Siewca Wiatru – 2004

siewca-wiatru-01.jpg

Powieść ta trafia w specyficzną, rzadko poruszaną w fantastyce niszę biblijną. Anioły i demony, te z naszego świata, nie zaś z jakiegoś Sanktuarium czy innej Ashan są tutaj głównymi bohaterami. Nie skłamię jeśli powiem, że książka mnie początkowo w żaden sposób nie zaciekawiła. Wydawała mi się kolejną płotką w ławicy pretensjonalnych dzieł, próbujących wywołać wokół siebie szum antychrześcijańskim tematem.
W końcu jednak, zainspirowany pewną grą (o której mam nadzieje też niedługo napisać), postanowiłem spróbować czegoś w anielskich klimatach.
I jak pozytywnie się zaskoczyłem!
 
Fabuła (czyli „na początku było światło…a potem pojawiła się ciemność!”):
 
Akcja powieści zaczyna się u zarania wszechświata. Stwórca stworzył podwaliny i wyznaczył zasady, a następnie skierował zastępy aniołów do zbudowania wszystkiego według swoich wytycznych. To oni zapalali gwiazdy, ustawiali planety na ich orbitach, rzeźbili ich powierzchnie, a następnie wprawiali to wszystko w przewidziany przez Światłość ruch.
Wtedy to, jeszcze u zarania czasu, Antykreator, zła natura Stwórcy, odrzucona przez niego, zdołał włamać się do naszego świata. Gdyby wówczas – jeszcze przed rozłamem spowodowanym przez bunt Lucyfera – wszystkie siły Nieba ruszyły przeciw niemu i jego mesjaszowi, tytułowemu Siewcy Wiatru, istniałaby szansa na pokonanie go.
Niestety, z powodu biurokracji, arogancji i głupoty anioła, któremu Stwórca powierzył władzę, przeciw Siewcy stanąć mogła tylko Szarańcza – elitarna, ale licząca tylko tysiące formacja aniołów gniewu.
W najczarniejszej godzinie jeden z jej oficerów, Daimon Frey zdecydował się na desperacki i bluźnierczy ruch. Za jego pomocą zdołał ocalić wszechświat, ale niekompetentny i rządny chwały namiestnik Stwórcy skazał go na tortury i śmierć.
I dopiął swego.
Nie taka była jednak wola Światłości i Daimon został wskrzeszony jako Abaddon, anioł zniszczenia.
Dla Michała, Gabriela i innych młodych, krewkich archaniołów był to jasny znak, że Stwórca wycofał poparcie dla swego namiestnika. W szybkim, krwawym puczu przejęli oni władzę w Niebie, dzieląc między siebie obowiązki i zaszczyty.
Tak ustanowiony porządek przetrwał bunt idealistów i piewców wolności oraz równości, znanych nam z Biblii jako Lucyfer i jego zwolennicy. Przetrwał też ataki bestii, bunty i zamieszki powodowane przez inne anioły, wojny z Upadłymi.
Dotrwał do naszych czasów, ale wiele wskazuje na to, że nie potrwa to już długo. Oto bowiem pojawiają się znaki i proroctwa powrotu Siewcy i Antykreatora. A co więcej, klika archaniołów trzymających władzę ma własne problemy, gdy skradziona im zostaje najpotężniejsza księga czarów we wszechświecie, a kolejny, tym razem lepiej zorganizowany bunt wisi w powietrzu…
A to wszystko to mniej więcej pierwsza 1/10 powieści…
 
Podsumowując fabuła jest mocną stroną Siewcy Wiatru. Czyni ona Skrzydlatych i Upadłych cudownie ludzkimi. Babrze ich w polityce, kumoterstwie, prywacie, zbrodniach i wątpliwościach. Ale jednocześnie tworzy to tło dla honoru, przyjaźni, odwagi i poświęcenia, na którym mogą one błyszczeć. I to po obu stronach „barykady”.
Autorka nie oszczędza w niej ani siebie, ani czytelników. Serwuje nam wątki za wątkami, przeplatając je i mieszając ze sobą, niczym wprawna szwaczka przedni kilim. Dba przy tym, aby się w nich samej nie pogubić, i zakończyć je w logiczny i mniej lub bardziej satysfakcjonujący sposób. Daje nam przy tym solidny epilog, poświęcający uwagę na coś prawie niespotykanego w fantastyce, tak rodzimej jak i zagranicznej – konsekwencje. Tak osobiste jak i globalne przedstawionych wydarzeń.
Wrażenie psuje niestety kilka zagadnień. Jednym z nich jest bez wątpienia wątek miłosny, który pojawia się nagle znikąd (no, prawie) i jest zaskakująco krótki, jak na wpływ jaki ma na jednego z głównych bohaterów.
Innym, przynajmniej dla mnie, była wielka ilość powiązań z wcześniejszymi opowiadaniami pani Mai. Choć obecnie zostały one już wydane we własnym tomie, to jednak sam Siewca sprawia wrażenie kulminacyjnego tomu trylogii, nie zaś pojedynczej powieści.
 

siewca-wiatru-02.jpg

 
Postaci (wszyscy jesteśmy ludźmi):
 
Mając gigantyczną paletę postaci do wyboru, pani Maja nie musiała się ograniczać i zaserwowała nam naprawdę wielu bohaterów. W początkowych rozdziałach śledzimy głównie poczynania Daimona. Jest on aroganckim i okrutnym aniołem, któremu leży jednak na sercu dobro Wszechświata. To on jako Abaddon Niszczyciel jest jedyną istotą, według przepowiedni zdolną pokonać Siewcę, ale jego istnienie jest dla wielu ortodoksyjnych aniołów jak otrzymany policzek.
Następnie coraz więcej miejsca otrzymują archaniołowie sprawujący władzę, głównie Gabriel i Razjel. Pozostali pokazują się bardziej okazjonalnie, a czasem dla odmiany dostajemy dwa, albo trzy rozdziały o poczynaniach drugiej strony barykady, czyli Samaela, Lucyfera, czy Asmodeusza.
Wszyscy dostają jakieś charakterystyki, ciekawe dialogi i dokładne opisy (zwłaszcza włosów…), nie osiąga to jednak nawet poziomu gościnnych występów. Ot, są, są nawet charakterni, ale głównie wypełniają swoją rolę w większej opowieści.
Tym, co autorka zdołała osiągnąć, to dostateczne nakreślenie i urealnienie postaci, że bez trudu możemy sobie wyobrazić, aby każdy z nich był bohaterem własnej opowieści, której akurat po prostu nie śledzimy.
Co dziwne, mniej więcej w 1/3 książki te wszystkie postacie odpływają nagle na dalszy plan, a główną scenę zajmują piekielni i anielscy komandosi, najpewniej weterani wspomnianych wcześniej opowiadań. Wszyscy są napisani świetnie i diabelnie klimatycznie, jeśli jednak ktoś przywykł już do Daimona i reszty archaniołów, może doznać nieprzyjemnego uczucia, że ktoś niepożądany przejął nagle opowieść.
Nie chodzi o to, że nie interesują nas przygody Drago Gamerina, okaleczonego anioła komandosa, czy jego przyjaciela, głębianina Hazara z firmy ochroniarskiej upadłego anioła Raguela. Wszyscy oni tak jak i wcześniejsi są ciekawi i dobrze napisani. Po prostu nie po książkę o nich sięgnęliśmy. Niech pani Kossakowska napisze osobną tylko dla nich. Bardzo chętnie po nią sięgniemy, ale tu niech nam odda naszych bohaterów.
I na szczęście, pod koniec książki to właśnie robi.
Jedyna postać, która nie wzbudziła mojego zachwytu to obiekt umieszczony chyba tylko na potrzeby wątku romansowego, czyli półanielica Hija. Niestety, przez pospieszną naturę romansu nie dostaje ona prawie w ogóle czasu dla siebie. Wiemy tylko, że jest niezwykle piękna nawet jak na anielicę i wybitnie piersiasta po swojej ludzkiej matce.
Jak na standardy tej książki jest to wybitnie mało…
 

siewca-wiatru-03.jpg
Daimon autorstwa Mella-M91

 
Świat (czyli blisko jest z Piekła do Nieba):
 
Uniwersum powieści jest nader ciekawą i klimatyczną konstrukcją. Przez większość Siewcy akcja dzieje się w sferze aniołów i demonów, Królestwa, Głębi i Limba, krainy między nimi. Tylko okazjonalnie zbacza na nasz świat, gdy bohaterowie muszą się ukryć. Wszystko świetnie tutaj do siebie pasuje i jest barwnie opisane. Co więcej, w przypisach na końcu książki dostajemy dokładną topografię niektórych terenów, zwłaszcza ojczyzny Skrzydlatych.
Niestety, choć geograficznie świat jest cudny, tak spójność momentami trzeszczy w szwach. Pani Maja niestety tworzy nowe motywy – jak najbardziej klimatyczne i pasujące do świata, coby nie było – zapominając, że wcześniej opisała coś w inny sposób. I to po prostu zgrzyta. Jest to jednak czepianie się z mojej strony, ostatecznie sam niedawno się przekonałem jak głęboko w rzyci mają swoje światy niektórzy inni autorzy…
 
Klimat:
 
Ta, tu obawiałem się najbardziej i jednocześnie miałem największe nadzieje. Czy się zawiodłem? Nie! Czy zachwyciłem? Niestety, też nie…
Siewca Wiatru nie jest antychrześcijański, ani obrazoburczy, nie próbuje wypłynąć na skandalu. Nie wyróżnia się też jednak na tle innych powieści fantasy. Miejsce aniołów i demonów spokojnie można by zastąpić tu dowolną istotą z fantastyki i niewiele trzeba by zmieniać.
Jedynym co mnie zachwyciło, to opis ostatniej bitwy, jej rozmach i dawkowanie nam nadziei i dramatu już od pierwszej minuty. Pani Maja po mistrzowsku prowadzi tu akcje, ukazując nowych bohaterów, wydobywając starych, rzucając przeciw nim nowe potwory i oddziały.
Wielu autorów powinno się od niej uczyć jak opisywać walne bitwy.
 
Styl i forma:
 
W tych zagadnieniach nie można autorce nic zarzucić. Styl ma ona lekki, nie zaniedbujący opisów, chwilowych zachwytów nad pięknem świata, czy rozterek nad jego okropieństwem. Lubi też zderzać ze sobą odczucia, piękno z zagrożeniem, brzydotę ze spokojem. Jedynie w opisach ma dziwną fascynację na temat włosów postaci, do których podchodzi iście po kobiecemu (jaki to murwa jest kolor szafranowy…?), ale nie uprzykrza to odbioru całości.
Naturalnie, przy takim rozmiarze powieści nie do uniknięcia były pewne błędy i niewłaściwe formy słów, ale nie jest to ilość natrętna. Ot, tylko wybitnym purystom mogłoby to przeszkadzać.
 
Oprawa (złożenie i ilustracje):
 
Hmm… tu wrażenia mam mieszane. Ilustracja na okładce jest ciekawa i poniekąd dobrze oddaje charakter powieści. Ilustracje w środku jednak trochę… nie zachwycają. Są minimalistyczne i miejscami nie zachwycają wykonaniem. Tym, co najciekawsze w nich, to malowanie światłem, a nie cieniem, co ma ciekawą korelację z treścią, jako że główni bohaterowie to słudzy Światłości, ale można to było wykonać lepiej.
Do tego pasowałoby więcej ilustracji podczas samej bitwy, zwłaszcza że ta jedna, którą dostajemy, po prostu nie zachwyca…
Oprawa jest typowa dla Fabryki Słów, czyli miękkie okładki i klejone strony. Nie powiem, dość dobrze się całość trzyma, ale obawy podczas czytania są niemałe.
 

siewca-wiatru-04.jpg

 
Podsumowanie:
 
Siewca Wiatru to dobra porcja nietypowej, rodzimej fantastyki. Da się poczuć, że świat, w którym się dzieje, jest żywy, bohaterowie barwni, gdy pani Maja chce to opisuje rzeczy małe, a gdy potrzeba ogromu to też daje nam go odczuć.
Nie wszystkie wątki są doskonałe, ale w mnogości każdy powinien znaleźć coś dla siebie. Osobiście nie mogę jednak polecić tej powieści nikomu, kto nie zna wcześniejszych opowiadań. Nie są one niezbędne do czerpania przyjemności z obcowania z nią, ale odnosi się wrażenie, że czegoś nam brakuje.
 
Siewcę Wiatru oceniam na Warp 7,5 (możliwe, że byłoby wyżej, gdybym znał opowiadania).