Prequel, reboot czy sequel?

Kiedy zaczęły pojawiać się pierwsze przecieki na temat jedenastego już filmu w serii, jasnym stało się, że wytwórnia Paramount zafunduje nam powrót do korzeni. Znowu dane było nam wyruszyć w podróż po galaktyce z kapitanem Kirkiem i resztą jego załogi, na pokładzie oryginalnego U.S.S. Enterprise. Pomysł, jak na dzisiejsze czasy niezbyt oryginalny. Trudno obecnie wskazać liczący się franchise, który nie doczekał się prequela. Ciekawostką jest natomiast, że pierwsze próby pokazania „początków” Star Trek, sięgają końca lat osiemdziesiątych, kiedy to Harve Bennett – jeden z producentów przedstawił wytwórni roboczy scenariusz „Star Trek: The First Adventure” (artykuł w języku angielskim na Memory Alpha).
 

gallery_4_22_243369.jpg
Według rankingu serwisu IGN Movies, Kirk i Spock są najpopularniejszymi bohaterami całego Star Trek.

Wróćmy jednak do początku XXI wieku. Chcemy w filmie umieścić najpopularniejszych bohaterów jakich w Star Treku mamy – bezsprzecznie Kirk i Spock. Trzeba jeszcze tylko znaleźć sensowny sposób na wytłumaczenie obecności legendarnych postaci. Istnieją dwie opcje. Pierwsza, to umiejscowienie akcji nowego filmu przed znanymi publiczności wydarzeniami – prequel. Druga, to zapomnieć o tym, co już mamy i zacząć od początku – reboot.

Żadna z powyższych alternatyw nie jest idealna. W pierwszym przypadku wiążemy sobie ręce, gdyż nie będziemy w stanie zaskoczyć widza. Przykładowo – nie damy rady uśmiercić ulubieńca publiczności. Wiemy przecież, że w przyszłości nie raz ocali wszechświat. Wyrzucić przeszło 40-letniego dorobku do kosza też nie możemy. Fani zjedliby nas na śniadanie. Inne wyjście z tej trudnej sytuacji znaleźli scenarzyści – Roberto Orci i Alex Kurtzman. Dali oni pretekst do skorzystania z podróży w czasie, uniemożliwiając jednocześnie powrót do punktu wyjścia. Cała akcja dzieje się zatem w alternatywnej linii czasowej. Dodajmy jeszcze Leonarda Nimoya w roli Spocka z przyszłości (i oryginalnej linii czasowej), a otrzymamy całkiem ładne zespolenie pomiędzy nowym i starym Trekiem. Scenariusz nie jest powalający, ale trzeba Bobowi i Alexowi to oddać – pomysł na takie przeniesienie akcji z XXIV-ego do XXIII-ego wieku to strzał w dziesiątkę. Już przy okazji „jedenastki” możemy się przekonać, że film zgodny jest z tym, co znamy z poprzednich odsłon serii. Nie ma w nim rażących odejść od oryginału. Większość nieścisłości możemy tłumaczyć umiejscowieniem akcji w równoległej rzeczywistości. Przy całym tym konserwatyzmie, panowie Orci i Kurtzman zdolni byli zawrzeć w obrazie J.J. Abramsa przynajmniej jedno znaczące dla całego startrekowego świata wydarzenie, którego nawet najbardziej obeznani w temacie fani nie mogli przewidzieć.
 
Można powiedzieć, że otrzymaliśmy film, który będzie zrozumiały absolutnie dla każdego. Fan poczuje się jak w domu. Nowicjusz zapozna się z podstawami i może sięgnie po wcześniejsze filmy i seriale. Malkontent zapomni o „kiczu” i „nudzie”, a zachwycać się będzie wizualną stroną nowej i przyszłych części.

Mamy odpowiedź na pytanie postawione w tytule. Wszystko zależy od oglądającego. Star Trek XI to po trosze prequel i reboot…
…choć od strony mechaniki temporalnej – sequel 😉