Empatia

Viewing 3 posts - 1 through 3 (of 3 total)
  • Author
    Posts
  • Toreth
    Participant
    #2164

    tagi: Star Trek, ST, TOS, USS Enterprise, Kirk, SpockZupełna cisza, panująca dookoła, była irytująca. Podporucznik Offenbach czuła się nieswojo na tej dziwnej planecie. Gdzieś tam na orbicie było Enterprise, bezpieczny dom, a ona została wybrana do patrolu na planetę. Pierwszy raz. Nie wiedziała, do czego mogłaby się przydać kapitanowi. Psychologia nie ma wielkiego zastosowania w bezludnym miejscu.Nagle, właściwie znikąd, wyskoczył wielki pies albo coś, co go niezwykle przypominało. Przyskoczył do dziewczyny, lecz ona prędko wdrapała się na wąski cokolik, prawdopodobnie ruinę jakiegoś pomnika, i zwierzę nie mogło jej dosięgnąć. Rozejrzała się. Miejsce, do którego się przesłali, było otoczone jakimś metalowym ogrodzeniem. Cała ekipa wypadowa wyszła już poza nie i tylko Offenbach znajdowała się w środku. Zastanowiło ją, że nikt wcześniej nie zauważył psa i nikogo wcześniej on nie zaatakował. Skąd się wziął? Ponad płotem ujrzała głowę Scotty'ego. Chciała go zawołać, ale nie mogła nic z siebie wykrztusić... Poza tym i tak nikt by jej nie usłyszał, nie byłaby w stanie przekrzyczeć szczekającego stworzenia. Scotty zdawał się nie słyszeć przeraźliwego jazgotu. Stał bez ruchu tuż przy bramie, przyglądając się czemuś. Offenbach znalazła kawałek odłamanego muru. Rzuciła go w kierunku bramy, mając nadzieję, że pies za nim pobiegnie. Nie omyliła się - zwierzę wybiegło za ogrodzenie, a ona szybko zeskoczyła z cokołu i zamknęła bramę. "Scott" - przemknęło jej przez głowę. Otworzyła bramę bez wahania i wyjrzała. Scotty powoli cofał się, przyklejony do ogrodzenia, pilnie obserwowany przez bestię. - Tutaj - szepnęła Offenbach i mechanik błyskawicznie wskoczył za bramę, którą dziewczyna szybko zamknęła. Odsunęli się oboje od ogrodzenia, przez pręty którego wściekle usiłował przecisnąć się pies. W końcu jednak zrezygnował i odbiegł.Scotty i Offenbach popatrzyli na siebie.- Spokojnie, dziewczyno - mechanik chciał uspokoić roztrzęsioną podporucznik. - Przecież nic się nie stało. A poza tym jesteś bohaterką, uratowałaś mi w końcu życie!Uśmiechnęła się. Scotty miał rubaszny, rozbrajający sposób bycia.- Wpuście mnie - dobiegł ich głos Kirka.Popatrzyli w kierunku, z którego dochodził. Kapitan stał przy bramie. Scotty ruszył w jego kierunku, ale Offenbach złapała go za rękę. - Nie - powiedziała krótko.Scotty stanął zaskoczony.- Przecież może go zaatakować ta bestia.- Nie - powtórzyła dziewczyna.Scotty wyrwał się jej i podszedł do bramy. - Pospiesz się, bo was pozabijam - warknął groźnie Kirk.Scotty już miał otworzyć bramę, ale jego ręka zamarła w powietrzu. JEGO kapitan tak nie mówił.- Otwieraj!Scotty potrząsnął głową.- Co to ma być??Scotty cofnął się kilka kroków. Nadbiegł pies. Z początku wydawało się, że biegnie do Kirka, i Scotty znowu chciał mu otworzyć, ale zwierzę stanęło obok kapitana i wściekle ujadało w kierunku mechanika i podporucznik. Offenbach podeszła do Scotty'ego i szepnęła:- Boję się.Ten otworzył komunikator i połączył się z Enterprise.- Gdzie jesteście? - usłyszał głos Uhury. - Wszyscy już wrócili i tylko na was dwoje czekają.- Prześlijcie nas na statek.W przesyłowni czekał już na nich zaniepokojony Kirk.- Gdzie żeście się nam zgubili? Od kilku godzin skanujemy powierzchnię całej planety w poszukiwaniach.- Godzin? - zdziwiła się Offenbach. - Nie byłam tam dłużej niż 30 minut.Scotty potwierdził kiwając głową.- Co tu się dzieje? - zapytał sam siebie Kirk. - Idźcie się przebrać, wyglądacie okropnie, a potem proszę się zameldować na mostku.Oboje posłusznie wyszli z przesyłowni. Kirk wrócił na mostek.- Spock, kiedy wróciliśmy z planety?Pierwszy oficer zdziwił się:- Trzy koma osiem godzin temu. Przecież był pan z nami, dlaczego pan pyta?- Bo oni oboje twierdzą, że byli na niej tylko 30 minut. Przesłaliśmy się wszyscy razem, spędzili tam godzinę plus ponad 3 godziny poszukiwań, a oni mówią, że minęło tylko pół godziny. Lewa brew Spocka poszła w górę.- Fascynujące.Na mostku pojawił się Scotty.- Panie Scott, proszę o dokładną relację. Przejdziemy do pokoju narad. Spock?Vulcan ruszył za Kirkiem i Scottym. Mechanik dokładnie opisał całe zdarzenie. Twarz Spocka nie wyrażała nic, kapitan natomiast wydawał się być bardzo przejęty.Kiedy na mostek weszła podporucznik, jeszcze zanim zdążyła się zameldować, Kirk spytał ją:- Skąd pani wiedziała, że to nie ja?- Proszę? - nie zrozumiała Offenbach.- Tam na planecie. Za płotem.- Pan nie powiedziałby, że mnie zabije.- Nie?- Nie, co najwyżej zdegraduje. A tak w ogóle to nie było powodu do wpadania w złość, a pan, to znaczy ten drugi, groził śmiercią. - Ale pani wiedziała, że to nie ja, ZANIM on się odezwał.Offenbach wyglądała na zdziwioną. Zerknęła na Scotty'ego. Pokiwał głową i uśmiechnął się.- Powiedziała pani, że to nie ja, zanim cokolwiek właściwie się zdarzyło.- Nnie wiem... - zawahała się - nie pamiętam dokładnie... - widać było wyraźnie, że jest wystraszona. - Ja... ja... przepraszam... - dokończyła cicho.- Za co? Za uratowanie życia Scotty'emu czy sobie? - Kirk wstał z fotela i podszedł do niej - nikt tu pani o nic nie oskarża. Chcę po prostu wiedzieć, jak pani go rozszyfrowała. - W ogóle się nad tym nie zastanawiałam. To po prostu nie był pan. Ja to WIEDZIAŁAM. Nie mam pojęcia, jakim cudem, ale to wiedziałam.- Ona jest psychologiem. Może to to? - powiedział McCoy.Dziewczyna spojrzała na doktora opartego o poręcz fotela kapitańskiego. Jej mina wyrażała bezgraniczną bezradność. Nigdy przedtem nie była tak blisko dowódcy, jej zadania były zwyczajne, przeciętne i choć odbywała służbę na najwspanialszym statku we Flocie - co napawało ją niewysłowioną dumą - nigdy nie chciała być w centrum zainteresowania. A teraz najważniejsze osoby na Enterprise patrzyły na nią, zadając pytania, na które odpowiedzi nie znała. Obecność McCoya, którego znała najlepiej, dodawała jej otuchy, Kirk uśmiechał się przyjaźnie, ale Spock, którego stoickiego spokoju nigdy nie rozumiała, nieco ją przerażał - był całkowicie obcą, lodowatą w obyciu istotą, która właśnie badawczo się jej przyglądała, oczekując jakiejś konstruktywnej odpowiedzi na zadawane przez Kirka pytania. Wszystko to sprawiało, że głos wiązł jej w gardle, a panika odbierała jakąkolwiek możność logicznego myślenia.- Proszę dokładnie opowiedzieć, co się stało - powiedział miękko Kirk.Offenbach wzięła głęboki oddech i powoli zaczęła relacjonować całe zdarzenie, starając się o niczym nie zapomnieć. W trakcie jej opowieści Spock podszedł do niej, stanął obok i oparł się o barierkę, słuchając uważnie jej słów. Peszyło ją to nieco, więc starała się na niego nie patrzeć. Mówiła do Kirka, który lekko zmarszczył brwi, jego twarz jednak nie straciła przyjaznego wyrazu. Kiedy skończyła, zapadła całkowita cisza, przerywana piskami komputera. Kirk bez słowa spojrzał na Spocka. Ten odbił się lekko od barierki, by ruszyć w kierunku swego stanowiska.- To nielogiczne - zawyrokował w końcu.- To wszystko? Żadnych teorii?- Wszystko to byłoby swego rodzaju anomalią, moją uwagę przykuwa jednakże coś innego. Czas.- Czy to możliwe, Spock?- Chyba nawet teoretycznie nie. Czas na planecie mógłby płynąć wolniej, ale to nielogiczne, nie daje się wytłumaczyć żadnymi prawami fizyki. W końcu dla nas czas też by się zwolnił, a tylko Scott i Offenbach doznali tego niezwykłego doświadczenia.- Może znaleźli w jakiejś specyficznej strefie? - podrzucił Bones.- To możliwe. Lecz przecież wszyscy przesłaliśmy się w to samo miejsce i podporucznik Offenbach w ogóle go nie opuściła.- A Scotty tak, ale potem wrócił, a my nie. I myśmy od razu, bez problemów się odnaleźli. I wrócili na statek - rzucił Kirk.- Mam pewną koncepcję. Prześlę się z podporucznik Offenbach na planetę w to samo miejsce, z którego została zabrana z panem Scottem. Zobaczymy, co się będzie działo, czy pojawi się fałszywy kapitan, pies, anomalie czasowe.- Dlaczego akurat ty, Spock? - zapytał Bones, doskonale wiedząc, jak obecność Vulcana wpływa na dziewczynę.- Dlatego, że jestem najmniej podatny na wszelkiego rodzaju sugestie. Być może miał pan rację twierdząc, że jej psychologiczne wykształcenie miało wpływ na jej doświadczenia.- To brzmi całkiem logicznie - przyznał Spockowi rację Kirk. Popatrzył na Offenbach. Ta ruszyła do turbowindy, Spock za nią.Na planecie panował spokój. Cokolik stał na swoim miejscu, ani śladu psa czy sobowtóra Kirka. Dziewczyna przysunęła się bliżej Spocka - nie czuła się zbyt pewnie w tym dziwnym miejscu. Spock rozejrzał się. Nawet jego vulcańskie uszy niczego nie słyszały. W pewnym momencie Offenbach szepnęła:- Spock...Vulcan popatrzył na nią. Ale ona nie patrzyła na niego, nie do niego mówiła, jej wzrok był skierowany gdzieś w bok. Spock spojrzał tam i zobaczył opartego o płot, ze skrzyżowanymi na piersiach rękami... Spocka.- On... on się uśmiecha - mruknęła zaskoczona Offenbach.Vulcan zerknął na nią. Był zdziwiony jej zdziwieniem. Chyba po raz pierwszy w życiu nic nie rozumiał. Powoli ruszył w kierunku swojego sobowtóra, ale nie zdołał do niego dotrzeć, gdyż ten odwrócił się i szybko odbiegł. Nie gonił go, nie widział takiej potrzeby.Offenbach przyglądała się Spockowi.- I co teraz?- Podobnie jak w przypadku kapitana Kirka, jego zachowanie także odbiegało od mojego.- Delikatnie mówiąc...Brwi Spocka poszły w górę, co słabo go znająca Offenbach odczytała jako głęboką irytację.- Przepraszam - bąknęła.Spock przyjrzał się jej uważniej. Nie miał pojęcia, za co go przeprasza. Jego mina speszyła ją jeszcze bardziej. W tym momencie wolała tysiąc wściekłych Kirków od jednego Spocka. Dobiegł ją szmer. Rozejrzała się. Dookoła ogrodzenia stało morze Kirków, a mina każdego wyrażała złość. Twarz Spocka nie zmieniła wyrazu, zaczął jednak uważnie obserwować sobowtórów. Popatrzył na Offenbach.- To okropne - jęknęła.- Ma pani bardzo małą odporność psychiczną - zawyrokował.- Nie o to chodzi... To ja ich tu przywołałam.Brwi Spocka znowu poszły w górę.- Proszę wyjaśnić.- Hm... to nie będzie łatwe - powiedziała do siebie. - Pomyślałam, że wolę, żeby tu był tysiąc wściekłych kapitanów niż... - zawahała się, ale podniosła głowę i dokończyła, patrząc Vulcanowi w twarz - niż jeden Spock.Nie zareagował. Dla niego liczył się fakt zmaterializowania się życzenia Offenbach, nie jej uczucia do niego.Kirkowie zaczęli się rozchodzić.- Fascynujące - powiedział Spock.Offenbach spojrzała na niego. - I co teraz? - zapytała ponownie.- Najwyraźniej te zjawiska mają związek z panią. Czy mogłaby pani sobie coś jeszcze wyobrazić? Coś niezwykłego?Kirkowie rozbiegli się, a na horyzoncie pojawiła się figurka, która w miarę przybliżania zaczęła przybierać kształty Spocka. Kiedy dobiegł już do ogrodzenia, oparł się o nie i zaczął szaleńczo się śmiać.- Wystarczająco niezwykłe? - zapytała patrząc na Spocka.- To jest pani poczucie humoru? Gorsze niż u doktora McCoya - stwierdził Vulcan.Offenbach uśmiechnęła się. Po raz pierwszy słyszała, żeby Spock mówił coś dowcipnego, nawet jeśli ten dowcip był niezamierzony.- Wyjdziemy poza to ogrodzenie - powiedział Spock.Offenbach bała się, ale posłusznie ruszyła za nim. Trzymała się blisko niego, prawie następując mu na pięty. Dookoła było cicho i spokojnie. Żadnych psów, Kirków, Spocków ani nikogo innego.- O czym pani teraz myśli? - zapytał Vulcan.- Prawdę mówiąc o niczym. Może dlatego nic się nie dzieje.- O czym myślała pani, kiedy pojawił się pies i pierwszy kapitan?- Nie pamiętam. Ale nie wydaje mi się, żebym myślała o jakimś psie.Wyszli na otwartą przestrzeń. Krótka trawa, kilka krzaków, poza tym całkowita pustka. Dziewczyna popatrzyła w niebo. Ani jednaj chmurki.- Tu jest jakoś dziwnie, nienaturalnie.- To nie Ziemia.- Nie chodzi mi o różnice. Zresztą, chyba nie jest to miejsce tak różne od Ziemi. Ale... tu jest jakoś tak... - szukała odpowiedniego słowa - sztucznie. Jak na rysunku dziecka, wszystko jest schematyczne.Spock przyjrzał jej się uważniej, a potem rozejrzał się dookoła. Nie skomentował uwagi dziewczyny, ale wydawała mu się ona słuszna. Cała planeta sprawiała wrażenie, jakby czas się na niej całkowicie zatrzymał, nie zachodziły żadne zmiany, wszystko było uporządkowane, ani śladu chaosu, co było dość dziwne w przyrodzie jakiejkolwiek planety.Offenbach czuła się bardzo nieswojo. Odruchowo, nie zdając sobie sprawy z tego, co robi, przysunęła się blisko do Spocka i chwyciła go za rękę. Nie wyrwał jej, a drugą dłonią wyjął komunikator, wywołał Enterprise i kazał przesłać ich na pokład.Kiedy Spock i Offenbach przesłali się, oboje ruszyli na mostek. Scotty przez interkom powiadomił Kirka, że tam zmierzają:- Kapitanie, zwiadowcy już wrócili i idą na mostek. To było bardzo ciekawe.- Co, Scotty?- Jak skończyli się materializować, to ona była bardzo mocno przytulona do pana Spocka.Mechanik usłyszał śmiech i kliknięcie wyłączanego interkomu.Kirk zwołał oficerów na odprawę. Chciał zebrać wszystkie fakty.- Co mamy?- Planetę, nad którą panuje podporucznik Offenbach - powiedział Bones.- Dość barwny opis, ale odpowiada faktom - potwierdził Spock.- Fajnie - uśmiechnął się Kirk. - W takim razie - zwrócił się do dziewczyny - poproszę lody truskawkowe. Dlaczego? - błyskawicznie spoważniał.- Prawdopodobnie ma to związek z jej psychologicznym wykształceniem - wyjaśnił McCoy. - Zbadałem ją, sporządziłem profil psychologiczny i mogę z całą pewnością stwierdzić, że jest to osoba obdarzona wyjątkowo silną zdolnością empatii, co sprawia, że wyczuwa wszystko wręcz automatycznie. Nikt z załogi nie ma takich zdolności. I nikt poza nią i tymi, którzy byli w jej bezpośrednim pobliżu, nie natrafili na nic niezwykłego na planecie.- Spock, ty masz bardzo logiczny, pozbawiony wyobraźni umysł. Ty też byłeś pod wpływem jej wizji.- Należy pamiętać, że jestem w połowie człowiekiem.- Masz też różne vulcańskie telepatyczne zdolności... - dodał Bones.- Zgadza się - potwierdził Spock. - Moja obecność mogła wzmóc możliwości podporucznik Offenbach. W czasie pierwszej wizyty pojawiały się różne postaci niezależnie od jej woli, co poczytałbym jako podświadome ich wywoływanie. Ale gdy była ze mną, była w stanie zapanować nad tym i świadomie tworzyć postaci.- Na przykład roześmianego Spocka - szepnęła do siebie dziewczyna, co usłyszał Sulu i zachichotał.- Co tam? - spytał Kirk.Offenbach potrząsnęła tylko głową.- Sulu? - nalegał Kirk.- Nie wiem dokładnie, o co chodzi, ale podporucznik powiedziała, że stworzyła roześmianego pana Spocka.- Zgadza się - potwierdził z kamienną miną Vulcan i wszyscy wybuchnęli śmiechem.- Trzeba było przywieźć tamtego, a tego zostawić na planecie - powiedział Bones. Śmiech się wzmógł. Spock przyglądał się wszystkim z ciekawością.Pierwszy uspokoił się Kirk.- Wiemy już, że przyczyną wszystkiego jest podporucznik Offenbach. Pytanie brzmi: Dlaczego? Co sprawia, że podporucznik może materializować swoje myśli?Zapadła cisza.- Żadnych koncepcji? - popatrzył na Spocka.Vulcan pokręcił głową.- Czujniki nie wykazują żadnych źródeł energii na planecie, które mogłyby wspomóc możliwości psychiczne pani podporucznik. Jest zwyczajną planetą klasy M, ze skąpą roślinnością i brakiem innych form życia.- Dużo tu gadania, żadnych konkretnych informacji - zirytował się Kirk.- Trudno jest podać informacje bez żadnych danych - odciął się Spock.- Nie zebrałeś żadnych danych, gdy byliście na planecie? - zapytał Bones.- Nie było co zbierać. Nie było żadnych anomalii, żadnych niezwykłych odczytów. Wszystko w normie.- Czy już kiedyś zdarzało się pani coś takiego? - Kirk badawczo przyjrzał się Offenbach.- Nie - odparła krótko i zdecydowanie.Kirk pokiwał głową.- Nie możemy tak po prostu stąd odlecieć. Naszym obowiązkiem jest zbadać tę sprawę. Co możemy jeszcze zrobić?- Mógłbym sprawdzić, co się dzieje z organizmem Offenbach podczas tych... zdarzeń na planecie - zaproponował McCoy.- To znaczy, że znowu będzie pani musiała przesłać się na planetę - kapitan popatrzył na dziewczynę. Kiwnęła głową.- Dobrze - powiedział Kirk. Zwrócił się do McCoya - weź co trzeba, prześlijcie się i wróćcie z czymś... czymkolwiek....Wszyscy się rozeszli.Na korytarzu Offenbach dogoniła McCoya.- Doktorze, mógłby pan poprosić pana Spocka, by przesłał się z nami?- A po co on pani? - zdziwił się Bones. Doskonale wiedział, jaki jest stosunek podporucznik do Vulcana.- Przy nim jestem tak spięta, że mogę kontrolować swoje odruchy. Przy nim nic złego się nie stanie, bez niego może na nas znowu wyskoczyć jakiś pies albo inny smok.Bones uśmiechnął się i pokiwał głową.- Za dziesięć minut spotkamy się w przesyłowni.- Dobrze.Dziesięć minut później do czekającej w przesyłowni Offenbach dołączyli Spock i Bones. Podczas wchodzenia na platformę dziewczyna przysunęła się do McCoya i szepnęła:- Co mu pan powiedział? - Ciii, te jego vulcańskie uszy...Offenbach uśmiechnęła się z miną kogoś, kto popełnił gafę. Spock, nawet jeśli słyszał, nie zareagował.Na planecie panował spokój. Spock popatrzył wyczekująco na podporucznik, a ona próbowała skupić myśli na czymś, co mogłoby się zmaterializować. Jak na złość w jej głowie panował całkowity chaos. Doktor skanował jej ciało. Wzięła głęboki oddech i popatrzyła w dal. Pomyślała, że mogłaby znowu przywołać roześmianego Spocka, doktor z pewnością by się ucieszył... Rozejrzała się. Ani śladu sobowtóra Vulcana.- Coś tu nie gra - bąknęła.Ruszyła za ogrodzenie. Wyszła i zaczęła uważnie się rozglądać. W ogóle zapomniała o strachu, jaki przedtem budziło w niej to miejsce. Spocka ciągle nie było. Odwróciła się do McCoya i Vulcana i wzruszyła ramionami.- Nic! - krzyknęła.- Czy wszystko jest tak jak przedtem? - spytał Bones.- Tak.- Nie, nie wszystko - skorygował ją Spock.Podszedł do niej powoli, stanął przed nią i groźnie powiedział:- Robi sobie pani z nas żarty. Zostanie pani pociągnięta do odpowiedzialności. Degradacja. Co to wszystko ma właściwie znaczyć?!Była zdumiona. Czego on od niej chciał? Nic złego nie zrobiła.- O co panu chodzi? - spytała cicho.- Mistyfikacja! Zaczęła się denerwować. Oskarżał ją o coś, czego nie zrobiła.- Nie wiem, co pani planuje, ale to się nie uda.- Spock, chyba przesadzasz - wtrącił się Bones.- Powinna być pani usunięta z Floty.- Nic nie zrobiłam! - krzyknęła wściekła i równocześnie bliska płaczu.Wrota ogrodzenia zatrzęsły się. Potem od zewnętrznej strony ktoś na nie wskoczył i usiadł.- Spock! - krzyknął Bones. - Drugi Spock!Przepraszam za tę napaść - wytłumaczył się Vulcan - ale zdaje się, że tylko silne emocje umożliwiają pani zmaterializowanie swoich myśli, a pani była całkowicie spokojna.Doktor skanował reakcje Offenbach. Co chwila zerkał na sobowtóra Spocka, siedzącego na wrotach, zadowolonego z siebie i szeroko uśmiechniętego.- To bardzo interesujące - powiedział, sprawdzając wyniki badań. - Co mówi twój tricorder, Spock?- To, co za każdym razem. Na płocie siedzi Vulcan. Płot jest zrobiony z kilku metalowych stopów. Otocze...- Dobra, dobra. Zachowaj to dla kapitana. Wracamy?- Z przyjemnością - odparła dziewczyna.- Już pani tak ta planeta nie przeraża - zauważył Spock.Offenbach popatrzyła nie niego, ale nie odpowiedziała. Bones wywołał Scotty'ego i wrócili na Enterprise.- I co? - zapytał doktora Kirk, gdy ten dotarł na mostek.- Nie znam się zbyt dobrze na psychologii, ale najwyraźniej jej empatia działa w jakiś sposób w obie strony. Gdy odczuwa silne emocje, tworzy obrazy, urealnia je. Jej metabolizm jest w tym czasie bardzo wysoki i niestabilny, podnosi się jej ciśnienie i temperatura ciała. Jednakże nie zauważyłem żadnych sił działających na nią. To ona działa na planetę.- Najlogiczniej byłoby przyjąć - wtrącił Spock - że planeta uwalnia w podporucznik pewne możliwości, jednakże sama moc jest w niej samej. Możliwe, że jest wiele osób, które byłyby do tego zdolne, tyle że żadna z nich nie była w grupie wypadowej.- Nie ma sensu eksperymentować z przesyłaniem ludzi na planetę, by sprawdzać ich możliwości - powiedział Kirk. - Wydaje mi się, że możemy opuścić orbitę. Badaniami będzie się już martwić dowództwo Floty i Federacja. Który z was sporządzi raport?- Doktor dysponuje wiedzą medyczną potrzebną do wyjaśnienia aspektów tego przypadku.- Pewnie, zwal to na mnie - burknął Bones i opuścił mostek.Na korytarzu natknął się na Offenbach.- Jak się pani czuje?- Dobrze. Mam nadzieję, że nic nie będzie mi się po tym śniło.- Spock na plocie z gębą roześmianą od ucha do ucha nie jest taki zły. W dalszym ciągu uważam, że powinniśmy byli wziąć tamtego, a naszego zostawić na planecie.- Chyba go polubiłam.- O? - zdziwił się Bones.- Przerażał mnie, ale wbrew pozorom nie jest taki lodowaty i nieczuły. McCoy ruszył w kierunku ambulatorium głośno się śmiejąc.

    Toreth
    Participant
    #20464

    To moje najpierwsiejsze opowiadanie Trekowe, jakie napisałam pare ładnych lat temu...

    Zarathos
    Participant
    #20465

    Milusie 🙂

Viewing 3 posts - 1 through 3 (of 3 total)
  • You must be logged in to reply to this topic.
searchclosebars linkedin facebook pinterest youtube rss twitter instagram facebook-blank rss-blank linkedin-blank pinterest youtube twitter instagram