Star Trek: W nieznane

gallery_4_22_594122.jpg

Przemyślenia zawierają bardzo dużo spoilerów.
 
W nieznane

Tydzień temu, 22 lipca, premierę miała najnowsza odsłona gwiezdnej sagi – Star Trek: Beyond znana u nas jako “Star Trek: W nieznane” w reżyserii Justina Lina (znanego przede wszystkim z Szybkich i wściekłych). Jest to już trzecia produkcja zaliczana do tzw. linii czasowej Kelvina (The Kelvin Timeline), którą zapoczątkował w 2009 roku JJ Abrams filmem Star Trek. Pomiędzy nimi powstał w 2013 r. “W ciemność. Star Trek”.

7-letnia misja do gwiazd
Blisko 7 lat temu poznaliśmy odświeżoną załogę, która m.in. pod względem aktorskim mocno podzieliła fanów. Nie da się ukryć, że trzy nowe filmy mocno odbiegają od pozostałych 10 filmów pełnometrażowych osadzonych w świecie Star Treka. Łączy je przede wszystkim to, że twórcy postawili na akcję, szybkie ruchy kamery, pościgi i wybuchy, przez co bardziej trafia do grupy fanów Transformersów niż do trekkerów wychowanych na „starych trekach”, gdzie wybuchy nie były tak spektakularne a sama akcja była bardziej zbudowana na wiedzy science-fiction niż ignorancji praw fizyki przez twórców i totalnej fikcji pomieszanej z brakiem logiki w tym, co dzieje się na ekranie. Owszem, w każdym filmowym i serialowym Star Treku były różne błędy i wypaczenia, ale to wtedy jakoś aż tak nie raziło jak w obecnych produkcjach.

Podróż „W nieznane” zaczynamy od całkiem niezłych scen. Trochę sentymentalnych, trochę próbujących odtworzyć „ducha treka”, którego było mało w dwóch poprzednich odsłonach sagi. Jest całkiem sporo odniesień do oryginalnej serii z lat 1966 – 1969 (TOS) oraz filmów ze „starą załogą”. I to jest chyba najmocniejsza część filmu. Po krótkiej podróży sentymentalnej film zamienia się w to, czym TOS w zasadzie kiedyś był – kosmicznym westernem, tylko na inną skalę – współczesną – pełną efektów komputerowych bijatykę.

Kapitan i spółka…
Obsada mostka nie zmieniła się od poprzedniego filmu. Niestety w zapowiedzianym już kolejnym filmie zabraknie Antona Yelchina, który zginął w wypadku na kilka tygodni przed premierą filmu. Czy będzie nowy aktor grający Chekova, czy nie pojawi się on w ogóle? To na razie spekulacje.

Wydaje mi się, że film bardziej niż poprzednie starał się podzielić bohaterów na takie zespoły-pary i pokazać fabułę ich oczyma. W dużym stopniu pomogło w tym spektakularne i przepiękne od strony graficznej roztrzaskanie USS Enterprise o powierzchnię planety, na której dzieje się późniejsza akcja. Tak więc mamy tandemy: Kirk – Chekov, Spock – McCoy, Uhura – Sulu, Scotty – Jaylah.

Każdy tandem ma swoje 5 minut, które wykorzystuje lepiej lub gorzej. Pary można w skrócie scharakteryzować jako: Kirk-Chekov – szukają po lesie innych członków załogi, Spock – McCoy – odnajdują wskazówki o co chodzi Krallowi, Uhura – Sulu – próbują sabotować Kralla, Scotty – Jaylah – naprawiają rzeczy. To oczywiście mega uproszczenie, ale myślę, że właśnie na podobnym schemacie powstał scenariusz.

Ile jest Kirka w Kirku? Chris Pine jako aktor musiał się zmierzyć z legendarną postacią stworzoną przez Shatnera i przyjąć wielką falę krytyki, począwszy od wyboru jego osoby do roli nowego Kirka. Według mnie nowy Kirk zaczyna przypominać Kirka z TOSa – zwłaszcza w pierwszej części filmu, gdy mierzy się ze swoimi wątpliwościami i rozmawia z McCoyem. Pamiętajmy, że w latach 60-tych inny był nieco “kanon piękna”, inaczej byli dobierani aktorzy, inna była charakteryzacja. Chris Pine może być taką współczesną, ładniejszą wersją Williama Shatnera. W momencie powstawania TOSa William Shatner miał 35 lat – Chris Pine 26 sierpnia będzie obchodzić 36. urodziny a charakteryzacja sprawia wrażenie jakby był nieco młodszy.

Najbardziej kontrowersyjny jest dla mnie Spock grany przez Zacharego Quinto. W nowym treku jest on przedstawiony strasznie tak… mdło. Jego gra idzie w kierunku rozchwianego emocjonalnie nastolatka z problemami. Charakteryzacja sprawia, że Spock–Quinto jako Wolkanin jest zbyt wymuskany i ciężko go porównać do starego Spocka stworzonego przez Nimoya, który mimo wszystko miał nieco bardziej diaboliczny i niepokojący (zwłaszcza w latach 60.) wygląd.

McCoy, Leonard H. to nowe wcielenie Bonesa, znanego jako Gnatek, Łamignat, Kostuch i zdaje się Duchołap (różne nasze stacje telewizyjne próbowały różnych tłumaczeń). Karl Urban to idealny aktor do tej roli i w zasadzie nie trzeba więcej pisać. Można mu zarzucić, że po prostu naśladuje DeForesta Kelleya, ale myślę, że to coś więcej. On po prostu czuje postać McCoya.

Postać Hikaru Sulu (John Cho) nie powala, ale też zła nie jest. Kontrowersyjnym krokiem było ujawnienie Sulu jako homoseksualisty. Miało to być uhonorowanie i ukłon w stronę George’a Takei, jednak nie spotkało się to z wielką aprobatą odtwórcy oryginalnej postaci Sulu.

Uhura – Zoe Saldana. Moim zdaniem jest zupełnie inną Uhurą niż w TOSie, co nie oznacza, że gorszą czy lepszą. W porównaniu z Into Darkness postać jest według mnie lepiej zagrana. Nowa Uhura przypomina mi bardziej Gamorę (również grana przez Zoe Saldanę) ze Strażników Galaktyki, która bez problemu obezwładni kilku Klingonów.

Pavel Chekov. W poprzednich częściach był już dobrym aktorem i w tej części też dobrze odtwarza swoją rolę. Wielka szkoda, że Antona Yelchina już nigdzie nie ujrzymy.

Montgomery Scotty. Grany przez Simona Pegga, który podjął się równocześnie być scenarzystą „W nieznane”. Postać jest nadal na bardzo dobrym poziomie. Dodaje całości sporo humoru i wydaje mi się czasem, że Simon Pegg jest nawet lepszy niż pierwowzór.

Jaylah – osierocona, zbieraczka, na obcej planecie, mieszkająca w starym, zapomnianym wraku, utalentowana technicznie, potencjał na inżyniera. Dobrze walczy kijem. Gdzieś coś podobnego było? Może nie ma w sobie „mocy”, ale przynajmniej lubi “mocniejszą” muzykę. Może gdy skończy Akademię, to zobaczymy ją jeszcze w którymś kolejnym filmie?

…Obcy miesiąca…
Po tajemniczych sondach, Klingonach, Romulanach, nadludziach i szalonych naukowcach przyszedł czas na hmm… wkurzonego kapitana Gwiezdnej Floty? Nie chcę przytaczać tu całej historii, ale Krall (Idris Elba) to też „wróg skrojony na miarę naszych czasów”. Ofiara polityki Federacji, kapitan, którego lojalność nie została doceniona na tyle, że zwątpił w jej sens i poczuł się oszukany przez „system”. Czy obecnie na świecie nie panuje pewna niechęć do elit, odwracanie się od systemu demokracji i poczucie powszechnej zdrady pewnych ideałów? W nowym ST oczywiście chodzi o coś trochę innego, bo Federacja dążyła do pokoju, może mniej się przejmując jednostkami takimi jak kapitan Edison, ale wydźwięk moim zdaniem jest podobny. Możliwe, że bardziej tę kwestię będą czuć Amerykanie, bowiem przypomina to nieco politykę traktowania weteranów z Wietnamu, Iraku i Afganistanu, gdy po powrocie z walki czują, że rząd ich zostawił bez pomocy.

Ponadto takich mściwych kapitanów/oficerów Gwiezdnej Floty przypominam sobie kilku m.in. w najstarszym TOSie – Garth of Izar, Gary Mitchell, Deep Space 9 – Michael Eddington, Thomas Riker. Jednym słowem los kapitana Edisona nie jest mało prawdopodobny czy też nowym wątkiem konfliktu wewnątrz Gwiezdnej Floty i zniechęcenia wobec Federacji.

…. i inni
Ciekawą postacią, która na chwilę pojawiła się w filmie była komodor Paris – dowódca bazy Yorktown. Nie miała może dużo do powiedzenia, ale jej głos przypominał mi kapitan Janeway z Voyagera. Być może dlatego jakoś szczególnie utkwiła mi w pamięci. Zresztą, czy nazwisko Paris to nie jest miły ukłon w stronę ST: Voyager?

Chorąża Syl – załogantka Enterprise. Pod względem charakteryzacji fajnie zrobiona – jej tył głowy to dla mnie oczywiste skojarzenie z Obcym. Chyba jedna z ciekawszych ras pokazanych w nowych trekach.

Kalara – przed mutacją była człowiekiem i załogantką USS Franklin. Krall wysłał ją do bazy Yorktown jako przynętę mającą sprowadzić Enterprise na planetę Altamid. Też bardzo ciekawa charakteryzacja, różniąca się kolorystycznie od reszty złych-obcych.

Technologia
Star Trek ma to do siebie, że czasem pokazuje jakąś technologię, która poza filmowym światem staje się prędzej czy później w jakimś stopniu realną rzeczą i przedmiotem codziennego użytku. Można by wymieniać komunikator – telefon komórkowy, komputery przenośne, Google glass itd. Jedną z takich technologii jest uniwersalny translator, dzięki któremu wszyscy obcy porozumiewają się po angielsku. Jest to generalnie duże uproszczenie dla serialu, ale też inspiracja dla inżynierów, jak coś takiego skonstruować. Działanie translatora pokazano w Beyond na przykładzie Kalary, gdy będąc na Yorktown próbowała się porozumieć z załogą (Kalara mówila „po obcemu” a zaraz potem słyszeliśmy angielskie tłumaczenie z urządzenia). Warto o tym wspomnieć, ponieważ próby stworzenia takiego urządzenia tłumaczącego w czasie rzeczywistym już są – np. „Pilot earpiece” (https://www.indiegogo.com/projects/meet-the-pilot-smart-earpiece-language-translator-headphones-travel#/ ).

Yorktown to najnowocześniejsza baza gwiezdna położona na rubieżach Federacji. Moim zdaniem nieco przesadzona, ale może też taka miała być – pokazywać potęgę Federacji w momencie, gdy jest zjednoczona i panuje pokój. Sceny wnętrza przeogromnej bazy były kręcone w Dubaju, więc wiadomo – jest dużo pięknych nowoczesnych wieżowców zamkniętych w gigantycznej sferze. I tu przy okazji sporo nawiązań – sceny dokowań przypominały mi te z The Motion Picture oraz Search for Spock. Sama nazwa Yorktown jest nawiązaniem do tego, że twórca Star Treka, Gene Roddenberry tak właśnie chciał nazwać okręt, który znamy obecnie jako Enterprise. Generalnie przerost bazy przypominał mi miasta znane bardziej z Gwiezdnych Wojen niż Star Treka, co samo w sobie nie musi być złe.

Technologia obcych to trochę zagadka. Wiemy, że na planecie Altamid była jakaś starożytna cywilizacja, która opracowała potężną broń. Nie jest to jakaś nowość, ponieważ w TNG i DS9 pojawiali się np. Ikonanie. Zapomniane cywilizacje występowały też w co którymś odcinku TOSa.

Starożytni, oprócz broni stworzyli też technologię pozwalającą na przedłużenie swojego życia dzięki diecie opartej na pozyskiwaniu sił witalnych. W skrócie – dzięki technologii można stać się wampirem energetycznym. Troszkę podobny schemat był w ST: Insurrection, gdzie źli obcy Son’a także przedłużali swoje życie kosztem mieszkańców planety Ba’ku, wykorzystując magicznie odmładzające właściwości cząsteczek znajdujących się w pierścieniu wokół planety.

Niemal sto lat zajęło załodze Franklina rozpracowanie tej technologii i ruszenie na złą Federację. Czemu tak długo? Może katastrofę Franklina przeżyło mało osób i trochę to trwało zanim cokolwiek udało im się zrobić z technologią obcych? Zbyt długo skupili się na poszukiwaniu drugiej części broni? Celowo opóźniali atak, żeby urosnąć w siłę? Może po prostu mając technologię zapewniającą w zasadzie nieśmiertelność czas odgrywa nieco mniejszą rolę? To pytania do sporej dyskusji i wielu domysłów, niekoniecznie odkrywających logiczne postępowanie przeciwników Kirka.

Rój. To całe mnóstwo małych, dwuosobowych myśliwców, skoordynowanych ze sobą poprzez jakiś rodzaj więzi cybertelepatycznej. Trochę jak Borg. Jednocześnie taka jedność stanowiła ich siłę jak i słabość. Można się czepiać sposobu w jaki rój został pokonany, bo jest on przedstawiony na miarę komiksu Marvela, ale cóż, nie zapominajmy, że jest to film science-fiction, z naciskiem na fiction i nie zawsze wszystko jest logiczne. Aczkolwiek patrząc trochę z dystansu – chodziło o zakłócenie funkcjonowania wielu okrętów, których ruch był uzależniony od ruchu innych okrętów. Wprowadzenie chaosu do uporządkowanego systemu komunikacyjnego i spektakularnych kolizji myśliwców roju. Może naciągany, ale jakiś to sposób był. O tym też można spekulować, czy byłoby możliwe czy nie.

Poza różnymi gadżetami i technologiami obcych mamy też ciekawy holoemiter, którego działania w otwartej przestrzeni zapewne pozazdrościłby EMH z Voyagera, urządzenia maskujące i… motocykl. Po obejrzeniu Star Treka z 2009 już wiemy, że Kirk lubi szybkie maszyny i tym razem twórcy posadzili go na dość archaicznie wyglądający w tym wszystkim motocykl. Sceny jazdy na nim w terenie to już spora doza fantazji i szybkiej wizyty w ambulatorium (chyba, że przyjąć, że po mało przyjaznym terenie pokazali jak jechał “holoobraz”).

Warto też wspomnieć o “kapsułach Kelvina” – nowym wyposażeniu okrętów instalowanych po wydarzeniach z USS Kelvin. Są to kapsuły ratunkowe dostępne z poziomu mostka. Gdyby były na Kelvinie, to George Kirk prawdopodobnie by się uratował.

Oprawa wizualna i muzyczna
Co tu dużo mówić. Kawał dobrej roboty zarówno pod względem muzyki (komponował ponownie Michael Giacchino), jak i grafiki komputerowej, której użyto w ogromnej ilości. Ponadto w filmie widzimy nowe mundury, które moim zdaniem lepiej się prezentują niż poprzednie “koszulki we wzorki”. Przypominają bardziej poważniejsze mundury TNG w barwach znanych z TOSa.

Znowu do gwiazd?
Star Treka można poznać po kilku elementach takich jak: okręt, zły obcy, kapitan z dzielną załogą, wielkie zagrożenie dla Ziemi/wszechświata, sprytne/spektakularne pokonanie wroga i na końcu nadzieja na lepszą przyszłość. W zasadzie wszystkie te elementy w najnowszym filmie występują. Tylko czy to jest to, co chcieli zobaczyć starzy trekkerzy, którzy na pamięć znają tytuł losowo podanego numeru odcinka TOSa? Tak naprawdę w Beyond zostało upchniętych trochę rzeczy, które są miłym akcentem dla starych fanów i spowodują lekki uśmiech, ale wśród łez. Opakowano je w nowy styl – aktorski, scenograficzny, montażowy itd., lecz tym samym stał się bardziej niż kiedykolwiek filmem akcji zbliżonym do nowych Gwiezdnych Wojen. Nie ma w nim aż takiej epickości, jaką czuło się w starszych produkcjach. Dopiero zaczyna być jakaś chemia i więź między załogą. Nie sądzę, żeby po wyjściu z kina 15-latek pomyślał „chcę zostać astronautą i odkrywać nowe światy”. Prędzej będzie to brzmiało: „chcę zostać kapitanem okrętu i wysadzać kosmitów w powie… próżnię”. Tylko też nie jestem pewien czy filmy pełnometrażowe miały zawsze spełniać tę rolę, czy „misja” nie była zawarta w serialach takich jak TNG a kinówki, to tylko streszczenie przygód, rozrywka, mająca przyciągnąć do kina całą rodzinę i wypuścić osoby, które będą chciały zagłębić się bardziej w całe uniwersum Star Treka. Być może mając te 20 lat mniej po wyjściu z kina chłonąłbym to uniwersum i odkrywał oryginalnego Kirka, Picarda, Sisko, Janeway i Archera. I mam nadzieję, że właśnie tak będzie.

W moim odczuciu jest to film dobry. Lepszy niż poprzednie kierowane przez JJ Abramsa, ale nadal musi udowadniać, że z trekiem łączą go nie tylko nazwiska postaci i nazwa okrętu. Po ochłonięciu z wrażeń mogę powiedzieć, że obejrzałem jakiś stary, zmodyfikowany odcinek TOSa w nowym wydaniu i dałbym takie mocne 7/10.

Pozostaje czekać teraz na nowy serial Star Trek: Discovery, który miejmy nadzieję będzie dużo bliższy wizji Roddenberry’ego, ale pewnie też opakowany w gadżeciarstwo i efekciarstwo nowoczesnych seriali (byle nie przepakowany).