Czas polatać

Viewing 7 posts - 1 through 7 (of 7 total)
  • Author
    Posts
  • Coen
    Participant
    #6547

    tagi: Star Wars; The Old Republic; TOR„Czas Polatać”Pokój pogrążony był w półmroku. Słabe światło dobywało się tylko z panelu komputera stojącego na kamiennej ławie, w jednym z kątów pomieszczenia. Pozwalało ono zauważyć skromny wystrój. Nagie, kamienne ściany, proste wojskowe łóżko i szafa na ubrania. Żadnego dywanu, żadnych rzeźb, żadnych kwiatów. Nic.Pokój miał za to jednego mieszkańca.Mężczyzna był olbrzymem według wszystkich galaktycznych standardów. Wysoki i wręcz nienaturalnie muskularny. Z dawał się szerszy niż wyższy. Ogolona na łyso głowa kontrastowała z długą, gęstą brodą, związaną z liczne, luźne warkocze. Dwie krzyżujące się blizny znaczyły surowe, szerokie oblicze.Siedział ze skrzyżowanymi nogami na krawędzi łóżka. Jego wysoko wysklepiona klatka piersiowa poruszała się miarowo w powolnych, głębokich oddechach. Jakby spał. Jednak gdy tylko terminal komputera zabuczał cichutko, mężczyzna otworzył oczy. Spojrzał na holograficzny wyświetlacz.- Zadanie wykonane. – Informował ciąg znaczków widoczny na nim. Mężczyzna uśmiechnął się pod zarostem,. Jego spojrzenie nie wyrażało radości. W głęboko osadzonych, granatowych oczach czaiła się niepewność. I smutek. Odetchnąwszy głęboko, pokręcił głową. Podjął już decyzję i za późno było na wątpliwości.Wstał szybko i podszedł do maszyny. Poruszał się przy tym ze żwawością jakiej nikt nie spodziewałby się po kimś jego gabarytów. Nacisnął kilka przycisków i dysk wysunął się z boku komputera. Zgarnąwszy go, zamknął w durastalowym pojemniku. Następnie podszedł do szafy i otworzył ją na oścież.W środku był komplet tunik i spodnich, w preferowanych przez Zakon, burych kolorach. Brodacz odsunął je jednak na bok i zdjął wiszący osobno wieszak. Jego usta ponownie ułożyły się w uśmiech. Nie zwlekając zaczął się ubierać.Ledwo skończył zapinać uprząż, gdy rozległ się ryk alarmu. Zarzucając na ramiona białą, futrzaną pelerynę, ruszył ku drzwiom.Cran szedł pewnie środkiem korytarza Akademii Jedi na Tythonie. W wysokim przejściu jego ciężkie kroki odbijały się echem pomimo hałasu czynionego przez syrenę alarmową. Cywilni pracownicy i Padawani biegnący w przeciwnym kierunku wymijali go rzucając zdziwione, długie spojrzenia. Mimo upływu lat w wielu z nich nadal potrafił dostrzec wzgardę, potęgowaną teraz jeszcze przez strój.Tym razem jednak się nie przejmował. Tym razem zamierzał im wszystkim odpłacić.Dotarłszy do kolejnego skrzyżowania, skręcił w prawo. To stąd biegła większość osób. Na końcu korytarza dojrzał pomału zamykające się pancerne wrota, grube na przeszło metr. Napis nad nimi, migający teraz alarmową czerwienią głosił „Przedział reaktora”. Strumień wybiegających przez nie zaczynał rzednąć.- Padawanie Cran. – Usłyszał nagle skrzeczący głos, dochodzący z boku. Rozpoznał go od razu i przyśpieszył. Mimo to stary Twi’lek pojawił się obok niego niemal od razu.- Padawanie Cran, gdzie się udajecie? – Spytał zielonoskóry mężczyzna. – Nie jesteście z ekipy technicznej. Ze swoim pochodzeniem nic tam nie pomożecie. To nie duchy sie tam kłócą, ani smoki nie wojują, tylko mamy wyciek antyprotonów. Proszę się zatrzymać, padawanie Cran. A i właśnie, czemu nie macie na sobie ceremonialnej szaty, tylko tą starą, barbarzyńską szmatę? I gdzie macie koszulę? Może na waszej planecie paradowanie pół nago i obnoszenie się z opuchlizną mięśniową jest uważane za coś w dobrym guście, ale w cywilizowanej przestrzeni...Olbrzym nic nie odpowiadał. W jego pamięci odżyły jednak inne połajanki jakie słyszał od tego starego capa. Już od pierwszego dnia, gdy kilka lat temu przywiózł go tu rycerz, któremu plemię Crana uratowało życie. Twi’lek skrzeczał natomiast dalej.Ostatni uciekający minęli ich obu. Wrota zsunęły się prawie całkiem, mając przed sobą ostatni metr. Zorientowawszy się, że brodacz wcale nie zamierza zwolnić i ignoruje jego uwagi co do swojego wyglądu, zielonoskóry złapał olbrzyma za ramię. Chciał go zatrzymać, ale miał wrażenie jakby złapał za burtę lecącego śmigacza.- Padawanie, stanow...! – Zaczął podniesionym głosem, przerwał jednak, gdy ręka Crana wystrzeliła w górę. Wierzch żylastej, szerokiej pięści trzasną Twi’leka w twarz i ten jęknąwszy spłynął na podłogę. Olbrzym rzucił jeszcze na niego okiem, nim przeskakując kilka schodków dostał się na poziom wrót. Pancerne skrzydła zatrzasnęły się ze zgrzytem w kilka sekund po tym, jak przez nie przeszedł.Opuszczona maszynownia tonęła w hałasie syreny i błyskach ostrzegawczych lamp. Cran biegiem pokonał kilka korytarzy. Nie przejmując się drabinkami i podnośnikami osobowymi, skakał z poziomu na poziom. Nie musiał nawet posiłkować się w tym Mocą. Jego ogromne, podobne do wiekowych drzew nogi bez trudu amortyzowały kilku metrowe upadki.W efekcie w dwie minuty i nieniepokojony przez nikogo dotarł do zapasowej rozdzielni reaktora. Było to niewielkie, niewygodne dla niego pomieszczenie. Musiał wręcz wchodzić do niego bokiem a w środku stać lekko pochylonym aby zmieścić się pomiędzy szafami diagnostycznymi i pulpitami. Mimo to nie narzekał.Z kieszonki przy pasie wydobył pudełko z dyskiem i wsunął je do czytnika. Następnie przebiegł palcami po przyciskach. Gdy na jednym ekranie pojawiła się sekwencjaładowania, olbrzym przecisnął się do kolejnego terminala. Tu również szybko zabrał się do pracy. Widać przy tym było, że obsługa komputera sprawia mu lekki problem. Jego szerokie, sękowate palce czasem wciskały po kilka klawiszy.Mimo to skończył w tym samym czasie co program na pierwszym terminalu. Zatwierdził wprowadzone zmiany i zabrał z powrotem swój dysk. Wtedy dostrzegł coś kątem oka. W koncie pomieszczenia umieszczony był ekran ochrony, losowo pokazujący obraz z kamer. Dostrzegł na nim swoją koleżankę, biegnącą w towarzystwie dwóch droidów z ochrony. Cran popatrzył na podpis pod obrazem, potwierdzając swoje podejrzenia. Błysnął mocnymi zębami w szerokim uśmiechu i z uznaniem skinął głową.Nie marnując więcej czasu, wydostał się z za ciasnego dla siebie pomieszczenia. Następnie ruszył biegiem pomiędzy reaktorami. Bez trudu przeskakiwał nad urządzeniami, wspinał się po nich, lub wręcz poruszał tylko za pomocą ramion, czepiając rur i co mocniejszych przewodów. Jego ruchy były przy tym wręcz nienaturalnie lekkie i zwinne. Zupełnie jakby ważył pięćdziesiąt kilogramów a nie ponad trzy razy więcej.Dotarł w ten sposób do przeciwległej ściany komory reaktorów. Znajdowała sie tu drabinka, prowadząca na kolejne poziomy kładek dla mechaników. Nie zaszczycił jej nawet spojrzeniem. Zamiast tego skoczył w górę, wybijając sie z obu nóg. Bez trudu uchwycił się najniższej kładki i z dziecinną łatwością podciągnął na nią. Powtarzając to kilka razy, dotarł do niskiego i szerokiego korytarza dla droidów inżynieryjnych. Oświetlały go migające, pomarańczowe światła. Dzięki nim Cran bez obaw ruszył biegiem przez ten nieprzyjazny ludziom teren.Klnąc pod nosem, Kara Carsen wbiegła do szerokiego holu. Z ulgą zauważyła, że wrota po jej lewej są nadal szczelnie zamknięte, a w całym pomieszczeniu nie było nikogo. Znaczyło to, że zdążyła.- Ty stań przy wrotach, a ty idź do wylotu korytarza. – Rozkazała obu droidom. – Skoro jeszcze go tu nie ma, to zaraz się zjawi.- Rozkaz, rozkaz. – Zatrajkotały obie maszyny ruszając na pozycję. Energetyczne bokeny treningowe zasyczały w ich szczypcach i zalśniły żółtym światłem. Przechodząc na środek holu, Kara również dobyła broni. Dwa zielone ostrza, złożone z czystej energii, z sykiem obudziły się do życia.Aby rozruszać nadgarstek, padawanka obróciła szybko podwójnym mieczem i stanęła w pozycji do walki. Jej brązowe oczy skupiły się na wylocie korytarza. Cisza zagościła w holu, przerywana tylko przez brzęczenie aktywnych ostrzy oraz cień odległych syren.- No, dalej. – Kobieta szepnęła pod nosem. – Gdzie jesteś? Znam cię na tyle, ty draniu. Musisz tu przyjść. Czekam...Wtem kratka serwisowa po jej lewej oderwała się od ściany z głośnym zgrzytem. Odbiwszy się kilka razy od podłogi, uderzyła w przeciwległą ścianę. Droidy zwróciły się od razu w jej stronę, Kara zaś odskoczyła w tył. Zasłaniając się przed ewentualnymi odłamkami, spojrzała w powstały otwór.Cran stał w nim przez sekundę analizując sytuację.- Uprasza się o nie stawianie oporu. – Mechanicznie odezwały się droidy ruszając w jego kierunku. Brodacz przekrzywił głowę w obie strony, rozciągając mięśnie i ścięgna karku. Następnie zeskoczył na podłogę.Pierwszy robot zaatakował prostym cięciem znad głowy. Brodacz zablokował cios przedramieniem, przyjmując ładunek elektryczny z lekkim tylko skrzywieniem. Następnie złapał za chudą metalową szyję, a drugą dłonią za krawędź napierśnika. Potężnym szarpnięciem przerwał przewód energetyczny i maszyna zwaliła się na ziemię.Schyliwszy się, Cran poderwał bokena akurat gdy drugi droid był już przy nim. Prostymi, oszczędnymi ruchami zablokował kilka jego ciosów. Następnie wyskoczył w górę, jednocześni uderzając za głowy. Furkot powietrza ciętego tym oburęcznym ciosem stał się głośniejszy niż syk broni.Maszyna uniosła swój boken nad głowę, w najbardziej podstawowym z bloków. Ostrza zderzyły się ze zgrzytem. Siła ciosu Crana, wspartego wagą całego ciała zmiotła obronę maszyny, wpychając oba bokeny w jego głowę. Nastąpił rozbłysk, połączony z energetycznym zgrzytem. Droid zrobił kilka szybkich kroków w tył, gdy po jego metalowym ciele rozchodziły się żółte wyładowania. Dymiąc lekko, opadł na plecy. Światła w jego sensorach optycznych zgasły.Odwracając się w stronę Kary, brodacz na moment napiął i rozluźnił mięśnie piersiowe, podobne do pancernych płyt. Uprząż, którą miał na sobie, składała się z dwóch krzyżujących na mostku pasów skóry i metalowych płytek. Gest ten, podobny strzepnięcia dłoni był więc w pełni widoczny.- Dobrze cię widzieć, Karo. – Odezwał się Cran, odrzucając boken za siebie. – Jakoś mnie nie dziw, że to ty pierwsza się w tym połapałaś. Oboje od dawna wiedzieliśmy, że twoja mistrzyni cię nie docenia.Jego głos pasował w pełni do postury. Był niski i dźwięczny, przywodzący na myśl dzwon wykonany z brązu. Carsen nie opuściła jednakże swojego miecza.- To wszystko twoja sprawka? – Spytała, z mieszaniną goryczy i oskarżenia wypisaną na twarzy. – Katastrofa wahadłowca, sabotowanie reaktora?- Nie bądź śmieszna, Kara. Wahadłowiec sam sobie spadł. Po prostu skorzystałem z okazji.- Aby nas zdradzić?! Jedi i Republika dały ci dom i wielką szansę! Tak nam odpłacasz, cholerny dzikusie?!- Sama sobie właśnie odpowiedziałaś. – Pogoda zniknęła z jego twarzy, zastąpiona grymasem gniewu. – Przez przeszło pół dekady musiałem wysłuchiwać waszych przytyków, śmiechów i krytyki. „O, patrzcie, dzikus nie wie jak używać dozownika żywności” „Patrz, Cran, to jest ogień. Wbrew temu co ci mówiono nie jest darem bogów i nie musisz się do niego modlić, ani strzec całą noc. Da siego łatwo rozpalić.” I tak dalej i temu podobne.- I tyle? – Carsen spytała niedowierzając. – Kilka osób było dla ciebie niemiłych i dlatego jesteś gotów zdradzić nas wszystkich i skazać na śmierć?Słysząc to, brodacz uniósł brew ze zdziwienia.- Nie trudno się domyślić. – Parsknęła kobieta. – Gdybyś tylko chciał nawiać, nikt by cię nie zatrzymywał. Cały ten cyrk dowodzi, że coś ukradłeś. Nie widzę żadnego worka z łupami, a więc pewnie są to dane.- Jak mówiłem, oboje wiemy, że twoja mistrzyni cię nie docenia. – Olbrzym przyznał z uznaniem. – Kolejny przejaw arogancji tak Zakonu jak i całej Republiki.- Teraz to ty nie bądź śmieszny! Co, zaczniesz mnie przekonywać jak to jestem tu gnębiona i o ile lepiej będzie mi u Sithów? Sądzisz, że dostaniesz u nich więcej punktów, jak mnie namówisz do zdrady?Ku jej zaskoczeniu, Cran wzruszył tylko ramionami.- Jesteś dorosła, sama wiesz co dla ciebie dobre i możesz podejmować własne decyzję.- Masz rację. – Odparła, robiąc młynka mieczem. – Dlatego nie pozwolę ci dostać się do twojego frachtowca.Brodacz spojrzał na wrota znajdujące się za jej plecami. Oboje wiedzieli że w środku zadokowany był mały statek na którym w ciągu ostatniego roku Cran pobierał intensywne nauki. Następnie przeniósł spojrzenie z powrotem na kobietę.- Jak chcesz. – Powiedział skinąwszy głową i sięgnął za swoje plecy. W jego dłoni pojawiła cię czarno-czerwona tuleja, długa na jakieś trzydzieści centymetrów. Z cichym wizgiem na jej końcu zmaterializowała się błękitna, energetyczna klinga.Nie czekając więcej, boje skoczyli w swoim kierunku. Korzystając z Mocy, aby przyśpieszyć swoje ruchy, pokonali dzielącą ich odległość w kilka sekund. Kara zaatakowała jako pierwsza. Wyskoczyła w powietrze, i robiąc piruet, cięła na odlew. Olbrzym zablokował jej atak oszczędnym ruchem. Nim zdążył skontrować, padawanka cięła drugim ostrzem. Cran w ostatnim momencie zdążył cofnąć kolano, unikając amputacji.Następnie zakręcił młyńca w nadgarstku i zaatakował. Carsen musiała salwować się ucieczką. Sparowała z nim tyle razy, aby wiedzieć, że nie ma szans zablokować jego niszczycielskich ataków. Musiała ich unikać, w ostateczności zaryzykować zbijanie w bok.Jednocześnie wiedziała, że jest od niego lepsza. Dzięki zręczniejszemu władaniu Mocą była szybsza i zwinniejsza. Opanowanie dwuostrzowego miecza również dawało jej przewagę. Musiała tylko zaczekać na okazję aby z tego w pełni skorzystać. Albo ją stworzyć.Strumienie energii zderzały się z charakterystycznym zgrzytem. Obszerny płaszcz Kary i futrzana peleryna Crana furkotały przy błyskawicznych ruchach. Ich ataki, obrony i kontr przechodziły jedna w drugą, splatając się w jeden ciągły taniec. Mistrzowie miecz tak wśród Jedi jak i Sithów nie byliby zachwyceni tym przedstawieniem. Ich czujne, wyćwiczone oczy bez trudu odnajdywałyby błędy w postawie i atakach obojga walczących. Ale dla wszystkich innych, nawet niektórych rycerzy czy wojowników byłoby to zapierające dech w piersi widowisko. Jednocześnie piękne i przerażające.Kara w ostatnim momencie odskoczyła przed zamaszystym ciosem, niemal machinalnie atakując prostym cięciem. W miarę mijania kolejnych sekund pojedynku była coraz bardziej zdziwiona. Nieźle znała agresywny styl walki Crana, oparty niemal zupełnie na potężnych, oszczędnych ruchach śmiercionośnego stylu Ataru. Jednak dziś coś się zmieniło. Olbrzym walczył inaczej, jak jeszcze nigdy przedtem. Nie chodziło tu o agresje czy zło. Tych bowiem, co jeszcze dodatkowo ją zaskakiwało i niepokoiło, nie odczuwała dziś od niego bardziej, niż zwykle. Powodowało to, że podświadomie zaczynała w siebie wątpić. Bo, czy znaczyło, że Cran od zawsze był przesiąknięty złem a ona tego nie rozpoznała i po prostu do tego przywykła? Nie wiedziała.Dopiero kiedy nie zdążyła uchylić się przed cięciem, które powinno pozbawić ją połowy czaszki zrozumiała o co chodziło. Było już jednak za późno.Niebieska klinga minęła jej kształtną główkę, nie zahaczając nawet jednego z kasztanowych włosów i pomknęła wzdłuż ramienia. Z ogromną siłą trzasnęła w jedno z zielonych ostrzy, spychając je na bok. Kara dostrzegła błysk tryumfu w oczach mężczyzny, gdy jednym krokiem znalazł się tuż przy niej. Szybkim ruchem złapał ją za bark i przygarnął do siebie. Następnie wybił się w górę i okręcił w pół piruecie.Świat zawirował padawance przed oczami, gdy z ogromną siłą została oderwana od ziemi i ciśnięta jak szmaciana laleczka. Ujrzała jeszcze prędnko oddalający się sufit i gwiazdy rozbłysły jej pod powiekami, gdy z ogromną siłą uderzyła plecami o podłogę.Cran, który aby zwiększyć siłę uderzenia, opadł na kolana obok niej, spojrzał na powaloną przeciwniczkę. Kształtny biust kobiety nadal poruszał się w oddechu, choć powieki opadły. Brak krwi w nosie i uszach, upewnił go jednak, że czaszkę ma całą, a brak charakterystycznego trzasku, że inne kości również przetrwały uderzenie. Szok i wyciśnięte z płuc powietrze po prostu pozbawiły Carsen przytomności.Podnosząc się z kolan, brodacz rozłożył dłonie, sięgając Mocą na boki. Oba miecze świetlne, jego i kobiety, przyleciały do jego rąk. Wiedząc, że nie ma wiele czasu, ruszył biegiem w stronę drzwi do hangaru. Nie marnował czasu na próbę hakowania ich kontrolek. Po prostu uruchomił obie sztuki broni i płynnym ruchem wyciął w stali półtora metrowy okrąg.Przeskoczywszy go, pognał w stronę kanciastego frachtowca stojącego trochę z boku sporego hangaru. Na skutek alarmu, w pomieszczeniu nie było nikogo, kto mógłby go zatrzymać.Kara jęknęła, czując jak wraca jej przytomność. Była zaskoczona, że jeszcze żyje. Nim zaczęła to rozważać zrozumiała co ją obudziło. Był to głośny huk jonowych silników.Rozejrzała się błyskawicznie, podnosząc na nogi. Świat zakołysał się jej przed oczami, zdołała jednak utrzymać równowagę. Od razu też dostrzegła otwór we wrotach. Jego krawędzie ciągle dymiły.Nie zwlekając pobiegła ku niemu. Skoczyła głową naprzód i przeturlała po podłodze, nie chcąc ryzykować sparzenia o krawędź. Zerwawszy na nogi rozejrzała gotowa do dalszej walki. Wiedziała jednak, że już za późno.Frachtowca nie było, a rześkie, pachnące lasem powietrze wskazywało, że pole energetyczne zamykające otwór wylotowy, po przeciwległej stronie hangaru, nie działa. Z ulgą zauważyła, że nie ma tu żadnych ciał, ale przypomniała sobie, że pewnie wszyscy uciekli z powodu fałszywego alarmu reaktora.Zrezygnowana pokręciła głową, ruszając pomału przez pusty hangar. Musiała przyznać Cranowi, że zaplanował to bardzo dobrze. Na pewno były aspekty których nie przewidział i przy odrobinie szczęścia całkiem sporo rzeczy mogło pokrzyżować mu plany. Szczęście im jednak dziś nie dopisało.Mimo wszystko czuła lekki podziw dla tego olbrzymiego barbarzyńcy. Pochodząc ze świata, który jeszcze nie odkrył nawet elektryczności, o podróżach kosmicznych nie wspominając, w ciągu kilku lat zdołał nauczyć się dość aby okpić ich wszystkich.Jednocześnie, w jej umyśle zaczęły pojawiać się wątpliwości, czy przypadkiem nie miał racji. Widziała jak wiele osób traktowało go z góry, śmiejąc się za jego plecami a nieraz i w twarz. Sama też, co przyznawała ze wstydem, jak była młoda parę razy okrutnie z niego zakpiła. Do tej pory nigdy jednak nie myślała...Jej uwagę zwróciło coś przy ścianie hangaru. Rozpoznała to od razu i sięgnęła Mocą. Jej miecz świetlny przyfruną do dłoni. Włączyła go ostrożnie i oba zielone ostrza przecięły pustkę. Spoglądała na nie przez chwilkę, zamyślona. Następnie popatrzyła przez otwór wylotowy, na niebo, na którym przed momentem zniknęły dyszę jonowych silników.- Przepraszam. – Wyszeptała.Olbrzym ściągnął stery do siebie. Frachtowiec odpowiedział od razu, zwiększając kont wznoszenia. Posłuszny kolejnym poleceniom ze sterów wyminął dwa namierzające go satelity i z maksymalnym ciągiem pognał w pustkę kosmosu. Kątem oka obserwując wskaźniki czujników, Cran czekał na charakterystyczne piknięcie komputera nawigacyjnego. Mimo wszystko jeszcze nie był bezpieczny. W niewielkiej odległości od Tythona stacjonowała flota Republiki. Nie blokowała co prawda ani planety ani układu, ale nie było wiele potrzeba aby zdołali go powstrzymać. Lub chociaż znacznie wszystko utrudnić.- To mój czas aby polatać... – Brodacz zanucił pod nosem refren starej piosenki. – Podążaj za mną, bądź ze mną tej nocy...Odpowiadając na cichy zew pragnień złożył stateczek na skrzydło, cały czas nie redukując ciągu. Przeciążenie wcisnęło go boleśnie w za ciasny dla niego fotel. Mebel zaskrzypiał ostrzegawczo i coś w nim strzeliło. Mężczyzna musiał zaprzeć się nogą aby nie polecieć na bok.- Mur... – Zaklął, ale nie dokończył wulgaryzmu. Przerwał mu wyczekiwany sygnał z kom-nawu. Wyrównał szybko lot i przerzucił manetkę hipernapędu. Gwiazdy przed kokpitem wyciągnęły się w długie linie i z głośnym hukiem przełamywania bariery przez silniki, frachtowiec zapadł się w hiperprzestrzeń.Odetchnąwszy głęboko, Cran puścił stery i opadł na oparcie. Profilowane zagłówki boleśnie wbiły się w jego szerokie plecy. Warknąwszy pod nosem, zerwał się z siedziska i przeszedł za nie. Szybkim ruchem dobył miecza i niebieska klinga rozmazała się w smugę w słabym świetle kokpitu. Olbrzym ciął płynnym, parabolicznym ruchem i stal tylko zasyczała gdy przenikała ją energia. Fotel stał jeszcze na swoim miejscu, gdy mężczyzna chował miecz. Dopiero moment później, na skutek wibracji silnika, przechylił się na bok i opadł na pokład.Złapawszy za boki niewygodnego mebla, Cran uniósł go nad głowę i cisną metalową bryłą, jakby nic nie ważyła. Z mściwą satysfakcją obserwował jak odbija się od pokładu i przeciwległej ściany ładowni. Spełnił właśnie marzenie, które miał od kiedy po raz pierwszy zaczął przesiadywać w tym fotelu po dwadzieścia godzin tygodniowo.Uśmiechając się pod nosem, podszedł do kontroli środowiska. Musiał coś zmienić.A frachtowiec na autopilocie leciał dalej.Ciężki oddech brodacza odbijał się od ścian pustej ładowni. Pot perlił całe jego olbrzymie ciało, gdy na przemian opuszczał się i podnosił. Stał na rękach, z nogami sztywno wymierzonymi w sufit, co chwila zginając ramiona tak, że dotykał czołem zimnej, stalowej płyty. Zaraz potem się podnosił. I znowu. I jeszcze raz. I jeszcze...Skutecznie zabijał tym czas, czekając. Najpierw podczas długiej podróży w hiperprzestrzeni, a teraz oczekując w nieoznaczonym systemie odpowiedzi na nadawany przez siebie sygnał. Wiedział, że ona nadejdzie. Musiał tylko urozmaicić sobie czas.- Dwadzieścia. – Zipnął, wybijając się w górę trochę mocniej. Jednocześnie pozwolił nogom opaść w przód i dzięki temu sprężyście wrócił do pionu. Wyprostował się oddychając ciężko. Mimo to, nie chciał jeszcze kończyć treningu. Stanął więc w pozycji do walki. Pomału, starannie zaczął wyprowadzać kolejne uderzenia i chwyty.Zupełnie jakby zmagał się z przeciwnikiem zaopatrzonym w pas ukrywający.Jego ruchy nie miały w sobie nic ze spokojnej gracji preferowanej przez Jedi. Przypominały bardziej spowolnione ruchy dzikiego zwierzęcia. Drapieżnika. Były płynne i dokładne, wyrażały jednak bardziej siłę niż spokój Zakonu, albo agresję Sith.Stopniowo, z ruchu na ruch, Cran przyśpieszał. Każde kolejne uderzenie, każdy następny chwyt, następowały po poprzednim odrobinę szybciej. Doszedł już do momentu, gdy chciał sięgnąć po Moc, aby jeszcze bardziej przyśpieszyć, gdy komputer zawył ostrzegawczo.Brodacz ruszył do kokpitu i w paru susach stanął przed kontrolkami. Na granicy widoczności dostrzegł szary punkt, który rósł w oczach. Spojrzawszy na czujniki, mężczyzna upewnił się. Był to pancernik klasy Harrower, należący do Imperium Sithów. Ten, na którego czekał.Jakby na potwierdzenie tego, zapikał system łączności. Cran szybko wcisnął przycisk połączenia, nie przejmując się swoją nagością. Komunikatory i tak pokazywały tylko popiersie rozmówców. Takie popiersie zmaterializowało się właśnie przed nim, należąc do atletycznego mężczyzny w sile wieku.- Tu graf Jor... – Zaczął hologram, gdy nagle przerwał a na jego pociągłym obliczu zagościło zniesmaczenie. – Dlaczego jest pan nagi?Przewracając oczami, Cran przypomniał sobie, że niektóre okręty miały system skalibrowany na pokazywanie całej sylwetki. Zapomniał o tom przed chwilą, bo nigdy nie dane mu było choćby postawić stopy na takiej maszynie.- Z powodu cięć budżetowych. – Odparł szybko, pierwszą sarkastyczną odpowiedzią jaka przyszła mu do głowy. – A pańskie zaskoczenie jak mniemam wynika z faktu, że po raz pierwszy widzi pan nagiego mężczyznę?Gniewny grymas przebiegł przez oblicze grafa, ale opanował się od razu.- Przesyłamy do pańskiego komputera dane dokowania. Proszę je wprowadzić i doprowadzić się do porządku. Lady Messmira będzie na pana czekać na mostku, a mój oddział war...znaczy strażników honorowych, doprowadzi pana z doków.Bez pożegnania, starszy mężczyzna zakończył połączenie. Cran parsknął tylko głośno. Następnie odczytał przesłane dane i wprowadził je do autopilota. Silniki jonowe jego frachtowca ożyły, gdy wolno ruszył na spotkanie pancernika.Sprawdziwszy jeszcze pobieżnie pozostałe kontrolki, brodacz ruszył w stronę kajuty kapitańskiej. Potrzebny był mu prysznic.Mimo, że pancernik miał bardzo liczną załogę, przy jego ogromie było sporo pustej przestrzeni. Przez jeden z takich pustych korytarzy szedł teraz Carn, wraz z towarzyszącą mu czwórką ciężko uzbrojonych strażników. Wszyscy dorównywali mu wzrostem, lub wręcz byli od niego wyżsi. Choć ich mundury były galowe, a broń skierowana w dół, olbrzym zauważył, że jest ona odbezpieczona. A wszyscy trzymają palce przy spustach.Nim zdążył się tym poważnie zdenerwować, dotarli do olbrzymich wrót prowadzących na mostek. Rozsunęły się one z sykiem serwomechanizmów, odsłaniając widok na przestronne centrum dowodzenia okrętu. Przeszklone na większości ścian, miało dwa poziomy. Ten na który wchodził pełnił funkcje tarasu widokowego. Po obu bokach były trapy prowadzące na niższy poziom, gdzie znajdowały się faktyczne kontrolki. Krzątało się tam wiele osób, zbierające odczyty i wprowadzające w życie kolejne rozkazy.Na tarasie stały tylko dwie osoby.Jednym był sam graf Jarrak Harin, dowódca tego pancernika, noszącego dumną nazwę „Okaleczyciel”. Graf był potężnym mężczyzną, koło metra dziewięćdziesięciu wzrostu i ważącym ponad sto kilogramów. Blisko pół wieku, które miał za sobą nie odcisnęły żadnego piętna na jego sylwetce ani postawie. Tylko lekkie pasma siwych włosów na skroniach oraz drobne zmarszczki zdradzały, że nie jest młodzieniaszkiem. Cran poświęcił mu jednak tylko pobieżne spojrzenie, całą uwagę skupiając na stojącej obok niego kobiecie.Uśmiechnęła się na widok wchodzącego olbrzyma i ruszyła w jego stronę.- Nareszcie jesteś. – Powiedziała ociekającym słodyczą głosem.Była zauważalnie starsza od Crana, co dowodziły przyjemne dla męskiego oka, bujne kształty. Rude włosy opadały jej falami na nagie ramiona i pokaźny dekolt. Miła na sobie bogaty, ciemno-czerwony gorset i skórzaną spódniczkę do pół uda. Na nogach zaś wysokie buty na kilku centymetrowym obcasie. Dzwoniła teraz nimi o stalowy pokład. Pięknie zdobiona, lekka rękojeść świetlnego miecza przy każdym kroku obijała jej się o kształtne biodro.Gdy tylko podeszła, brodacz wziął ją w ramiona, przytulając do swojej szerokiej piersi. Ich usta spotkały się w gorącym pocałunku. Graf wymownie spojrzał w okno, a czwórka strażników rozstawiła się przy wrotach.- Nie mogłem się doczekać. – Cran powiedział z uśmiechem, gdy w końcu oderwał się od niej aby zaczerpnąć tchu. – Nareszcie możemy być razem, Messami.- Tak. – Zapewniła go, przytulając się. – Mój mistrz się zgodził abyś do nas dołączył. Znaczy...Głos się jej zawahał i odsunęła się lekko aby spojrzeć mu w twarz.- Znaczy, jeśli przywiozłeś to. Masz to prawda, Cran? Proszę, powiedz, że tak. – Jej głos był tak słodki, że niemal dało się nim słodzić herbatę.Uśmiechając się, brodacz sięgnął do kieszonki przy pasie i wydobył z niej pojemnik z dyskiem.- Czy kiedykolwiek cię zawiodłem, moja pani? – Spytał wkładając go w jej dłoń. Uśmiech kobiety poszerzył się z radości, ukazując perłowo białe ząbki, idealnie kontrastujące z ciemną szminką.- Och, to cudownie. Teraz oboje będziemy mogli dostać to, na co zasługujemy. – Gdy mówiła to jej głos nieznacznie się zmienił, stając o ton zimniejszy. Nie zważając na to, Cran przyciągnął ją z powrotem do siebie, schylając się do kolejnego pocałunku.Wtedy Messmira rozwarła dłoń, odpychając go Mocą. Olbrzymie ciało mężczyzny wystrzeliło jak z katapulty, przelatując kilka metrów nim uderzyło o ścianę. Opadając na pokład, brodacz pokręcił szybko głową, próbując dojść do siebie.- Co je... – Wybełkotał cicho, zaskoczony.- Brać go! – Jarrak rozkazał twardo. Kobieta uśmiechnęła się drwiąco, widząc jak czterech strażników rzuca się na klęczącego olbrzyma. Kolby ich broni poszły w ruch, spadając gradem ciosów na jego osłonięte futrzaną peleryną ramiona i plecy.Graf podszedł szybko do rudowłosej i stając za nią. Szybkim, brutalnym ruchem, władczo przyciągnął ją do siebie. Messmira jęknęła, ale uśmiech na jej ustach stał się radosny. Wymownie przytuliła się do dowódcy, kantem pudełka kreśląc po swoim dekolcie.Strażnicy przystopowali z uderzeniami, opadając na byłego padawna. Chcieli go zdusić swoją masą, po czym wygodnie podnieść. I to był ich błąd.Z wściekłym rykiem, Cran wyprostował się, rozrzucając potężne ramiona. Prymitywna peleryna, będąca przez długie lata obiektem drwin, działała jak skórzany pancerz, wyłapując prawie wszystkie uderzenia. W efekcie, zamiast osłabić olbrzyma, młócka dała mu czas na dojście do siebie.Strażnicy opadli na pokład niczym kundle strącone przez niedźwiedzia. Dwaj z nich, wykazali się lepszym refleksem i wylądowali na nogach. Zaczęli unosić blastery. Nim zdążyli, brodacz złapał ich za karki i trzasnął głowami o siebie. Hełmy ochroniły czaszki przed zgruchotaniem, ale pękły od potwornej siły uderzenia. Obaj bez zmysłów spłynęli na ziemię.Dwaj pozostali w tym czasie, zerwali się na nogi. Pierwszy, upuściwszy gdzieś karabin, wyszarpnął wibroostrze z pochwy przy cholewce. Widząc, że Cran odwraca się już w jego stronę, zaatakował błyskawicznie. Ale olbrzym był szybszy.Zasłaniając się karwaszem przed przygodnym cięciem, odgiął się w bok i złapał żołnierza w pasie. Mocnym szarpnięciem wywindował go w górę, nad swoją głowę. Następnie okręcił i zrzucił na nadstawione kolano. Po mostku rozszedł się dźwięk łamanego kręgosłupa.Ostatni strażnik uniósł blaste,r ale i on nie zdążył wystrzelić. Wcześniej się wstrzymał, nie chcąc zranić nożownika. Teraz natomiast, dostrzegł jego ciało lecące w swoją stronę. Zdążył jeszcze krzyknąć nim został obalony. Brodacz dopadł do niego w dwóch susach. Wyskoczył w górę, akurat kiedy żołnierz zaczął się prostować.Żylasta pięść Crana spadła z ogromną mocą na policzek mężczyzny, rozciągając go bez zmysłów na pokładzie.- Och, do jasnej.... - Westchnął Jarrak, odsuwając się od Messmiry. Od razu przyśpieszył do biegu, wznosząc pięści w wysokiej gardzie. Zauważywszy go, Cran wyszczerzył się wilczo. Mimo, że miał na to dość czasu, nie sięgnął po miecz. Zamiast tego, skoczył naprzeciw dowódcy pancernika.Graf był jednak doświadczonym pięściarzem.Z szybkością przecząca jego wiekowi, zanurkował pod sierpowym brodacza. Odpowiedział jednoczesnym prostym na szczękę i niskim kopnięciem na kolano. Uderzeniom towarzyszył cichy, elektryczny syk. Cran odniósł wrażenie, jakby oberwał młotem.Opadając na kolano przyjrzał się kończynom przeciwnika. Dopiero teraz dostrzegł na nich stalowe obręcze, charakterystyczne dla rękawic siły. Zaśmiawszy się tryumfalnie, Jarrak zaczął wyprowadzać cios za ciosem.Olbrzym zaczął się bronić z całej mocy. Mimo to kilka ciosów sięgnęło jego ciała. Bojowa uprząż na piersi ochroniła żebra od pęknięć, ale i tak były padawan boleśnie je odczuł.Czując wzbierającą w nim wściekłość, potęgowaną jeszcze szyderczym wyrazem twarzy Harina i kpiącym uśmieszkiem Messmiry, Cran postawił wszystko na jedną kartę. Z głośnym rykiem, charakterystycznym dla jego barbarzyńskiego ludu, zerwał się na równe nogi. Jednocześnie uderzając prawym sierpowym na tułów grafa.Starszy mężczyzna jęknął, gdy cios poderwał go z pokładu, wyciskając całe powietrze z płuc. Nim zdążył opaść, brodacz uderzył ponownie, tym razem lewym na szczękę. Jarrok obrócił się wokół w pół-piruecie, wypluwając fontannę krwi i połamanych zębów.- Ha! - Cran warknął tryumfalnie i rzucił się na powalonego przeciwnika.Wtedy błyskawica trafiła go w klatkę piersiową. Olbrzym zatrzymał się w miejscu, potrząsany parkosyzmami bólu. Wyładowania energii przeskakiwały pomiędzy metalowymi elementami jego wyposażenia. Walcząc o to aby utrzymać się na nogach, zrobił kilka kroków w tył. Zasnute mgłą cierpienia oczy spojrzały na Lady Messmirę.Rudowłosa szła wolno w jego stronę. Drwina zniknęła z jej pięknego oblicza. Zastąpił ją gniew. Błyskawica Mocy wypływała z jej dłoni.Zbierając własny gniew, mężczyzna ruszył w jej stronę, przezwyciężając cierpienie. Zrobił jeden krok. Potem drugi i trzeci. Cień zwątpienia pojawił się na twarzy Messmiry. Wtedy jednak jeden ze strażników uderzył go oburącz w bok głowy. Ujrzawszy rozbłysk gwiazd, Cran były padawan Jedi, ze świątyni na Tythonie, zwalił się na pokład pancernika Sithów.Cios w szczękę przywrócił mu świadomość. Zaczął już otwierać oczy, gdy spadł kolejny. A po nim następny. Przed czwartym uchylił się czysto odruchowo, dostrzegając cień ruchu przez pół otwarte powieki. Graf zachwiał się lekko gdy jego pięść nie natrafiła na opór. W efekcie ze stekiem wyzwisk wyprowadził serię uderzeń na tułów.Próbując się zasłonić i odskoczyć, Cran odkrył, że jest skrępowany. Nie mógł zrobić nic, oprócz napięcia grubych, przypominających pancerz mięśni brzucha. Zaciskając zęby aby nie krzyknąć, rozejrzał się. W ustach czół smak krwi.Nadal znajdował się na górnym poziomie mostka Okaleczyciela. Był przyszpilony do uprzęży unieruchamiającej, ustawionej pionowo na środku pomieszczenia. Wokół było wielu załogantów, ale żadnego strażnika. Widać przestali uznawać go za zagrożenie.Messmira, w nowej, prawie przeźroczystej sukni, stała obok terminala komputerowego, tuż przed szybą. Światło prześwitywało przez jej suknie, ukazując pełnię kobiecej sylwetki. Nie miała na sobie żadnych ozdób, nie licząc cienkiego łańcuszka na biodrach, do którego przymocowała rękojeści dwóch mieczy. Swojego i jego.Dysząc ze zmęczenia, Jarrok cofnął się o krok. Z jego szczęki sterczała plątanina drutów, rekonstruujących zgruchotane kości. Mimo grozy całej sytuacji brodacz nie zdołał powstrzymać zadowolonego uśmiechu na ten widok. W odpowiedzi, graf uderzył go ponownie. Widać chciał doprowadzić byłego padawana do podobnego stanu w jakim sam był.- Słyszę, że już się obudziłeś. – Odezwała się Messmira, gdy olbrzym zakaszlał po celnym ciosie w splot słoneczny. – To dobrze. Nie chciałabym aby ominęły cię owoce twoich działań.- Suka. – Odparł jej krótko, spluwając w twarz Harina. Dowódca pancernika aż się zapienił, sięgając po kordzik marynarski, obciążający mu pas. Przerwał mu jednak perlisty śmiech kobiety.- Och, daj spokój Jaruś. – Powiedziała, ruszając w ich stronę. – To wszystko co teraz może robić, pluć i kląć. Nigdy nie był, nawet w połowie mężczyzną twojego pokroju, nie oczekuj więc, że teraz zacznie.Dowódca mierzył przez moment schwytanego miażdżącym spojrzeniem, uspokoił się jednak.- Masz rację. Szkoda na niego tak świetnego ostrza jak moje. Niech inkwizytorzy się nim zajmą, albo nawet twój mistrz.- Dokładnie. – Skwitowała, przytulając się do jego torsu. Cały czas patrzyła jednak drwiąco na schwytanego olbrzyma. Widząc to, Cran zacisnął mocno szczęki i napiął mięśnie, jakby chciał się na nią rzucić. Uśmiech Messmiry stał się szerszy i zaraz przerodził w śmiech.- Och, to po prostu aż zbyt wspaniałe. Widzę jak dociera w końcu do twojego małego móżdżku, co się stało. Niemal dostrzegam w twoich oczach, jak na płaskiej powierzchni pojawiają się pierwsze fałdy. Znaczy, zawsze wiedziałam, że wy, Jedi a zwłaszcza zmuszeni do zachowania cnoty padawani jesteście łatwi do manipulacji. Ale ty...ty przebijasz wszystkich, Cran. Nawet nie musiałam się wysilać. Wystarczyło spojrzeć na ciebie dłużej niż cztery sekundy i już byłeś mój!W odpowiedzi, brodacz szarpnął się w więzach, wywołując tym kolejną salwę śmiechu.- Messi opowiedziała mi wszystko. – Rozległo się z syntezatora mowy, przymocowanego do prętów w twarzy grafa. – O twoich nieudolnych, oślich zalotach. Nudnych, prymitywnych opowieściach. I niepowodzeniach w sypialni. Naprawdę sądziłeś, że ktoś tak... „krótki” sprosta tak wspaniałej kobiecie jak ona?Jarrok znów zaniósł się śmiechem, podobnie jak rudowłosa. Cran, nic nie odpowiadając uciekł tylko wzrokiem w bok. Kobieta przytuliła się do Harina, wyciskając na jego ustach gorący pocałunek. Zupełnie nie przejmowała się prętami wbijającymi w jej twarz. Wręcz zdawała się czerpać z tego przyjemność.Następnie posyłając brodaczowi kolejne drwiące spojrzenie, ruszyła w stronę konsoli.- Kazałam ją zamontować tutaj, abyś mógł widzieć jak twoja zdrada przyczynia się do śmierci twoich przyjaciół. – Oznajmiła, podnosząc wysoko przywieziony przez niego dysk. – Wątpię co prawda, aby taki głupi dzikus jak ty, zdołał dostarczyć wszystkie obiecywane informację. Nawet jednak część z nich, odegra wielką rolę w zapewnieniu dominacji Imperium na kolejne tysiąc lat. A wiem, że byłeś na tyle napalony, aby się o nią postarać. A teraz...- Uwaga. – Oznajmił nagle głos z dolnego pokładu. – Dane nieautoryzowane. System nie rozpoznaj...- Oczywiście, że nieautoryzowane. – Zagrzmiała lady Messmira. – To w końcu dane Jedi, durny kretynie. Jak mają być autoryzowane? Przez kogo niby?- Ale, Lady... – Technik próbował jeszcze coś dodać, ale ruda machnęła tylko ręką i rozszedł się dźwięk upadającego ciała.- Ktoś jeszcze ma jakieś „ale”?! Nie? Tak sądziłam. A teraz wprowadzić dane do systemu!Nikt się już nie sprzeciwił. Na ekranie konsoli przy oknie pojawił się wskaźnik ładowania danych. Kątem oka, Cran dostrzegł jak dwóch załogantów wyciąga po bocznym trapie martwe ciało. Z piersi mężczyzny, w plamie krwi sterczała rączka hiperklucza. Ciągnąc ciało, załoganci spoglądali z przerażeniem w stronę Lady Sith.- Nareszcie! – Oznajmiła, gdy na ekranie zapaliła się zielona kontrolka. – Zobaczmy teraz co udało ci się przywieźć, mój mały, żałosny zdrajco.Zaczęła szybko manipulować przy przełącznikach, przeglądając kolejne ekrany. Jej uśmiech zaczął bladnąć, a oczy rozszerzać się ze zdziwienia.- Co? – Wyrwało się jej. – Nie...nie może...nie...to, nie...niemożliwe! Śmieci, śmieci, śmieci. Wiersze, powieści, krajobrazy i informacje ogólne. To nie jest nic warte! Ty, żałosny synu małej dziwki, posuwanej przez zawszonych parhów przy kopcącym ognisku! Jak moż...Przerwał jej wściekły ryk Crana, któremu towarzyszył zgrzyt rozdzieranego metalu. Sith odwróciła się na pięcie, akurat aby dojrzeć, jak olbrzym zrzuca z siebie resztki zgruchotanej uprzęży. Złapawszy na moment jego spojrzenie, poczuła ukłucie strachu i zazdrości na widok pierwotnego szału płonącego w dzikich oczach.Dwaj strażnicy, niewidoczni wcześniej dla związanego mężczyzny, rzucili sie na niego. Wibrosotrza i pałki w ich rękach poszły w ruch. Brodacz odpowiedział im swoimi ciosami, sięgając przy tym po Moc, aby wyrównać trochę szanse.Bijatyka przerodziła się w serie ataków i obron, zbyt szybkich aby mogło je dostrzec ludzkie oko. W parę sekund skóra Crana zabarwiła się kolejnymi sinikami i płytkimi, krwawymi ranami, od uderzeń których nie zdołał uniknąć. W końcu jednak pochwycił obu strażników za karki.Trzymając niczym małe zwierzątka, olbrzym podniósł ich nad głowę i z całej siły ścisnął. Mężczyźni krzyknęli w agonii, próbując rozewrzeć jego palce. Głośny trzask pękających kości przerwał ich cierpienie, krzyki i ruchy.Wtedy Messmia po raz kolejny pchnęła go Mocą. Olbrzymie ciało mężczyzny znów przeleciało w powietrzu, uderzając o ścianę. Zsunął się po niej, opadając na tyłek. Z braku peleryny tym razem nic nie amortyzowało uderzenia i lekko go ono zamroczyło.Rudowłosa ruszyła ku niemu energicznym krokiem. Sięgnęła po oba miecze i dwie klingi, czerwona i niebieska oblały ją swoim światłem- Dałam ci niewiarygodnie proste zadanie. – Powiedziała gniewnie. – A nie podołałeś nawet jemu. Widziałam już po naszej pierwszej wspólnej nocy, że jesteś niezdarny, toporny i krótki. Ale wykraść dane, do których ma się dostęp zdołałby nawet robot. A ty nie potrafiłeś przywieść nic istotnego?!Odkaszlnąwszy i splunąwszy krwią, Cran podniósł obitą twarz aby na nią spojrzeć. Ku jej zdziwieniu, na jego rozbitych wargach pełgał lekki uśmiech.- W zasadzie... – Zaczął i znów musiał odkaszlnąć. - W zasadzie, to przywiozłem coś istotnego.Messmira dostrzegła błysk w jego oczach i rzuciła biegiem ku niemu. Jej dłoń wystrzeliła w górę, aby posłać błyskawicę.- Komputer! Teraz! – Wykrzyknął mężczyzna. Terminal pod oknem zapikał potwierdzająco i na rudowłosą zwalił się olbrzymi ciężar. Odniosła wrażenie, jakby ktoś wrzucił na nią tonowy worek. Nie mogąc ustać na nogach, poleciała do przodu i z ogromną siłą uderzyła o twardy pokład. Tępy ból rozszedł się po całym jej ciele, z wyjątkiem łuku brwiowego. Ten zaczął ją wściekle piec, zdradzając, że rozbiła go uderzając o metal.Kątem oka zauważyła jak ten sam los spotyka wszystkich na mostku.Odetchnąwszy głębiej, Cran podniósł się z trudem. Sznury i kule jego olbrzymich mięśni zadrgały jak przy ogromnym wysiłku, wyprostował się jednak. Pomału naciągnął ścięgna i mięśnie szyi, następnie napiął i rozluźnił mięsnie piersiowe, jakby strzepywał dłonie. Sprawdzając językiem czy wszystkie zęby są nadal całe, podszedł wolnym krokiem do leżącej kobiety.- To chyba moje. – Powiedział schylając się i podnosząc swój miecz świetlny, następnie obrócił ją na bok, aby podnieść również jej. – Twój nie będzie ci już potrzebny.Stękając z wysiłku Messmira łapała oddech. Leżąc na brzuchu praktycznie nie była w stanie oddychać. Teraz było jej łatwiej. Gdyby wzrok mógł zabijać, zmieniłaby brodacza w kupkę pyłu.- C...co...się...dzie...eje. – Wystękała. – J...ak...ty..?- Relatywistka. – Odparł, wieszając oba miecze przy pasie. – Ale nie ta fizyczna, w sensie nie nauka. Koncepcja. Pojęcie, obrazujące jak coś o dużym znaczeniu dla obiektu A, nie ma żadnego, lub niewielkie dla obiektu B. Była to pierwsza rzecz, jaką poznałem po przybyciu do Republiki. Rzecz dla was całkiem typowa, jak statek kosmiczny, czy śmigacz, dla mnie była magicznym cudem. Z kolei moja wspaniała peleryna, zrobiona z futra grishloca, którego sam wytropiłem i gołymi rękami skręciłem kark, w dniu swoich siedemnastych urodzin, na moim świecie uznawana za piękną i wspaniałą, tu wywoływała tylko drwiny.Spojrzawszy na nią, uśmiechnął się z samozadowoleniem- Jednak tą relatywistką, która ma teraz dla ciebie znaczenie, jest grawitacja. Widzisz, mój świat ma prawie trzykrotną siłę ciążenia. Gdy przybyłem na Tythona, miałem wrażenie, jakbym mógł przenosić i przeskakiwać góry, ważyłem bowiem tylko jedną trzecią tego co normalnie. Teraz z kolei, systemy podtrzymani życia na całym okręcie, zwiększyły standardowe ciążenie ponad pięciokrotnie. Oznacza to, że przy swoich sześćdziesięciu pięciu kilogramach Messmi, masz teraz na sobie przeszło trzystu kilogramowy plecak. Z kolei twój, jak sądziłaś sekretny, kochanek Jaruś, ma do dupska przyczepiony pięciuset kilogramowy odważnik. Powodzenia w drgnięciu choć o centymetr.- Al...e...ty...nie...jesteś...pod... – Zaczęła, ale Cran jej przerwał, chcąc oszczędzić wysiłku.- Ależ jestem. Czuje jak moja zwielokrotniona waga wciska mnie w pokład. Dla mnie jednak, nie jest to pięciokrotność normalnej grawitacji a niespełna dwukrotność. W warunkach normalnej grawitacji, miałbym teraz na sobie jakieś sto kilogramów obciążenia. A tym, to się nawet nie rozgrzewam, gdy ćwiczę. Co prawda wyszedłem z wprawy, przez lata życia wśród Jedi. Ćwiczyłem jednak z ciężarami regularnie, co nadmienię, wywoływało kolejne kpiny i parsknięcia ze strony moich zakonnych kolegów. A ostatnich kilka dni, spędziłem zwiększając coraz bardziej siłę grawitacji na moim frachtowcu. Zdarzyłem się przygotować. Oczywiście istniało ryzyko, że dostrzeżesz zwiększoną lekkość moich kroków, czy mocniejszą definicję mięśni. Uznałem jednak, że będąc w towarzystwie swojego kochanka, tak blisko wielkiego tryumfu, nie zwrócisz na mnie baczniejszej uwagi. I nie myliłem się.- S..kąd...wie...dział...eś... – Przerwała z trudem przełykając ślinę. – Że...Jar..uś i..ja.Parsknąwszy głośno, brodacz nachylił się aby spojrzeć jej prosto w oczy.- Mając czternaście lat polowałem na skalne lisy w mroźnych tajgach mojej ojczystej planety, podczas trwających tygodniami zimowych nocy. Potrafiłem wywęszyć je z przeszło pół kilometra, kryjące się pod śniegiem. Opowiadałem ci nawet o tym, wśród tych „nudnych, prymitywnych opowieści”. Naprawdę sądzisz, że nie byłem w stanie wyczuć na tobie jego zapachu? Albo zjełczałego smrodu twojego stetryczałego mistrza? – Spytał, ty razem samemu śmiejąc się drwiąco.Od strony grafa doszedł cichy jęk. Cran spojrzał na niego zdziwiony.- Co? Nie wiedziałeś? Myślałeś, że nie licząc mnie, Messmi jest ci wierna? – Olbrzym odrzucił głowę w tył i ryknął dudniącym śmiechem. – Biedny głupcze. Nie licząc nas, sporo osób orało to pole. Myślałeś, że po co starzy lordowie Sith biorą sobie młode, piękne dziewczyny na uczennice? Ani graf ani lady Messmira nie odpowiedzieli, więc brodacz wzruszył tylko ramionami. Następnie wstał i ruszył w stronę trapu prowadzącego na niższy poziom. Skierował się w kierunku sterów, przestępując nad ciałami sparaliżowanych ciążeniem załogantów. Rudowłosa, leżąc w odpowiednim miejscu śledziła go wzrokiem.- Co...za...mierzasz? – Spytała.- Jeszcze dokładnie nie wiem. – Mężczyzna odparł bez skrępowania. – Będzie to zależało od Jedi. Jak sprezentuje im pełen jeńców pancernik wroga to zapewne wybaczą mi ten wyskok. Pojmanie ciebie i grafa powinno z kolei spełnić wymogi egzaminu końcowego. Mimo wyraźnego trudu, Messmira zaśmiała się.- Nic...ci...to...nie...da. Nie zgodzą...się. Aroga...ncja i...pycha jest...w twoich...słowach.Cran wzruszył ramionami.- Jeśli tak, to galaktyka jest wielka i szeroka. Może nawet nie sprezentuje Jedi pancernika od razu, tylko zapakuje was na jeden z desantowców i nim polecę? Dzięki programowi ukrytemu w danych, które przepchnęłaś do systemu, mimo ich „niekompatybilności”, wszystkie systemu są odblokowane. Moje plemię zawsze chciało mieć pancernik. A przynajmniej chciałoby, gdyby wiedziało co to jest pancernik.- Aro...gancja. - Wyksztusiła kobieta. - Jeszcze przejdziesz...na ciemną....stronę.Spoglądając na nią, brodacz uśmiechnął się lekko.- Słabo, Messmi. Spodziewałem się bardziej konkretnej, pasjonującej przemowy. Choć w tych warunkach to pewnie zrozumiałe. Masz sporo racji co do mojej arogancji. Zasłużyłem sobie na nią. To jest jednak to, co odróżnia mnie od do Sithów. Ja nie szedłem na skróty z niczym. Nie jestem tak słaby jak twój mistrz i jego zmarszczona zgraja przydupasów.- Słaby?! - Mimo wysiłku, w głosie kobiety zabrzmiało zdziwienie i gniew. - Sithowi są czystą siłą! Ciemna stroną daje nam...siłę...- Ta, właśnie widzę. - Zakpił Cran, podchodząc do kobiety. - Widzisz, zrozumiałem czym jest Ciemna Strona Mocy już parę lat temu. I nie zgadzam się z wami ani z Jedi, jeśli o to chodzi, w jej ocenie. Dla was, Ciemna Strona to siła. Dla Zakonu, to zło. A tak naprawdę, Ciemna Strona to nic innego jak sterydy. Nie czynią cię one silniejszym same z siebie. Po prostu pozwalają szybciej osiągać wyniki. I to samo jest z Ciemną Stroną. Nie jest ona silniejsza, a jedynie szybsza i łatwiejsza. I tak samo jak sterydy, jest przeznaczona dla idiotów.Grymas gniewu wykrzywił jej oblicze, mężczyzna się tym jednakże nie przejął.- Dobrze wiesz o czym mówię. Tak samo jak sterydy, Ciemna Strona wyniszcza ciało tego, kto z niej korzysta. Widziałem co skrywasz pod makijażem moja pani. Widziałem zmarszczki i czarne rozstępy. A ty nie jesteś przecież wiele starsza ode mnie. Ale czujesz już, jak się rozpadasz, prawda Messmi? Czujesz jak Ciemna Strona cię wyniszcza.Tryumf zniknął z twarzy olbrzyma, zastąpiony przez szczery smutek.- To dlatego handlujesz swoimi wdziękami na lewo i prawo. Czujesz jak twój czas zaczyna się kończyć, a ciągle nie zbliżyłaś się do prawdziwej władzy. Dlatego zaryzykowałaś też nie sprawdzenia danych, które przywiozłem. Choć pewnie nie sądziłaś, że dzikus zdoła opracować wirus komputerowy. Cóż, przyznaje jest on dość toporny i gdybyś siłowo nie wbiła go do systemu to nie przeniknąłby nawet jednej zapory ogniowej. No, ale się udało.Uśmiechnąwszy się, Cran podszedł do stanowiska sternika. Zepchnął z fotela wciśniętego weń chorążego i sam opadł na za ciasne dla niego siedzisko. Był jednak na tyle zadowolony, że nie zwrócił na to uwagi. Pogwizdując cicho zaczął wprowadzać kolejne polecenia na konsoli.- To mój czas aby polatać... – Zanucił pod nosem. – Podążaj za mną, bądź ze mną tej nocy...Koniec.

    Zarathos
    Participant
    #102645

    Coen, Ty piszesz?

    A opowiadanie - dobre. Nie powiem. Co prawda brzmiało trochę jak Twoje dawne opowiadania o Orkach, tylko tym razem w kosmosie i z mieczami świetlnymi zamiast toporów. Ale i tak niezłe.

    Ma tylko nadmierny moralizatorski posmaczek. No i co Ci się w Sithyjkach nie podoba. Mistrzyni z Inkwizytorium wygląda młodo i apetycznie. Mimo, że jest o krok od grobu 🙂

    Coen
    Participant
    #102650

    Piszę, piszę, dużo i namiętnie 🙂 Mam nadzieje w ciągu najbliższego miesiąca-dwóch skończyć książkę pierwszą :)Tu niejako taki cel jak podałeś mi przyświecał, choć beta gry miała na to wpływ. Bez żadnego trudu udało mi się stworzyć półnagiego siłacza ze świetlówką. Poza tym, SW idealnie pasuje do koncepcji barbarzyńcy w kosmosie.Z posmaczkiem, to po prostu chciałem się podzielić tym moim porównaniem CSM=sterydy. No, ale trzeba było to jakoś ubrać w słowa :PA tamta mistrzyni inkwizotorek...cóż makijaż i skalpel, makijaż i skalpel 😛

    Zarathos
    Participant
    #102652

    Jak ją wydajesz to daj znać jak się ukaże - dam Ci zarobić 🙂 A jak nie, to liczę choćby na jakiegoś PDFa albo cuś.

    Coen
    Participant
    #102673

    Będę wdzięczny, tym bardziej że motorem do wrzucenia tego konkretnego opowiadania było to jak mnie za nie opier...dzielono i wieszczono mi brak szans na karierę pisarską 🙂

    Zarathos
    Participant
    #102674

    Czytałem gorsze książki z uniwersu SW i wiele gorsze z ST. Można więc powiedzieć, że piszesz tak dobrze, jak przeciętny autor SW. :)Chociaż jeżeli mam być zupełnie szczery to o wiele lepiej czyta mi się Twoje fantasy niż sci-fi. Poza jednym wyjątkiem - postapokaliptyczny cyberpunk. Nie postapokaplityczne fantasy w stylu Żambocha, ale stary, dobry, Mad Maxowski cyberpunk. Jest zdecydowanie Twoją domeną i szkoda, że tak rzadko coś w tym gatunku piszesz.

    Coen
    Participant
    #102861

    Próbowałem jakiś czas temu ruszyć w tych realiach. Mam realia, mam fabułę, mam bohaterów, ale ni grzyba nie mogę złożyć tego w fabułę. Sesje za to chyba niezłe w tym wychodzą:)Na tapecie na razie mam jednak obecnie właśnie magiczne post-apo dziejące się w okolicy momentu 0, jedno fantasy i jedną kosmiczną wędrówkę 🙂

Viewing 7 posts - 1 through 7 (of 7 total)
  • You must be logged in to reply to this topic.
searchclosebars linkedin facebook pinterest youtube rss twitter instagram facebook-blank rss-blank linkedin-blank pinterest youtube twitter instagram