Katarzyna Berenika Miszczuk "Szeptucha"

Powieść fantasy głęboko osadzona w mitologii słowiańskiej, której akcja toczy się w XXI wieku w Polsce nadal będącej pod rządami Piastów… To zdanie powoduje pewien zgrzyt w mojej głowie. Autorka miała naprawdę niebanalny pomysł. Połączenie współczesności, tempa wielkiego miasta, imprez, komórek i portali społecznościowych z królem, zabobonami i słowiańskimi bożkami. To bodaj najbardziej udany element tej powieści. 
 
Kolejnym z bardziej interesujących jest alternatywna historia Polski. Mieszko I nie przyjął chrztu, nikt nie pamięta też o Dobrawie, bo do ich małżeństwa nie doszło, ale jak widać ród przetrwał ponad 1000 lat i ma się znakomicie. 
 
Jest to kolejny ukłon w stronę coraz popularniejszej obecnie mitologii słowiańskiej, promowanej chociażby przez Allegro w cyklu Legendy Polskie. Urzekła mnie bez reszty alternatywna rzeczywistość. Ddoceniam ogrom pracy badawczej, jaką musiała wykonać autorka, by znaleźć dawno zapomniane przepisy, porzekadła czy wreszcie odtworzyć święta i sposób ich obchodzenia sprzed ponad 1000 lat tak, by nadać im współczesny charakter i nie popaść w jarmarczną bylejakość. Zachwyciłam się „sielskim życiem”, którego rytm ciągle zależy od pór roku. Naszła mnie smutna refleksja nad prawdziwym obrazem współczesności, gdzie często nie pamiętamy nawet jaka jest pora roku, nie wiemy jaka pogoda za oknem, a każdy dzień wita nas tą samą tapetą na pulpicie i jedyne czym się różni, to ilość maili w służbowej skrzynce.
 

80a12fa38f.jpg

 
Trwałam w tych zachwytach, trwałam, razem z główną bohaterką zbierałam sosnowe pędy czy przygotowywałam się do Jarego Święta (odpowiednik Wielkanocy) i pewnie mogłabym uznać tę książkę za naprawdę udaną, gdyby nie traktowała o niczym więcej. Zatem dość o fabule, przejdźmy do akcji!
 
Główną bohaterką powieści jest nosząca majtki Hello Kitty Gosława Brzózka, 24-letnia absolwentka medycyny, wiodąca studenckie imprezowe życie w wielkim mieście, z którego musi zrezygnować, by kontynuować karierę i odbyć obowiązkowy roczny staż u wiejskiej Szeptuchy, znachorki ze świętokrzyskiej wsi zabitej dechami. Postać znachorki już od pierwszej chwili budzi mój niesmak. Dysonans między rolą jaką powinna pełnić, a tą opisaną przez Berenikę Miszczuk jest dla mnie zbyt duży. Może celowo chciała, aby starsza pani pozostała w mojej świadomości jako wredna oszustka? Może ja nie potrafiłam zrozumieć poczucia humoru, bo w wielu momentach sprowadzało się ono do sankcjonowania oszustwa. Trudno mi powiedzieć. Jeszcze trudniej polubić tytułową Szeptuchę.
 
Wracając do głównej bohaterki – ją polubić jeszcze trudniej. Chyba, że ktoś toleruje nerwicę natręctw – przecież wyjście z domu na pewno skończy się złapaniem kleszcza, boreliozą i śmiercią… powiedziałabym w mniej niż trzy zdrowaśki, ale w tamtym świecie zdrowasiek nie ma. Histeryczna osobowość młodej pani doktor przyprawia mnie o przerażenie. Nie wyobrażam sobie, że ktoś z taką osobowością mógłby skończyć jakąkolwiek wyższą uczelnię, o medycznej nie wspominając. Infantylność i dziecięca naiwność, bunt przeciwko udaniu się na obowiązkowe praktyki, o których musiała wiedzieć od co najmniej 6 lat i wielki dramat, kiedy faktycznie to na nią spada.
 
Niestety momentami była tak irytująca, że nawet Weles ze Światowidem nie potrafili zmyć złego wrażenia. A szkoda! Ta powieść naprawdę miała spore szanse stać się udaną wariacją na temat „Mistrza i Małgorzaty”, kiedy to czorty i „ci dobrzy” schodzą na ten padół łez i rozgrywają swoje gierki, bawiąc się ludźmi (tylko czemu Gosławą Brzózką?).
 
Otóż Gosława Gosia Brzózka jest wybrańcem. Niestety nie jest to polski Neo w spódnicy. A powieść owszem, należy do gatunku fantastyki, lecz nie wiedzieć czemu autorka dokleiła do niej niezdarny romans. Płomienny w zamyśle bardziej przypominał końskie zaloty. Ona – młoda, piękna, z dużego miasta, nie wiedząca czego chce od życia, ale na pewno znalezienia się daleko od pól i lasów,  on – młody bóg, chociaż tak naprawdę stary. Oczywiście spotykają się w malinowym chruśniaku, w tej roli sosnowy zagajnik. Nie, romans też do mnie nie przemówił.
 
Słowem, dobra książka na wakacje, jeśli nie ma się za dużych oczekiwań i nie ostrzy sobie ząbków na literacką ucztę. Warto poznać. Niewątpliwie ciekawy pomysł. Nostalgia za dawnymi czasami, bo momentami tak wyobrażałam sobie życie własnej babci.
 
Jest to pierwszy tom cyklu „Kwiat Paproci”. Został nagrodzony przez portal lubimyczytac.pl w kategorii literatura fantastyczna 2016 roku. Chyba nie była to taka najgorsza powieść, skoro mam zamiar sięgnąć po kolejną, o wdzięcznym tytule „Noc Kupały”. W przygotowaniu 3 tom „Żerca”.