"Liżąc ostrze" - Kuba Ćwiek

thumb_2078_gadzet_sredni1024.jpg

Kubę albo się kocha, albo go nienawidzi od pierwszej strony. Obok jego twórczości nie można przejść obojętnie. Jest zbyt charakterystyczny. To jego błogosławieństwo i przekleństwo zarazem. 
 
„Liżąc ostrze” było drugą pozycją tego autora, którą odważyłam się przeczytać. Po pierwszej nie pamiętałam nawet tytułu (prawdopodobnie była to „Ciemność płonie”), a mętne wrażenie, że autor nie bardzo wiedział co chce przekazać zdominowało odbiór całkiem niezłej prozy. Tym razem się nie zawiodłam na 34 letnim pisarzu. Owszem, ciągle miałam wrażenie, że powieść jest pisana scenami, od jednego trzęsienia ziemi po kolejne; tym razem jednak autor zadbał o spójność treści. Kuba powiedział o sobie, że żyje w drodze, gnając z jednego spotkania z fanami na kolejne, a tak wygląda jego biurko:
 

biurko-Jakub-Cwiek-600x450.jpg

Dżinsowe „biurko” Kuby Ćwieka za booklips.pl

Wiedząc powyższe można przymknąć oko na nieco poszarpany wątek. Niesamowicie rozczulił mnie sam początek powieści: sielanka, ojciec, dziecko, plac zabaw i nie wiedzieć skąd wstawki o brzytwie… by już w następnej scenie zobaczyć tego czułego tatusia ze zmasakrowaną facjatą przepytywanego w porcie przez gangsterów. Psychodeliczna opowieść osnuta wokół podkomisarza Kacpra Drelicha rozpoczyna się jak dobra powieść detektywistyczna, przeradza się w thriller, a w pewnym momencie miałam wrażenie, że czytam kolejną wariację „Mistrza i Małgorzaty”, a raczej „Kacpra i ojca Jana”. Nic nie jest tym, czym się wydaje. W pewnym momencie zaczynałam wątpić w wykreowany świat, logika podnosi jawny bunt, autor zmuszając nas do podążania za swoimi postaciami zdaje się robić czytelnikowi psikusa, a jeśli nie? Jeśli to tamten świat jest prawdziwy?
 
Ogromnym plusem tej książki jest subtelne wplatanie wątków fantastycznych w bardzo realistycznie wykreowany świat. Ten pomysłowy zabieg sprawia, że z jednej strony bardzo chcemy nie dać się nabrać i pozwolić autorowi grać nam na nosie, ale z drugiej tak ciężko nie wierzyć w coś tak… realistycznie napisanego i zupełnie nierealistycznego z logicznego punktu widzenia. 
 
Drugim filarem tej opowieści jest sama postać głównego bohatera. Poznajemy go jako aniołka: prywatnie popołudnie z synem żeby żona mogła się zrelaksować, w pracy twardy glina, wszystko dla sprawy, by z każdą następną stroną zweryfikować poglądy o nim. Jednak czy można go osądzać? Czy my sami jesteśmy tak kryształowi? Jak my zachowalibyśmy się z takim bagażem, który spadł na niego? Może należy go podziwiać?
 
Mocną stroną jest też cała część fantastyczna, owiana nimbem tajemnicy, nieprzenikniona niemal do końca książki, a nawet zyskując odpowiedź znamy ją z jednej strony. Okładkowy Satyr pojawiający się jak w greckiej tragedii, rozsiewający wokół siebie zapach zgnilizny, mentolowych papierosów, bo takie zawsze palą ci źli, przynoszący cierpienie, bolesną prawdę i pocieszenie, kiedy wszystko okazuje się ułudą. Czy źli są zawsze źli? Patrząc na „tych dobrych” miałam poważne wątpliwości, po której są stronie nie przebierając w środkach i dążąc po trupach do celu.
 
No i oczywiście brzytwa. Ładne i spójne zamknięcie tym samym elementem. Coraz więcej znajduję nawiązań do greckiej tragedii: maski, akcja podzielona na sceny, wejścia Satyra, walka dobra ze złem w nowej odsłonie.