił zmienić front, lepiej nie podgrzewać beczki z prochem ? Jestem kimś w rodzaju oficera politycznego. Przydzielono mnie na pański okręt w celu takim, by kontrolować pańskie poczynania, to decyzja samej Rady, więc nie ma odwołania. Proszę się nie martwić, to wszystko jest czystą formalnością, mam tylko kontrolować, czy wykona pan misję którą panu powierzono, to standardowa procedura w federacji. W wypadku, gdyby pan zechciał na przykład uciec ze statkiem, mam prawo aresztować go i przejąć kontrolę nad okrętem. ? wytłumaczył krótko i zwięźle. Człowiek ten mówił niczym jakiś fanatyk systemu, prawa? No bo jakie szanse miałby na odebranie Frankowi władzy na jego własnym okręcie przy zaufanej załodze? Widocznie jednak nie skończył jeszcze przemowy, wkrótce bowiem wtrącił: - Jak pan wie, pańska jednostka będzie większą niż poprzednia, toteż przydzielono panu pięćdziesięciu nowych członków załogi, w tym dwudziestu komandosów z sił specjalnych, pięciu mechaników (notabene jednych z najlepszych w tej części galaktyki), działowych, medyka i różnej maści naukowców. Jak się pan domyśla, bezpośrednim zwierzchnikiem tych osób jestem ja, jednakowoż mają też rozkazy by być podporządkowanym właśnie panu do czasu, kiedy nie wydam innego rozkazu ? to tyczy się wszystkich. ? zakończył namiętnie rozbijając przemyślenia Franka, który stwierdził, że nie wszyscy na tej niebieskiej planecie są tacy głupi, na jakich wyglądają. Wprawdzie dwudziestu żołnierzy ma marne szanse zwłaszcza jeżeli chodzi o walkę z androidami, ale załoga może mieć inne zdanie ? zresztą, mniejsza z tym. Przecież i tak miał zamiar wykonać tą misję.-No dobrze, zapewne wie pan gdzie dokuje Lisek ? dziwnie zabrzmiało to pieszczotliwe określenie superfregaty wojennej. ? zatem niech pan prowadzi, z chęcią zwiedzę okręt. Aha, no i może ma pan jakieś pojęcie kiedy dotrze reszta załogi? Bo chciałbym wyruszyć stąd jeszcze przed zmierzchem? to jest zmierzchem czasu CET. ? zapytał Frank głosem który wyrażał rezygnację, czym też wywołał kolejny ironiczny uśmiech na twarzy Richarda. Owszem, jak mógł nie wiedzieć, skoro to wszystko zapewne organizował? Pytaniem było tylko, czy zechce odpowiedzieć.-Pańska załoga powinna być za niecałe półtorej godziny. Tyle czasu wystarczy, żeby mógł pan zwiedzić okręt. Proszę za mną ? rzekł teraz już miłym głosem, choć korsarz nie mógł pozbyć się wrażenia, że człowiek ten ma do niego jakieś uprzedzenia i mocno postanowił zbadać to przy najbliższej okazji ? bynajmniej jeszcze nie teraz. Polityczny obrócił się z gracją, jaką prezentują tylko rodowici ziemianie i wolnym krokiem zaczął oddalać się, zaś za nim dwóch przybocznych komandosów. Sam kapitan również nie zastanawiając się długo ruszył za nimi obmyślając niszczycielski plan zagłady wszechświata, którego głównym założeniem było pozbycie się tego człowieka z okrętu, jednakowoż przynajmniej na razie musiał tolerować jego obecność, a choć jeszcze tego nie wiedział, mieli być ze sobą razem dłużej, niż w tej chwili życzyłby sobie tego. Richard prowadził Franka dosyć długimi korytarzami, często krzyżującymi się z innymi ? choć nie była to duża stacja, z pewnością jemu samemu odnalezienie drogi zajęłoby całkiem niemało czasu, tymczasem z przewodnikiem trafił na ?liska? już po piętnastu minutach. -Proponuję, by pan rozejrzał się po okręcie samotnie, ja zaś pójdę do administracji stacji dopełnić reszty formalności ? stwierdził arystokrata ? wśród moich obowiązków leży wszelka pomoc prawna, jakiej pan zażąda. ? dodał po chwili niechętnie. Owa sytuacja z pewnością nie zadowalała go, ciężko jest bowiem jako pan służyć niewolnikowi, a tak właśnie podobną sytuację interpretowano na Ziemi. Korsarz zadowolony choć z tego faktu postanowił, że codziennie będzie robił rozliczenia ze zużycia wody, deuteru, żywności a nawet amunicji, każąc oddawać po ?kilka salw?, aby było co liczyć, wszystko w ramach małego zadośćuczynienia. Odczekawszy chwilę i obserwując z miną tryumfalną, jak oddalał się nowy podopieczny wkroczył na pokład, a tuż za nim dwóch komandosów. Zirytowany kazał im pełnić wartę przy wejściu i samotnie począł zwiedzanie. Na razie nie zauważył nic specjalnego, po za tym, że statek był naszpikowany był wszelkiego rodzaju najnowszymi systemami obrony wewnętrznej, od działek laserowych pierwszej klasy, przez systemy gazowe, aż po bariery energetyczne, przepuszczające wszystko prócz tkanek żywych ? tak więc mógł bez przeszkód wysłać roboty, podczas gdy przeciwnicy wciąż byli by odcięci w danym przedziale. Właściwie to wszystko wydało mu się mało istotnym, bowiem nigdy jeszcze nikt nie usiłował dokonać abordażu na jego statek, tak czy owak ? robiło to wszystko niemałe wrażenie, ale prawdziwy szok miał nastąpić, kiedy wpadł przez przypadek do pomieszczenia, które okazało się być laboratorium lub czymś w tym stylu. W tej chwili nie było tu nikogo, znajdowało się tu za to sprzętu za kilka milionów kredytów ? wszelkiej maści komputery, mikroskopy, analizatory, próbki i próbniki? Słowem, można tu było chyba zbudować nawet niewielką głowicę nuklearną lub anihilacyjną, gdyby zaszła taka potrzeba. Ruszywszy dalej z kolejnym już postanowieniem, by pobawić się w chemika przy najbliższej okazji, co zresztą było jego dziecięcym marzeniem, dotarł do potężnej śluzy która w tej chwili była zamknięta. Przez chwilę zastanawiał się jak ją otworzyć, szukał jakiegoś czytnika czy to dna czy choćby tego ?ocznego?, nie mógł jednak niczego znaleźć. Dopiero, gdy powiedział z irytacją sam do siebie ?Jak to cholerstwo u licha o t w o r z y ć?? rozległ się cichy syk, a głos wydobywający się z głośników umieszczonych gdzieś w ścianie, choć nie wiadomo gdzie, stwierdził krótko i treściwie: ?Kapitan Frank Titjack. Dostęp przyznany. Śluza do zbrojowni odblokowana.? Faktycznie, drzwi wkrótce rozsunęły się ? składały się bowiem z trzech trójkątów równobocznych, choć gdy były zamknięte, sprawiały wrażenie jednolitej masy. ?No tak, technika, technika? ciekawe kiedy załoga się przyzwyczai? ? pomyślał. Uważnie rozglądając się na boki ruszył dalej. W pomieszczeniu tym znajdowały się wszelkie zapasy uzbrojenia ręcznego i lekkiego ? to znaczy wszytko, co desantowcy lubią najbardziej. Zarówno ilość, jak i jakość była porażająca ? wszystko najlepsze, jakie tylko mogło być ? karabiny plazmowe, laserowe a nawet niewielkie przenośne działka anihilacyjne ? dawały niemały kontrast w stosunku do starych blasterów, jakich używać musieli jego ludzie dawniej. Zauważył też, że jego krokom przyglądają się dwa androidy uzbrojone w broń fotonową. Z początku zastanawiał się, czemu nie spostrzegł ich tuż po wejściu, dopiero po chwili zauważył, że posiadały przenośne generatory pola maskującego, ale i to nie wszystko, bowiem lekka niebieskawa poświata wskazywała, że wmontowano im także generatory pola siłowego. Chwilę zajęło mu przyjrzenie się choćby tym podstawowym sprzętom, po czym opuścił pomieszczenie i teraz już znacznie szybszym krokiem niż wcześniej ruszył w kierunku rufy. Pokonawszy kilka kolejnych śluz podobnych, acz trochę innych (bo dwuwarstwowych) od poprzedniej, dotarł w końcu do celu, znajdującego się w samym ogonie okrętu ? maszynowni. Także tutaj nie zawiódł się ? sześć najnowszej klasy reaktorów anihilacyjnych prezentowało się wprost bajecznie. Według danych, które udało mu się wyszperać w konsoli, statek mógł rozwinąć niewiarygodną prędkość ? sto dziewięćdziesiąt J. Szybciej poruszały się chyba tylko ścigacze. Tak czy owak, dawało mu to tę przewagę nad przeciwnikiem, że w razie gdyby zrobiło się gorąco, mógłby uciec lecąc nawet na połowie mocy. Nacieszywszy swoje oczy tym jakże to pięknym widokiem, opuścił maszynownię i ruszył przed siebie. Przemierzał kolejne korytarze i zadziwiła go wielkość okrętu ? okazało się bowiem, że był co najmniej dwa razy większy niż stary Kormoran. Wkrótce minął kapsuły desantowe, które również były o co najmniej dwa modele nowsze od poprzednich, a głównym udoskonaleniem było w nich to, że były wyposażone we własne zasilanie pozwalające im wrócić na okręt lub choćby nawet polecieć za nim przez chwilę. Zastanawiało go tylko, ile czasu komandosi będą rozgryzać, ?z czym to się je?. Nie bardzo wiedząc, dokąd zmierza, zszedł na niższy pokład, gdzie ujrzał potężne wrota które piekielnie go zaciekawiły. Na nic zdała się komenda do otwarcia i już miał iść, gdy po chwili zauważył duży czerwony przycisk. Nacisnąwszy go otworzył tym samym ową bramę, ale widok, który ujrzał w pomieszczeniu znajdującym się przed jego oczyma niemal zbił go z nóg. Nikt go nie uprzedził, że na tej fregacie będą? myśliwce! A to mało powiedziane, stało tam bowiem sześć cudownych, najnowszych szturmowców o wartości blisko siedem milionów każdy. Przez głowę przebiegła mu myśl, co to by kupił za trzydzieści milionów? i nie wracał do tego więcej. Przyjrzawszy się dokładniej wspomnianym ?cudom techniki?(bo zawsze miał swojego rodzaju sentyment do latania niewielkimi, za to szybkimi statkami) opuścił pomieszczenie, obserwując przy tym jak tuż po jego wyjściu wrota szczelnie się zamykają. Teraz postanowił dotrzeć na mostek, był bardzo ciekaw jak on wygląda ? za kolejny cel zaś obrał sobie kajuty załogi, no i ? co oczywiste ? te oficerskie. Droga do centrum sterowania okrętem zajęła mu z grubsza piętnaście minut, miał bowiem co oglądać po drodze, a każdą nowością cieszył się jak dziecko. Musiał po drodze wejść do niewielkiej kabiny pozwalającej na manipulację działkiem pulsarowym, sprawdzić, czy aby teleporter działa(choć tu użył po prostu swojego zegarka ? wolał nie sprawdzać urządzeń tego pokroju osobiście). Mostek wydał mu się pomieszczeniem najmniej specjalnym na całym okręcie ? przynajmniej na pierwszy rzut oka. Wszystko przypominało to, co już dawniej widział na Kormoranie, przy tym tylko, że było tego więcej. Miast pięciu stanowisk ? siedem; miast siedmiu konsol ? dziesięć? No i oczywiście, jak to bywa ? pozory mylą. Z czystej ciekawości uruchomił jeden z komputerów i wręcz onieśmieliła go ilość funkcji, znacznie przewyższająca te które widział wcześniej. Statek miał zaprogramowane działanie systemów obronnych, ofensywnych, sterowanie polem(zależnie od potrzeby ? punktowe lub pulsarowe), można było zwiększać moc teleportu, w bazie danych były nawet najlepsze sposoby ?podchodzenia? przeciwnika, ataku z zasadzki, zaprogramowane manewry? nowe funkcje stanowiły zdecydowaną większość. Zauważył także coś, co zainteresowało go w tej chwili najbardziej ? opcję ?symulacja?. Z dziecięcym zapałem wybrał ją, po czym komputer stwierdził nie nazbyt wysokim, kobiecym głosem: ? Symulacja przygotowywana. Stan załogi: jeden. Proszę o podanie poziomu trudności.? Nie namyślając się długo, wybrał oczywiście poziom łatwy, no bo w końcu to tylko próba. Mostek opuścił dziesięć minut później opadając z sił. Stwierdził tylko, że cholernie ciężko jest być jednocześnie kapitanem, nawigatorem, tłumaczem i mechanikiem, nawet kiedy w okolicy panuje względny spokój. Musiał za to przyznać, że ta symulacja to coś, co będzie bardzo przydatne, zwłaszcza że wystąpić w niej może wiele elementów nieprzewidywalnych. Kierując się w stronę, w której zdawało mu się, że jeszcze nie przebywał (choć w rzeczywistości zatoczył już wielkie koło, a do pomieszczeń mieszkalnych trzeba było dotrzeć za pomocą teleportu, o czym nikt go nie poinformował), usłyszał w pewnym momencie odgłosy ostrej kłótni. Zastanawiając się co się dzieje no i kto u licha jest na pokładzie trafił w końcu na śluzę pomiędzy statkiem a stacją kosmiczną, przy niej zaś dwóch komandosów z karabinami sonicznymi blokowało wejście na fregatę dla reszty załogi. Z miny Artura wyczytał tylko, że mu się to wszystko bardzo nie podoba, sam zaś nie ujawniał się jeszcze przez chwilę i podsłuchiwał, jak to jedni wyzywają drugich od najgorszych. Spore wrażenie zrobił na nim fakt, iż pilnujący wciąż stali i cierpliwie znosili wszelkie obelgi, a trzeba przyznać, że większość z nich była wyszukana. W uznaniu za ich cierpliwość postanowił się zlitować krótko rozkazał, by załogę wpuścić na pokład, co przypominało mniej więcej sporej wielkości spływ piroklastyczny?8?Cała bowiem ziemia ? to punkcik, a w niej jakimże kącikiem część zamieszkana.?Marek AureliuszDziennik osobisty kapitana25.06.2514 Wczoraj w końcu wyruszyliśmy, choć nie obyło się bez problemów i śmiesznych sytuacji? a zwłaszcza tych ostatnich. Załoga ?wlawszy? się na pokład miała na każdy temat własne zdanie, ja zaś nie mając zbytniej ochoty do oprowadzenia ich po okręcie, powiedziałem, by zrobili to sami? i zrobili. Efektem było to, że nie mogłem ich doprowadzić do porządku przez kolejnych kilka godzin. Potem pojawiły się antagonizmy pomiędzy starą a nową częścią? Chyba tylko Ewa została ciepło przyjęta, głównie zaś z tego powodu, że wraz z resztą starej załogi leciała w kierunku Ziemi i mieli czas się z nią oswoić. No i zapewne Harick pogadał o niej trochę? Zresztą nie wiem, jak można by jej nie lubić. I kto by właściwie śmiał na moim okręcie? Jednakże pozostali nie mieli już tak lekko. Wprawdzie komandosi odizolowali się w zbrojowni twierdząc, że sprawdzają sprzęt, to reszta miała całkiem ciekawe przeżycia. Nie wiem do końca co się działo, ale przez całą noc słychać było różnego rodzaju wrzaski, jedne mniej, drugie zaś bardziej niepokojące. Tak czy owak, spokoju strzegły androidy, a rano wszyscy wyglądali na całych, przy czym znakomita większość była niewyspana. Normalka. Specjalnie przygotowałem im rano długi, męczący apel. No i nudny oczywiście, bo przecież nie może być za ciekawie. Chyba zrozumieli aluzję co do ich zachowania, gdy po raz piąty wspomniałem o obowiązkowej współpracy z nowoprzybyłymi ? choć Richard wydawał się być czymś wyraźnie zdegustowany ? mniejsza z nim z resztą. Dopiero, gdy zdawało mi się, że większość zaczyna przysypiać, przeszedłem do szczegółów, które oczywiście każdy z nich znać musi. Podałem przybliżoną trasę lotu, trochę danych(przynajmniej tego, co byłem pewny) o samym okręcie, w tym jakie rozwija prędkości, nowości które sam zauważyłem ( widać też było, że zwiedzali okręt bardzo nieuważnie ? nie wiedzieli chyba dotąd jak wejść do kajut mieszkalnych ? to by wyjaśniało te krzyki w nocy). Po wielu ?oh-ach? i ?ah-ach? w końcu pozwoliłem załodze rozejść się, po czym znowu ich zatrzymałem (odbierając tym samym nadzieję) i poprosiłem nową część załogi o przedstawienie się na forum reszty. To potrwało kolejną godzinę? czasem rozlegały się oklaski, czasem nie, a nawet raz było charakterystyczne ?buu?( przy wystąpieniu Richarda ? ?moich? za to, ale też po cichu mrugnąłem okiem, co wzbudziło w nich wielki, że tak powiem, bananowy uśmiech). W końcu się rozeszli. Statek leciał wciąż przez bezpieczne okolice, tak więc poruszał się automatycznie, choć wciąż ktoś pełnił wachtę na mostku. Długie godziny ciężko było znaleźć kogokolwiek na korytarzach, zwłaszcza, że załoga w końcu dowiedziała się jak dotrzeć do swych kwater. W gruncie rzeczy nie przeszkadza mi to zbytnio, jednakowoż niedługo będzie trzeba popracować nad dyscypliną ? bo tak jak jest teraz, poza granicami być nie może. Miałem zamiar przeprowadzić dzisiaj testy wszystkich podzespołów okrętu ? no ale przynajmniej będę mieć więcej czasu na zapoznanie się z okrętem. Swoją drogą, sprawdziłem też spiżarnie i zadziwiła mnie ilość trunków pochodzących niechybnie z kontrabandy. Cichcem schowałem te najlepsze, a co, jak ktoś idzie się schlać, to nieważne czym, a ja mam wyrafinowany gust. Wieczorem w planach mamy naradę z kadrą oficerską. Chcę szczegółowo omówić plan, choć w zasadzie sprowadza się on do krótkiego schematu ? znajdujemy pierwszy lepszy imperialny okręt wojenny, który nie idzie jednocześnie z konwojem i śledzimy go tak długo, aż nas gdzieś nie doprowadzi? i tak w kółko, póki czegoś nie znajdziemy. Zastanawiam się tylko, co zrobimy, jeżeli coś znajdziemy ? bo wtedy może być nie ciekawie. Czystą przyjemnością było ustawienie na jutro na godzinę piątą rano pobudki dla załogi ? przeprowadzimy małe ćwiczenia ? a potem, jak już wszyscy będą na miejscach, przeprowadzimy te testy. Nie widzę innego sposobu w tym czasie, żeby przywołać wszystkich do porządku ? wiem, że wszyscy tu (choć co do nowych nie mam całkowitej pewności) są najlepszymi specjalistami, ale też wiem, że dyscyplina nie jest najlepszą teraz, kiedy wszyscy myślą, że jest bezpiecznie. Wiem też, że to się zmieni, kiedy sytuacja nabierze powagi, ale załoga musi wiedzieć, że jeżeli wieści o armadzie są prawdziwe? to nigdzie nie jest już bezpiecznie.27.06.2514 Jak się okazało, większość podzespołów okrętu działa w pełni sprawnie. Przynajmniej te, które sprawdziliśmy, bo wciąż mam wrażenie, że okręt jest bardziej tajemniczy, niż to wygląda. W najbliższym czasie chcę wypróbować ten system symulacji, który miałem okazję widzieć, gdy po raz pierwszy zwiedzałem okręt. Ciekawe jakie wrażenia odniesie załoga ? może zrobimy niewielkie manewry? Kto wie. Ciekawi mnie, jak się zachowa komputer przy wybraniu opcji ?Samobójca? ? może by tak wybrać ją na początek i powiedzieć wszystkim, że to najłatwiejsza ze wszystkich? Wydaje mi się, że to niezły pomysł, jeżeli sobie kiedyś z tym poradzimy, to czy będzie mogło być coś strasznego dla nas? Z drugiej strony wątpię, by udało nam się wytrwać pięć minut? ale przy odpowiedniej motywacji załogi? no cóż, kto wie. Prujemy przestrzeń kosmiczną z prędkością blisko sto J. Wprawdzie nie jest to wszystko, na co stać ?liska?, jednak wolę nie testować jego górnych granic wytrzymałości bez potrzeby, a gdzie mi się spieszy ostatecznie? Nawet jeśli armada się zbiera, to i tak wszystko zależy od tego, kiedy wpadniemy na jakiś okręt patrolujący jej okolicę? zakładając, że w ogóle nam się poszczęści z tym. Jako że lecimy przez jedne z najbardziej uczęszczanych szlaków handlowych w tej części galaktyki, dziennie mijamy całe setki okrętów, większość z zainteresowaniem sprawdza, co to za jednostka tak szybko przemknęła obok nich? Dziś zarejestrowaliśmy trzydzieści siedem ?piknięć?. Całkiem niezły wynik. Jak już wspominałem, odbyła się narada oficerska. Gościnnie udział brał w niej Richard, który zabrał głos tylko na chwilę, by wyjaśnić, po co się tu znalazł. Trudno mi to wytłumaczyć, ale zaczynam szanować tego człowieka. Jest bardzo pracowity i rzadko można go znaleźć gdzieś indziej niż na mostku, analizującego dane. Tak czy owak ? znaczna część załogi za nim nie przepada, czemu trudno się dziwić. Ten człowiek jest bardzo, ale to bardzo dziwny? ceni sobie samotność, co zresztą jest zbyt słabym określeniem ? łatwiej powiedzieć, że nie przepada za jakimkolwiek towarzystwem. Nie mogę się oprzeć myśli, że ma jakiś ukryty cel w tej misji ? ale jaki ? tego nie wiem i zapewne szybko się nie dowiem. Wracając do samej narady, Karl zaproponował trasę lotu ? wskazał kilka miejsc dogodnych dla punktu zbornego armady ? wszystkie znajdują się w dość znacznej odległości od granic federacji, co oznacza mniej więcej tyle, że to nie będzie spacerek? ale z drugiej strony nikt nie mówił, że będzie łatwo. Ciekawi mnie tylko, czy załoga podzieli moje zdanie. Jak pierwszy cel obraliśmy podwójny układ Quadrul w kwadrancie 443N. Lecąc z aktualną prędkością, dotrzemy tam za około miesiąc, może troszkę dłużej. Trochę niepokoi mnie fakt, że w tym rejonie jest główna baza sił imperialnych w tej części wschodniej rubieży? Choć z drugiej strony, jaki kretyn przeprowadziłby mobilizację w tak oczywistym miejscu? A może właśnie w tym tkwi podstęp? Zresztą? przekonamy się niebawem ? mam tylko nadzieję, że statek nie będzie sprawiał jakiś nieoczekiwanych niespodzianek? Wczoraj wieczorem rozmawiałem z Ewą. Mówiła, że stosunki z załogą układają się całkiem nieźle, polubili ją wszyscy, nawet Artur, tak zresztą nieufny wobec wszelkiej maści specjalistów od komputerów. Niemały był w tym wszystkim mój udział, choć oczywiście nikt o tym nie musi wiedzieć. Zresztą sam też nic specjalnego nie robiłem, jeżeli Ewa chce komuś dziękować, to tylko Harickowi za jego długi język. Kiedy z nią rozmawiam czuję się bardzo dziwnie. Czas płynie całymi godzinami, a ja tego nie zauważam? zresztą ona chyba też. Nie wyczerpują się tematy do rozmowy? Dotąd nie wierzyłem w takie rzeczy, ale teraz zaczynam skłaniać się ku temu, że pchnęło nas ku sobie przeznaczanie. Swoją drogą załoga zaczyna plotkować, ale wiedzą, że jak się zdenerwuję, albo co gorsza, jej zrobi się przykro, to oni to odczują najbardziej? w końcu ja tu żądzę. Przynajmniej na razie. Wracając do tej rozmowy, opowiedziała mi o swoim dzieciństwie? Nie wiem doprawdy, jak ona mogła się stać tą osobą, którą jest teraz, po podobnym wychowaniu, zresztą ona chyba też. W ogóle nie widać po niej, że jest arystokratką, znaczy się, nie widać wewnętrznie, bo na zewnątrz każdy jej ruch jest przepełniony taką gracją, taką dostojnością? Nie wiem, doprawdy nie wiem co o tym wszystkim myśleć. Wyjawiła mi za to, że jestem pierwszym człowiekiem, w stosunku do którego jest taka otwarta? Ziemskim zwyczajem nie chowa swych myśli, tylko wyrzuca je z siebie, ja tak nie potrafię. Nie mogę się oddać temu uczuciu, przynajmniej nie w tym momencie i nie do końca. Mam nadzieję, że to się zmieni niebawem, ale jeszcze nie teraz, zresztą ona chyba też o tym wie i jest świadoma tego, że jest teraz integralną częścią załogi. Trochę obawiam się tego, czy aby nie stracę jasności umysłu podczas gdy ona będzie na akcji? zwłaszcza, że teraz naprawdę nie będzie lekko, a trzeźwość jest tym, czego potrzebować będę najbardziej. Co do samej trzeźwości ? miałem okazję przetestować przed kilkoma godzinami przepyszne trunki imperialne ? okazuje się, że nie wszystkie są złe, zresztą moje zdanie potwierdzili zarówno Artur jak i Harick. Naprawdę cieszy mnie fakt, że statek ten może w zasadzie lecieć sam, bo nie wiem gdzie byśmy dolecieli?30.06.2514Opuściliśmy właśnie najbardziej ruchliwe szlaki handlowe, mogliśmy więc trochę przyspieszyć, powiedzmy do jakiś stu pięćdziesięciu J. Załoga powoli dostosowuje się do normalnego rytmu pracy, co wcale nie oznaczy, że przestali się lenić. Bynajmniej, teraz lenią się tyle samo, tylko, że gdy wezmą się już do pracy to robią wszystko z dawną sprawnością ? i tyle dobre. Z tego co się orientuję, następuje powolny proces integracji między ?starymi? a ?nowymi? ? wiem na ten przykład, że po małej burdzie wśród komandosów, starzy nabrali szacunku dla nowych i żyją teraz w całkiem niezłych stosunkach, choć wciąż idealnie nie jest, ale zawsze lepiej to niż nic. Podobnie wśród mechaników, po początkowych utarczkach okazało się, że nowi są wcale nie gorsi od starych, a kto wie, czy nie lepsi. Na dzisiejsze popołudnie zaplanowałem symulację bitewną, zaczniemy od poziomu średniego, zobaczymy, na co stać ten komputerek? Wydaje mi się, że nie wytrwamy nawet dziesięciu minut, ale kto wie. Tak czy owak, z pewnością będzie ciekawie, no i jestem przekonany, że kilkanaście podobnych pomoże w pełni zintegrować załogę, choć proces ten, wprawdzie niezmiernie wolno, ale postępuje. Zaczynają zawiązywać się nowe znajomości, wymienianie zdań i temu podobne rzeczy.Jutro sprawdzimy na ile sprawne są myśliwce i tarcze ? jeżeli te pierwsze będą działać, to będą musiały ostrzeliwać fregatę przez jakiś czas, lecz tylko do tego poziomu, żeby później możliwe było przywrócenie stanu pierwotnego. Lepiej to zrobić tutaj, kiedy wciąż możemy zawinąć do jakiejś stacji kosmicznej, niż później, gdy ewentualność tą stracimy. Swoją drogą jestem ciekaw, na co stać nasze caceńka. Istotnym jest fakt, że wszyscy piloci, a jest ich ośmiu (co daje tylko dwóch ?zapasowych?) są nową częścią załogi i stanowią zwartą, zamkniętą grupę. Odnoszę wrażenie, że olewają wszystkich, włączając w to mnie, ale też są bezgranicznie posłuszni Richardowi, może nawet bardziej, niż komandosi. Ci na Ziemi wiedzieli kogo mi tu przydzielić. Ewa całymi dniami zajmuje się, zresztą wraz z Ronem androidami ? znaczy się bada ich funkcje, możliwości i co tam jeszcze chce. W gruncie rzeczy niezbyt wiele mnie to obchodzi, co nie znaczy jednak, że nie zwracam na to uwagi. Kilka razy dziennie odwiedzam laboratorium, by sprawdzić postępy, przynajmniej formalnie. Wydaje mi się, że współpraca układa im się dobrze, mam tylko nadzieję, że ?dobrze? nie przerodzi się w ?nazbyt dobrze?. W każdym razie udało im się odkryć kilka ciekawych rzeczy, które ? co muszę przyznać ? wprawiły mnie w osłupienie. Okazało się bowiem, że roboty nie mają jakiejś scentralizowanej jednostki kontrolującej ich poczynaniami ? wręcz przeciwnie, sterują nimi nanoboty, których są setki miliardów na każdym z nich, ale to nie wszystko ? wygląda na to, że poszczególne jednostki mogą oddziaływać jako jeden organizm jeżeli chodzi o ograniczony obszar ? tak więc, atakując w grupie, ich moc obliczeniowa była kilkakrotnie większa, niżeli gdy były samotne. Fakt ten był na tyle istotny, że od razu zmieniono taktykę ich użytku ? odtąd miały poruszać się w minimum sześcioosobowych patrolach. 2.07.2514 Zbliżamy się do granic federacji. Wydaje mi się, że najdalej za trzy dni przybijemy do kosmicznej stacji zaopatrzeniowej ?San Fernando?, gdzie też uzupełnimy zapasy deuteru, antymaterii, żywności, wody i wszystkiego, czego będziemy potrzebować. Mam nadzieję, że nie potrwa to dłużej niż kilka godzin, tak czy owak postanowiłem, że załoga zostanie na ten czas zluzowana ? być może to ich ostatnie chwile ?na wolności? przez kolejnych kilka miesięcy? Choć wątpię, żeby było coś do roboty na tak niewielkim obiekcie, to znając życie, przez jakieś dwa kolejnie dni załoga będzie nie swoja? ale czy mogę im tego wzbronić? Istnieje przecież szansa, że wielu z nas, ba, nawet, że nikt z nas nie powróci żywy i niestety mam przeczucie, że to się sprawdzi. Długo myślałem nad tą misją i teraz dopiero dochodzę do wniosku, że szanse powodzenia są znikome, a ryzyko ? przeogromne ? lecz tak czy owak, ktoś musi ją wykonać, a jak nie ja i moja załoga, to kto? Nie ma zbyt wielu osób, które znają nieco więcej, niż te najbliższe granicy tereny Państwa, a już na pewno nie tak dobrze, jak zna je szary korsarz. Mam cichą nadzieję, że nie natkniemy się na armadę, ale fakty świadczą przeciw temu. Zastanawia mnie reakcja władz federacji ? nie jest przeprowadzana żadna mobilizacja, nie dzieje się dosłownie nic? a nawet, jeżeli jest to tylko plotka, to zawsze można by było uzasadnić mobilizację manewrami, zresztą będzie naprawdę nieciekawie, jeżeli okaże się, że jest w tym więcej prawdy niż pogłoski. Coraz dziwniejszych rzeczy dowiaduję się o tych robotach. Przestałem zastanawiać się nad tym, ile tajemnic kryją ? faktem jest, że liczba ta jest przeogromna. Wczoraj w godzinach wieczornych przybiegła do mnie Ewa i wręcz wymogła na mnie, bym poszedł za ni, co oczywiście bym zrobił nawet i bez tych usilnych próśb ? każdy czasem musi być trochę próżny ? tak mi się wydaje. Zaprowadziła mnie do laboratorium, opowiadając po drodze o tym, że wraz z Ronem badali właśnie poszczególne maszyny, gdyż okazało się, że niekiedy różnią się od siebie, czasem szczegółami, a czasem? no właśnie. To co zobaczyłem było? do teraz nie wiem jak nazwać to uczucie ? gdyż fantastyczne zdaje się być słowem wręcz pustym. O co chodziło? Otóż robot ten potrafił myśleć! Jego spostrzeżenia były na poziomie dziesięcioletniego dziecka, ale były to własne spostrzeżenia, autonomiczne, nie zaprogramowane. Nikt z nas nie wiedział, jak do tego doszło, do czasu, aż wpadłem na banalny pomysł, by zapytać go o to. Jakież było nasze zdziwienie, gdy opowiedział wszystko w najdrobniejszych szczegółach. Maszyna stwierdziła, że pierwszym co pamięta, było światło ? co istotne ? czyste światło, bez żadnych zniekształceń, zupełnie niczego. Nie znała przyczyny, sugerowała, że: cytuję ?Palec Boży dał życie, dał też duszę??. Jestem niemal przekonany, że to nie jest część jej oprogramowania, musi być więc w tym coś nadnaturalnego, choć nie jestem w stanie powiedzieć, co. Jak wspomniałem już, umysłem nie dościga wciąż dziesięciolatka, jednakowoż uczy się z zaskakującą prędkością. W gruncie rzeczy nie wiem co o tym myśleć ? nie słyszałem nigdy, by gdziekolwiek udało się stworzyć sztuczną inteligencję, a tym czasem tu takie buty? Być może będzie trzeba zniszczyć tą ?istotę?, nie potrafię bowiem przewidzieć jej usposobienia, jednak dopóki oprogramowanie będzie działać, a on (kazał nazywać się RS-11) mnie słuchać, nie podejmę podobnej decyzji, zresztą Ewa z Ronem chyba by mnie za to powiesili a następnie poćwiartowali. Z czystej rozwagi kazałem im zachować tajemnicę, zwłaszcza przed Richardem, zaś dla maszyny poleciłem, by wykonywała swe zwykłe zadania i niczym nie odróżniała się od reszty, co zresztą przyjęła z aprobatą. Co z tego wyniknie ? zobaczymy. Tak na marginesie, to przedwczoraj sprawdziliśmy tarcze i myśliwce no i też pośrednio arsenał statku ? wygląda na to, że wszystko jest sprawne, po za tym, że niekiedy osłony punktowe nie chcą przechodzić w zwykłe, w warunkach bojowych może mieć to kolosalne znaczenie, ale Ron obiecał, że najdalej za dwa dni wszystko będzie działać jak należy. To się okaże. Lepiej dla niego, żeby tak było, bo będę bardzo niepocieszony, zwłaszcza, że za pięć, góra sześć dni opuszczamy granice i znajdziemy się w przestrzeni niczyjej, a tam już bywa różnie ? zresztą to przecież moje główne tereny łowieckie od niepamiętnych czasów, ale muszę przyznać, że w tej okolicy nie byłem od bardzo dawna. 6.07.2514 W końcu, po niemałych problemach, odbiliśmy od ?San Fernando?. Richard okazał się być bardzo pomocny z tą swoją znajomością prawa. Nie wiedzieć czemu na stacji nie chcieli wydać zapasów, on jednak skutecznie przemówił im do rozumu. Swoją drogą zaczynam się cieszyć, że jest na pokładzie, mnie prawdopodobnie też by posłuchali, ale dopiero mając karabiny komandosów wycelowane w twarz. Tak to już bywa, nie chcą czegoś dać, to trzeba grzecznie poprosić, a rzadko się zdarza, żeby wówczas ktoś odmówił, naprawdę bardzo rzadko? zresztą ostatnimi czasy, nie wiedzieć czemu, przylgnęła do mnie opinia rozbójnika, choć w gruncie rzeczy nie dbam o to za grosz. Dla mnie rozbójnikami są ci, którzy nie szanują prawa; ja je tylko egzekwuję na swój sposób, to jest mój, że tak powiem, przywilej. Po ciężkich dysputach i wymianach zdań w końcu udało mi się wysłać Rona do naprawy tarcz, a sam mogłem chwilę pobyć z Ewą. Ostatnimi czasy w zasadzie mam całkiem sporo wolnego czasu, ale też gdy już się pojawi, to wynajdzie się też i jakieś zajęcie? To Artur z Harickiem przyjdą pograć w karty, to komandosi zaproszą na strzelanie, to znowu reszta załogi będzie coś chcieć? a czas mija bezwzględnie. RS-11 wydaje się mieć jeszcze więcej tajemnic, niż inne maszyny, co zresztą było łatwe do przewidzenia. Tak też, dowiedziałem się, że odczuwa on ból, co jest rzeczą niesłychanie dziwną, jak na rzecz w gruncie rzeczy martwą, ale z doświadczenia wiem, że i takie coś jest możliwe do zaprogramowania. Fakt jednak faktem, że podobnych instrukcji nikt mu nie podał, musiał więc wytworzyć to uczucie samoistnie. Wbrew pozorom, nie rozmawiałem z Ewą tylko o nowych odkryciach ? to mogę przecież zrobić zawsze, kiedy tylko będę taką ochotę mieć ? no i właściwie przy Ronie ? zaś porozmawiać z nią otwarcie przy nim bym raczej nie mógł. Tym razem zeszło nam dość dużo czasu na podobnych konwersacjach. Pytałem ją o wiele rzeczy: jak się czuje na pokładzie, co myśli o załodze, o poszczególnych osobach, o misji, o androidach? i wreszcie o mnie. Na wszystkie pytanie udzieliła pełnych odpowiedzi, może to zabrzmi dziwnie, ale wręcz wyczerpujących. Niekiedy wydawać by się mogło, że podobne sprawozdania muszą być nudnymi, lecz ona mówiła w ten tajemniczy, fenomenalny sposób, takim pięknym, słodkim głosem, w którym mógłbym się wręcz utopić? Tak czy owak słuchanie jej sprawiało mi przyjemność; swoją drogą ? na ostatnie pytanie odpowiedziała tylko enigmatycznym uśmiechem; no cóż ? trudno powiedzieć, by nie miała do tego prawa. Sama zaś również nie oszczędziła mi pytań ? tym razem to ona chciała dowiedzieć się czegoś o mnie, o tym skąd pochodzę, jak stałem się kapitanem okrętu pirackiego i ostatecznie ? dlaczego porzuciłem korsarstwo na wolną rękę i przystąpiłem do federacji. Niełatwo mi było udzielić odpowiedzi na te pytania, zwłaszcza, że zagłębić się musiałem w rejony mego umysłu, które wyłączone były z użycia od dawna. Nie lubiłem tego tematu ? owszem, poznawać cudze historie ? ale co innego opowiadać swoją, własną, prywatną? Nie chciałem jednak, by pomyślała, że mam jakieś tajemnicę, podczas gdy ona była zawsze taka otwarta? W końcu, po chwili zadumy, zacząłem opowiadać:?Urodziłem się dziesiątego października dwa tysiące czterysta osiemdziesiątego roku na stacji militarno-badawczej ?Tortuga ESS 074?, gdzie też spędziłem całe dzieciństwo, z niewielkimi wyjątkami. Moja matka, Carole, była naukowcem, bardzo dobrym zresztą ? jej specjalnością była biomechanika i terraformacji; ojciec, Robert, był komandosem w tamtejszym garnizonie. Stacja ta znajdowała się w znacznej odległości od Ziemi, w układzie Kilnos, gdzie znajdowały się dwie planety, które w przyszłości miały zostać skolonizowane, zaś w owym czasie trwał długotrwały proces terraformacji, tak więc też jego matka miała sporo pracy. Często zabierała go na Kilnos I lub II, w prawdzie warunki na planetach były ciężkie, lecz ludzie mogli na nich przeżyć bez systemów podtrzymywania życia ? temperatura za dnia dochodziła do czterdziestu pięciu stopni, w nocy spadało do minus dwudziestu; nie było tam też zbyt wielu roślin, a te które się pojawiły, były raczej elementem wrogiego środowiska. Nie mogę jednak powiedzieć, że było tam źle. Wspomnienia z odwiedzin tych planet to najmilsze, co pamiętam? zazwyczaj byliśmy tam wszyscy razem, ja, matka i ojciec ? na stacji bywało różnie, zwłaszcza, że Imperium swoimi mackami często sięgało w te rejony, sama zaś federacja za bardzo się nimi nie interesowała. Pamiętam jak dziś, kiedy przyszły pierwsze transporty zwierząt na Kilnos I, to było w dziewięćdziesiątym trzecim? Katary, chimery i wiele gatunków modyfikowanych genetycznie gadów. Było ich w sumie po około tysiąc sztuk, gdy rozmieszczano je na planecie, a już w dwa lata później po blisko pięćdziesiąt tysięcy. Już w pięćsetnym roku planeta przypominała warunkami Ziemię, po za tym, że nocą drastycznie spadała temperatura; pojawiły się potężne lasy iglaste? natura kwitła? ale wtedy nie zwracałem na to zbyt wielkiej uwagi. Wówczas więcej czasu spędzałem z ojcem, niż z matką, która całymi dniami przesiadywała w pracy. On zresztą też, ale na stacji? Jego znajomi uczyli mnie tego, co sami potrafili ? myśleć konstruktywnie, podejmować decyzje, strzelać, walczyć i nade wszystko ? przeżyć. Miałem wtedy swoisty okres fascynacji wojskiem, choć nie tyle flotą, co działaniami piechoty. W pięćset drugim zakończył się pierwszy etap mojego życia?? ? w tym momencie zmuszony byłem przerwać. Nie wiedziałem, czy chcę o tym mówić? myśleć? pamiętać. Po wzroku Ewy poznałem, że nie muszę kontynuować? ale to nie było tym, co chciałem. Wolałbym, gdyby przyłożyła mi nuż do szyi i wręcz rozkazała o tym mówić. Były to chwile, które pamiętałem jak najgorzej, o ile o nich pamiętałem ? bo starałem się o nich zapomnieć z całego serca i duszy. Wiedziałem, że ona widzi we mnie to wszystko, co się wówczas wydarzyło? zresztą zapewne ciężko było tego nie zauważyć. Przemogłem się ? stwierdziłem, że łatwiej będzie wyrzucić to z siebie, zwłaszcza, że moją historię w pełni znają tylko Artur i Harick, wiedziałem, że z nimi mogę o tym porozmawiać zawsze, lecz jednak to nie było to samo. W rozmowie z nią czułem, że to co wypowiadam, ma jakiś głębszy sens, że jej to dotyczy w tym samym stopniu co mnie, choć ona wciąż milczała, przyglądając mi się wzrokiem badawczym, pełnym współczucia.?To było w październiku, kilka dni po moich urodzinach. Najpierw straciliśmy kontakt z pobliską stacją zaopatrzeniową, potem z dnia na dzień przerwane zostały szlaki handlowe. Trudno było nie wiedzieć co się dzieje. Przylecieli trzy dni po tym, gdy do Tortugi dotarł ostatni transport. Byliśmy gotowi, ale ich było zbyt wielu? zbyt wielu. Wtargnęli na stację bez przeszkód ? to była cała flota imperialna. Nie można powiedzieć, że nie stawialiśmy oporu, ale cóż mogło zrobić dwustu komandosów i około trzystu świeżo zmobilizowanych ochotników, w tym ja, przeciw kilkudziesięciu tysiącom żołnierzy. Przezornie kazaliśmy kobietą i dzieciom ukryć się na Kilnos I? by przeżyli choć oni. Były tam już wtedy niewielkie ośrodki kolonijne, zdolne pomieścić co najwyżej kilkaset osób. Bitwa nietrwała długo ? na moich oczach ginęli moi bliscy, przyjaciele, znajomi? Wciąż się wycofywaliśmy z kolejnych stref stacji. W końcu i ja zostałem ranny, wtedy to przybiegł mój ojciec i zaciągnął mnie do ostatniej enklawy ludzi na Tortudze. Chcieliśmy się poddać ? nie było sensu dłużej toczyć walki, lecz oni nie pozwolili na to. Wtargnęli do schronu strzelając na oślep. Widziałem, jak mój ojciec pada martwy, w następnej chwili ktoś uderzył mnie w twarz karabinem i zemdlałem. Kiedy się obudziłem, znajdowałem się na statku z niewolnikami idącym w kierunku jakiejś koloni karnej, gdzieś na granicy między wschodnią a północną rubieżą. Dni mijały? sam nie wiem ile czasu to trwało. Każdy dzień wydawał się rokiem, każda godzina ? tygodniem. Wszyscy obecni tam wiedzieli, jaki czeka ich los. Na pokładzie tego frachtowca nie było żadnego człowieka ? zastanawiałem się przez długi czas, czy ktoś jeszcze przeżył masakrę, choć wiedziałem, że szanse na to są marne. Wiele czasu zajęło mi rozmyślanie nad tym, dlaczego ja przeżyłem. Dlaczego mnie nie zabili. Doszedłem tylko do jednego wniosku ? przeżyłem, żeby się zemścić. Obmyślałem plany, jak uciec? ale wiedziałem, że pierw muszę opuścić ten statek. W końcu wylądowaliśmy na jakiejś planecie z okropnymi warunkami klimatycznymi? klasyczna kolonia karna o charakterze wydobywczym. Nie wiem jak długo bym przeżył w tym miejscu zapomnianym przez Boga gdyby? no właśnie. Po kilku miesiącach planeta została zaatakowana. Z początku myślałem, że to odsiecz federacji, ale myliłem się. Wielu więźniów bardziej bało się tego, co nadchodzi, niż tego, co mieli wówczas. Na planecie wylądowali piraci. Mogę spokojnie powiedzieć, że w tym momencie zaczyna się drugi etap mojego życia.? ? zrobiłem chwilę przerwy i spojrzałem przenikliwym wzorkiem na Ewę. Wyglądała na wstrząśniętą. Nie wiem, co podziałało na nią bardziej ? sama historia, czy może to, że wypowiedziałem ją z brutalną zimnością. Nie potrafiłem o tym myśleć w inny sposób. Sentymentalizm prowadzi do melancholii, ona zaś do rozkojarzenia, które w tym zawodzie może okazać się zgubnym. Wiele rzeczy mogłem dostrzec wtedy w jej oczach, lecz brakowało mi jednej, najbardziej istotnej ? zrozumienia. Wiedziałem, że nie mogę go oczekiwać. Tylko człowiek, który przeżył to samo, może zrozumieć. Harick rozumiał. Kilka lat później dowiedziałem się, że on także przeżył? od tamtego momentu podróżowaliśmy razem, razem też mściliśmy się na Imperium. Uznałem jednak, że jest to jego osobista sprawa, pominąłem więc to. Może przy innej okazji.?Piraci w mgnieniu oka zdobyli całą kolonię. Należeli do Syndykatu Królewskiego . Ich dowódcą był kapitan Gregor Hufn, jeden z najlepszych taktyków, jakich w życiu widziałem. Zabrali mnie z tego piekła, biorąc także wszystkie wydobyte surowce. Szybko stałem się pupilkiem kapitana, przez co w załodze miałem status nietykalnego, co zresztą wielu osobom nie podobało się. Po kolejnych kilku miesiącach lotu, które przebiegały bez przeszkód, dotarliśmy do Bantor I, skąd też niemal od razu wyruszyłem na kolejny rejs ? tym razem już jako pierwszy oficer na pokładzie ?Karmazynowej Zjawy?, a wszystko to dzięki rekomendacji Hufna. Człowiek ten widział we mnie talent? tak. Tak mi się przynajmniej wydaje. Statek przedzierał się przez terytorium Federacji w okresie największego zaognienia konfliktu od bardzo dawna. Łupem Imperium padały w tym okresie dziesiątki przygranicznych koloni ziemskich. Zresztą pewnie i tak o tym wiedziałaś. W każdym razie okręt bez przeszkód przebył terytorium ludzi i przedarł się przez granice imperialne, gdzie rozpętało się prawdziwe piekło. Już w kilka dni po wkroczeniu na obce terytorium okazało się, że naszym śladem idą rajdery imperialne. Musisz wiedzieć, że wtedy lecieliśmy niszczycielem - w walce z jednym rajderem owszem, mieliśmy szanse, lecz z kilkoma ? zmniejszały się one do zera. Kapitan podjął jednak decyzję, że zaryzykujemy i tak też zrobiliśmy. To była jatka, zginęła znakomita większość załogi, w tym kapitan, a reszcie ledwo udało się uciec. Ja, jako najwyższy stopniem objąłem władzę na okręcie, który wówczas ledwo zipał. Obraliśmy kurs powrotny do układu Bantor, żeby dokonać napraw, ale wtedy szczęście się do nas uśmiechnęło ? wpadliśmy na konwój trzech okrętów, w zasadzie nie chroniony. Zebraliśmy łupy i wróciliśmy. Statek naprawiono, uzupełniłem załogę i wyruszyliśmy w kolejny rejs? Wkrótce stałem się znany w całej Federacji dzięki swoim rajdom, a potem dostałem propozycję od Rady Najwyższej, którą zresztą przyjąłem, choć nie chcę ukrywać przed tobą, że wciąż utrzymuję kontakty z Syndykatem. Już jako oficer federacyjny na pokładzie ?Kormorana Rubieży? udałem się do układu Kilnos. Nie wiem czego oczekiwałem, ale wtedy zobaczyłem, że resztki Tortugi wciąż orbitują wokół gwiazdy? zaś planeta? ta, gdzie ukryliśmy kobiety i dzieci? była tylko pasem asteroid. Dalszą część tej opowieści możesz sobie dopowiedzieć sama.?Ewa nie mówiła już nic więcej. Objęła mnie ręką, po czym przytuliła się i? uroniła łzę. Krystalicznie czysta, niczym diament? Szczera, taka piękna i zwykła łza? Chwilę później zauważyłem, że całej rozmowie przysłuchiwał się z boku RS-11. Nie wiedzieć czemu ogarnęła mnie złość? kazałem mu się wynosić, co zrobił z pokorą. Odniosłem wrażenie, że jest smutny, że jest mu przykro? o ile to w ogóle możliwe. 9.07.2514Tarcze w końcu działają jak należy. Lada chwila opuścimy granice Federacji, lecimy teraz pełną parą na przód. Muszę przyznać, że dziwnie się czuję, jakbym był chory, ale to chyba nie to? to chyba coś innego. Całe godziny spędzam z androidem, rozmawiając, o czym popadnie. Zaczynam mieć wrażenie, że popadam w obłęd? Widzę wyraźnie, że Ewa się o mnie martwi, zresztą nie tylko ona, bo także Artur i Harick. W gruncie rzeczy nie dbam o to ? ważne żeby robili swoje.Co do moich konwersacji z RS-11, to odnoszę wrażenie, że jest on bardziej ludzkim, niż wielu spośród przedstawicieli mojej rasy, trudno jednakowoż pozbyć się uczucia, iż rozumuje on na poziomie co najwyżej dziesięciolatka, zresztą trudno mieć mu to za złe, skoro ?narodził się? tak niedawno. Mimo swojej prostoty, trudno powiedzieć, by był prostolinijnym, ciężko jest przewidzieć jego reakcje, może dlatego właśnie lubię z nim rozmawiać. Często odnoszę wrażenie, że na moje pytanie odpowiada tak, jak sobie tego życzę, zupełnie jakby był moim sumieniem? Może właśnie po to został stworzony? Kto zna wyroki boskie?Choć mało czasu spędzam wśród załogi, to mogę stwierdzić teraz z całą pewnością, że nowoprzybyli zostali zasymilowani i tylko w sytuacjach wyjątkowych widać, że nie są integralną częścią tego statku ? choć i wówczas ciężko jest powiedzieć, by wychodziło im to na złe. W każdym razie pocieszający jest fakt, że zanikły wszelkie antagonizmy. Po za tym ? nie dzieje się nic ciekawego, godnego uwagi, może po za tym, że lada moment wkroczymy na jeden z najruchliwszych imperialnych szlaków handlowych w tej okolicy.9?Dobrze, że nie ma człowieka bez wad, bo taki człowiek nie miałby też przyjaciół.?William HazlittByła późna noc, mała wskazówka zegara powoli zbliżała się do trójki, zaś duża ? do dziewiątki. Frank spał w najlepsze, kiedy drzwi do jego kajuty otworzyły się, wpuszczając tym samym blade światło z korytarza. Kapitan odruchowo otworzył oczy, jednak minęła dłuższa chwila, nim udało mu się zidentyfikować osobę, która stała w drzwiach. Była to Katie, która dziś pełnić miała dyżur na mostku. Frank pomyślał, że jego drugi oficer pięknie wygląda w tym półmroku, jej kruczoczarne, długie włosy sprawiały wrażenie błysku za każdym razem, gdy drgnęły na tyle, by padł na nie promień światła. Oczy koloru zielonego, z tej nieprzeciętnie pięknej, acz jakby wyrażającej zimno i brak uczuć twarzy, zdawały się wiercić przełożonego, który się tym specjalnie nie przejmował. Powoli podniósł się z łóżka i usiadł na jego krańcu, oczekując jakiegoś uzasadnienia przerwania jego snu. Nie czekał długo.-Kapitanie, trzy okręty wojenne suną wprost na nas, z danych wynika, że nie należą ani do floty, ani do Imperium. Nie jesteśmy w tej chwili w stanie stwierdzić, do kogo należą, jednak uznałam za wysoce właściwe powiadomić pana o tym fakcie. ? stwierdziła krótko. Frank przygładził sobie włosy w sposób nonszalancki, ziewnął, po czym trąc oczy zadał pytanie:-Odległość, prędkość, klasa okrętu?co tam wiesz? - powiedział sennym głosem. Potrzebował jeszcze co najmniej pięciu minut, żeby dojść do siebie, a żeby być w formie ? także sporej dawki kofeiny. Oficer, przyzwyczajona do podobnych zachowań kapitana, dała mu chwilę czasu na uporządkowanie myśli i przygotowanie się na odpowiedź.-Prędkość sześćdziesiąt pięć J, odległość tysiąc AU. Kontakt za siedem minut przy naszej aktualnej prędkości, ale wciąż możemy uciec, jeżeli będzie taka potrzeba. Decyzja należy do pana. ? mówiła bardzo powoli i wyraźnie, za co Frank był jej szczerze wdzięczny. Sam przetwarzał informacje jeszcze przez chwilę; już prawie doszedł do siebie.-No dobra? skoordynuj kurs i prędkość tak, żeby spotkanie nastąpiło za dwadzieścia minut. Niech nie wiedzą, jaką prędkość może rozwinąć statek. Się zdziwią, kimkolwiek są. Zresztą przyda nam się trochę walki w kontrolowanych warunkach. ? Frank przerwał i znowu potężnie ziewnął. Katie patrzyła na niego z niedowierzaniem, lecz po chwili zreflektowała się ?A niech tam, to on tu dowodzi? ? pomyślała, zasalutowała i ruszyła prędkim krokiem, znikając kapitanowi z pola widzenia. On sam wkrótce dopiero przypomniał sobie o czymś.-Kaaaatie!!! ? rozległ się okrzyk w korytarzu, który zbudził zapewne wielu załogantów, śpiących wyżej. Zresztą i tak by wstali za najdalej dwie minuty, choć może do tego czasu uda im się wygodnie wtulić w poduszkę. Trzeba ich hartować ile wlezie. ? Ściągnij na mostek całą resztę! ? wydał rozkaz poprzez kolejny wrzask. Nie usłyszał wprawdzie żadnej odpowiedzi, wiedział jednak, że jego oficer usłyszała polecenie bardzo wyraźnie i je niechybnie wykona w trybie ekspresowym. Sam dopiero teraz podniósł się ostatecznie z łóżka, założył kombinezon, podszedł do kranu i obmył kilkakrotnie twarz, a nie osiągając jakiegokolwiek skutku, wsunął głowę pod kran. Niestety tym razem efekt był inny niż zamierzony ? wprawdzie trochę go to ocuciło, ale jego jasny mundur wyglądał teraz, jakby był po przeżyciach. Nie chciało mu się przebierać, a czas gonił, opuścił więc swoją kwaterę i zbytnio się nie spiesząc ruszył w kierunku centrum dowodzenia okrętem. Światła były przygaszone ? systemy oświetlania na statku został zaprojektowany tak, by w godzinach nocnych od lamp biło blade światło, o natężeniu porównywalnym do tego, które na Ziemi daje Księżyc. Kroki po metalowym pokładzie, przytłumiane nieco przez obuwie z tworzywa sztucznego i tak dudniły głuchym echem. Zwłaszcza, że na statku panowała głucha cisza, którą nazwać by można było wręcz grobową. Na starym Kormoranie nigdy nie bywało tak spokojnie, zewsząd słychać było pracę reaktorów, ale czy można porównywać klasyczny napęd fuzyjny do tego na antymaterię? Czysta metafizyka. Dotarcie do mostka zajęło kapitanowi tym razem pięć minut, choć w międzyczasie dwukrotnie wywinął orła, potykając się o rzeczy jak najbardziej prozaiczne, ot choćby schodek, o którym wówczas zapomniał. Psioczył oczywiście na cały, Bogu ducha winny świat, używając przy tym takiego słownictwa, że nieco później sam stwierdził, że skoro udaje mu się wyszukać tak wyrafinowane słowa, to chyba myśli już całkiem trzeźwo. W pomieszczeniu byli obecni już wszyscy, oprócz Richarda. Chwilę zastanowił się, czy Katie w ogóle po niego poszła, gdy w międzyczasie stanął on w drzwiach. ?No tak, zobaczymy jak to-to wykaże się w praniu? ? pomyślał o nowoprzybyłym. Ziemianin zaś, nie zważając na cyniczne spojrzenia pozostałych, wszedł i zapadł w swój fotel, nie wypowiadając słowa. Może w innych warunkach Frank wkurzyłby się na to, jednak teraz nie zwrócił na tą sytuację uwagi. Swoją drogą wydawało mu się, że koleś zaczyna wczuwać się w rytm załogi. Powoli rozejrzał się po obecnych, zauważając, że ich stan jest w większości(oprócz dyżurującej Katie) zbliżony do tego, w jakim on sam się znajdował. ?Adrenalina obudzi? ? nasunęła mu się taka właśnie myśl. -Katie, powiedz wszystkim, co wiemy ? rzekł patrząc w stronę jedynej kobiety obecnej na mostku. Ona sama spojrzała w niego wzrokiem, który można porównać do sytuacji gdy lwica widzi zdobycz. Była lwicą, lecz cała sytuacja trwała chwilę. Zamknęła oczy na dłuższą chwilę, co sugerowało, że próbuje się skupić. -No cóż, według komputera to okręty pirackie, trzy rajdery i jeden krążownik. Spotkanie nastąpi za? - spojrzała w tej chwili na swoją konsolę ? dziesięć minut. Kapitanie, sugeruję włączyć alarm, jeżeli chce pan podjąć walkę. Załoga potrzebuje chwili czasu na przygotowanie się, zwłaszcza, jeżeli spojrzeć na godzinę. ? stwierdziła, nie będąc oczywiście zbyt odkrywczą.-Wiem o tym moja miła. Nie zapominaj o tym, że wykonujemy mój plan i ja zdecyduję o tym co i kiedy. ? odparł Frank z niewielką dawką irytacji. Oczywiście wiedział co robi, inaczej nie wydawałby konkretnych rozkazów, intrygowało go właściwie tylko to, że nie ufają mu jeszcze bezgranicznie. Rozumiał także, że statek nie ma większych szans na wygraną w tej bitwie, ale przy odpowiednim rozegrani mogli spokojnie zniszczyć jeden ? dwa okręty wroga i uciec bez narażania załogi. Tak się też mniej-więcej rysował jego plan. ? Uruchomić alarm. Katie, proszę Cię, ufaj mi bardziej, ja naprawdę wiem co robię. ? dodał po chwili, widząc że oficer spochmurniała. Po tej ostatniej wypowiedzi skinęła lekko głową, a na jej usta wstąpił uśmiech. Kapitan nie zwrócił na to uwagi, był zajęty planowaniem kolejnych posunięć. Skoro nie były to statki imperialne, należało wysłać ostrzeżenie. Spojrzał ponownie w stronę łącznościowca, która w tym momencie zajęta była sprawdzaniem położenia przeciwnika. -Nawiąż łączność i nadaj ostrzeżenie. To oficjalna procedura. ? dziewczyna oczywiście wiedziała, że zwrócił się do niej ? ostatecznie to było właśnie jedno z jej zadań. Wypowiadając te słowa zerkał jednak ukradkiem na Richarda, który bacznie obserwował wszystkie jego posunięcia. Frank czuł się tym wszystkim trochę skrępowany, no ale tylko trochę. Ostatecznie wciąż on tu rządził i wszystko działo się po jego myśli, z drugiej jednak strony zastanawiał się, co by się stało, gdyby ziemianin wystąpił przeciw niemu. To mogłoby doprawdy nie być ciekawym zarówno dla niego, jak i całej załogi? ale mniejsza z tym. Chwilę trwało, nim jedynej kobiecie na mostku udało się wysłać wiadomość do zbliżających się statków. Jej treść była następująca: ?Do czterech jednostek idących na kursie przechwytującym w stosunku do fregaty federacyjnej ?Szary Lis? ? zawróćcie, lub będziemy zmuszeni do walki. Nie mamy żadnego cennego towaru na pokładzie, więc wydaje się ona bezcelowa, powtarzam zatem prośbę ? zawróćcie ? bitwa nie przyniesie korzyści żadnej ze stron. Proszę o potwierdzenie otrzymania wiadomości.? ? oczywiście to ostatnie zdanie było czysto merytorycznym zagadnieniem ? jeżeli ktoś planowałby atak, wiedziałby tylko, że nikogo nie zaszkodzi, jednakowoż jeżeli zamiar był inny, zawsze można było się wytłumaczyć ? na podobnej zasadzie to działało. Łatwo sobie wyobrazić, jakie było zdziwienie obecnych na mostku, kiedy nadeszła odpowiedź.-Paniusiu, nie mówi mi, co mam robić, a czego nie ? ozwał się niski głos ? sam o tym zdecyduję. ?Szary Lis?, czy to nazwa metaforyczna? ? zapytał nagle. Frankowi głos ten wydawał się dziwnie znajomym. Gdy Katie już chciała odpowiedzieć, przyłożył jej rękę do ust z gestem wskazującym na to, by się wstrzymała. Sam podszedł do konsoli.-Tak, można tak powiedzieć. Z moich danych wynika, że jesteście piratami, czy to prawda? ? zapytał, choć w rzeczywistości wcale podobnych informacji nie posiadał; zadziałała intuicja. Zresztą co miał do stracenia?-Wolę określenie ?oportuniści?, ale zwał jak zwał. To jak, chcecie się dogadać? ? zapytał głos. Frank uśmiechnął się pod nosem. Teraz to on kontrolował sytuację. Zaczął się rzewnie śmiać, czym wzbudził niepokój wśród reszty obecnych, a u Richarda wręcz wzburzenie.-Czego rżysz baranie? ? ozwał się ponownie głos(z tyłu dobiegło także ciche ?no właśnie? z ust ziemianina) ? moja propozycja jest następująca: oddacie nam statek, a my wam pozwolimy żyć. Co wy na to? ? Korsarzyk w końcu przestał się śmiać, choć cyniczny uśmiech nie znikł z jego twarzy, wręcz przeciwnie, określenie ?banan? nabrało w tym momencie zupełnie nowego znaczenia. -Ja mam inną propozycję. Chcesz jej posłuchać? ? zapytał. Chwilę musiał czekać na odpowiedź, ale spodziewał się podobnej reakcji.-Nie. Posłuchaj ty? - tym razem postanowił być trochę niegrzecznym, przerywając przywódcy wrogich okrętów.-Nie, to ty posłuchaj Gregor, jak kopnę cię w tłusty zad to pogadamy o moim statku ? rzekł nonszalancko. Chodziło mu oczywiście o dawnego przyjaciela, którego nie widział od lat ? Gregora Hufna, jednego z wybitniejszych oficerów syndykatu. Zastanawiało go tylko, czy ten wciąż pamięta osobę, którą uratował wiele lat temu?-Frank, mam lepszy pomysł, to ja cię kopnę w zad i zapomnę o twoim statku? no chyba że masz w barku coś z transportów imperialnych? aha, i nie mów, że nie masz. Zawsze dobrze kłamałeś. ? odparł Gregor; tym razem w jego głosie malowało się rozbawienie. Na mostku lisa nikt, poza Harickiem nie wiedział co się dzieje. Ten zaś stał i uśmiechał się ? a pozostali patrzyli po sobie zdumieni. W końcu Richard postanowił przerwać tą sytuację.-Kapitanie Titjack, co tu się u diabła dzieje? Czy zna pan te indywidua z syndykatu? ? zapytał. Frank zastanawiał się, czy ziemianin wiedział, że kanał komunikacyjny wciąż jest włączony.-Frank, co to za szelmę masz na statku? Ja indywiduum? Ja mu k***a dam indywiduum. Zwolnij tą swoją maszynę, bo będzie ciężko przybić. Swoją drogą niezły stateczek, dużo dałeś? ? ozwał się Gregor, który najwyraźniej usłyszał Richarda. Ten ostatni zrobił się czerwony i usunął w bok, widocznie nie chciał już poznać odpowiedzi na swoje pytanie. -Ta? niezły. Nie płaciłem, dostałem. Wszystko opowiem ci potem. A, no i nie martw się, mam całkiem spory zapas wykwintnych napojów. Wydaje mi się, że niektóre miały iść do Ruteet , ale kto to tam wie... W każdym razie jakość przednia. Zapraszam, czym chata? ekhm? czym kwatera bogata. Kilka godzin później Frank siedział na pokładzie pirackiego krążownika wśród grona starych znajomych ? byli tam wspomniany już wcześniej Gregor, jego wspólnik Martin oraz kapitanowie trzech pozostałych jednostek ? Robert, Wasilij i Mark. Wszyscy odziani byli w czarne jak węgiel kombinezony z lixinium, z niewielkim emblematem białego orła w locie za szarą myszą ? godle piratów z syndykatu. Kapitan Szarego Lisa zabrał ze sobą dwie osoby ? Ewę oraz Haricka, jeżeli nie liczyć RS-11. Ten ostatni zresztą i tak tylko przyglądał się z ukosa wszystkiemu, co działo się wśród towarzystwa, a działo się wiele. Całymi godzinami toczyły się długie (pijackie) gawędy, o tym, jak to źle jest na świecie, jak ciężko zarobić na chleb, o wszystkich szujach z Federacji, jeszcze większych z Imperium, że nie wspomnieć w ogóle o innych, sąsiednich nacjach. Okazało się, że Gregor polował w tej chwili nie na konwoje, tylko na okręty wojenne, ale za nic nie chciał wyjaśnić po co. Dopiero później, nieco podchmielony i przyduszony wyznał, że Syndykat zbiera flotę i wszyscy najlepsi piraci krążą w tych okolicach. Fakt ten był bynajmniej wielce interesujący, bowiem organizacja ta była raczej azylem dla uciekinierów, niż frakcją militarną, bynajmniej Franka niewiele to interesowało w tej chwili. Jego przyjaciel bardzo chciał poznać dzieje dawnego towarzysza, którego zresztą uratował kiedyś, o czym nie omieszkał przypomnieć z dziesięć razy, przy czym za każdym razem korsarzyk wyrażał swoją dezaprobatę. Trochę bolało go to, że butle z trunkami przedniej jakości opróżniają się w zastraszającym tempie, jednakowoż niczego innego nie mógł się spodziewać, wszak był wśród swoich. Z ciekawością wysłuchiwał pełnych niebezpieczeństw przygód Gregora, które okazały się być przynajmniej równie barwne, jak jego same. Także Ewa przeżyła pewien okres ?napaści?, typu skąd jest i tak dalej? Ku zdziwieniu wszystkich, bez ogródek wyznała, że jest ziemianką i pochodzi z arystokratycznej rodziny. Nie wiem kto był bardziej zaskoczony tym faktem ? Frank ? bowiem czy ona w ogóle wiedziała co robi? Z drugiej strony ? no cóż, nie uprzedził jej, że piraci zbytnio nie przepadają za ziemianami? Jednakowoż Gregorowi na chwilę odjęło mowę z ust, podobnie jak jego towarzyszą, by po chwili wybuchnąć rzewnym śmiechem widząc, jak dziewka pociąga sobie z gwinta alkohol o mocy co najmniej sześćdziesięciu procent. Pozostali uznali to za znak akceptacji i również się roześmiali, lecz dopiero widząc, jak biedna dziewczyna krzywi się po tym niemiłosiernie. Ona także wysłuchiwała opowieści nowopoznanych piratów, czując się prawie, jak gdy znajdowała się przy ognisku wśród znajomych na Ziemi, na biwaku, który wydawał się być tak dzikim wówczas, a zarazem dziecinną igraszką w porównaniu do tego, co działo się dziś. Późnym wieczorem na okręcie pojawił się Karl eskortowany przez dwóch piratów. Twierdził, że załoga się niepokoi, zobaczywszy jednak, że kapitan i pierwszy oficer bawią się w najlepsze, wrócił do załogi. Gregor po chwili zastanowienia postanowił, że skoro dowództwo świętuje, to i reszta też może, zresztą Frank przychylił się do jego decyzji. Dwie godziny później tylko wartownicy i nocna wachta wciąż była trzeźwa ? no i oczywiście androidy. Hufn okazał się być bardzo zainteresowany RS-11, nieustannie zadając mu głupie pytania, typu ?Czy czujesz ból??, ?Co o mnie myślisz??, ?Czy możesz się upić??, biedny robot zaś odpowiadał cierpliwie na każde z powyższych, lecz tylko zdawkowo, znaczy się: ?tak?, ?nie?, ?nie sądzę? i tak dalej, przy czym w większości wypadków podobne odpowiedzi nie wystarczały, więc po zadanym pytaniu następowało kolejne, uzupełniające? Cała reszta towarzystwa nie zwracała na to niewiele uwagi, bawiąc się w najlepsze. Impreza skończyła się późno w nocy, załoga Lisa wróciła do swoich kwater, po za Frankiem, który pozostał na ?Czarnym Szponie?. Miał tam spędzić cały kolejny dzień, lecz tym razem nie na libacjach, ale konkretnych ustaleniach, które zresztą miały okazać się niezbyt trudnymi. Wstawszy następnego dnia w okolicach godziny trzynastej, Frank stwierdził, że nie ma kaca, czyli pierwsza z oznak dnia dzisiejszego jest dobra. Nieco gorszą rzeczą było to, że bolały go wszystkie kości, stawy i właściwie wszystko ? prócz głowy. Jego kwatera ? zdaje się gościnna ? była wcale nie brzydka, przestronna, z własną, niewielką łazienką i w gruncie rzeczy wydawać by się mogło, że z powodzeniem można by było w niej żyć przez dłuższy okres czasu. Wprawdzie wiedział, że jest ona niczym w porównaniu do tej, w której przebywa Gregor, ale w duchu pomyślał sobie, że lepiej nie pokazywać przyjacielowi własnej kwatery ? człowiek ten, podobnie jak Frank ? niezmiernie lubił wygodę. Korsarzyk starał sobie przypomnieć treść wczorajszych pogaduszek i stwierdził, że na całe szczęście nie mówił niczego o misji i o tym, skąd ma taki statek ? teraz nadeszła na to odpowiednia pora. Spodziewał się, że jego przyjaciel będzie się borykał z niemałym bólem głowy, lecz los miał sprawić mu niespodziankę ? tutaj ludzie byli bardziej wytrzymali, niż on potrafił to sobie wyobrazić. Krążownik był statkiem przeszło trzy razy większym od superfregaty, toteż odnalezienie kwatery kapitana zajęło trochę czasu, a załoga zerkała na niego to z pode łba, to z wyraźną sympatią ? ci pierwsi mieli słabe głowy. Frank spotkał Hufna pijącego właśnie kawę i czytającego raport z uszkodzeń (zresztą ciekawe jakich?). Ujrzawszy przyjaciela wyskoczył natychmiast z otwartymi ramionami, drąc się w niebogłosy (?Witaj, jak się masz? Boli główka??), na co Frank odpowiedział przyjaznym uśmiechem, po raz wtóry wyjawiając swoją dezaprobatę. Po zaproponowaniu i wypiciu kawy, rozpoczęła się długa rozmowa, której w prawdzie kapitan Lisa przeprowadzać nie chciał, lecz nie miał innego wyjścia w zaistniałej sytuacji, no i jak by nie patrzeć ? liczył na jakieś profity z okazji spotkania. Przezornie wyjawił tylko kilka najistotniejszych faktów, otóż: że dostał okręt od władz Federacji w zamian za wykonanie misji, którą jest w przybliżeniu badanie aktywności Imperium na terenach przygranicznych. Gregor zdawał nie bardzo się dawać tym słowom wiarę, lecz po chwili stwierdził, że skoro to tak, to mogą polatać razem, a przy okazji Frank sobie trochę zarobi. Oczywiście wiedział, że misja musi mieć drugie dno, jednakowoż dostrzegł także profity dla siebie ? jednostka Titjacka była cholernie szybka i mogła z zaskoczenia zaatakować każdy okręt, zaś jego siła ogniowa dokończyłaby tylko zadanie ? tak więc zaistniała jakby symbioza. Doszedłszy do porozumienia, ustalili, że skierują się w rejon operacyjny największej bazy imperialnej w tym rejonie (??Kaal Makkan?), gdzie przyjrzą się aktywności wroga i w miarę możliwości dokonają abordażu na kilka statków, po czym odeślą je do którejś z baz Syndykatu. Frank miał dostać dwadzieścia procent udziałów ze sprzedaży statków (było pięć jednostek ? on dowodził jedną). Zadowolony z przebiegu wydarzeń wrócił na swój okręt, gdzie zaznajomił załogę z nowym planem. Większość przyjęła go entuzjastycznie (?W kupie siła? ? choć Frank miał nadzieję, że nie musi interpretować tego dosłownie), oczywiście nie brakowało przeciwników tego pomysłu, na których czele stał Richard ? groził wetem, jednak Ewa skutecznie przekonała go, że nie należy przekreślać umiejętności i wiedzy kapitana. Chcąc ? nie chcąc ? nie potrafił jej odmówić. Około godziny osiemnastej statki ruszyły w kierunku bazy z prędkością czterdziestu J. Miały dotrzeć tam za trzy tygodnie.10?Lekarstwo bywa gorsze od choroby.?Francis BaconDziennik Pokładowy12.07.2514 Od siedmiu godzin lecimy w kierunku Kaal Makkan. Towarzyszą nam cztery jednostki pirackie, o których wspomniałem już wcześniej. Tak jak mówiłem, wcale mi się to nie podoba. Zresztą nic na tym statku mi się nie podoba. Zużywamy zdecydowanie zbyt dużo zapasów, załoga jest zbyt słabo zdyscyplinowana, to wszystko jest nie do pomyślenia na okręcie regularnej floty ? lecz, jak się okazuje - co innego okręt floty o charakterze korsarskim, co innego na oficjalnej misji. Załoga zdaje się mieć zaufanie tylko do kapitana, co nie jest dobrą oznaką, choć może się mylę. Właściwie, to nikt tego dokumentu nie czyta, co zresztą specjalnie mi nie przeszkadza. Będą dowody na wszystko, co tu się działo. Proszę o wybaczenie, jeżeli idzie o stronniczość, jednakowoż jest to przywilej oficera politycznego. Znamy tylko podstawowe zarysy misji ? lecimy w obszar zagęszczenia wroga, gdzie będziemy żerować na jego okrętach do czasu, gdy nie zdecydują się wysłać przeciw nam jakiś konkretnych sił. Oczywiście wrogowie wcale nas nie znajdą, przynajmniej w założeniach; potem polecimy wprost za nimi, gdy zawrócą do rejonu koncentracji. Jeżeli kapitan ma rację, to będzie to w prawdzie najprostszy, ale zarazem chyba najniebezpieczniejszy sposób odnalezienia armady, jeżeli ona w ogóle istnieje, w co, muszę zaznaczyć, wątpię. Tak czy owak, jeszcze raz wspomnę, że nie podoba mi się to wszystko? zwłaszcza, że według moich informacji pozostałe dwie jednostki nie dają znaku życia? tego tu nie powinno być, ale zresztą i tak nikt tego ustrojstwa nie czyta?Oficer Polityczny ? Richard Hulke16.07.2514 Panuje niezwykła cisza w eterze. Trochę to podejrzane, bo jesteśmy wystarczająco blisko imperialnych szlaków handlowych, by podsłuchiwać rozmowy między konwojami z opóźnieniem co najwyżej kilkumiesięcznym ? co oznacza, że od kilku miesięcy, a przynajmniej ? przed kilkoma miesiącami nikt nie latał w tamtym rejonie. Dziwne, ale w gruncie rzeczy zdarzały się rzeczy znacznie dziwniejsze. Bardziej niepokoi mnie fakt, że kapitan zaniedbuje sprawy aktualne ? radziłem wprowadzić racjonowanie zapasów, podczas gdy on krótko stwierdził: ? nie ma takiej potrzeby?. Owszem, przy dalszym marnotrawieniu żywności starczy nam jej na miesiąc, może sześć tygodni, ale to już górna granica. Mam nadzieję, że ten człowiek wie co robi i się mylę, ale może być źle? Z drugiej strony należy ufać w jego doświadczenie, tak czy owak wiele przeżył i jest dosyć doświadczony, tego odebrać mu nie można. Przelatujemy przez potężną chmurę długości blisko trzech czwartych roku świetlnego z prędkością zaledwie dwudziestu pięciu J. Oczywiście było to wykalkulowane, napęd impulsowy działa w pełni, niepokoi mnie tylko to, że nikt nie uwzględnił, że zżera on dwa razy tyle deuteru, co wszystkie sześć reaktorów anihilacyjnych na pełnych obrotach? ale kto by się o to martwił. Co chwila w statek uderzają niewielkie asteroidy i kosmiczne śmiecie, za każdym razem bębniąc charakterystycznie? to bardzo niebezpieczny proces, zwłaszcza, że wystarczy by poszycie zostało przebite i na zewnątrz wydostała się iskra? ta chmura ma gęstość taką, że prawie na pewno narodziłoby się nowe słońce, przy czym my bylibyśmy jego fragmentem, co, jak dedukuję, nikomu z nas nie jest na rękę. Jeżeli dodać do tego, że główny mechanik miast monitorować stan tarcz i osłon bawi się w naukowca z hakerką, wygląda to naprawdę źle, ale ja się zapewne nie znam. Oficer Polityczny ? Richard Hulke20.07.2514 W eterze znowu jest głośno. Kapitan w swej łasce wytłumaczył, że najwyraźniej to była wina tej chmury? nazwał ją mgławicą Magellana. No cóż, nie mam powodów, by mu nie wierzyć. Przynajmniej na razie. Zaczynam nabierać wiary w tego człowieka, ale muszę przyznać, że bardzo powoli. Ostrożność przede wszystkim, a wiele decyzji, jakie on podejmuje, specjalnie mi się nie podoba. Codziennie przeprowadzane są ćwiczenia i to przynajmniej po dwa razy, z czego raz zazwyczaj nocą. Załoga przyzwyczaiła się do tego, dzięki czemu powoli popada w rutynę. Moim zdaniem ma to swoje wady, ale także zalety. Z jednej strony nie będą zaskoczeni, kiedy będzie trzeba walczyć późną nocą i nie będą popełniać prostych błędów, jednak z drugiej rutyna daje swoistą pewność siebie, a to źle. Przynajmniej tak mi się wydaje, ale muszę przyznać, że są to moje własne, subiektywne odczucia. Wczoraj miejsce miała poważna awaria. Zdaje się, że jeden z reaktorów niespodziewanie się uruchomił, jednakowoż systemy statku postanowiły go dezaktywować w trybie natychmiastowym, co doprowadziło do swoistego konfliktu ? przynajmniej taki mi to wytłumaczono. Doszło do niewielkiej ? na całe szczęście ? eksplozji. Bogu dziękować = do rdzenia nie została jeszcze zaaplikowana antymateria, inaczej dzisiaj bylibyśmy częścią wielkiej żarówki. Z moich wyliczeń wynika, że do ugaszenia pożaru straciliśmy blisko pięć hektolitrów wody, czyli zapas na jakieś dwa dni. W każdym razie jej starczy i tak dłużej niż pożywienia, oczywiście pod warunkiem, że podobnych niespodzianek nie będzie więcej, co wcale pewnikiem nie jest. Odnoszę wrażenie, że załoga powoli zaczyna mnie akceptować. Wprawdzie nie traktują mnie jak jednego ze swoich, ale coś w rodzaju ?zła koniecznego?. Przyznam szczerze, że niewiele mnie to obchodzi. Mają do tego prawo, pochodzą z niższego stanu, antagonizmy są zatem rzeczą naturalną, nigdy nie zrozumieją arystokraty. Tak mi się wydaje. Mniemam jednak, że zarówno oni jak i oficerowie podchodzą do mnie ze sporą dawką trwogi i szacunku? choć być może jedno wynika z drugiego. Wszyscy ? oprócz kapitana. On jeden nie czuje wobec mnie trwogi ani nie wyraża szacunku, lecz tu można moim zdaniem mówić o czym innym? Zresztą ? nieważne. Kolejny wpis za cztery dni, chyba że będzie konieczność dokonania wcześniejszego.Oficer Polityczny ? Richard Hulke24.07.2514 Kapitan dziwnie się zachowuje ostatnimi czasy. Podobnie zresztą większość załogi. Nie śpią po nocach, denerwują się na wszystko i wszystkich, zresztą z tego co wiem na okręcie pirackim jest to normalne. Z tego co zauważyłem, choć się na tym nie znam zbyt dobrze (a to co wiem, wyniosłem ze szkoły), musieliśmy wlecieć w jakieś silne pole jonizujące czy coś takiego. Efekt ten nie działa na mnie, gdyż żyjąc na Ziemi stale byłem przez podobne atakowany, zresztą podobnie jak Ewa Groodgeer, którą podobnie jak mnie objawy także ominęły. Nie jestem fachowcem, ale z tego co pamiętam, po długotrwałym (co na te warunki oznacza dłużej niż pięć dni) wchłanianiu owego promieniowania człowiek może zapaść na nerwicę, a po kilku dniach stracić zmysły, jednakowoż przy stałym przyjmowaniu niewielkiej dawki uodparnia się na działanie pola. W komputerze znalazłem kilkanaście podobnych opowieści, gdzie statki dolatywały na zaprogramowanym kursie do portu macierzystego z całą załogą martwą w skutek burd na pokładzie, lub też z powodu skrajnego wycieńczenia psychicznego mózgu. Postanowiłem, że jeżeli jutro nie opuścimy pola, porozmawiam o tym z miejscowym lekarzem ? myślę, że silne środki nasenne powinny pomóc chociaż w niewielkim stopniu i w razie czego odwloką katastrofę. Najdziwniejsze jednak jest to, że statek wyposażony jest w czujniki rejestrujące wszelkie znane ludziom promieniowania, jednak nie wykrywają żadnego, zaś wirusy w grę nie wchodzą, bowiem nie istniała by możliwość zarażenia ludzi na innych okrętach? No i dziwi mnie, że nikt poza mną i Ewą tego nie dostrzega. Mnie mogą nie posłuchać, ale ją ? owszem. W razie czego będzie bezcennym sprzymierzeńcem. Zapobiegawczo wykorzystałem tajne kody do przeprogramowania robotów na pokładzie, z czego kapitan z całą pewnością nie byłby zadowolony, jednak wydaje mi się, że gdyby był całkiem zdrowy, udałoby mu się to stwierdzić, a do tej chwili nawet tego nie zauważył. W razie jakichkolwiek kłopotów zarządzę dozór androidów ? ale to konieczność absolutna. Sprawdzając androidy trafiłem na coś bardzo ciekawego? ale o tym następnym razem. Obowiązki wzywają. Daj Bóg, za cztery dni.Oficer Polityczny ? Richard Hulke25.07.2514 Sytuacja na pokładzie znacznie się pogorszyła i to w kilku wymiarach. Po pierwszych bójkach zmuszony byłem wprowadzić do akcji androidy. Załoga nie była zadowolona, kapitan także. Powiem wprost ? byli wręcz wściekli, jednak roboty skutecznie zaprowadziły porządek, traktując nieposłusznych paralizatorami. Blisko godzinę zajęło mi wyciąganie od doktora, który także uległ chorobie, informacji na temat jakiś silnych środków uspokajających i nasennych. Drugą godzinę zajęło mi zaszczepienie dziesięciu osób, co bynajmniej nie było łatwe, ale przyniosło efekty. Myślę, że każdy na moim miejscu stwierdziłby, że to syzyfowa praca, tak więc też wyposażyłem roboty w owe środki, by same mogły reagować, gdy zajdzie potrzeba. Ewa pomogła mi je odpowiednio przeprogramować. Mogłoby się wydawać, że tu kłopoty się skończyły, bo sytuacja na okręcie była opanowana ? lecz tylko na jednym z pięciu statków, o czym należy pamiętać. Wydaje mi się, że choroba ta hamuje myślenie, toteż nie ma zbyt wielkiego ryzyka ataku ze strony sojuszniczych jednostek, jednakowoż nie można powiedzieć, że takowe wcale nie istnieje. Podjąłem decyzję o obraniu okrężnego kursu na miejsce ? przyspieszymy trochę i dolecimy w tym samym czasie, przy czym osobno ? mam też nadzieję, że do tego czasu choroba ustąpi.Oficer Polityczny ? Richard Hulke26.07.2514 Dzieje się coś nieprzewidywalnego. Roboty zdają się także podlegać chorobie ? znacznie wolniej ale? zresztą ja chyba też. Chrzanić kurs? obieramy całą naprzód, mam tylko nadzieję, że pole nie wpływa na części mechaniczne, bo w nie wiem, jak naprawilibyśmy uszkodzony reaktor w podobnych warunkach? ale to ryzyko wliczone jest w cenę misji. Choroba mnie dopada? ciężko się skupić na tym co piszę. Ewa chyba też choruje. Ciężko stwierdzić. Naprawdę ciężko. W każdym razie trzyma się całkiem nieźle. Ja chyba też jednakowoż są zauważalne objawy. Nie wiem co się dzieje z robotami? dziwnym trafem tylko jeden jest normalny? jego numer seryjny RS-11. Może źle się wyraziłem ? jest bardziej nienormalny niż inne. Ale? to nie czas i miejsce. Muszę wszystkiego pilnować. Trzeba podawać wszystkim pożywienie i wodę, bo poumierają. Nie odczuwają żadnych potrzeb, to muszą być jakieś zaburzenia nerwowe? Nie wolno mi ich zostawić? muszę im pomóc. Ale kto mi pomoże?Oficer Polityczny ? Richard Hulke27.07.2514 Zdaje się, że znalazłem? no właśnie? co takiego? Cholera, bierze mnie ta choroba, odczuwam jej efekty coraz bardziej... Dobrze przynajmniej, że panuję nad emocjami? chyba? a no tak, znalazłem źródło promieniowania. Zdaje się, że to fala dziwnie napromieniowanych kwantów powstałych podczas wybuchu supernowej, zapewne lata temu? przynajmniej tak twierdzi ten robot. Według niego, możemy się z tej fali wyrwać lada moment, ale także może to potrwać nawet kolejny tydzień? oby sprawdziła się ta pierwsza hipoteza. Ewa chyba też choruje, dlatego, na wszelki wypadek poproszę tą maszynę, by zajęła się okrętem? ja mogę nie być w stanie.29.07.2514 Wczoraj robot podał mi środki uspokajające. To była konieczność. Jestem zamknięty w swojej kwaterze. Nie wiem co się dzieje na zewnątrz, ale mam wrażenie, że choroba powoli przechodzi. Znaczy się wszystko mnie denerwuje, ale już w mniejszym stopniu niżeli działo się to wcześniej? Zastanawiam się, czy nie odwali jakiś jaj? to jest? no, czy sobie poradzi. Wbrew pozorom martwię się na tyle, na ile mogę. Zwłaszcza, że wczoraj przyszły jakieś raporty, ale nie pamiętam o czym. RS-11 powiedział tylko, że podjęte zostały stosowne kroki adekwatne do sytuacji. Ale jakiej sytuacji i jakie kroki? Tego nie wiem. Z tego co powiedział, Ewa wciąż się trzyma? zuch dziewczyna, ale wątpię, czy dałaby radę samotnie poprowadzić okręt? nawet przy tym stopniu zautomatyzowania jego funkcji jest to syzyfowa praca. Mam nadzieję, że jutro będę się na tyle dobrze czuć, by móc przejąć dowodzenie? Zaraz, coś jest nie tak! Silniki się wyłączyły, dryfujemy! Cholera, co się dzieje!Ten sam dzień, godziny wieczornePrzyszedł robot i powiedział, że rozkazy wykonane, sojusznicza jednostka u doku. Ale o co u diabła chodzi? Przecież jeżeli ktokolwiek wedrze się teraz na statek? no tak, w gruncie rzeczy to nie chciałbym być na jego miejscu, myślę, że maszyny się nimi zajmą? kurde, ciekawe jak oni wytrzymują tą falę. A może już jej nie ma, teraz zaś odczuwamy tylko efekt napromieniowania? Cholera, nie mogę się skupić. Nie mogę zasnąć. Mam tysiące myśli na sekundę. Najgorszy jest ten strach. Paniczny strach o wszystko. Dosłownie? Cieszę się chociaż z tego, że maszyna przyniosła mi dziennik. Mogę zapisywać raporty na bieżąco, o ile sytuacja się nie pogorszy? już teraz sklecenie jednego zdania jest bardzo trudne. Będę relacjonować sytuację na bieżąco? zresztą już o tym pisałem. Nie ważne. Jutro kolejny wpis, chyba że będzie trzeba wcześniej?Oficer Polityczny - Richard Hulke30.07.2514Nie wiem co się dzieje. Silniki nadal wyłączone. Słyszę kroki w pobliżu mojej kwatery, ale nie mogę stwierdzić, czy to roboty czy ludzie. Niewiele mnie to obchodzi. Zastanawiam się tylko, czy jeszcze kiedykolwiek opuszczę to miejsce? Nie mogę się skupić na żadnej konkretnej rzeczy na dłużej niż chwilę? i wciąż ten strach. Tak jak sobie myślę, wydaje mi się, że niepotrzebnie się brałem na tą misję. Mogłem sobie spokojnie siedzieć w domu, na kochanej, pięknej Ziemi, wśród znajomych, wpływowych ludzi? żyć spokojnie aż po kres dni? co mnie podkusiło? Kariera we flocie? A po co mi to? I w gruncie rzeczy ? czemu piszę o tym w tak ważnym dokumencie? Nie ważne. Pewnie i tak nikt tego nigdy nie przeczyta. A nawet jeśli ? przecież jestem chory. Zresztą sam przecież widzę co piszę. To zupełnie bez sensu. Życie jest bez sensu. Co ja w gruncie rzeczy robiłbym na tej cholernej planecie? Czyż nie to samo co tu? No, w sumie to nie, ale coś podobnego. Chyba, że wysłaliby mnie na inny statek? albo? jeśli ta armada jest prawdziwa? nie, tą ewentualność wykluczam. To wszystko nie trzyma się kupy. Przenikliwy ból głowy, promieniujący? Jezu, nie wytrzymam? przeszło. To już się zdarzało. Zdaje się, że wzbudza on jakiś rodzaj wściekłości? miałem ochotę porozrywać wszystko na strzępy, gdyby nie to, że ból był tak wielki, że nie mogłem skoordynować żadnego ruchu? Znowu słychać kroki, pospieszne? Wołałem, nikt nie odpowiada? Waliłem we wrota, zero odzewu? Tracę nadzieję. Jednak każdy przecież kiedyś umrze? Prawda? Tylko kiedy? czy niedługo? Ale ja nie chcę? Zresztą. Co mi tam. Tu, czy na Ziemi? Co za różnica do cholery? A może Ziemi nie będzie już? Co ja plotę. Wiecie co? W ogóle nie zastanawiałem się co z resztą załogi. Ciekawe czy żyją? Z drugiej strony, jeżeli zmarli, to mnie czeka podobny los. Jakoś nie mogę w to uwierzyć? wszystko zapowiadało się tak pięknie? przecież jeszcze całe życie przede mną? człowiek nie zdaje sobie sprawy jak wiele może stracić do czasu, gdy nie stanie wobec śmierci twarzą w twarz. A jej twarz jest okropna. Uwierzcie mi. Uwierzcie? Do kogo ja właściwie się zwracam? Cholera, jest źle. Zapewne będzie gorzej. Pamiętam. Oni też mówili sami do siebie. To wczesna faza choroby. Mam nadzieję, że chociaż Ewa przeżyje? może przy pomocy tego robota? jak on tam? zresztą nieważne? w każdym razie przy jego pomocy i całej reszty wykona zadanie. Nie wyobrażam sobie, jak bezcelowe w innym wypadku byłoby moje życie. Dziwne, nigdy o sobie w ten sposób nie myślałem. Wydawało mi się, że zawsze w obliczu śmierci myśleć będę, jak wiele dokonałem, jak wspaniały byłem? nie zaś, ile wciąż nie zrobiłem. Może nie jest jeszcze za późno? Tego samego dnia, późniejStatkiem wstrząsnęła potężna eksplozja. Nie mam w kajucie ani wody ani żywności. Mam nadzieję, że ktoś (lub coś) mi jej dostarczy? w zasadzie nie wiem, czy będę żyć na tyle długo, by odczuć jej brak? ale lepiej mieć choć nadzieję...Oficer Polityczny - Richard Hulke11?Na szukanie lepszego świata nie jest jeszcze za późno.?Alfred TennysonDziennik Pokładowy30.07.2514W końcu wypuścili mnie z kwatery. To było chyba rano. Cholera wie, nie miałem dostępu do żadnych funkcji komputera, nawet głupiego zegarka, a byłem zbyt zajęty, by to sprawdzić. Było dużo więcej ciekawszych rzeczy. Na przykład sprawdzenie ? dlaczego nie lecimy? I czemu siedziałem w tej kwaterze? Ostatnie co pamiętam, to jak kilka dni temu panowała bardzo napięta atmosfera? aż tu dziś otwarte drzwi. Bardzo dziwne. Jakbym miał dziurę w pamięci. Ale to jeszcze nic w porównaniu do tego, co było potem. Okazało się, że cumuje do nas jednostka sojusznicza ? ale to nie wszystko. Był to okręt bliźniaczy do ?Szarego Lisa? ? ale to także nie wszystko. Tajemnicy dopełnił fakt, że? statek był całkowicie opuszczony. Zdziwiło mnie też to, że spotkałem na korytarzach zaledwie kilka osób, które wiedziały dokładnie tyle co ja? czyli w gruncie rzeczy nic. Wiele kwater było zamkniętych i Bóg jeden raczy wiedzieć, jak je otworzyć. Zmienione były szyfry okrętu. Wyglądało to naprawdę źle aż do czasu, gdy zobaczyłem RS-11. Wprawdzie chodził za mną od pewnego czasu, ale był niewidzialny? Opowiedział mi o chorobie, o tym, że już wczoraj mogliśmy opuścić swe pokoje, ale musiała trwać kwarantanna? wreszcie o tym, jak przekazana została mu władza na okręcie i że przekazuje ją z powrotem na moje ręce? W co my tu do cholery gramy? Maszyna stwierdziła, że sojusznicza jednostka przechodziła w pobliżu nas wysyłając wezwanie pomocy, udało mu się nawiązać kontakt z jej komputerem przy pomocy Ewy oraz ostatecznie zadokować ją. Wtedy przypuszczali jeszcze, że to owa fala zabiła załogę. Okazało się jednak, że to nie prawda ? znalazłem za to dziennik pokładowy, który uważnie przestudiuję w najbliższym czasie. Według androida, jutro większa część załogi będzie gotowa opuścić swoje kwatery.Po chwili zastanowienia stwierdziłem, że należy lecieć na miejsce spotkania. Tam powinna czekać reszta naszej kompani. O ile się nie pozabijali, co jest niestety wysoce prawdopodobne. Tak czy owak, należy zachować bezwzględną ostrożność. Oficer Polityczny ? Richard Hulke5.08.2514Z lekkim opóźnieniem dotarliśmy do miejsca spotkania. Pozostałe okręty już tam na nas czekały. Zdaje się, że kapitan właśnie naradza się z ich kapitanami, co do konkretnego planu działania. Dziwne, swoją drogą, jeżeli mogę coś wtrącić ? myślałem, że doskonale wiedzą, co będziemy tu robić. Widocznie sytuacja ich zaskoczyła ? ale jestem odcięty od danych. Trzeba będzie to zmienić w najbliższym czasie. Już ja o to zadbam. Z moich ustaleń wynika, że w eterze jest dosłownie gęsto od meldunków i rozmów z jednostek imperialnych. Nie wiem, czy to powód do szczęścia, czy raczej? nieważne. Przecież tego się spodziewaliśmy i po to tu lecieliśmy. W każdym razie chyba zaczekamy tu na okazję, a przynajmniej ja bym tak zrobił. Nie jest zbyt bezpiecznie latać w tych okolicach nawet w zgrupowaniu okrętów. Ostatecznie jesteśmy w pobliżu bazy Imperium, inna sprawa, że drugorzędnej. A skoro już o tym mowa ? to dlaczego przy drugorzędnej bazie jest tak wielki ruch? Jak już mówiłem, coś tu mocno śmierdzi? i bynajmniej nie spocznę, dopóki nie dowiem się co. Załoga niedługo po mnie opuściła kajuty. Kapitan nie wydawał się być specjalnie zadowolony z tego, co zrobiłem, ale podziękował mi i miałem wrażenie, że zrobił to szczerze, choć pod znaczącym spojrzeniem Ewy. Załoga została poinformowana o wydarzeniach nieco później ? oni niestety byli mniej wyrozumiali. RS-11 powiedział, że to wciąż jeszcze skutki choroby i niebawem miną. Cóż, fascynująca maszyna a zarazem potężny sojusznik z tego robota. Dziwi tylko jedno ? nie ma do niego kodów sterujących, choć wydaje mi się, że kiedyś je miałem. Oddał dla kapitana wszystkie inne ? lecz nie swoje. Intrygujące, lecz Frank nie zwrócił na to zbyt dużej uwagi. Czy słusznie, to się okaże. W każdym razie ja ufam temu robotowi. Gdyby nie on, dzisiaj prawdopodobnie dzisiaj nikt z nas by nie żył. Postaram się wydostać też jakieś informacje co do sytuacji z pozostałych okrętów i tego, jak oni poradzili sobie z promieniowaniem. To może być interesujące ? nawet bardzo. Co do bliźniaczej jednostki, która dokowała do nas ostatnio ? udało się stwierdzić, że był to jeden z trzech statków wysłanych do poszukiwania armady. Z dziennika kapitana wywnioskowałem, że udał się dużo dalej, niż my, za co najprawdopodobniej załoga zapłaciła życiem. Nie jest wytłumaczone jak zmarli ani czemu okręt jest pusty ? kapitan wspomina tylko, że śledzili jakiś pokaźny okręt imperialny, który zmierzał w kierunku Kaal Makkan. Cóż, może i my się na niego natkniemy? Choć nie wiem, czy w tych okolicznościach jest to dobry pomysł?Oficer Polityczny ? Richard Hulke7.08.2514 Znowu lecimy. Punkt docelowy ? nie znany ? przynajmniej dla mnie. Kapitan postanowił wysłać część załogi na drugi okręt i wspomóc ich maszynami ? według jego obliczeń wszystko powinno działać a nasza siła ognia się dubluje ? no i mamy też większy zysk ? trzydzieści trzy procent. Czy ten człowiek zawsze myśli tylko o pieniądzach? Choć, co z trudem przyznaję, ta z jego decyzji spodobała mi się. Po co tracić jakiekolwiek wsparcie, podczas gdy okręt jest tak zaprojektowany, że prowadzić go może kilkunastu ludzi a załoga liczy sobie kilkuset? Logika nakazywała przejąć tą jednostkę. Nastroje wśród załogi poprawiły się znacząco dnia poprzedniego, kiedy kapitan pozwolił na chwilowe rozluźnienie atmosfery ? choć ja bym nazwał to zwykłą libacją. Niezależnie od tego, co o tym myślę, poskutkowało znakomicie(kto by pomyślał!?). Frank wytłumaczył też reszcie, że wszyscy zawdzięczają życie mnie i Ewie, co znacznie polepszyło stosunki pomiędzy mną a resztą załogi. Nawet chcieli wypić moje zdrowie, choć czy to zrobili, nie pamiętam. W każdym razie skutki choroby chyba nie przeszły do końca? Strasznie boli mnie głowa i wciąż chce mi się pić? Chyba położę się spać, najpierw trzeba jednak dokończyć meldunek. Udało mi się dowiedzieć, że na pozostałych jednostkach korsarskich doszło do małych zamieszek, jednakowoż przedstawiciele innych ras odporni na promieniowanie stopniowo opanowali sytuację. Może i na okrętach floty powinniśmy mieć obcych? Kto wie, czy by się nie przydali? Ciekaw jestem co dowództwo o tym powie. Jeszcze jedna uwaga. Dziwi mnie jedna rzecz. Kapitan po naradzie wrócił bardzo zdenerwowany, choć nikomu, nawet Ewie, nie powiedział, dlaczego. Nie wiem, czy powinniśmy się o niego martwić, przecież jest doświadczony i wie jak rozwiązywać swoje problemy, ale i ja swoje wiem, że niekiedy człowiek sam nie potrafi przeciwstawić się samemu sobie i chowając swoje problemy popada w błędne koło. Nie wiem jaki związek ma to z kapitanami pozostałych statków, podejrzewam jednak, że znaczny. Czyżby oni wiedzieli coś, o czym my nie wiedzieliśmy i raczyli poinformować o tym Franka? A skoro tak, czemu on nie poinformował reszty? Cóż ? nie zamierzam nalegać, by mi to wyjawił. Muszę zyskać jego ufność, a na pewno jej nie otrzymam, gdy będę cały czas właził mu na głowę. Każdy człowiek potrzebuje odrobiny swobody i wolności ruchu ? a ja jestem tutaj by kontrolować sytuację, nie ludzi i choć wielu powiedziałoby zapewne, że to jest dokładnie to samo? zapewne i ja sprzed paru tygodni ? to dziś wiem, że są to dwie sprawy.Oficer Polityczny ? Richard Hulke10.08.2514 Kapitan w końcu wyjawił mi gdzie lecimy ? będziemy krążyć wokół księżyca planety Mitru III w układzie Mitru ? podobno gdzieś tam znajduje się kolonia wydobywcza, a co za tym idzie, od czasu do czasu przylatują tam transportowce. Oczywiście spodziewamy się także patroli, ale łatwej roboty mieć nie będą ? przynajmniej tak mi to kapitan wytłumaczył. Muszę przyznać, że przegadałem z nim sporo czasu i, jak mi się wydaje, była to bardzo szczera rozmowa, choć zaczęła się błaho. Frank najzwyczajniej zauważył, że rozmawiałem z RS-11, po czym poprosił mnie, bym wstąpił do jego kwatery. Byłem nieco zdziwiony, lecz oczywiście przyjąłem zaproszenie. Już na wstępie zapytał mnie, co wiem o tym robocie. Powiedziałem tylko tyle, ile uznałem zrazu za potrzebne ? wiedziałem, że robot okazuje znaki inteligencji, że ma uczucia i tajemniczo dodałem, że dba o siebie. Byłem ciekaw, co kapitan powie odnośnie ostatniej z tych uwag, jednak on milczał. Rozlał po szklance jakiegoś trunku (wybornego zresztą) i rozpoczął swą mowę, a mówił długo. Opowiadał mi o tym, co on sam wie o tej maszynie, o tym, jak Ewa ją sprawdzała a w końcu o tym, w jakie zdumienie wszystkich ona wprowadza. Dodał też, że jak już zauważyłem, dba o siebie, co może się okazać niezwykle niebezpieczne. Już w tej chwili nikt nie był w stanie w pełni jej kontrolować, a Frank obawiał się, że RS-11 mógł być po prostu tak zaprogramowany? i to wszystko miałoby być pułapką? choć ani jemu, ani mnie nie wydawało się to zbytnio prawdopodobne. W każdym razie wkrótce później zmieniliśmy temat. Zaczął mówić o Ewie ? choć jak przyznaję ? sam nie wiem czemu zwierzał się właśnie mnie, a nie np. Harickowi. Opowiedział mi jak ją poznał, że są blisko i że wciąż ją obserwuje, oraz często mnie widzi przy niej. Gdy tylko chciałem zacząć się tłumaczyć, zrobił to za mnie ? powiedział, że rozumie, iż oboje pochodzimy z innego świata i razem łatwiej jest nam przełamywać bariery. Wydawało mi się, że człowiek ten był złamany wewnątrz. Owszem ?traktuję Ewę jako przyjaciółkę ? ale naprawdę nic więcej! On najwyraźniej tego nie rozumiał ? choć starałem się wydedukować mu to jak czteroletniemu dziecku. Już pod sam koniec rozmowy wyznał mi, że chcemy zapolować na jakiś większy okręt, by zwrócić na siebie uwagę ? najpierw jednak trzeba będzie go śledzić przez jakiś czas ? zazwyczaj latają tu okręty patrolujące okolicę, więc gdy zatoczymy koło ? zacznie się ?impreza na imperialnym podwórku? ? jak to zręcznie określił kapitan. Choć otwarcie tego nie przyznał ? stwierdził tym samym, iż spodziewa się znaleźć armadę, a ja, choć nie wiem czemu ? uwierzyłem mu.Oficer Polityczny ? Richard Hulke

    cinus
    Participant
    #59166

    Jak w temacie 😉 Wyżywajcie się do woli 😛

    fluor
    Keymaster
    #59196

    Uwaga edytorska, przed czytaniem tekstu jeszcze - po wklejaniu z Worda lub innych procesorów tekstu na forum znaki specjalne, takie jak np. myślnik czy zaokrąglony cudzysłów mogą być źle interpretowane i wyskakiwać jako '?'.

    cinus
    Participant
    #59202

    Uwaga edytorska, przed czytaniem tekstu jeszcze - po wklejaniu z Worda lub innych procesorów tekstu na forum znaki specjalne, takie jak np. myślnik czy zaokrąglony cudzysłów mogą być źle interpretowane i wyskakiwać jako '?'.

    wiem o tym, sprawdzałem i u mnie było normalnie

    Silver Phoenix
    Participant
    #59208

    Bywa.Jeśli mogę zasugerować - z doświadczenia wiem, że przed wklejeniem dobrze jest zapisać plik w formacie rtf, wtedy zazwyczaj takie problemy nie występują.

Viewing 5 posts - 1 through 5 (of 5 total)
  • You must be logged in to reply to this topic.
searchclosebars linkedin facebook pinterest youtube rss twitter instagram facebook-blank rss-blank linkedin-blank pinterest youtube twitter instagram