Achaja, tom 1 – 2003

achaja-1-01.jpg

Urodziłem się prawie trzydzieści lat temu. Literaturą zainteresowałem się stosunkowo późno, bo w okolicy szóstej-siódmej klasy podstawówki, nie jestem też jakimś wybitnym pożeraczem książek. Okazało się, że nieraz lubię książki określane przez większość czytelników jako marne – cykl o Conanie wraz z kontynuacjami, Krucjatę Jerrego Aherna, książki na bazie gier i tak dalej. I dawały mi one wiele radości, jak dobra proza fabularna powinna.
Mimo to w swoim czasie trafiałem na książki słabe, marne i wybitnie nie nadające się do czytania. Niektóre z nich rzuciłem w kąt (Cykl Miecz Prawdy Terrego Goodkinga), przy innych zagryzłem zęby i jakoś przetrwałem do końca (Wichry Wojny Christie Golden, czy Trylogia Mrocznego Elfa R.A. Salvatore).
Ten przydługi wstęp ma na celu ukazanie perspektywy gdy mówię: Achaja to najgorsza porcja chłamu, jaką kiedykolwiek czytałem!

Fabuła (jeśli komuś uda się znaleźć coś takiego…):
 
Hmm….”akcja” jest tutaj rozwleczona na ponad sześciuset stronach i śledzi losy trójki głównych bohaterów oraz stających na ich drodze mniej lub bardziej istotnych bohaterów pobocznych. W przypadku tytułowej Achai mamy sadomasochistyczny ciąg upokorzeń i upodleń, zaczynający się od dwustronicowego opisu, jak bije ją jej macocha. Potem mamy opisy bicia, męczarni i upodleń (popularnego kocenia) podczas jej kariery wojskowej, następnie opis tortur kiedy trafia do niewoli, a po pewnym czasie gdy w tej niewoli zostaje zesłana do budowy drogi w warunkach gorszych niż (jak ktoś porównał) w najgorszym obozie zagłady. Oczywiście zawsze jest poniżana, a w tym ostatnim nawet gwałcona i to wielokrotnie… Potem niby udaje się jej uciec, ale tylko po to aby mogła zostać dziwką.
A i przy okazji zostaje najlepszą wojowniczką na świecie, czego uczy ją najlepszy szermierz na świecie, inny niewolnik i jeden z jej gwałcicieli…
Drugą postacią i głównym bohaterem książki jest Zaan – zafascynowany amoralnością wsiowy skryba, zdaje się, że swoisty surogat autora. On to bierze „na wychowanie” zbiegłego galernika, niewolnika i nieudolnego płatnego mordercę Siriusa. Postanawia on wcisnąć chłopaka jako zaginionego syna jednemu z władców południowego królestwa, a potem coraz bardziej umacnia jego i swoją pozycję. To śledząc jego losy natrafiamy na jedyny dość zgrabnie napisany wątek w całej książce – zarazę panującą w mieście. W jej efekcie Zaan postanawia podbić cały świat.
Ostatnim bohaterem, bez jakiegokolwiek wpływu na fabułę pozostałych i po fakcie chyba będąc mocno zbędnym tej książce, jest czarownik Meredith. Jest on nie tylko jedynym źródłem całej fantastyki w tej jakoby fantastycznej książce – rzucając dosłownie trzy czary – ale też jedynego naprawdę przyjemnego i odświeżającego motywu. Otóż przygoda naszego maga zaczyna się, gdy zatrzymuje się w zwykłej wiosce i korzystając ze swej wiedzy oraz autorytetu pomaga miejscowym w ich problemach i rozsądza spory. I tyle. Trzy naprawdę dobre strony na sześćset…
W tej to wiosce, jako jeden z petentów do Mereditha podchodzi Bóg (tak, tak, pisany z dużej litery), aby wysłać go na samobójczą misję. Mag nie ma odwagi odmówić, po drodze spotyka jednak Wirusa, agenta Zła (też pisanego z dużej litery). Ten to Wirus nawiedza go potem podczas zamknięcia po nieudanej misji. Uczy go, że Bogowie to zło i są absolutnie niepotrzebni, a potem gdy Meredith zgodzi się już zostać oświeconym ateistą – o istnieniu bakterii i wirusów. Za ich to pomocą, rzucając dwa ze wspomnianych zaklęć mag wydostaje się ze swej celi, stając się przy okazji siewcą nowej zarazy. Tu górnolotnie zwanym demonem
 

achaja-1-02.jpg
Aż szkoda takiego kunsztu…

 
To co widzicie powyżej, strona tekstu nie pomija więcej niż pięciu wątków z ponad sześciuset stron książki. A wątki pominięte są pomniejsze. Tym samym fabuły w tej książce prawie nie uświadczymy. W przypadku Achai jest ona tylko wymówką, aby przejść od jednego upodlenia w drugie, a wątek Mereditha jest tu tak nieistotny i krótki, że można by go spokojnie wyciąć i nic byśmy nie stracili.
Jedynie surogat autora dostaje jakąś opowieść, która w ogólnym zarysie trzyma się kupy. Z wyjątkiem wspomnianej zarazy jest ona jednak strasznie nudna…
 
Postaci (czyli po co warto mieć korektora fabularnego):
 
Niestety, przy całym fizycznym ogromie książki, wszystkie postacie zdają się być identyczne. Wredne, chamskie, amoralne (to chyba ulubiony motyw autora). Najgorsze jest jednak to, że autor jest kompletnie rozbieżny przy tym jak te postaci opisuje, przecząc sobie nieraz z rozdziału na rozdział.
 
Tytułowa Achaja początkowo zostaje przedstawiona w sposób, którego nie tylko nie przełknąłby Howard, ale wręcz najbardziej zakochani w Conanie kontynuatorzy. Oto będąc o rok młodsza od naszego ulubionego barbarzyńcy Achaja jest nie tylko świetna w mieczu piechoty, włóczni, nożu i sztylecie (Conan był biegły tylko w toporze, mieczu i włóczni, to tak dal porównania…), ale także z łatwością walczyła dwuręcznym mieczem rycerstwa, a ciężką szablą jazdy radziła sobie naraz z dwoma instruktorami fechtunku.
 

achaja-1-03.jpg
Fascynacje Conanem są zresztą dość wyraźne

 
Do tego doskonale biegała, jeździła konno i po kobiecemu i męsku, a i była także doskonale oblatana w dziedzinie etykiety dworskiej, historii swojego kraju i całego świata. Co więcej wielokrotnie czytamy jaka to jest strasznie inteligentna.
Rzeczona inteligencja ulatuje z niej jednak kiedy trafia do wojska (i nie jest to dowcip z mojej strony). Nie w wyniku musztry, ale już pierwszego dnia, na pierwszym postoju. Podobnie się dzieje z jej sprawnością, w której dziewczyna która doskonale biegała wymięka po przejściu półtora kilometra…
Do tego co chwilę dostajemy opisy, jak to wspaniale jest zbudowana, jakie wielkie ma piersi i jaki zgrabny tyłek. Zwłaszcza po kilku latach pracy przy budowie drogi, karkołomnych nocnych treningach, głodowych racjach.
Z charakteru jest ona niesamowicie miałką i nudną postacią, równie pozbawioną moralności (chyba, że akurat kości pokażą inaczej…), jak reszta. Widać to szczególnie, kiedy w wojsku zaczyna kocić innych rekrutów.
Cóż, jak byłem w wojsku mieliśmy takiego jednego, co wrednym charakterem nagrabił sobie u plutonu. Jak wychodziliśmy, to palną, że najbardziej żałuje tego, że nie zdołał pokocić innych. Prawie zabiliśmy go śmiechem i zażenowaniem, bo skoro będąc ofiarą nagonki nie zrozumiał co jest w niej złego, to nic mu już nie pomoże.
I taka właśnie jest nasza tytułowa Achaja.
Postacie z jej wątku są słabe i/lub – naturalnie – obleśne. Od wspomnianej macochy, przez ojca, po jej późniejszych nauczycieli i gwałcicieli. Jedyną jakkolwiek… nie, też w sumie nie. Nie jestem przesadnie pruderyjny, ale urynofilia wydaje mi się jakoś właśnie obleśna.
 
Zaan, pupilek autora ma ślady ciekawej postaci. Jest sprytny, oczytany i – oczywiście – amoralny. Niestety, na niego cieniem kładzie się podopieczny, Syriusz. Nie tylko jest tępy jak styl od szpadla, ale autor radośnie zapomina jakie niezwykłe zdolności dał mu na początku. Otóż w pierwszych rozdziałach dowiadujemy się, że doskonale udaje on osoby różnych stanów, chłopów, rzemieślników, marynarzy, arystokratów czy nawet księcia. Owa zdolność ulatuje jednak nagle z niego, kiedy trafia już na książęcy dwór. Bez ładu i składu.
Podobnie ma się sprawa z jego inteligencją, w której w pewnym momencie zalicza krytyczny sukces i to nie na k20, a na k100.
 

achaja-1-04.jpg
Zaan i Syriusz

 
Meredith charakteru jako takiego nie ma, ot sobie po prostu jest po to, abyśmy mogli śledzić jego ewolucję z mroków wiary w Bogów w oświecenie ateizmu. Z kolei jego bohater poboczny, Wirus to jedynie irytująca istotka zdolna głównie do (jak to zauważyły dziewczyny z niezatapialna-armada.blogspot.com ) przerabiania dowcipów o milicjantach na teksty o rycerzach.
 
Świat (dlaczego bardzo, bardzo ważne jest posiadanie korektora fabularnego!):
 
No dobra, nie każdy autor jest mistrzem kreowania postaci, dialogów, czy fabuły. Bo, jedna z moich ulubionych rodzimych książek s-f (Czarny Horyzont Kołodziejczaka) to bardziej opis świata niż fabuła. Jak więc pod tym względem wypada Achaja?
Chu… znaczy niedobrze…
Akcja powieści toczy się w trzech i pół krajach – dwóch wiecznie zwaśnionych nadmorskich krainach świata antycznego (taki Rzym przed upadkiem), nienazwanym królestwie północy (po fakcie to diabli wiedzą, może środkowe średniowiecze?) i na Wyspie Zakonu. Tą ostatnią możemy pominąć w zasadzie, bo większość akcji na niej dzieje się w zamurowanej na głucho celi.
 
Opisy tych trzech krajów są bardzo skąpe, sztuczne i co najgorsze – wzajemnie sprzeczne. W Troy chociażby, ojczyźnie Achaji i do której dociera Zaan z Syriusem autor kilka razy zmienia zdanie, kto znajduje się w Radzie Królewskiej i jakie są jej kompetencje. W dodatku próbuje on w jakiś sposób połączyć demokrację, równość wobec prawa i obowiązków, monarchię i despotyzm.
I partaczy to wręcz koncertowo.
Do tego przyprawia te kraje tak wyśrubowaną etykietą i obyczajowością, że prowadzono tu jakoby długą wojnę o to „kto pierdnął”…
Tylko po to aby później okazało się, że etykiety to oni tak za bardzo jednak nie przestrzegają. I bynajmniej, nie tak jak było z Pirackim Kodeksem. Bardziej jak „nie pamiętam co pisałem trzysta stron temu”.
 
Klimat:
 
Tu można szybko: amoralność, sadomasochizm i fascynacja uryną. Z wyjątkiem motywu czarodzieja pomagającego wieśniakom i motywu zarazy, wieje dodatkowo straszną nudą.
 
Styl i forma:
 
No i dotarliśmy do sedna sprawy. Do tego, co odróżnia Achaję od marnych książek i koronuje na największego gniota w znanej mi historii literatury fantastycznej.
W internecie można znaleźć listę, czego nie należy robić, jak się chce dobrze pisać prozę. W stylu: unikaj stosowania nawiasów (nawet gdy wydają ci się pasować); zastanów się trzy razy… nim zastosujesz wielokropek; podobnie zastanów się 3 razy nim liczbę zapiszesz cyfrą a nie słowem, czy jak ognia unikaj wielu wykrzykników i pytajników na końcu zdania, rozumiesz??????!!!!!!
I tak dalej. Kiedyś nawet widziałem to przetłumaczone na język polski, ale ostatnio nie zdołałem znaleźć.
W każdym razie pan Ziemiański tez natrafił chyba na tą listę, ale pomylił ją z „jak pisać zaje*iście”. Łamie tutaj chyba wszystkie możliwe zasady dobrego pisania, bo do tego stopnia, że w jakiś magiczny sposób montuje nawiasy nawet w wypowiedzi postaci! Wielokropki są równie częste jak u Franka Millera, a o wykrzykniki i pytajniki zapewne panu Ziemiańskiemu proces wytoczyły nastolatki, bo im do czatów i smsów zabrakło.
Podobnie sprawa ma się z wyrazami dźwiękonaśladowczymi w stylu „Yyyyyyyyyyyyyyyyycccccccccccchhhhhhhhhhhhhhhhhhhhhaaaaaaaaaaaaaaaaaa” co ma obrazować czyjś krzyk, itp.
Do tego dochodzą powtórzenia i przekleństwa, którymi autor sieje jak ziarnem na wiosnę, co dodatkowo potęguje wrażenie odrazy.
Nie to jest jednak najgorsze…
Nie, najgorsze, to co czyni tą książkę niestrawną, jest okolica pięćsetnej strony. Na niej to autor, burząc kompletnie czwartą ścianę zwraca się osobiście i wprost do czytelników (zakładając o tyle z góry co i błędnie, że jego odbiorcami będą tylko mężczyźni). I tam, w długiej na kilka stron tyradzie atakuje kobiety, jako durne istoty, którym przyznanie praw wyborczych na początku XX-tego wieku (tak, u nas w naszym, realnym świecie), doprowadziło do wybuchu Pierwszej Wojny Światowej!
Piszę to śmiertelnie poważnie.
Kurcze, sam jestem kudłatym, maskulinistycznym knurem, ale nawet mnie to ubodło…
 

achaja-1-05.jpg
Nawet najbardziej męskiemu mężczyźnie zgrzytnie taki seksizm…

 
Przy okazji autor popisuje się brakiem znajomości tych realiów, bo pomijając sam bzdurny argument, to ówcześnie nazywali ten konflikt „Wielką wojną„, bo nie było sensu jej numerować, nikt nie zakładał, że będzie kolejna. Co wie każdy, kto choćby oglądał „Młodego Indianę Jonesa”…
Przy tak durnym zachowaniu autora i marnym stylu, forma niewiele mogła tu pomóc, ale też się specjalnie nie wysiliła. Brakujące litery i błędy nie są tu niespotykane, a i jak niektórzy wyczuleni na te sprawy zauważyli, przecinkami zasiano tu równie obficie jak wykrzyknikami.
 
Oprawa:
 
I tu dochodzimy do jedynego dobrego elementu tej książki. Nie chodzi mi co prawda o okładki i łączenia, te są bowiem miękkie i klejone (co przy 620 stronach potrafi być…problematyczne, mówiąc delikatnie). Nie, tym dobrym elementem są ilustracje.
W szczególności te okładkowe są dokładne i pasujące do treści. Te w środku…tu już bardziej mieszanka plusów i minusów. Ich autor, Dominik Brońka jest ewidentnie utalentowany, doskonale obrazuje twarze i sylwetki. Odnoszę jednak wrażenie, że tła są jego słabą stroną. Prawie wszędzie serwuje nam bowiem kolaże różnych scen, co mi osobiście nie przypadło do gustu. Nie zamierzam jednak uznawać tego za wadę, bowiem taki mógł być zamysł wydawnictwa.
A nawet jeśli nie, to za kilkanaście lat, które minęły od premiery tego dzieła, na pewno rozwinął swój warsztat.
 

achaja-1-06.jpg
Próbka ilustracji z tego i kolejnych tomów

 
Podsumowanie:
 
Achaja w mojej ocenie obrazuje wszystko, co jest złe w rodzimej literaturze fantastycznej: pretensjonalność, miałkość, dekadencję i zwyczajną, skrajną nudę.
Znany krytyk internetowy, SF Debris (http://sfdebris.com/) stworzył określenie na wybitnie marną fantastykę – zbrodnia przeciwko fikcji. Praca tak słaba, że samo jej istnienie umniejsza dany gatunek. Tu mamy dokładnie taką sytuację. Nieświadomy niczego czytelnik mógłby przez tą cegłę zrazić się do fantastyki (lub w ogóle, do książek…). A to jest zbrodnia.
To, że to badziewie doczekało się sześciu (a niedługo i siódmego…) tomów, przekracza moją zdolność pojmowania. Choć kto wie, być może uderza w te same struny, które zapewniły sukces Sadze Zmierzch czy Pięćdziesięciu twarzom Greya
Czy tak jest, czy nie, z tego miejsce pragnę jednak pogratulować panu Ziemiańskiemu perfekcyjnego wyczucia rynku, mam jednak nadzieję, że inni, lepsi autorzy nie podążą jego ścieżką i dalej będą woleli wydać mniej poczytne, ale lepsze książki.
 
Achaję tom 1 oceniam na Warp 0! (To g*wno nie złamałoby bariery światła, nawet gdyby posadzić je na powierzchni Praxis!)
 

achaja-1-07.jpg
Okładka nowego wydania, aby łatwiej Wam było unikać