Dług

Viewing 1 post (of 1 total)
  • Author
    Posts
  • Silver Phoenix
    Participant
    #4984

    Knajpa „Gwintowana Lufa” tętniła życiem – jak zawsze. Wypełniał ją barwny tłum. Byli tu wszyscy: przemytnicy, łowcy nagród, żołnierze Nowej Republiki..

    Przy skrytym w cieniu stoliku siedziało dwoje ubranych na czarno osób: człekokształtna kotowata oraz człowiek.

    - Co dalej? – spytała kobieta.

    Jej towarzysz wzruszył ramionami.

    - Ładunek dostarczony, pieniądze zainkasowane… Starczy na jakiś czas. Możemy zacząć rozglądać się za nowym zleceniem, ale bez pośpiechu.

    Kotka uśmiechnęła się lekko.

    - To dobrze. Byłaby to miła odmiana, nie sądzisz Khal? – jej ogon musnął wymownie łydkę człowieka.

    - Kee’lia, nie kuś mnie – roześmiał się tamten.

    - Masz coś przeciwko? – fuknęła kobieta, robiąc obrażoną minę.

    - Nie… Boję się, że to mi się za bardzo spodoba.

    Kee’lia westchnęła.

    - Ech, mężczyźni… Tylko jedno wam w głowach. Miałam na myśli zwykłe leniuchowanie.

    - Powiedzmy… - Khal urwał nagle. Jego uwagę przyciągnęła rozmowa przy sąsiednim stoliku.

    -… to pewna wiadomość – człowiek w mundurze żołnierza Nowej Republiki rozmawiał z dwoma łowcami nagród.

    - Skoro tak, to dlaczego nam o tym mówisz? Nie wolałbyś sam zgarnąć tej nagrody? – spytał jeden z łowców.

    - Nie mogę. To by źle wpłynęło na nasz wizerunek – odpowiedział żołnierz. – Nie mówiąc o tym, że w naszych kręgach byłoby to źle przyjęte.

    - Castor Linhan... – zamyślił się drugi z łowców.

    Khal drgnął. Jego towarzyszka natychmiast to zauważyła.

    - Co się stało? – zapytała cicho.

    - Chyba już wiem, dokąd polecimy na te wakacje…

    Dopił aromatyczną kawę, parzoną na ziarnach z Ysskorld. Kotka obserwowała go uważnie.

    - Opowiedz – poprosiła.

    - Na Crapiku – odparł jej towarzysz.

    Stary, poobijany YT-1300 leciał w hiperprzestrzeni. Khal zerknął na noszony na przegubie chronometr z imperialnym symbolem. Do celu pozostało jeszcze czternaście godzin.

    Zdjął zegarek, po czym przeciągnął się i wśliznął pod sztangę.

    Jedna z ładowni transportowca była przerobiona na coś w rodzaju sali treningowej. Znajdowały się w niej zarówno przyrządy gimnastyczne jak i mata do walki wręcz. Ćwiczenia fizyczne pozwalały pasażerom transportowca zabić nudę oraz utrzymać się w dobrej kondycji.

    Człowiek popatrzył na gryf. Odmierzył równe odległości i zacieśnił chwyt. Uniósł ciężar ze stojaka.

    Kiedy po skończonej serii położył sztangę na miejscu, od strony wejścia dobiegł pomruk:

    - Nigdy nie zrozumiem, dlaczego tak się katujesz.

    Kee’lia wsunęła się do ładowni. Miała na sobie najbardziej tradycyjny dla swojej rasy strój – czyli wyłącznie własne futro. Pozwalała sobie na taką swobodę jedynie w chwilach, gdy byli zupełnie sami. W innych przypadkach nosiła choćby minimalne okrycie.

    Usiadła ze skrzyżowanymi nogami na macie. Popatrzyła na sztangę. Wyciągnęła przed siebie rękę. Ciężki przyrząd uniósł się łagodnie ze stojaka. Manipulując Mocą kotka pobawiła się nim chwilę, po czym pozwoliła, by opadł na miejsce.

    - Przecież nauczyłeś się już takich rzeczy– mruknęła. – Tak jest dużo prościej.

    - Nie dla każdego – uciął Khal.

    - No dobrze – kobieta spoważniała. – Słucham.

    Moonfire zbierał chwilę myśli.

    - Wiele tego nie ma – powiedział w końcu z ociąganiem. – Castor i ja służyliśmy razem. Podczas jednego z lotów zwiadowczych nasz prom dostał się pod ogień Rebeliantów. Rozbiliśmy się na jakiejś planecie. Gdyby nie Linhan, nie rozmawialibyśmy teraz. Wyciągnął mnie z wraku kilkanaście sekund przed jego eksplozją. Nie musiał tego robić… Cóż. Jestem mu coś winien. Wiem, że odszedł ze służby po bitwie o Endor. Osiadł na pograniczu. Z tego, co słyszałem, ludzie go szanują. To, co o nim wiem i co pamiętam, nie pasuje do nasyłania nań łowców nagród. Coś tu nie jest tak – wzruszył ramionami.

    - Więc w imię starego długu zamierzasz nadstawiać karku – podsumowała Kee’lia.

    - Wiesz, że nie musisz schodzić ze statku.

    - Wiesz, że jeśli się zaraz nie zamkniesz, pozwolę się ponieść Ciemnej Stronie – odgryzła się kobieta.

    - Znowu?

    - Ożesz ty… - kotka rzuciła się na partnera i zaczęła go łaskotać.

    Statek wszedł w atmosferę planety. Po przebiciu jej górnej warstwy Khal położył transportowiec w lekki skręt, korygując kurs. Crapik kierował się prosto na boję portu kosmicznego. Kilka minut później zatoczył łuk nad niskimi zabudowaniami.

    - Siadaj w doku numer trzy – zaskrzeczał głos kontrolera.

    - Przyjąłem – odpowiedział Moonfire. Nie miał problemów ze znalezieniem właściwego miejsca. Wszystkie kosmoporty na planetach pogranicza były budowane według identycznego schematu. Ułatwiało to sprawę pilotom. Ostatecznie wielu z nich latało „od święta” i udziwnienia w architekturze wprowadzałyby tylko dodatkowy, zupełnie niepotrzebny zamęt.

    Poobijany YT-1300 osiadł na ziemi z jękiem amortyzatorów. Khal wyłączył silniki i wstał. Po raz ostatni obrzucił spojrzeniem konsole, po czym opuścił kabinę pilota.

    Kee’lia już na niego czekała.

    - Widzę, że jesteś już gotowa – zagadnął, widząc przyjaciółkę. Kotka skinęła tylko głową. Miała już na sobie pełne ubranie. Czarny materiał spodni i bluzy doskonale pasował do jej srebrnoszarego futra. Przez rękę przewiesiła płaszcz.

    Człowiek podszedł do włazu. Zdjął wiszący przy nim pas z ciężkim blasterem i zapiął go na biodrach. Obszerny czarny płaszcz zakrył broń.

    Mężczyzna uderzył dłonią w przycisk. Siłowniki zaszumiały cicho podczas opuszczania trapu.

    Dwójka pasażerów zeszła na ziemię. Mimo stojącego w zenicie słońca wcale nie było zbyt ciepło. Planeta była sporo odeń oddalona i najwyższa temperatura w dzień nie przekraczała piętnastu stopni.

    - Witamy na Darshanie – powitał ich szef obsługi naziemnej. – Postojowe, paliwo... – zaczął recytować zwyczajową litanię opłat. Khal odczekał cierpliwie.

    ..- czyli razem... – dobrnął wreszcie do końca tamten. Moonfire pospiesznie wręczył mu żądaną sumę, po czym on i jego towarzyszka opuścili dok.

    - Nawet nie tak dużo – odezwała się kobieta. Człowiek wzruszył ramionami.

    - To nie Coruscant. Wiedzą doskonale, że jeśli podniosą zbyt wysoko ceny, zamiast transportowców pojawią się promy. A do ich przyjęcia nie potrzeba portu. Straciliby robotę szybciej, niż nam się wydaje. Lepiej zarobić mniej...

    - ... ale mieć pewny dopływ kredytów – dokończyła Kee’lia.

    - Ano. Hmm, biuro Castora powinno być tam.. – pokazał na majaczący w oddali budynek.

    - Skąd wiesz?

    - Przejrzałem mapy – przyznał się Moonfire. Kotka prychnęła głośno.

    - Co za dokładność... – ruszyła przodem.

    Po kilku minutach marszu stanęli przed celem.

    - Miałeś dobrą mapę – mruknęła kobieta, patrząc na tablicę z napisem „ Siły policyjne”.

    - No cóż.. – Moonfire pchnął drzwi. Wszedł do środka i rozejrzał się. W następnej sekundzie ciężki Thunder znalazł się w jego dłoni.

    - Nie wyczuwam tutaj nikogo więcej – powiedziała cicho stojąca za jego plecami Kee’lia. Patrzyła na młodego mężczyznę w mundurze, będącym najwyraźniej tutejszym uniformem policyjnym. Człowiek był martwy. Sądząc po widocznych spod rozerwanego ubrania śladach na ciele – nie miał lekkiej śmierci.

    Moonfire podszedł ostrożnie do trupa i klęknął. Przyglądał się przez chwilę ranom.

    - Przesłuchiwali go – stwierdził krótko, chowając broń. Ufał przyjaciółce. Jeśli Kee’lia stwierdziła, że poza nimi nie ma tutaj nikogo więcej – to tak właśnie było. Przynajmniej – nikogo żywego.

    - Kto?

    - Łowcy nagród zapewne – podniósł się. Popatrzył w głąb korytarza, kryjącego wejścia do biur poszczególnych funkcjonariuszy. Westchnął ciężko i zaczął je przeczesywać. Kobieta dołączyła doń bez słowa.

    Naliczyli sześć innych ciał. Wyglądało na to, że nikt ich przed śmiercią nie torturował.

    - Brakuje Castora – stwierdził Moonfire.

    - Zabrali go ze sobą? – podsunęła kotka.

    - To po co torturowaliby dyżurnego? Nie – pokręcił głową mężczyzna. – Prawdopodobnie pytali, gdzie zniknął jego przełożony.

    - No dobrze – ustąpiła Kee’lia. – A jak my go znajdziemy? Nie mamy już kogo spytać.

    - Zapomniałaś, czego mnie uczyłaś?

    - Czujesz się na siłach zaufać odczuciom płynącym z Mocy? – kotka uniosła brwi.

    - Z tobą u boku? Jak najbardziej. Nawet, jeśli się pomylę, to chyba popchniesz mnie we właściwą stronę?

    - Zastanowię się...

    Obrzucili po raz ostatni spojrzeniami wnętrze budynku, który przypominał teraz bardziej kostnicę niż ostoję prawa.

    - Gdzieś z tyłu powinien być garaż – mruknął człowiek. – Zobaczmy, co mają...

    Mieli niewiele. Kilka landspeederów w różnym wieku. Najmłodszy pamiętał chyba jeszcze początki Imperium.

    - Ale graty – stwierdziła Kee’lia z niesmakiem.

    - Jaka placówka, taki sprzęt – odpowiedział Khal. – Trudno na takim zadupiu spodziewać się ostatniego krzyku techniki. Zobaczmy lepiej, czy coś z tego nadaje się do użytku...

    Rozpoczął pobieżną inspekcję. Dwa pojazdy odrzucił już na starcie. Korozja mu nie przeszkadzała, ale inne rzeczy – na przykład widoczny pod spodem wyciek – jak najbardziej.

    - Wrócę na statek po zapasy – zaproponowała kotka. – Kto wie, ile czasu zajmie nam podróż...

    - Dobra – Moonfire przyglądał się już trzeciemu pojazdowi. Kobieta wyszła na zewnątrz. Człowiek poskrobał się po głowie.

    - Zobaczmy... – szepnął cichutko do siebie. Podszedł do Couriera – typowego pojazdu używanego do transportu miejskiego oraz podróży pomiędzy osiedlami. Brak wycieków był dobrą wróżbą. Człowiek zajął miejsce w kokpicie. Uruchomił napęd.

    Wszystkie kontrolki świeciły na zielono. Jednostajny gwizd silnika świadczył o poprawnej pracy jednostki napędowej. Mężczyzna uśmiechnął się lekko. Przesunął dźwignię, dodając silnikowi mocy. Landspeeder uniósł się nad podłogą i ruszył do przodu.

    Gdy tylko opuścił garaż, na jego poszyciu miękko wylądowała Kee’lia. Wrzuciła do środka dwa plecaki i zajęła miejsce obok towarzysza.

    - Zapomniałeś czegoś – mruknęła, wyciągając rękę. Na jej dłoni spoczywał charakterystyczny przedmiot. Khal przyglądał się mu przez moment. W końcu ujął rękojeść miecza świetlnego i wsunął ją za pas. Kotka obserwowała go uważnie.

    - Przyzwyczaisz się – powiedziała. – Im prędzej to zaakceptujesz, tym lepiej. Nic już nie będzie dla ciebie takie samo. Nic. Noś go ze sobą wszędzie. Jeśli trafisz na kogoś władającego Mocą, niemal na pewno będzie uzbrojony w miecz świetlny. A kogoś takiego bardzo trudno jest pokonać zwykłą bronią.

    - Wiem, ale i tak... – Moonfire westchnął. Wszystko, co związane z Mocą, było dla niego nowe. Czuł się jak dziecko, rzucone na głęboką wodę. Kee’lia wiele mu wytłumaczyła i pokazała, ale jak sama stwierdziła, był to dopiero początek. Sporo rzeczy musiał się i tak nauczyć sam.

    A teraz... Teraz musiał użyć swej nowej wiedzy do odnalezienia ściśle określonej osoby. Skupił się.

    Kobieta poczuła przepływ Mocy. Mruknęła z zadowoleniem, niczym drapany za uchem kot. W końcu przecież nim była.

    Landspeeder skręcił w prawo i przyspieszył.

    - Jeśli właściwie wykorzystałem Moc, znajdziemy Castora sto kilometrów na zachód – powiedział człowiek.

    Kotka uśmiechnęła się lekko.

    - Pierwszy test...

    Mężczyzna uskoczył w bok, nurkując pod osłonę skał. W miejsce, w którym przed chwilą stał, trzasnął strzał z blastera. Uciekinier zerknął na stan magazynka i zmełł w ustach przekleństwo. Dużo energii mu nie zostało.

    - Poddaj się, Linhan! – zawołał jeden z łowców nagród. – Nie uciekniesz! Nie po tym, jak rozwaliliśmy twojego speedera!

    - Pałuj się – odwarknął Castor z ukrycia. – Żywcem mnie nie weźmiecie!

    - A to akurat nie jest przeszkodą – zarechotał łowca. Popatrzył na dwóch towarzyszy.

    - Zajdźcie go z boków. Przypilnuję, żeby nie odpełzł – powiedział cicho.

    - Dobra... – dwaj pozostali rozdzielili się i wykorzystując głazy jako naturalną osłonę, zaczęli obchodzić Linhana. Ten doskonale wiedział, co się święci, ale nic nie mógł na to poradzić. Gdyby wyściubił choć kawałek nosa z ukrycia, znalazłby się pod ostrzałem. Mógł tylko czekać. Żałował, że dał się zapędzić w ten kanion. Myślał, że da radę zgubić prześladowców w plątaninie skalnych przejść. Przeliczył się jednak. Teraz miał za to zapłacić.

    - Trudno, umrzeć można tylko raz – mruknął do siebie.

    W tym samym momencie usłyszał strzał z ciężkiego blastera. Wtulił się mocniej w skały.

    Chwilę później ktoś zagwizdał. Linhan słuchał ze zdumieniem. Króciutka melodyjka była sygnałem rozpoznawczym oddziału desantowego, w którym kiedyś służył. Tyle tylko, że wszyscy jego członkowie zginęli w katastrofie promu – wiele lat temu.

    No, prawie wszyscy...

    - Khalren? – zawołał.

    - Czy ja ci nie obiecałem kiedyś, że za zwracanie się do mnie pełnym imieniem spuszczę ci łomot? – dobiegło z przodu. – Wyłaź, jest już bezpiecznie.

    Castor wysunął ostrożnie głowę. Kiedy przekonał się, że nikt do niego nie strzela, wychynął z ukrycia. Kilkanaście metrów dalej zobaczył dwie postacie, stojące nad ciałem jednego z łowców nagród.

    Zbliżył się ostrożnie.

    - Kopę lat – przywitał go Moonfire.

    - Ano tak jakby – Linhan spojrzał w bok. – Kto jest z tobą?

    Druga postać odrzuciła kaptur czarnego płaszcza.

    - Poznaj Kee’lię – przedstawił ją Khal. Castor pokiwał domyślnie głową.

    - Nie wiedziałem, że Catharki zapuszczają się w te rejony – powiedział przyjaźnie.

    - Ja też – odparła kotka, nie wdając się w dalsze wyjaśnienia.

    - No dobrze... Coś przeskrobał? – włączył się Moonfire. – Dlaczego oficer Nowej Republiki wynajmuje łowców, żeby cię sprzątnęli?

    - Skąd wiesz, kto dał zlecenie?

    - Byłem przypadkiem w pobliżu, kiedy się z nimi dogadywał. Dlatego tu jesteśmy.

    - Cóż... Czuję się doceniony – uśmiechnął się Linhan ironicznie. Spoważniał jednak zaraz. – Przychodzi mi do głowy pewna osoba. Możecie go opisać?

    Kobieta i jej towarzysz spełnili prośbę Castora. Ten pokiwał głową.

    - Agriel Doohasa – stwierdził. – Więc jednak...

    - Możesz dokładniej? – Khal nie lubił owijania w bawełnę.

    - Dwa lata po odejściu ze służby spotkałem go na Deberonie. Szukał artefaktów, jakie pozostały po Jedi. W galaktyce jest całkiem sporo kolekcjonerów, płacących bajońskie sumy za dobrze zachowane znaleziska. Trudno jednak na nie natrafić. Jedi mieli kilkanaście miejsc, w których przechowywali wiedzę, ale uważa się, że ta wiedza zginęła wraz z nimi. Jednak w jakiś sposób Doohasa wszedł w posiadanie informacji na temat kilku ich lokalizacji. Udało mu się dotrzeć do zasypanej świątyni. Widziałem, jak z zimną krwią zabił kilkoro dzieci, które znalazły wejście tuż przed nim. Do mnie też strzelał. Myślał, że mnie zabił. I niewiele się pomylił. Do dziś nie wiem, jakim cudem przeżyłem i dałem radę wrócić do najbliższej osady.

    Kee’lia zrobiła zamyśloną minę. Miała pewne przypuszczenia, ale wolała zatrzymać je dla siebie.

    - Nie próbowałeś nic z tym zrobić? – zainteresował się Khal.

    - A dajże spokój. Komu miałem powiedzieć? Szefowi lokalnej policji, który siedział Doohasie w kieszeni tak głęboko, że nie było widać głowy? Czy może władzom Nowej Republiki? Jak myślisz, komu by uwierzyły? Rebelowi czy imperialnemu? – spytał z gorzką ironią Castor.

    - Taaa, chyba wiem, co masz na myśli – stwierdził Moonfire. – A czemu teraz próbuje cię sprzątnąć?

    - Pojawił się na Darshanie miesiąc temu. Domyślasz się chyba, po co... Kazałem mu znikać i nie wracać. Władza Nowej Republiki tutaj nie sięga, więc podlegałby mojej jurysdykcji.

    - Czemu go nie usunąłeś... Ostatecznie? - spytała Kee’lia.

    - Bo dla chciwca nie ma gorszej kary niż świadomość, że gdzieś tam leży majątek, a on nie może położyć na nim łapy.

    - No toś się doigrał... – westchnął Khal. – Trzeba coś z tym zrobić.

    - Masz jakiś pomysł? – kotka popatrzyła z zaciekawieniem.

    - Może i mam...

    Tydzień po walce w kanionie do biura sił porządkowych Darshanu wszedł człowiek odziany w ubranie typowe dla podróżujących po planetach pogranicza osób. Utrzymane w pustynnych tonacjach spodnie i koszula, do tego wysokie buty oraz przerzucony przez ramię płaszcz – jednym słowem stary wyga.

    - Witam – odezwał się uprzejmie siedzący za biurkiem dyżurnego Khal. Miał na sobie mundur darshańskiej policji. – W czym mogę panu pomóc?

    - Chciałbym się dowiedzieć, czy mogę bezpiecznie poruszać się po pustyni. Z tego, co usłyszałem po drodze, macie tutaj problemy z bandytami.

    - Nie większe, niż gdzie indziej – odpowiedział Moonfire. – Ostatnią groźniejszą bandę wykończył osobiście nasz szef. Niestety, sam też zginął.

    - Tak słyszałem – rozmówca starannie skrył uśmiech satysfakcji. – Szkoda tak dzielnego człowieka.

    - Taka służba – odparł Khal. – Może to spotkać każdego z nas. W każdym razie proszę zabierać ze sobą broń oraz radioboję awaryjną. Gdyby coś się stało, przybędziemy jak najszybciej.

    - Dziękuję – podróżny opuścił budynek.

    - Niewiele się zmienił – z sąsiedniego gabinetu wyszedł Linhan. Patrzył w zamyśleniu na drzwi.

    - Dokładnie – mruknął Moonfire.

    - Twoja przyjaciółka go nie zgubi?

    - Kee’lia? Zapomnij. Nie chciałbyś, by to na twoim tropie była.

    - Obyś miał rację...

    - Mam.

    Courier sunął spokojnie przez pustynię.

    - Jak myślisz, co to będzie? – spytała kotka, patrząc na detektor. Jego wyświetlacz pokazywał jasną kropkę, oznaczającą pojazd Doohasy. Utrzymywali stałą odległość pięciu kilometrów.

    - Trudno wyczuć – wzruszył ramionami Moonfire.

    - Z tego, co słyszałem, przed Wojną Klonów był tutaj mały posterunek Jedi. Zaledwie czterech rycerzy. Wyglądało, że czegoś pilnują. Nikt jednak nie wie dokładnie, czego – odezwał się Linhan.

    Khal zamyślił się. Dotknął delikatnie schowanego pod płaszczem miecza.

    - Dowiemy się – mruknął.

    Luksusowy speeder Agriela stał przed ruinami niedużego budynku, umiejscowionego u podnóża góry. Cała trójka rozglądała się ostrożnie.

    Kee’lia zajrzała do kokpitu. Tak jak się spodziewała – był pusty.

    Moonfire spoglądał na budynek.

    - Strażnica Jedi – rozpoznał.

    - Dokładnie – Linhan stał obok. Zerknął na przyjaciela z zaciekawieniem.

    - Znaczą dla ciebie coś te ruiny?

    - Niedużo – odpowiedział Khal. – Byli żołnierzami – jak kiedyś my. I znając historię, zginęli na posterunku – pochylił głowę.

    - Zastanawiałeś się kiedyś, czy było warto? – Castor nie musiał precyzować.

    - Nie wiem. Naprawdę nie wiem. Wiem tylko, że bez względu na pobudki czy to Imperatora, czy Rebelii, zginęło zbyt wiele osób. I zginie ich jeszcze więcej, zanim galaktyka się uspokoi. Nowa Republika, resztki sił imperialnych, pogranicze... To wszystko to jeden wielki kocioł, w którym się ciągle gotuje.

    - Zostawcie sobie takie przemyślenia na wieczory spędzane na emeryturze – gardłowy pomruk przywołał ich do rzeczywistości. Kee’lia rozglądała się uważnie.

    - Tam – wskazała w górę, na wąską ścieżkę.

    Wspinaczka była dość męcząca, ale niezbyt niebezpieczna. Kobiecie szło najlepiej. Jej iście kocie wyczucie równowagi było bardziej pomocne. Pozostali szli nieco wolniej. Po około piętnastu minutach stanęli przed wejściem do skalnego korytarza. Obrobiony kamień wskazywał na to, iż nie było to dzieło natury. Starożytne glify obramowywały wejście.

    Trójka wędrowców bez wahania zanurzyła się w czarną czeluść. Podręczne latarki ułatwiały im podróż. Po przejściu kilkunastu metrów korytarz dzielił się na trzy.

    - Zgaduj zgadula- mruknął Khal.

    - Rozdzielamy się – oznajmił Linhan. Bez wahania zanurzył się w jedno z wejść. Pozostała dwójka spojrzała na siebie.

    - Powodzenia – szepnął Moonfire.

    - Tobie też – skinęła głową kotka.

    Ruszyli w drogę.

    Korytarz opadał jednostajnie w dół. Khal stracił rachubę czasu. Pod ziemią wszystko wyglądało tak samo...

    Nagle gdzieś z przodu zamajaczyło światło. Człowiek poszedł w jego kierunku.

    Po przejściu około pięćdziesięciu metrów jego oczom ukazała się olbrzymia jaskinia, rozjaśniona przez świetlne refleksy. Moonfire zgadywał, że gdzieś w sklepieniu jest niewielki otwór, przez który wpadają promienie światła. Resztę roboty wykonywała misterna sieć małych luster. Niezliczone odbicia smug światła dawały doskonały efekt.

    Na środku jaskini stał strzelisty budynek. Khal zdał sobie sprawę z tego, że całe to miejsce pulsuje wręcz Mocą. Czuł też coś jeszcze: obecność niegdyś żywych istot. „Duchy Jedi”? – przemknęło mu przez myśl. Potrząsnął głową, kładąc to na karb napięcia.

    - No proszę, konkurencja – dobiegło gdzieś z boku. Mężczyzna zwrócił się w tamtą stronę. Z cienia wysunął się Agriel.

    - Tak mi się wydawało, że ktoś mnie śledzi – warknął. – Twój błąd.

    Uruchomił trzymany w ręku miecz świetlny. Krwistoczerwona klinga rozświetliła otoczenie.

    Moonfire błyskawicznie zrzucił płaszcz. Odruchowo wyciągnął przed siebie rękę. Rękojeść miecza sama weń wskoczyła. Oczy Doohasy zwęziły się, gdy zielone światło miecza przeciwnika zmieszało się z czerwienią trzymanej przez niego broni.

    - Więc to tak – uśmiechnął się drapieżnie. – Myślisz, że jesteś w stanie mnie pokonać? Sprzedałem tylko część artefaktów. Pozostałe zatrzymałem dla siebie – do studiów!

    Skoczył do przodu.

    Kee’lia z daleka już usłyszała charakterystyczne dźwięki walki prowadzonej przy użyciu mieczy świetlnych. Wbiegła do jaskini równocześnie z Linhanem. Ujrzeli, jak Doohasa i Moonfire wymieniają serię ciosów. Ich miecze zderzały się ze skwierczeniem.

    - Zakończę to – Castor uniósł do góry blaster. Kee’lia wykonała ręką krótki gest. Broń wyleciała Linhanowi z ręki.

    - Zostaw – mruknęła. – Teraz to sprawa między nimi. Nie mieszaj się.

    - Przecież Khalren nie ma szans! Zginie przez ciebie!

    - Niekoniecznie – z nieprzeniknioną miną kotka wróciła do obserwacji starcia. Nie dawała tego po sobie poznać, ale była gotowa w każdej chwili włączyć się do walki. Chciała jednak, aby jej towarzysz wykorzystał w końcu to, czego się nauczył. Jak na razie nieźle mu szło...

    - Nieźle, całkiem nieźle – wysapał Agriel, odskakując w tył. – Coś tam umiesz. To jednak za mało!

    Machnął dłonią. Ciężki stalaktyt oderwał się od sklepienia i runął w dół. Moonfire przetoczył się miękko po skale, unikając zmiażdżenia. Natychmiast stanął na nogi. Uspokoił oddech, po czym ruszył do ataku. Wyprowadzał cięcie za cięciem, spychając Doohasę do defensywy. Powoli, bezlitośnie przełamywał jego zastawy. Smagnięcie tu, przepalenie ubrania i zranienie ciała tam... Agriel opadał z sił. W końcu popełnił błąd. Źle odczytał zamiary przeciwnika. Przygotował się na odbicie bocznego ciosu, a Khal po prostu przebił go sztychem.

    Miecz wyleciał z bezwładnej dłoni Agriela. Mężczyzna skonał chwilę po tym, jak jego broń zadźwięczała o skałę.

    Moonfire wyłączył miecz. Patrzył przez chwilę na pokonanego. Podniósł jego broń.

    - Wszystko w porządku? – Kee’lia niczym duch pojawiła się u jego boku.

    - Owszem – skinął głową człowiek. Popatrzył w bok.

    - Chyba masz problem z głowy?

    - Chyba tak – przytaknął wesoło Castor. – Co zamierzacie zrobić z tym? – zatoczył ręką łuk.

    - Przyjrzeć się, co tu właściwie jest. Myślę, że to, co nie jest związane z Mocą lub Jedi może spokojnie zostać sprzedane. Reszta jednak...

    - Reszta niech tu zostanie – domruczała kotka. – Niewłaściwie wykorzystane artefakty mogą doprowadzić do tragedii. Dopóki nie znajdzie się ktoś, kto mógłby zapewnić ich właściwe użycie, niech sobie tutaj leżą.

    - Chyba macie rację – przyznał Linhan. – Jak na razie szczęścia nie przyniosły.

    Żadne z nich nie zauważyło, jak stojące wysoko na skalnym występie dwie prześwitujące, zakapturzone postacie pokiwały głowami z aprobatą.

    Wygrzebane z dysku, leżało tam chyba z półtora roku... Na razie tutaj, jeśli powstanie następna część - poproszę modów o przeniesienie topicu.

Viewing 1 post (of 1 total)
  • You must be logged in to reply to this topic.
searchclosebars linkedin facebook pinterest youtube rss twitter instagram facebook-blank rss-blank linkedin-blank pinterest youtube twitter instagram